• wtorek, 24 stycznia 2017 r.

Bill Bryson i … Piotr Napierała o Europie.

Bryson to pisarz amerykański (ur. W 1951 r. W Des Moines w Iowa), związany mocno z Europą, ponieważ od 1977 roku mieszkał przez dwie dekady w UK. Książkę z 1991 roku o Europie przetłumaczył Tomasz Bieroń (polskie wydanie: B. Bryson, „Ani tu, ani tam. Europa dla początkujących i średnio zaawansowanych”, Zysk i S-ka Poznań 2010). Z samolotu podziwia schludny i zróżnicowany euro-krajobraz (s. 13). Bryson zauważa wspólne cechy wszystkich Europejczyków; amerykańskie uwagi są zwykle ciekawe. BB uważa, że Europejczycy żyją w starych miastach, w małych domach, mają szeroką wiedzę ogólną, mają przytulne ciepłe knajpki i zimne pokoje hotelowe. W Europie nie można też być niczego pewnym, to Brysonowi (autor prezentuje kilka razy swą bałaganiarską naturę) się podoba (s. 41). Bryson nie włada innymi językami niż angielskim, jego znajomi w Londynie odradzali mu więc podróż na kontynent. Europę określa BB jako kontynent „nabrzmiały historią”, co jego zdaniem trochę przytłacza i turystów z USA i Europejczyków (skojarzenie – Sunny von Büllow, s. 44). Europa ma słabe windy, nawet w biurowcach, często bez wewnętrznych drzwi (s. 67). Europejczycy jedzą niejadalne części zwierząt, trzeba uważać czytając menu (s. 95). Pociągi wolne, wbrew amerykańskiemu stereotypowi superszybkich europociągów (s. 265). W niektórych miejscach pozwalam sobie skonfrontować uwagi Brysona na temat poszczególnych miast z moimi własnymi.

BB

Swą podróż po Europie zaczyna Bryson od mroźnego norweskiego Hammerfest (30 godzin busem z Oslo). Zwraca uwagę na zupełny brak profesjonalizmu norweskiej telewizji (s. 32) i na to że ludzie nie zagadują się o pogodę. Hammerfest zniszcyli Niemcy w 1944 stosując taktykę spalonej ziemi, mieszkańcy potem odbudowali je własnymi rękami. Mieszkańcy Oslo wydawali mu się „bezlitośnie młodzieńczy” (s. 43). Szwedzkie Skellefteå zaskoczył Brysona barem „szybkiej” obsługi (20 min. Czekania, s. 23), i że za norweskie pieniądze nic nie kupi, choć w Belgii za luksemburskie i odwrotnie owszem.

Paryskie hotele to ciemne długaśne korytarze (s. 49), jak w chińskim politbiurze. Nieuprzejmość i formalizm Paryżan wkurza go (s. 50), choć zauważa poprawę od poprzedniego pobytu 20 lat wcześniej. Paryż wydaje na sprzątanie ulic 58 funtów na mieszkańca, Londyn 17, więc Paryż jest wyraźnie czystszy (s. 54). Krytykuje gwiaździsty system ulic Haussmanna, jako nieefektywny (s. 54), zwłaszcza przy agresji kierowców. W NY za wpychanie się do kolejki groziłoby pobicie, tu to norma (s. 57). Francuzi zdają się mówić: „życie jest wiadrem gówna, ale nie pomogę bo to pańskie wiadro” (s. 83). „Kiedy dłużej oglądam złote rybki mam ochotę popełnić samobójstwo, lub przynajmniej przeczytać francuską powieść” (s. 85). Psy nie lubią Brysona, z wzajemnością. BB lubi natomiast krowy. Nie podoba mu się zacieranie granic państwowych w Europie (s. 136).

Tramwaje i przejścia dla pieszych z pasami, ludzie w beretach to z kolej Luksemburg.Luksemburg też zaskoczył go fatalnym stylem jazdy i wysokim wspólczynnikiem wypadkowości (s. 16). Belgowie i Holendrzy kochają Amerykę za D-Day i wyzwolenie, Francuzi – nie (s. 50). Brukselę uważa Bryson za obrzydliwe miasto, pełne śmieci, szarych biurowców i pozbawione rzeki (s. 69). Największą zaletą Brukseli to to, że w 3 godziny, można dostać się z niej do Paryża. Voctor Horta zbudował tam wiele pięknych budynków, ale głupi mieszkańcy je powyburzali (s. 70). Ma jednak świetne bary, a ludzie są przyjaźni (¼ mieszkańców to cudzoziemcy). Palais de Justice to piękny wyjątek architektoniczny. UE nie ma stylu co widać od ID po budynki (s. 73). BB jest podatny nieco na propagandę eurosceptycznego ‚The Economist’ gdy martwi się, że sama UE nie wie ilu ma urzędników, ale jego uwagi o Brukseli niestety podzielam (byłem tam w lipcu 2001 roku). Faktycznie miasto jest rupieciarskie z wyjątkiem Grand Place i paru innych zaułków, zaś ludzie pomocni i życzliwi. Walonowie i Flamandowie nie lubią się nawzajem, ale jeszcze bardziej nie lubią Francuzów i Holendrów (przychodzących bez prezentu niezapowiedziani, podobną opinię w Anglii mają Szkoci zauważa BB – s. 75). Zwłaszcza mieszkańcy Antwerpii byli takimi ksenofobami. BB żałuje, że w UK i USA tak mało wiadomo o Belgii, np. o nieuchwytnym gangu z Nijvel, albo o pięknie Brugii i Dinant, którymi Bryson się zachwyca (s. 77), Antwerpię niestety zmasakrowali deweloperzy. Gdy Wilhelm II ogłaszał w Spa abdykację, skończyły się dobre czasy uzdrowiska. Z rzadka jedynie bywają tam Niemcy (s. 30) i niemal wyłącznie oni, inni wolą południe Europy. W Barvaux wszyscy mają katar, a kelnerki są drażliwe i tępe (s. 88).

Amsterdam i widok ostatnich hipisów tego świata (s. 107), podobnie jak Anglicy, a inaczej niż Niemcy czy Szwajcarzy, Holendrzy są „cudownie niechlujni” (s. 111). Ma wrażenie, że kiedy Holendrzy mówią z cudzoziemcami, wzmacniają swój gardłowy akcent, niż kiedy mówią ze sobą (s. 112). Cieszę się, że tak jak ja Bryson lubi brzmienie holenderskiej mowy, która przypomina mu angielską. Denerwują go kolejki i wyprzedawanie biletów na wystawy muzealne (s. 113) wiele dni przed. Piękne i miłe kelnerki poliglotki wywołują zachwyty Brysona (s. 114). Przestępczość niska, ale wandalizm, to jedna z tych rzeczy, które Amsterdamczycy zbytnio tolerują (s. 116). Brytyjczycy patroszą całe stare dzielnice, Amsterdamczycy dbają o to by zachowały wdzięk i charakter (s. 117). Koszty naprawy pali często są większe niż kamienicy. Sklepy w centrum nie mają szyldów ani wielkich okien wystawowych, by wszystko ładnie grało. Bezpruderyjność kioskowa; 20 lat temu większość prostytutek to były piękne i przyjazne Holenderki, teraz głównie naburmuszone Azjatki i Afrykanki (s. 119). 20 tysięcy Holendrów ukrywało Żydów w czasie wojny, dziwi się BB, że w muzeum Anny Frank jakoś o tym cicho. Bryson uważa Amsterdam za swoje ulubione europejskie miasto (piękne i przyjazne), w czym zgadza się z nim wielu jego amerykańskich znajomych (ibidem). Przy okazji dodam, że ja również; zabytki, ludzki spacerowy rozmiar, rześkie morskie powietrze, dobra kuchnia i muzea, jak tu nie kochać Amsterdamu? Na granicy miasta porzucone zardzewiałe traktory, jak w Belgii.

Aachen i Niemcy porażają Brysona zamożnością, która wzrosła znacznie od jego wizyty w 1973, nawet Flandria nie może się równać (s. 91). Duńczycy są bogatsi o 40% od mieszkańców UK, ale tego nie widać, Niemcy też są bogatsi i to widać; auta lśnią niczym w Beverly Hills (s. 92). Bary mało przytulne, ale starówka urzeka. W 1944 roku Aachen jako pierwsze miasto wpadło w ręce aliantów, dawnych totalnych zniszczeń dziś absolutnie nie widać (s. 93). BB boi się wyszukanych dań w stylu gałki oczne czy flaki, wnętrzności, oraz unika akordeonów (s. 94). Niemców rozstraja ironia, tak Szwajcarów zabawowy nastrój (s. 40). Niemcy oczekują, że nawet pranie będzie wisieć w sposób uporządkowany (s. 101, anegdota z losem kolegi Anglika w Bonn). Niemieckie tabloidy i TV kipią od seksu. Aktorzy w reklamach są czystą ekstazą (s. 102). Dworcowe całodobowe kino po
rno zadziwia BB (s. 105). Hamburg mimo wysokiego bezrobocia nie jest żadnym zapyziałym Liverpoolem, lecz miastem wyraźnie zamożnym (s. 124). Zachwyca Brysona jezioro Binnenalster i drugie Aussenalster (s. 125). Hamburg drugi po Rotterdamie europejski port zarabia tyle co Austria (s. 127). Reeperbahn – prostytutki stare i brzydkie. 20 lat temu Hamburczycy byli stadem grubasów, teraz wyglądają jak opaleni surferzy i joggerzy (s. 130). Nawet pijaczkowie wyglądają na zdrowych i krzepkich. Miasto odbudowane po wojnie, a mieszkańcy dumni z tego; mają prawo uważa Bryson. Ambitni Hamburczycy wydają się BB „nowymi Amerykanami” (s. 131). Hamburg to praca, przemysł i handel, UK przy nim to jeden wielki dom towarowy. Altanki i pomosty dopełniają uroku miasta. Na granicy miasta – fabryki i rolniczy bałagan. Przy okazji dodam, że i mnie urzekły hamburskie jeziora i porty, kiedym tam był jako nastolatek jeszcze. Byłem w wielu niemieckich miastach, także w Kolonii, którą chwalę jak Bryson, ale Aachen nie znam. Podobnie jak on jestem jednak turystycznym germanofilem, a nawet w przeciwieństwie do BB – lubię akordeony…

Miejscówki w kinie kopenhaskim zaskoczyły go (s. 39). Duńczycy wolą ciastka z kremem, Szwedzi kanapkę z rybą jako przekąskę podróżną (s. 136). Dania bardziej zadbana i pusta niż Hamburg i niemieckie pomorze. Czemu Duńczycy nie budują wiatraków na wzór staroholenderski ? (dobre pytanie). Jedno centrum handlowe za drugim jak w UK. Piękne hotele w Kopenhadze, ale drogie potwornie i trudno znaleźć wolny pokój. Miasto z przyległościami ma 1,5 mln mieszkańców, ale atmosferę miasteczka uniwersyteckiego (s. 139). Duńczycy i Dunki piękni i przepełnieni radością życia (s. 140). Dziewczyny opalają się topless w parkach. Kobiety piękne, faceci zapięci pod szyję, jakby zeszli z planu Miami Vice (s. 141). Tłuściutki Bryson czuł się jak Barney Rubble. Policja uzbrojona i wyposażona po zęby miło gawędzi z młodym człowiekiem, który nadużył narkotyku (s. 143), policjanci zamierzają puścić to w niepamięć i zawieźć go do domu, w USA miałby pewnie z 20 lat odsiadki myśli Bryson (s. 144). W 1982 roku w Kopenhadze było 6 zabójstw (w Amsterdamie – 205, w NY – 1688). Królowa chodzi na spacer bez ochrony. – Wszyscy ją ochraniamy – mówią mieszkańcy, Bryson jest wzruszony tym patriotyzmem (s. 143). Duńskie Muzeum Narodowe, ogromne i bogate jak na niewielki kraj. W hotelu płacić trzeba za rozmowę nawet jeśli nie uzyska sie połączenia. Na ulicy jedyne gbury to pijany Irlandczyk i hałaśliwa włoska wycieczka (s. 148). Kopenhaga od lat jest w czołówce rankingów na najlepsze miasto do życia, jako niedawny wizytator tego miasta (w maju tego czyli 2015 roku), potwierdzam, że ta stolica-port-uzdrowisko jest po prostu super, a ludzie wspaniałomyślni, uśmiechnięci i pomocni.

Göteborg, Szwecja i Norwegia, smętne, drogie i pozbawione życia, wysoki VAT, pijaństwo, przeciwieństwo Danii (s. 157). Ilu Szwedów potrzeba do pomalowania ściany? 27-miu, jeden maluje, a 26-ściu zajmuje się gapiami (s. 158). W Norwegii barman da ci nowego drinka, tylko jeśli poprzedni wypiłeś do dna. Nie można tak po prostu wejść do szwedzkiego pociągu, trzeba zaplanować trasę a bilet kupić z wyprzedzeniem. Tak jakby chcieli zatruć wszelką radość życia. Sztokholm deszczowy, jedzenie podłe, ale sama architektura piękna (s. 165). Gdy zabito Olofa Palmego pod kinem w Sveavägen w 1986 roku, o godzinie 23:21, policja ruszyła na patrole dopiero o 0:50, a o 1:05 zamknęła lotniska (s. 166). Obie kule znaleźli przechodnie, nie policja. 300 policjantów zrobiło 11-miesięczne śledztwo za 6 mln $, i zaaresztowało niewinnego (s. 166). Co z tą Szwecją – pyta Bryson. Szwecja była dla Brysona wzorem połączenia socjału z kapitalizmem, ale wszędobylskie śmieci go zdołowały (s. 167). Sympatyczni wartownicy przed klocowatym zamkiem królewskim (s. 170). W niedzielę Sztokholm to najbardziej wymarłe miasto w Europie. Nie mogę tego zweryfikować, bo z Szwecji znam tylko Skanię (Malmö, Ystad).

Bryson kocha włoskie filmy, nawet te klasy C, ale Rzym to raj naciągaczy zwłaszcza robiących w konia turystów z Niemiec i USA (s. 175). Hydraulicy unikają zobowiązań.Włoscy kierowcy nie patrzą przed siebie, ale inaczej niż paryscy nie chcą pieszego rozjechać (s. 176). Tylko na zakonnice uważają. Rzym jest brudny i cuchnący, a samochody stają wszędzie jak leci.Gadulstwo i trąbienie jak w NY, tylko chaos większy. (nie mogę tego zweryfikować bo znam NY, ale w Rzymie nie byłem). Zakazy po włosku łagodne, w innych językach ostre. Piąta gospodarka świata, gdyby nie chaos byłaby pierwsza. Nie wiadomo czy Rzymianie się tłuką czy komentują sport (s. 180). Nie dbają wystarczająco o zabytki. W marcu 1989 roku 900-letnia wieża w Pawii runęła zabijając 4 osoby. 80 % europejskich kradzieży dzieł sztuki ma miejsce w Italii. Kościół pozwalał przerabiać katakumby i rzymskie termy na kamieniołomy. Rzymianie sikają gdzie popadnie, podobnie jak Francuzi i Belgowie przy jezdniach peryferyjnych, policja w USA sprałaby ich za to na komisariacie (s. 182). BB uważa, że to relikt wersalskiego podejścia do wydalania. Rzymski slang: „dobrze się dziś wysrałeś” = „jak leci”… Neapol i jeszcze większy syf (s. 189). Auta brudne i zdezelowane; Bryson nie dał rady i uciekł z tego miasta-slumsu do Sorrento. Wyniosłe Anglielki krzywiły się na brud, choć Sorrento czyściutkie przy Neapolu. Do knajpy wpada boss, i gospodarz wykonuje cyrk podlizywania się mu, wdzięczny jest, że Bryson oddaje mu stolik (s. 193). Włochy jawią się purytańskim Anglosasom jedną wielką grzeszną przyjemnością (s. 203). Florencja, wolny pociąg, wolna winda, mała łazienka (s. 210). 14 razy więcej turystów rocznie wizytujących miasto, niż mieszkańców. Japońscy turyści obok tych z USA, najliczniejsi. W 1900 Uffizi pokazywała 2395 obrazów, teraz tylko 500, a reszta w magazynach (s. 212). UNESCO ma tu większe wydatki niż na całą Hiszpanię. Śmieci na ulicach. Nagabujący Cyganie. Dziewczynka cygańska kradnie mu portfel, BB nie reaguje złością, lecz podziwem. Ukradła mu czeki podróżne, ale w rozmówkach pisało tylko jak zapytać gdzie można kupić najlepsze pończochy, choć żaden normalny turysta ich nie kupuje i powiedzieć: „pańskie czyraki są septyczne” i tym podobne pierdoły (s. 216). Polizia nie pomogła, biuro American Express owszem i to bardzo sprawnie. Mediolan – miasto w którym wszyscy myślą o pieniądzach raczej niż estetyce (s. 221). Przeciążeni pracą nieliczni kelnerzy, jak to w Europie, ale jeszcze gorzej, za to turyści nieliczni. Markowe brzydkie drogie workowate ciuchy w oknach. Ludzie chodzą szybko, nie słaniają się jak w Rzymie czy Mediolanie (s. 224) i szpanują drogimi autami. W Locarno nie da sie kupić kanapki, trzeba jeść ciastka (s. 229). Ja tak miałem w Lizbonie… Trudno mi skonfrontować moje włoskie impresje z Brysonowymi, ponieważ znam Triest, Miramare, Florencję i Wenecję, tak więc obaj zwiedzaliśmy jedynie Florencję, a o niej akurat Bryson mówi same banały. Dla mnie Florencja sama w sobie była po średniowiecznemu męcząca, choć widok na miasto z okolicznych wzgórz jest nieziemski. Ale i tak do Wenecji się nie umywa.

W Szwajcarii miasta niemieckojęzyczne, francuskie, włoskie mieszają się ze sobą; człowiek nie wie na czym stoi (s. 233). Genewa; banków więcej niż dentystów (s. 241). Miasto drogie, ludzie potwornie rzeczowi i powściągliwi. Mało młodzieży w knajpach; martwota. Naród nudny i konserwatywny; w 1968 w Genewie hipisi rozeszli się, bo nie dostali pozwolenia od policji na pikietę (s. 242). Co piąty mieszkaniec Szwajcarii to cudzoziemiec, ale niemal bez szans na obywatelstwo (s. 242). Wyzysk bez zasiłków. Mikroskopijne i potwornie drogie kufle z piwem. Berno – miasto antykwariatów. Domy jak zmutowane zegarki z kukułką. Kelnerzy mówią bitte, a potem merci (s. 245). Bundeshaus niczym mały ratusz. Jak doprowadzić Szwajcara do śmiechu? – Przystawić mu pistolet do głowy i zażądać (s. 257). Jak poznać szwajcarskiego anarchistę? – Nie używa kodu pocztowego. Co ciekawe większość zarzutów jakie ma Bryson do Szwajcarów, jest podobnych jakimi np. Wolfgand Büchner w „Hartlandzie” ma do poczciwców Dakoty. Szwajcary to po prostu nudni prowincjusze w wersji europejskiej. Liechtenstein jest częstym obiektem kpin dla Amerykanów i tu Bryson nie jest wyjątkiem; śmieszą go dwie partie; „czarnych” i „czerwonych”, które obie mają dewizę: „Wiara w Boga, Księcia i Ojczyznę” (s. 251). Niesławny raj podatkowy, gdzie więcej jest zarejestrowanych firm niż mieszkańców. Gdyby L. Był częścią Szwajcarii (w sumie jest z wyj. Nazwy i znaczków pocztowych), nikt by się do Vaduz nie fatygował.

Austria – Innsbruck – kluski giganty w knajpie (s. 259). Pełno tabliczek DR. I gabinetów lekarskich w domach. Najbardziej europejskie miasto w najbardziej europejskim mieście Europy; staroświeckie, Lederhosen, tyrolskie czapki i fajki. Precel Mozarta w Salzburgu wkomponowany w godło McDonalds (s. 263). Liczni ksenofobi. Spotkanie dwóch masskultur. Pociągi wolne, wbrew amerykańskiemu stereotypowi superszybkich europociągów (s. 265). Wiedeń bardziej przypada BB do gustu. Najelegantsze miasto Europy uważa nasz podróżnik (s. 267). Wbrew stereotypowi, Wiedeńczycy raczej mili (s. 270). Tylko w kawiarniach obsługa powolna i wroga. Marsjanie uznaliby Wiedeń za stolicę globu ziemskiego (s. 272). Może faktycznie ma rację; Wiedeń istotnie robi wrażenie. Nigdzie nie ma tylu majestatycznych budynków. Skromniutkie muzeum Freuda, choć drogie. Wg sondaży 70 % Austriaków nie lubi Żydów, choć ich prawie w Austrii nie ma. Żadnej refleksji czy poczucia winy jak w Niemczech (s. 274). Dość wspomnieć prezydenta Kurta Waldheima i porównać go z Willim Brandtem uważa BB…

Jugosławia piękna, ale poraża marazmem (s. 293). Sofia chwilami niczym z lat 1970, a nawet 30-stych (s. 297), ale ludzie ubrani z gustem i smakiem. Kobiety piękne – znowu wbrew stereotypowi (s. 303). Grob Gyorgi Dimitrowa pomazany graffiti; w 1973 roku był bogiem. Stambuł, hałaśliwszy i brudniejszy jeszcze niż Neapol, hotel porządny, ale TV w nim nie działa (s. 314). Ciągle ktoś zaczepia i oferuje usługi. Męczy wszechobecny głośny turecki pop.

Osobiście najciekawszym dla mnie aspektem książki Brysona jest poszukiwanie, być może nie do końca uświadomione, w Europie czegoś co by przypominało amerykański optymizm i jankeską elan vital. Wygląda na to, że włosi mają jej dużo, ale używają w złym celu, Duńczycy, Niemcy i Holendrzy w dobrym celu, a Norwegowie, Szwedzi i Szwajcarzy są pozbawieni życia. Austriacy i Belgowie są zbytnimi ksenofobami, by oddychać pełną piersią. Francuzi są milsi, ale nie lubią samych siebie. My Europejczycy lubimy patrzeć na USA z góry, bo mamy tyle zabytków itd., jednak czy one nie odbierają nam energii? Czy nie pozbawiają radości życia? Czy ksenofobia i zła wola nie przeszkodzą nam w budowaniu UE? Pamiętam scenę z serialu Sopranos, gdy mieszkanka New Jersey, żona mafioza Carmella Soprano odwiedza Paryż, i choć miasto jest piękne przygnębia ją to ile milionów trupów poprzednich pokoleń leży pod tym wspaniałym, średniowiecznym grodem… Może to dlatego Europejczycy są bardziej cyniczni, co otrzeźwia, ale i pozbawia woli.

Piotr NapierałaPiotr Marek Napierała (ur. 18 maja 1982 roku w Poznaniu) – historyk dziejów nowożytnych, doktor nauk humanistycznych w zakresie historii. Zajmuje się myślą polityczną Oświecenia i jego przeciwników, życiem codziennym, i polityką w XVIII wieku, kontaktami Zachodu z Chinami i Japonią, oraz problematyką stereotypów narodowych. Wiceprezes Polskiego Stowarzyszenia Racjonalistów. Autor książek: "Sir Robert Walpole (1676-1745) – twórca brytyjskiej potęgi", "Hesja-Darmstadt w XVIII stuleciu, Wielcy władcy małego państwa", "Światowa metropolia. Życie codzienne w osiemnastowiecznym Londynie", "Kraj wolności i kraj niewoli – brytyjska i francuska wizja wolności w XVII i XVIII wieku" (praca doktorska), "Simon van Slingelandt – ostatnia szansa Holandii", "Paryż i Wersal czasów Voltaire'a i Casanovy", "Chiny i Japonia a Zachód - historia nieporozumień". Reżyser, scenarzysta i aktor amatorskiego internetowego teatru o tematyce racjonalistyczno-liberalnej Theatrum Illuminatum

Podobne wpisy

Jeden komentarz

  1. Jacek Tabisz
    Jacek Tabisz
    9 lipca 2015 at 10:52 - odpowiedz

    Bardzo ciekawa podróż po Europie i filozoficzne zakończenie.

Zostaw komentarz

Paste your AdWords Remarketing code here