• środa, 21 lutego 2018 r.

32. Kirana Gharana. Bhimsen Joshi. Część I – dramatyczna wyprawa w poszukiwaniu guru

 

   Wieczór w Pune. Nieznośny żar dnia ustępuje miejsca nocy. Pył opada powoli, liście wyschniętych figowców kołyszą się niezauważalnie pod wpływem leniwego wiatru. Ludzie wpatrują się w centralny punkt amfiteatru. Barwne sari kobiet blakną wraz z ciemnością, mężczyźni starej daty poprawiają czapy na swoich głowach. Wszyscy wstrzymali oddech, jest wyjątkowo cicho. Czasem jedynie śpiewający na podwyższeniu artysta wydobywa z ust melomanów głębokie, podobne do narastającego mroku, westchnienie. Śpiewak wygląda niezwykle. Zdaje się być kompletnie nieobecny. Nie zwraca uwagi ani na widownię, ani na towarzyszących mu muzyków. Jego ciało prostuje się nienaturalnie, jakby przeszyte głębokim dźwiękiem syczącym jak magma między przeponą a gardłem. Masywna, barokowa twarz zdradza wyjątkowe napięcie, jej wyraz ma w sobie zarówno coś z najwyższego szczęścia, jak i z rozpaczy.

   Łuki tonów wystrzeliwują ku górze, jest w nich jakaś nieznana Indiom strzelistość, a także nad wyraz indyjska, choć znana tylko nielicznym przestrzeń bitewnych pól rodem z sanskryckich eposów. Znakomity tablista patrzy z podziwem i żalem na głównego bohatera koncertu. Skazany na niekończący się teentaal nawet nie próbuje wybić się na pierwszy plan dzięki misternym improwizacjom. Jedyne co może zrobić, to nadać swojej tabli jak najgłębsze brzmienie, tak, aby mogło dorównać plastycznym bryłom dźwięku, które khayalija rozlewa wokół siebie z nieludzką hojnością. Zupełnie inaczej niż zwykle, nikt nie odlicza zgodności sekwencji rytmicznych z głosem. „Sam” toną w cieniu melodycznych arkad i nikt ich nie żałuje. Dwójka uczniów ustawionych przy wielkich tampurach z lękiem wtrąca pojedyncze swary, kiedy niemłody już guru potrzebuje chwili odpoczynku. Takich momentów nie ma wiele. Znakomity harmonista jako jedyny przemyca swoje myśli w cieniu gęstych jak lawa gamaków. Wszyscy wiedzą, że sarangi nie byłoby dobrze słyszalne przy tak potężnym głosie. Między głowami artystów latają ni to ćmy, ni to liście pobliskiego figowca. Brij bhasa słów wkomponowanych w ragę brzmi dziwnie gardłowo i niewyraźnie. Nikt jednak nie zwraca uwagi na poezję pakadu, plastyczna kraina dźwięku nie potrzebuje literackiej towarzyszki. Wszyscy znajdują się w świecie ras, silne emocje przekraczają granice zmęczonych skwarnym dniem ciał, przełamują dosłowność myśli i tak jak ćmy tańczą w przesączonym ogniem harmonii powietrzu. Przewodnikiem w tej podróży jest Bhimsen Joshi, jeden z największych muzyków indyjskich znanych fonografii i naszym czasom.

   Dziś Pandit Bhimsen Joshi jest już zbyt schorowany, aby występować publicznie. Wszyscy indyjscy melomani z rezygnacją czekają na zbliżającą się do tego sędziwego człowieka śmierć. Na szczęście zostanie po nim ocean płyt. Jedynie dziedzictwa fonograficzne Pandita Jasraja i  Ustada Bade Ghulama Ali Khana mogą z kirańskim mistrzem rywalizować pod tym względem. W kwestii oceny nagrań Joshiego wszyscy są zgodni – to największe skarby kultury indyjskiej, esencja tego, co Kraj Bharatów może zaoferować całej ludzkości. Czegoś takiego przed nim nie było i po nim nie będzie. Bhimsen Joshi rozbłysnął pośród współczesnych ludzi niczym mityczny gandharwa z rozkosznych ogrodów pałacu boga Indry. Cień tego światła zostanie na zawsze dzięki mikrofonom, taśmom i przetwornikom cyfrowym.

   Podobnie jak jego mentor, Sawai Gandharwa, również Bhimsen Joshi był Południowcem, który zdecydował się zostać mistrzem hindustańskiej muzyki klasycznej. Urodził się 4 lub 14 lutego w Gadag, miejscowości położonej w Karnatace. Jego ród od dawna kultywował tradycje intelektualne. Ojciec Bhimsena, Gururaj Joshi, pracował jako nauczyciel i teoretyk nauczania, zaś jednym z jego ważniejszych dokonań był słownik kannada – angielski, do dziś uważany za jedną z podstawowych tego typu pozycji. Kolejnym znanym dziełem Gururaja miała stać się biografia jego sławnego syna.

   Govindacharya, wuj Bhimsena, słynął w kręgu użytkowników języka kannada jako pisarz i dramaturg. Dziad Bhimsena – Bhimacharya parał się zawodem zwanym keertankar, czyli należał do cenionych na Południu śpiewaków pieśni religijnych, kirtanów. Bhimacharya cieszył się ogromnym szacunkiem z uwagi na wspaniale rezonujący głos i wiedzę na temat muzyki, jak i jej nauczania. Rodzinna legenda głosi, że los Bhimsena został przesądzony, gdy jego matka – Godavaribai, odkryła w synku reinkarnację Bhimacharyi, co podkreśliła wyborem imienia dziecka. Imiona Bhimsen i Bhimacharya to różne wersje imienia „Bhima”. Bhima znany jest Hindusom jako bohater największego indyjskiego eposu „Mahabharata”, słynący siłą brat wielkiego przyjaciela boga Kriszny, królewicza Ardżuny.

   Młody Bhimsen, zgodnie z rodzinną tradycją, szybko zdobywał wiedzę. Po dziś dzień ceni się pamięć w indyjskich szkołach, zaś młody Joshi wsławił się w swoich dziecięcych latach zapamiętaniem całego słownika sanskryckiego. Choć autor niniejszego eseju myśli ze zgrozą o zapamiętywaniu słowników, to jednak trzeba przyznać, że dobrze wyszkolona pamięć żadnemu muzykowi jeszcze nie zaszkodziła… Oczywiście to nie sanskryckie słówka były pasją utalentowanego dziecka. Niemal od niemowlęctwa objawiał Bhimsen gwałtowną, niemal obsesyjną miłość do muzyki. Gdy chłopiec posiadł już umiejętność chodzenia, jak opisuje jego ojciec w biografii,  podążał za lokalnymi trupami śpiewającymi religijne bhajany, za śpiewami muezzinów z pobliskich meczetów, za procesjami weselnymi, a nawet za nucącymi sprzedawcami i rykszarzami. Jednocześnie jego młody umysł nie był jeszcze w stanie wytłumaczyć mu dokąd i w jakim celu zmierzają stopy. Zdesperowany rodzic musiał w końcu przypiąć do koszulki dziecka karteczkę, w nadziei, że w razie czego ludzie odprowadzą zgubę do domu.

   Gdy Bhimsen zaczął chodzić do szkoły, pojawiło się nowe zagrożenie. Okazało się, że po drodze znajdował się sklep z płytami gramofonowymi, od którego świeżo upieczony uczeń nie mógł się oderwać. Pod wpływem tych wszystkich niepokojących wydarzeń Gururaj wynalazł w końcu sposób na niesfornego malca – zapisał go na lekcje muzyki. Pierwszy nauczyciel, zarówno śpiewak, jak i harmonista, okazał się niefortunny i wystarczył latorośli zaledwie na siedem miesięcy. Drugi pedagog – Pandit Shyamacharya, okazał się dużo lepszym wyborem. On również dysponował wiedzą na temat śpiewu i gry na harmonium. Jednakże sklep z gramofonami nadal przyciągał uwagę nienasyconego chłopca i stało się to, co musiało się zapewne stać. Pewnego razu sprzedawca położył na talerzu gramofonu szelakową płytę zawierającą ragi Basant i Jhinjhoti w wykonaniu Abdula Karima Khana. Owa niebezpieczna dla młodych ludzi płyta już wcześniej zdecydowała o losie innego wielkiego śpiewaka, A. Kanana. Nic zatem dziwnego, że i Bhimsen Joshi jej uległ.

   Niedługo po tym frapującym wydarzeniu nieświadomy jeszcze niczego Gururaj pojechał wraz z synem do Kungdol, gdzie występował właśnie Sawai Gandharwa, jak już wiemy, główny kontynuator kirańskich tradycji Abdula Karima Khana. Powiada się, że już wtedy Bhimsen zwrócił się z prośbą do Sawaia Gandharwy o lekcje. Było na to jednakże jeszcze za wcześnie. Niejako na pocieszenie, chłopiec odkrył w domu swojego dziadka pięknie brzmiącą tampurę, lecz kiedy uszczęśliwiony przy niej ćwiczył, zdawał sobie coraz mocniej sprawę z tego, że małe miasteczko Gadag nie posiada nauczyciela godnego jego talentu. Tymczasem oczarowanie muzyką paliło go niemal jak ogień. Uczucie to należało do tak wyrazistych, że dorastający Bhimsen postanowił uciec z domu, pomimo łagodnych i sprzyjających mu  rodziców. Młodzieniec nie zwierzał się oczywiście nikomu ze swojego zamysłu, co sprawiło, że idea ucieczki rosła szybko jak na drożdżach. Ostateczny impuls do ruszenia w nieznane był śmiesznie prozaiczny. W trakcie obiadu odmówiono mu podwójnie rafinowanego masła, zwanego ghee. Naburmuszony Bhimsen wybiegł z domu i ruszył w kierunku stacji, bez żadnych pieniędzy, ani ubrań na zmianę. Tam zdziwiony zapewne własną śmiałością wsiadł do pociągu. Tu dodam w nawiasie, że kradzież ghee ma w Indiach silny wydźwięk symboliczny. Awatar boga Wisznu, Kriszna dorastał wedle mitów indyjskich pośród ludzi. Należał do skrajnie niesfornych dzieci, lecz jego brak manier pozostawiał słodycz w sercach opiekunów i sąsiadów. Pasją Kriszny było wyjadanie ghee, a to dlatego, że składa się je w Indiach w ofierze bogom. Kriszna rzecz jasna dąsał się ogromnie, gdy nie mógł dostać swojego przysmaku. Krótko mówiąc, spowodowana ghee gwałtowna decyzja Bhimsena ma dla każdego hinduisty pewien posmak świętości i tajemnicy.

   Po drodze Bhimsen starał się zapracować na przejazd i jedzenie śpiewem, jednakże nie zawsze to działało i często głodował. Zdarzyło mu się też zostać zamkniętym w przedziale wagonu przez surowego konduktora. Młodzieniec nie miał też szczególnego szczęścia jeśli chodzi o główny powód jego ucieczki, czyli muzykę. Pierwszym miejscem, po którym błąkał się Bhimsen na próżno, było miasto Bijapur. W Pune Master Krishnarao Phulambrikar zgodził się go uczyć, lecz nie za darmo. Zażądał 100 rupii miesięcznie, co było kwotą niedosiężną dla śpiącego zazwyczaj na ulicy trzynastolatka. Po Pune dotarł Bhimsen do Gwalioru, jak już wiemy jednego z najważniejszych historycznych ośrodków muzyki hindustańskiej. Nastał już trzeci miesiąc licząc od ucieczki z domu. W Gwaliorze Bhimsen Joshi zwrócił się o pomoc do jednego z największych indyjskich sarodzistów jakich utrwaliła fonografia, legendarnego Hafiza Ali Khana. Mistrz okazał się nadzwyczaj miły dla obdartego włóczykija i rekomendował Bhimsena do Madhav Sangeet Vidyalaya. Wcześniej wprowadził nowego protegowanego w kilka tajników rag, niedostępnych w małej mieścinie, gdzie stawiał swe pierwsze kroki Joshi.

   Madhav Sangeet Vidyalaya została utworzona przez dwie wielkie gwiazdy Gharany Gwaliorskiej – znanego nam już Krishnarao Shankara Pandita i Rajabhaiya Poochhwale. Dzięki talentom założycieli zyskała reputację szkoły solidnej, udzielającej starannych i metodycznych lekcji. Dodatkową atrakcję dla Bhimsena stanowił jeden darmowy posiłek dziennie. W tym okresie wędrówki zapewnił on młodemu studentowi szansę przeżycia. Mimo to początkujący artysta był coraz bardziej zniechęcony bezczynną jego zdaniem atmosferą uczelni. Rajabhaiya wyczuł krytyczne spojrzenia ambitnego adepta sangeety i skierował go do Keshava Lukhe z Kharagpuru, miejscowości położonej w Bengalu. Gdy Bhimsen dotarł do tej bagiennej krainy, oddalonej co najmniej o dwa dni jazdy pociągiem od Gwalioru, czekało go kolejne rozczarowanie. Lukhe nie mógł mu poświęcić zbyt wiele czasu i skierował go do głównego miasta w regionie i niedawnej stolicy – Kalkuty. Bhimsen miał szukać Vismadeva Chatterjee.

   Młody wędrowiec nauczył się co nieco ostrożności i nie udał się wprost do potencjalnego guru. Wpierw postarał się pozyskać dla siebie śpiewającego aktora, Pahali Sanyala, który był znajomych Chatterjee’go. Sanyal wzruszył się szczerze miłością do muzyki młodego człowieka i starał się go jak najdłużej gościć u siebie za darmo. Jednakże Bhimsen nie tolerował niczyjej litości. Sanyal przyjął go zatem jako zwykłego służącego. Dzięki zyskaniu jako tako bezpiecznej przystani w Kalkucie udało się Bhimsenowi wstępnie odnieść sukces – Chatterjee zgodził się go uczyć. Jednakże nowy guru nie miał zbyt wiele czasu na udzielanie talimu. Pochłaniały go inne przedsięwzięcia, głównie dotyczące świata filmu. Doszło do tego, że guru skłaniał ucznia do gry w filmie, gdyż jedynie na planie miał czas aby nauczać. Młody muzyk czuł się oburzony, gdyż uważał, iż student starożytnej sangeety wręcz nie powinien popełniać mezaliansów, nawet drobnych, ze światem kina. Jak wiemy, różniło go to w znaczącym stopniu od większości khayalija jego czasów. Być może na tak ortodoksyjne podejście wpływ miało miejsce pochodzenia Bhimsena. Karnataka nie znajdowała się przez setki lat pod obcymi dla hinduistów rządami, tak jak Kalkuta, Delhi, czy Gwalior. Przez to do dziś ludzie z Południa są mniej skłonni do kompromisów w dziedzinie tradycji, niż ich północni współobywatele. Oczywiście ortodoksja w jednej rzeczy dopuszcza wyjątki w innych rzeczach – Bhimsen uciekł od rodziców bez słowa, co z punktu widzenia hinduizmu jest z pewnością większym złamaniem uświęconych obyczajów niż gra w filmie. Chatterjee nie miał zamiaru wnikać w tego typu niuanse, lecz dał krnąbrnemu uczniowi 50 rupii i zerwał nauczanie. Na postawę nieszczęsnego Bhimsena wpłynęła też atmosfera płytkiego blichtru panująca w domu, skądinąd życzliwego, Sanyala. Krótko mówiąc, młody romantyk szukający jaśniejącego guru natknął się na wszechobecny, wschodzący show – biznes Bengalu.

   Dotychczasowe informacje czerpałem z książki „Bhimsen Joshi. A Passion for Music” Abhika Majumdara i GN Joshiego „Down Melody Lane”. Tymczasem Kumar Prasad Mukherjee w „Kudrat Rahgbirangi” podaje odmienną wersję kalkuckiego dramatu. Jego zdaniem Sanyal nie cenił za bardzo talentu wokalnego swojego nowego służącego. Powiedział nawet Mukherjee’emu – „Wiesz, ten chłopak przyszedł do mnie któregoś dnia. Kalkuta była obcym krajem dla tego dziecka ogarniętego rozpaczliwym pragnieniem studiowania muzyki. W związku z tym zatrzymał się u mnie na dość długi czas. Miał zamiar służyć mi nawet przy odpychających rzeczach i błąkać się bez celu. Jego śpiew przypominał ryk bawołu. Gdy go usłyszałem, rzekłem do niego: „Synu, nigdy nie będziesz śpiewakiem. Bóg po prostu nie dał ci na to głosu. Tym nie mniej czuj się tu mile widziany, pomyślę nad pracą dla ciebie w moim studiu.”.

   Jakkolwiek by nie było, rozczarowany Bhimsen ponownie wyruszył w drogę, jak zwykle bez biletu. Wpierw trafił do Delhi, które ledwo co odzyskało swoją stołeczną pozycję. Tam próbował się uczyć u Ustada Chanda Khana. Gdy nic z tego nie wyszło, pojechał do Jullunduru. To senne miasteczko w Pendżabie gościło w tamtych dniach Baba Harvallabh Sangeet Sammelan, jeden z najbardziej prestiżowych festiwali w Północnych Indiach. Bhimsen przybył za późno, zdecydował zatem czekać w miasteczku aż do kolejnego festiwalu, mającego się odbyć za rok. Być może częste podróże pociągiem, które w Indiach trwają całą wieczność, nauczyły go tego rodzaju cierpliwości. W międzyczasie młody artysta zapisał się do szkoły muzycznej prowadzonej przez Mangat Rama, ślepego śpiewaka dhrupad. Mógł to uczynić, gdyż bogaty właściciel tłoczni olejowej zgodził się mu płacić 4 rupie miesięcznie, co było wyjątkowo hojnym wynagrodzeniem dla nie wyuczonego fachu młodzieńca.

   Jak to czasem bywa w powieściach, a także, jak widzimy, w prawdziwym życiu, ten nie zapowiadający się szczególnie postój okazał się dla Bhimsena jednym z najbardziej owocnych okresów w jego życiu. Tajemniczy, mało znany dhrupadija okazał się wybitnym pedagogiem i dał tułaczowi niezwykle potężną muzyczną bazę. Mangat Ram łączył surowe wymagania z troską o dobre jedzenie i odpowiednie ćwiczenia fizyczne dla swoich studentów. Królujące w Indiach mleko i produkty mleczne były dostępne w szkole niewidomego mistrza bez ograniczeń. Ulubione przez Bhimsena ghee stało się stałą częścią jego diety, a trzeba wiedzieć, że nie jest to bynajmniej tani produkt spożywczy. Płynęły pracowicie dni, a największym ich bogactwem była być może chwila spokoju, pozwalająca Bhimsenowi zastanowić się nad wszystkim. Gdy nadszedł wreszcie kolejny Harvallabh Sammelan, Bhimsen wybrał sobie na guru Pandita Vinayakrao Patwardhana, mistrza z Gharany Gwaliorskiej. Kiedy Patwardhan zapoznał się z historią młodzieńca, zaniemówił ze zdziwienia. Gdy wreszcie odzyskał głos, wyraził swoje zdumienie długą, męczącą i bezowocną podróżną Bhimsena. Okazało się, że Gwaliorczyk zna miasteczko młodego Południowca, a to dzięki temu, że w jego pobliżu mieszkał Sawai Gandharwa, największy uczeń Abdula Karima Khana. Nie owijając w bawełnę, Vinayakrao nakazał Bhimsenowi wrócić do punktu wyjścia. Posłuszny adept muzyki niemal natychmiast napisał list do swojego ojca i nie czekając na odpowiedź, wyruszył pociągiem do swojego rodzinnego Gadag. Jak zwykle bez biletu…

   Tymczasem zrozpaczeni rodzicie pogodzili się już z nieubłaganą karmą i niemal pogrzebali (a raczej spalili) w myślach swojego syna. Gdy przyszedł list, poczuli się jak przebudzeni z głębokiego snu. Nic jednak nie przygotowało ich na widok brudnego, wychudłego młodzieńca bełkoczącego łamanym kannada. Z początku nie mogli uwierzyć, że ta osobliwa postać, która porzuciła ich jako wdzięczny, mały chłopiec, jest ich synem. Gururaj okazał się bardzo wyrozumiałym ojcem. Nie tylko nie czynił wymówek swojemu pierworodnemu, lecz z dumą przedstawił go Sawaiowi Gandharwie. Bez większych wymówek zgodził się też wypłacać nauczycielowi trzynastoletniego młodzieńca 25 rupii miesięcznie, co stanowiło jedną czwartą jego dochodów. Jak już wiemy, takie nastawienie rodziców wobec muzykalnych dzieci nie należało w Indiach (i nie tylko w Indiach) do rzeczy typowych. Tymczasem Sawai Gandharwa przyjął swojego nowego ucznia jak syna i wkrótce tak go polubił, że zrezygnował z pobierania pieniędzy za jego edukację. Zauważmy na marginesie, że guru uczący za darmo jest w Indiach spełnieniem ideału nauczania. Wedle starożytnych shastr, respektowanych w hinduizmie zbiorów praw sięgających niekiedy zamierzchłych antycznych czasów, nauka jest rzeczą tak świętą, że nie należy jej kalać zasadami kupna i sprzedaży. W świetle idealistycznych traktatów guru to ojciec, zaś shishya to syn. Łączy ich zaś więź większa od biologicznego pokrewieństwa, więź zwana „wiedzą”, „vidyą”. Cóż jednak począć w biednym kraju, gdzie tylko nieliczni respektują osoby obdarzone wiedzą? W dawnych wiekach, jak wierzą hinduiści, każdy się cieszył, mogąc gościć mędrca, którego wizyta sama w sobie była błogosławieństwem. Jednak w Kalijudze światem rządzi pieniądz, trzeba więc godzić się na prawa tego surowego wieku, lub zginąć.

   Zgodnie z shastrami Bhimsen zamieszkał w domu mistrza Sawaia. Również zgodnie z shastrami, życie pod okiem nauczyciela nie należało do łatwych. Dzień zaczynał się o czwartej nad ranem. Niekiedy Sawai Gandharwa budził podopiecznego jeszcze wcześniej. Przez pierwsze cztery godziny młodzieniec wykonywał ćwiczenia fizyczne. Dopiero po nich mógł przyjmować talim. Najczęściej trwał on dziewięć godzin. Nieraz bywało, że pracowity dzień rozpoczęty przed czwartą trwał aż do północy. Tym niemniej nie wszystkie te godziny poświęcone były muzyce. Shishya wedle shastr zobowiązany jest służyć swojemu guru. Jest to tradycja respektowana nawet wobec nauczycieli nie potrzebujących tego rodzaju usług. Nie chodzi w niej bowiem jedynie o konkretną, wymierną pomoc, ale też o pokorę wtajemniczanego wobec muzycznego przewodnika. Do obowiązków Bhimsena należało noszenie wody z oddalonego miejsca, do czego służyły dwa wiadra i bambusowy kij, co słusznie przywodzi na myśl filmy o kung fu i klasztorze Shao Lin, gdzie obowiązywała po prostu ta sama tradycja przywieziona wraz z buddyzmem z Indii. Adept śpiewu nosił wodę tak często, iż droga przypominała potok. Gdy sławny już i stary Pandit Bhimsen Joshi pytany jest o tę historię, pokazuje po prostu znamiona na ramionach, jakie przez lata odcisnął w nich obciążony wodą bambusowy kij. W chacie położonej naprzeciwko posesji guru mieszkała kobieta, która harowała ciężko przy dojeniu sporej gromadki krów. Gdy jednak ujrzała trudną dolę chłopca tak się wzruszyła, iż od tej pory codziennie częstowała go owocami swej pracy.

   Muzyczny trening przewyższał jednak niewygody związane z noszeniem wody. Przez 18 miesięcy Sawai Gandharwa nie nauczył Bhimsena niczego, choć wymagał od niego wielu, na pozór niepowiązanych ze sobą i przewidywalnym celem ćwiczeń. Guru niepokoił się załamywaniem głosu ucznia, a także chciał przetestować skromność, powagę i cierpliwość podopiecznego. Po okresie tych prób Sawai wrócił do wcześniejszych zagadnień. Po pięciu latach edukacji Bhimsen Joshi mógł się poszczycić znajomością jedynie trzech rag – Todi, Multani i Puriya. Nie było to wiele, lecz Sawai uważał, że te trzy podstawowe ragi dadzą Bhimsenowi podstawy do opanowania następnych.

   Postępy były bardzo powolne. Sawai należał do starej szkoły, przypominając w tym mistrzów dhrupadu, nad wyraz niekiedy konserwatywnych, starczy wspomnieć choćby Fahimuddina Dagara. Ćwiczenia były powtarzane bez końca, aż do momentu, gdy uczeń opanował je perfekcyjnie. Co bywa nad wyraz frustrujące, gdy nie wie się jeszcze czemu służyć może dane ćwiczenie. Niestrudzony, wedyjski pedagog raz tylko stracił przy tym cierpliwość. Gdy Bhimsen nie mógł sobie od wielu tygodni poradzić z nad wyraz trudnym biegnikiem, Sawai rzucił w niego garścią liści betelu. Na marginesie warto wspomnieć o tym nie dla każdego z nas oczywistym podręcznym przedmiocie, jakim są owe liście. Betel w Indiach stanowił już od dawna swoisty odpowiednik tytoniu. Jest to łagodnie oszałamiająca substancja, podobna w swym działaniu do nikotyny, czy kofeiny. Żuta zabarwia dziąsła i zęby, przez co uśmiech smakosza betelu może przerazić osobę niewtajemniczoną. Ze spożywaniem betelu wiąże się Shivaratri, ważne święto ku czci Sziwy, chaotycznego Boga Niszczyciela, jednego z trzech bóstw Trimurti. Obecnie sprzedaje się w Indiach betel w opakowaniach o rozmiarach saszetek herbaty, najczęściej ze srebrnej folii. Produktem ubocznym żucia betelu jest wydzielanie się śliny, którą się wypluwa. W domu do tego celu służą spluwaczki i czyszczenie spluwaczki guru należy do tak silnych tradycji związanych z uczniem, że nawet nie plujący i nie żujący betelu nauczyciel przechowuje dla swoich uczniów odpowiednio trudną w czyszczeniu spluwaczkę. Spluwaczka domowa jest najczęściej metalowa i czyści się ją ziemią z podwórka, polerując aż do połysku. Podobna metoda służy jeszcze na wsi do czyszczenia wszystkich naczyń. Na brud zdeptanej tysiącami bosych stóp ziemi jest prosta odpowiedź – „guru oczyszcza ziemię”.

   Edukacja trwała nieprzerwanie przez pięć lat, czyli do roku 1940. Niestety, kilku zazdrosnych o talent Bhimsena uczniów zaczęło spiskować w celu posiania niezgody między guru a jego najlepszym shishyą. Oczywiście takie rzeczy nigdy nie są pewne, lecz faktem pozostaje, że owocny kurs zakończył się nagle. Bhimsen wrócił do domu, gdzie nadal oddawał się żarliwym muzycznym ćwiczeniom, dał nawet kilka małych koncertów. Ta spokojna rezygnacja nie trwała długo – po roku bez nauczyciela znów wyruszył w drogę. Podróż osiemnastolatka miała nieco inny charakter, niż szaleńcza pogoń za muzyką trzynastolatka. Bhimsen odwiedzał duże miasta, w których odnosił już pierwsze sukcesy koncertowe. Pierwszy wielki publiczny występ miał miejsce w Mumbaju, gdzie Abdul Karim Khan Sangeet Prachar Mandal zorganizował mały festiwal. Stowarzyszeniem tym zarządzał Balkrishnabuwa Kapileshwari, najstarszy spadkobierca muzyczny Abdula Karima Khana, czyli (z arabskiego przez urdu) khalifa, kalif – głowa gharany. Występ Bhimsena Joshiego został ciepło przyjęty i młody artysta otrzymał 150 rupii w ramach wynagrodzenia. Dużo ważniejsze od pieniędzy było doświadczenie płynące z pierwszego występu na prestiżowej scenie Mumbaju.

   W tym samym czasie Bhimsen miał okazję słyszeć Ustada Mushtaqa Hussaina Khana, a to co usłyszał zauroczyło go bez reszty. Opromieniony blaskiem sukcesu udał się natychmiast do Rampuru, aby uczyć się od Mushtaqa. Wielki artysta należał do wysublimowanej i starej Rampur – Sahaswan Gharany. Do jego zadań należało między innymi wypróbowywanie wszystkich potencjalnych chętnych do nauki cenionego stylu rampurskiego. Wiedza i umiejętności Mushtaqa Hussaina były przepastne. Artysta wykształcił się w dhrupadzie, z którego słynął Rampur, w khayalu, a nawet w lżejszych formach, takich jak thumri i dadra. Zajmował się nie tylko koncertowaniem i nauczaniem, lecz również teorią rag i ras. Jednakże, podobnie jak wielu innych mistrzów jego czasów, niechętnie dzielił się posiadanymi informacjami z osobami spoza rodu. Ludzie z zewnątrz mogli liczyć jedynie na odpryski posiadanej przez niego wiedzy, a Bhimsen Joshi nie należał do wyjątków. W związku z tym stanem rzeczy przez sześć miesięcy pracował w domu mistrza jako pomoc domowa – zmywał, sprzątał, czyścił podłogi i gotował, lecz w zamian za to otrzymał jedynie garść minimalistycznych wskazówek. Pół roku spędzonym na uwłaczającej służbie nauczanie sprowadziło się, jak to dziś wspomina, do opanowania ragi Nat Malhar. Do głębi rozczarowany, udał się do Lucknow.

   W tych czasach stolica tak zwanych Zjednoczonych Prowincji nadal rozbrzmiewała echem dawnej artystycznej świetności. Wraz z Benaresem pielęgnowała sławę źródła form lekko klasycznych, takich jak thumri i dadra. W mieście działali wybitni instrumentaliści, tacy jak sitarzysta Yusuf Ali Khan i sarodzista Sakhawat Hussain Khan. Pandit VN Bhatkhande’s College angażowało się z kolei w pedagogiczną rewolucję, mającą przenieść klasyczną muzykę hindustańską poza czasy feudalne. Gdy Bhimsen Joshi stanął na brukach i błotach Lucknow, miał szansę poznać już atmosferę tego ośrodka artystycznego z audycji radiowych prezentujących sztukę sławnej mistrzyni thumri Begum Akhtar, zwanej wtedy jeszcze Akhtari Bai Faizabadi i słuchać nawet jej wywiadów udzielanych lokalnej rozgłośni. Nic zatem dziwnego, że do niej skierował swoje pierwsze kroki. Jego śpiew urzekł wielką śpiewaczkę do tego stopnia, że rekomendowała go do pracy w radiu. Otrzymał wynagrodzenie w kwocie 32 rupii za miesiąc, dzięki czemu mógł się poczuć w miarę bezpiecznie. Pracowity czas w rozgłośni Lucknow do dziś Bhimsen Joshi uważa za najszczęśliwszy okres swojego życia. Miał tam okazję spotkać wielu utalentowanych młodych muzyków, z czego szczególnie cenna i trwała okazała się przyjaźń z wielkim szenajistą Bismillahem Khanem (opisanym już w jednym z poprzednich esejów). Wraz z tablistą Rozwellem Lyallem w pewnym okresie opanowali nawet bez reszty lucknowskie radio. W czasie swojej pracy opanował Bhimsen oczywiście regionalną specjalność regionu – thumri i dadrę, za których wykonawstwo ceni się go do dziś, choć akurat ono jest moim zdaniem wysoce kontrowersyjne. Jest to związane z typowym zjawiskiem, polegającym na tym, że o ile muzyka w pełni klasyczna ma charakter uniwersalny i kosmopolityczny, o tyle w lżejszych jej formach silniej przejawiają się regionalne smaczki.

   Tymczasem cały ludzki świat ogarnięty był Drugą Wojną Światową. Anglikom udało się utrzymać Indie, lecz wschodnie granice kolonii zagrożone były przez Japończyków. Wyższe niż zwykle podatki i brutalność brytyjskiej administracji doprowadzały Hindusów do stopniowego wrzenia, które miało kilka lat później szczęśliwie wybuchnąć wolnością. Tymczasem Bhimsen Joshi czuł się coraz bardziej wyobcowany w odległym od rodzinnych stron, północnym mieście. Wreszcie, w 1942 roku, za namową ojca postanowił wrócić do rodzinnego Gadag. Był to już dla niego czas budowania własnej pozycji w świecie sztuki. Już w 1943 został przyjęty do pracy w radiu mumbajskim, rozgłośni dużo większej i sławniejszej od tej z Lucknow. W Mumbaju stał się regularnym muzykiem radiowym, zaś ilość jego recitali puszczanych w eter narastała z czasem. Jednakże prawdziwa okazja, aby rozbłysnąć pojawiła się w roku 1946, kiedy odbywał się koncert z okazji 60 rocznicy urodzin Sawaia Gandharwy. Występ młodego Kirańczyka okazał się przełomowym sukcesem. Co ciekawe, wykonał piękną ragę Miyan ki Malhar, której nie nauczył się od Sawaia ani od nikogo innego. Opanował ją poprzez obserwowanie innych, wielkich artystów.

   Koncertowe zwycięstwo miało dwie konsekwencje. Po pierwsze, zachwycony Sawai Gandharva wybaczył swojemu uczniowi i udzielił jakże ważnego dla tradycji guru shishya parampara błogosławieństwa. Po drugie Bhimsen odniósł sukces dzięki swoim jedynie wysiłkom, co otwarło jemu i miłośnikom jego sztuki bramy do zupełnie nowego, nieznanego wcześniej rasikom, muzycznego królestwa. Rok 1946 wpłynął na kształt indyjskiej muzyki wokalnej w niezwykle mocny sposób, dając młodemu państwu zupełnie nową jakość, głos i wyobraźnię Bhimsena Joshi. O budowaniu tego muzycznego imperium opowiem w następnym eseju…

   Natomiast kończąc ten, chciałbym zauważyć jak niezwykle ciężkie było podążanie muzycznym szlakiem dla Bhimsena Joshi. Dla Hindusów z Północy był on w dużej mierze obcokrajowcem. Przed drugą połową XX wieku różni władcy Indii nigdy w zasadzie nie panowali nad Południem i Północą. Ludzie z obu krańców półwyspu żyli swoim życiem i rzadko przejmowali się losami dalekich pobratymców, a częściej jeszcze toczyli z nimi wojny. Drugim problemem Bhimsena był oczywiście brak gotówki. O ile wielka Kesarbai Kerkar mogła pokonać niechęć do kobiet u swoich nauczycieli dzięki bogactwu, o tyle Bhimsen Joshi po wielokroć był po prostu w brutalny sposób wykorzystywany jako darmowy, dziwaczny służący. Mimo to uczył się i tak, czasem zapewne znad szmaty, którą zmywał podłogę. Pamiętajmy, że jego oficjalna edukacja zamykała się w pięcioletnim okresie studiów u Sawaia Gandharwy, w trakcie którego nauczony został jedynie trzech rag. Mimo to, jak zobaczymy, zyskał umiejętności, które obróciły cały świat khayalu niemal do góry nogami, co zobaczymy w następnym eseju.                             

 

Zobacz inne eseje o muzyce Indii – kliknij tutaj

Przewodnik po muzyce indyjskiejNic tak jak sztuka nie zbliża ludzi należących do różnych kultur i cywilizacji. Obok muzyki europejskiej Indie posiadają najbardziej rozwinięty system muzyki klasycznej, stanowiący odrębny i fascynujący świat. Udajmy się zatem w tę podróż wraz z Jackiem Tabiszem, który od dawna studiuje to zagadnienie. Nagrania mistrzów wymienionych w tych artykułach znajdziecie w ofertach wydawnictw płytowych i na YouTubie, Cykl był publikowany pierwszy raz na stronie www.hanuman.pl . Cykl został napisany w Indiach, w latach 2010 - 2011, zatem nie uwzględnia dalszych losów przedstawianych w nim artystów.

Podobne materiały

Zostaw komentarz

Wpisz kod antySPAMowy *