• piątek, 20 stycznia 2017 r.

Badanie krwi


Ulica wydała mi się znajoma, chociaż nigdy chyba tutaj nie byłem. Jechałem powoli. Jakiś stary Meksykanin, kulejąc, pchał wózek z napisem „ice cream”. Na mój widok zatrzymał się. Nieco dalej stał szkolny autobus. Mężczyzna w podkoszulku mył felgi, albo przecierał opony. Z daleka nie mogłem dostrzec jego twarzy. Nagle wyprostował się i przez moment stał nieruchomo, prawdopodobnie zdziwiony moją obecnością. Po chwili wrócił do mycia. Wokół pustka. Pomyślałem o matce. Zmarła niedawno. Padał zamarzający deszcz. Dotarliśmy na cmentarz z dużym opóźnieniem. Wszyscy już czekali. Mój brat powiedział kilka słów. Przez chwilę ksiądz trzymał nad nami ogromny, czarny parasol. Potem zamieniliśmy się: ja trzymałem parasol, a ksiądz przeczytał coś z Pisma Świętego. Cały czas padało. Gdy żałobnicy chcieli składać nam kondolencje, nagle powstrzymałem ich gestem ręki. Przystanęli, spoglądając na mnie ze smutnym zniecierpliwieniem. Chciałem chyba coś powiedzieć. Zamiast tego wykonałem znowu nieznaczny ruch. Wtedy zebrani uznali, że zapanowałem nad wzruszeniem i kolejno zaczęli do nas podchodzić.

Zwolniłem, aby rozczytać adres. To nie tu. Przez chwilę słyszałem wyraźnie miarowe uderzenie młotka, ale huk był nieco przytłumiony, jakby dochodził z oddali. Może zabijano płytami okna lub drzwi? Po chwili umilkł, ale jego echo jeszcze pobrzmiewało przez chwilę.  Naraz poruszył mnie jakiś szczegół. W małym okienku, na półpiętrze, pojawiła się kobieca twarz, obserwując mnie. Zatrzymałem się na skrzyżowaniu. Twarz w oknie natychmiast znikła. Po chwili uchyliły się frontowe drzwi. Ta sama postać przyglądała mi się pod osłoną ciemnego wnętrza. Stałem nadal, zaciekawiony. Nie widziałem żadnych samochodów. Przez park szła mała dziewczynka, ciągnąc na smyczy niewielkiego psa. Dzień był ciepły i przejrzysty. Poczekałem jeszcze, aż dziewczynka przejdzie skrzyżowanie, potem wyjechałem na ulicę Archer i skręciłem we właściwą uliczkę.

Popchnąłem ciężkie drzwi. W środku stał niski stół, kilka krzeseł, z których jedno z rozdartym materiałem odstawione było pod ścianę, dalej puste akwarium, a w rogu umierająca roślina w przymałej doniczce. Przez okno, jak pod gigantycznym mikroskopem, w powiększeniu, ulica Archer. Na ścianach wisiały zalecenia dietetyczne w kilku językach i dość realistyczne zdjęcia ludzkich organów. – Pan do doktora Krockiego? Podszedłem do okienka. – Tak, chciałem zrobić badania. Moje ubezpie… – Ja już to słyszałam od doktora. Spojrzałem na kobietę. Musiała siedzieć na niskim krzesełku. Przez okienko mogłem dostrzec tylko jej twarz. Była w wieku mojej matki. Miała ładne, wypielęgnowane ciemno-brązowe włosy. Naraz jej ręce poczęły nerwowo czegoś szukać na biurku, powieki kilka razy drgnęły, jak u kogoś, kto właśnie powraca do rzeczywistości. Kobieta dotknęła ręką drewnianych korali, potem okularów. Jej lewa dłoń ostrożnie musnęła włosy, upewniając się, że wspomnienie nie spowodowało strat w uczesaniu, a potem przywarła do prawego policzka, kończąc projekcję z przeszłości. – Proszę to wypełnić – powiedziała odkasłując suchość w gardle. Podała mi jakiś papier.

– Wypełnił pan? Tak? Dobrze. To proszę wejść. Nie, nie tymi… tutaj, tak. Kobieta wstała i zaczęła zapinać fartuch. Była nieco niższa od mojej matki. Minęliśmy wąski korytarz, na którym stała biała waga i duże kartonowe pudło, wypełnione dziecięcymi zabawkami. – Muszę od pana wziąć krew. Boi się pan? Weszliśmy do małego pomieszczenia. – Proszę tu sobie usiąść. Tak, tutaj. Podwinąć rękaw… tak, wystarczy. To mówi pan, że pierwszy raz… ale nogi trochę do góry, kochanie, żeby krew nie uciekła w stopy… właśnie tak. Co, nie lubimy widoku krwi? To się zdarza często u mężczyz… tak, ale to nic takiego, zaraz będzie po wszystkim. Niech pan coś do mnie mówi, obojętne co. I proszę nie patrzeć na strzykawkę. To pomaga. Z Olsztyna? Nigdy tam nie… Trochę pan zbladł. Prosiłam, aby pan nie spoglądał na strzykawkę. Jeszcze tylko sekundkę… ja? Z Zielonej Góry… o!, proszę pana, ja ponad trzydzieści lat. Przyjechałam tu… byłam wtedy młoda… tak… trzydzieści jeden lat temu… zaraz, niech policzę… a potem… wie pan, jak to jest… tak, nie, nie mam… wie pan, wyszłam za mąż późno, mój mąż… tak… i teraz nie mam już po co wracać… Pan ma chłopca? Ja też chciałam mieć kiedyś dzieci, ale…teraz… tak… teraz już… pomagam siostrze w Polsce… znaczy nie jej… Wojtusiowi… wie pan, prawie jak mój… Proszę się nie ruszać, już kończę, musi być pełna buteleczka… . Ale za to jeździmy z mężem po świecie… dwa, co ja mówię, cztery razy Meksyk… Bermudy… tak to się mówi?… zresztą, to nie takie… a teraz, za kilka dni, wybieramy się na Bahama… wyspy… wie pan, gdzie to jest? Tak… tylko na tydzień, bo gabinet nie może być zamk… O! już koniec. Proszę przytrzymać ten plaster… nie musi być tak mocno… o tak, tak, jak teraz. Niech pan trochę odpocznie… chce się pan położyć? Proszę, tak, tutaj… woda jest tam, ja panu naleję, niech pan się nie rusza, okej? Chyba wracają panu kolory. Zaraz będzie lekarz.

Leżałem bez ruchu. Za drzwiami coś poruszyło się. Usłyszałem stłumione, ale wyraźne słowa: „proszę cię!” oraz  „czy ty zawsze…”. Podniosłem głowę. Ktoś z drugiej strony nacisnął klamkę, ale trzymał chyba na niej rękę, gdyż drzwi nie otwierały się. Po chwili klamka podniosła się i znowu nastała cisza. Nasłuchiwałem. I nagle w drzwiach pojawił się lekarz. Był wyjątkowo niski i stary. Z wiszącymi słuchawkami na szyji wyglądał karykaturalnie. Poruszał się bardzo wolno, drepcząc. Wszedł do środka, ale chyba mnie nie zauważył. Okręcił się wolno wokół, wpierw, aby zamknąć drzwi, potem, aby znaleźć krzesło. Usiadł ostrożnie i zastygł bez ruchu. Przez chwilę sapał. Wreszcie pomacał kieszenie fartucha, po kolei każdą, wyciągnął ołówek, spojrzał na mnie smutno i powiedział z westchnieniem: – Mówię panu! Usiadłem na łóżku. Ponownie zakręciło mi się w głowie. Czułem się jeszcze trochę słabo. – To pan chce zrobić badania, tak? – zapytał. – Tak, moje ubezpieczenie… – Tak, ja wiem, mówiła mi żona – przerwał łagodnie. – A więc badania. Spojrzał gdzieś po lewej stronie mojej głowy. – Proszę usiąść bliżej, tutaj, na tym krzesełku. Z bliska wyglądał jeszcze starzej. Miał z pewnością ponad osiemdziesiąt lat. Gdy wpisywał coś w formularz, z otwartych ust wysunął mu się czubek język, a cała postać, zwłaszcza ręce i głowa, trzęsły się. Jego twarz upstrzona była krwistymi wybroczynami. Oczy miał siwiutkie i łzawe. Poczułem się trochę nieswojo. Pisał powoli, próbując zapanować nad starczym drżeniem. Mruczał pod nosem, wydawało mi się, że z zadowoleniem: – Możemy zrobić i badania, jak pan chce… taaak, taak, mogą być i badania. Uchyliły się drzwi, przez które zobaczyłem poczekalnię. Ale nie dostrzegłem żadnego pacjenta. W drzwiach natychmiast pojawiła się głowa kobiety. – Wszystko w porządku? – zapytała, spoglądając wyczekująco na lekarza. Nie otrzymała odpowiedzi. Gdy wyszła, lekarz podniósł głowę, spojrzał na mnie znacząco i powiedział: – Mówię panu!

– Proszę pokazać swoje ręce. Nie tak, z drugiej strony. Dobrze. Bo wie pan, jak ktoś chce robić badania, to najczęściej jest powód… tak… powód, nieraz ukryty… ale zawsze… Ma pan dziwne oczy. Długo pan w Stanach? Tak pytam, to nie takie ważne, zupełnie nie… nie musi pan… Długo, prawda? A widzi pan. Tak myślałem. Może pan podnieść koszulę? Tak, to wystarczy. Proszę oddychać. Głębiej. Głębiej. Słyszałem jego chrapliwy oddech. – Pewnie cholesterol wysoki – powiedział i złożył słuchawki. – To będziemy wiedzieć dopiero po badaniu krwi, wie pan, wysyłamy… tak, będzie dopiero po moim powrocie z wakacji, jadę… jedziemy do… gdzieś… no proszę….jeszcze wczoraj… ale najczęściej… nie, nie zawsze, mówię najczęściej… to cholesterol. Tu ma pan dietę śródziemnomorską – powiedział podając mi broszurkę. – To trochę pomaga… tak… dieta to ważna spra… ale i tak, nieraz… nie ma rady… nawet po jabłkach… tak, tak… proszę mi… nawet same warzywa i nieraz…

Kobieta stała w poczekalni, tuż przy oknie. Spoglądała na ulicę Archer. – Już po wszystkim? – zapytała nie odwracając się. Nie wiedziałem, co powiedzieć. – Tak, po wszystkim. – Odwiedzi nas pan kiedyś? – zapytała i pociągnęła nosem. – Przyjadę po wyniki. Kobieta odwróciła się. Miała załzawione oczy i czerwoną twarz, ale uśmiechała się. – No tak, rzeczywiście. I nagle roześmiała się krótko i gwałtownie. Po jej policzku spłynęła łza i zawisła na chwilę na brodzie. Ponownie uderzyło mnie jej podobieństwo do mojej matki. Przez chwilę staliśmy naprzeciw siebie zmieszani.

Wyszedłem na ulicę. Zapadał zmrok. Kilka latarni już się świeciło. Od razu spostrzegłem Meksykanina z wózkiem. Obok niego stała dziewczynka z parku. Oboje wpatrywali się we mnie z wyczekującym zainteresowaniem. Dziewczynka szybko coś powiedziała, nie spuszczając ze mnie oczu. Meksykanin uśmiechnął się. Podniósł jedną rękę, i przytrzymując drugą pomarańczowe sombrero, zawołał: „hola senor”. – „Hola” – odpowiedziałem i wszedłem do samochodu.

W polonijnym Chicago prowadzi audycję radiową "Prawy do lewego".

Podobne wpisy

Zostaw komentarz

Paste your AdWords Remarketing code here