• piątek, 19 października 2018 r.

Choroba tropikalna. Dziennik indyjski 29

Okazało się, iż musiałem poświęcić tej nieproszonej przybyszce specjalny rozdział. W końcu tyle pisałem o romantycznych wizjach przeżartych gorączką Anglików, iż aż się prosiłem o zapoznanie się z tym zagadnieniem w sposób nie tylko teoretyczny… Choroba w klimacie równikowym przebiega jak groźny sztorm na oceanie, rzeczywiście zupełnie odrywa od wszystkiego, przynosi wizje godne obrazów Gauguina.

 

   Póki co jednak czułem się wciąż w miarę dobrze i podróżowałem wolnym autobusem do miasta Avissawella. Po drodze zatrzymaliśmy się przy większym dworcu o nazwie „Przeprawa przez most”. Rzeczywiście, byliśmy przy jednej z większych rzek wyspy, być może przy Kelami, nie najdłuższej, ale za to szerokiej. Pełna nazwa brzmiała Kelami Ganga. Mianem „Ganga” Syngalezi określają dużą rzekę i jest to pamiątka po ich pobycie w Północnych Indiach. Każda duża rzeka wyspy Lanki zdaje się być dla nich święta i przeważnie, gdy przejeżdża się przez którąś z nich, widać ludzi dokonujących ablucji. Nie są to chyba tylko Hinduiści, więc może w tradycji miejscowego buddyzmu również zaistniał taki zwyczaj. Wpływy hinduizmu na buddyzm lankijski są spore. Każda większa świątynia buddyjska, czyli wihara, posiada mniejszą świątynię poświęconą bogu Wisznu, uważanemu za opiekuna buddyzmu na wyspie. Istnieją też niezależne buddyjskie świątynie Wisznu i kilku lokalnych bóstw.

   Ruszyliśmy dalej. Mieliśmy wrażenie, iż już dojeżdżamy, gdyż w pewnym momencie pojawił się znak wskazujący na dystans 20 km . Oznaczało to, ostrożnie licząc, jakieś pół godziny jazdy. Jednakże po pół godzinie znów mieliśmy 20 km . Co ciekawe nie wjeżdżaliśmy w żadne korki, ani też nie przebywaliśmy dużych miast. Zacząłem żartować z Nalinem z owych 20 km, ale nie do końca mi było do śmiechu. Wciąż miałem problemy z oddechem, zaś rana na mojej stopie zaczynała opływać ropą. W autobusie kłębili się ludzie, tłumnie podjeżdżając po kilka przystanków. W pewnym momencie jakiś kolisty jegomość nadepnął moją stopę z całym impetem biegnąc do tylnego wyjścia, choć nie trzymałem jej na przejściu. Starałem się robić dobrą minę do złej gry i obserwowałem ludzi. Przede mną usiadło jakieś małżeństwo, około pięćdziesiątki. Należąca do tego stadła kobieta wyglądała jak bohaterki filmów o amerykańskich purytanach. Pedantycznie czysta, o zaciętych rysach, nadal, jakby wbrew samej sobie urodziwa. W kącikach oczu i ust widać było zmarszczki wynikające być może z ustawicznych walk ze samą sobą. Kobieta nie uśmiechała się, ale widać było, iż czuje się wewnętrznie kompletna. Była raczej na pewno buddystką i to mnie zaskoczyło. Dotychczas sądziłem, iż buddyzm można traktować jako swego rodzaju nie chcącą się do tego przyznać odnogę religii wedyjskiej. Odrzucił on wprawdzie Wedy i braminizm, jednakże koncepcje Buddy nie były dalekie od upaniszadowego brahmana. Jednakże hinduizm, przynajmniej do niedawna, nie był religią misyjną, zaś buddyzm zaistniał w dużej mierze dzięki misjonarzom. Syn cesarza Asioki był misjonarzem na Sri Lance… Może więc owo poczucie misji zbliżało wyglądem niektóre buddystki do amerykańskich purytanek? Takie podejście oczywiście było zupełnie odmienne od klasycznego politeizmu, jakim była i wciąż w większości wypadków jest większa część hinduizmu. W politeizmie wygląda to tak – jest sobie miejsce, miejsca ma swoich bogów i swoich mieszkańców. Miejsce, bogowie i mieszkańcy są ze sobą naturalnie związani. Nie ma potrzeby nikogo nawracać. Wpływa to na pogodę ducha i pewną siebie samej barwność wielu hinduistów.

 

   Wreszcie wjechaliśmy do Avissawella. Miasto cechował niezwykły, jak na Lankę gigantyczny, dworzec autobusowy. Jednakże większość jego stanowisk, pobudowanych z malowanego na zielono betonu, została zamieniona na bazar. Dworzec stał się swego rodzaju dzielnicą tego miasta. Niestety, okazało się, iż bazar nie jest wyspecjalizowany w żywności, a musieliśmy coś zjeść. Wyszliśmy zatem poza malowane na zielono dojazdowe uliczki dworca i znaleźliśmy się w śródmieściu. Nalin tłumaczył mi, iż miasto jest całkiem ciekawe i posiada całkiem stare, zabytkowe buddyjskie wihary. Ta jego część wyglądała normalnie, miała też swój wyczuwalny klimat, inny niż Colombo czy Hatton. Weszliśmy do jakiegoś baru i zjedliśmy appa,  oraz napiliśmy się niejednej (jeśli o mnie chodzi) herbaty.

   Następnie pojawiły się problemy. Otóż okazało się, iż z tej części wielkiego dworca, gdzie jeszcze zatrzymują się autobusy, nikt nie jeździ do Colombo przez Gothatuwę, czyli nasze przedmieście. Było już późno, jechaliśmy co najmniej pięć godzin, zatem istniała szansa, iż z innego miejsca Colombo będziemy musieli wziąć do Gothatuwy kosztowną rykszę. W końcu doszliśmy na jakiś zakręt drogi, gdzie czekał już tłum ludzi, mający podobny problem jak my. Podobnie jak kiedyś w Rishikeshu, po godzinie zaczęły się zjawiać autobusy, lecz tłum pasażerów zajmował miejsca zanim zdążyliśmy je zauważyć. Ja miałem już pewne problemy z chodzeniem, lecz z kolei moi przyjaciele okazali się zbyt łagodni i szarmanccy, aby poradzić sobie z problemem transportowym. „Gdybym miał tylko sprawną stopę…” – myślałem sobie kontemplując w myślach różne strategie opracowane przeze mnie podczas przesiadek na Rajiv Chowk w Delhi.

   Wreszcie Akila obudził w sobie swoje sportowe zdolności i zajął nam miejsca w klimatyzowanym busie. Ten transport wyglądał na zbyt ekskluzywny, lecz postanowiłem mimo to wcisnąć się doń z plecakiem. Gdy Nalin zorientował się, co się dzieje, ja zajęty byłem blokowaniem przejścia, zajmując na wszelki wypadek jakieś sześć miejsc. Kierowcy patrzyli na mnie z niekłamanym podziwem. W końcu ruszyliśmy. Okazało się, iż również ów bus nie jedzie do samego Colombo, lecz staje w jakiejś miejscowości, z której już są do Colombo i jego miast satelickich lokalne autobusy. Tempo naszego pojazdu było wprost oszałamiające! Mieliśmy chyba średnią prędkość 50 km na godzinę! Wszystkie inne pojazdy rozpływały się jak nieistotne kłęby mgły, gdy je mijaliśmy. Mijaliśmy też tory, niestety, nie udało mi się ani razu zobaczyć pociągu. Pewnie stał gdzieś na stacji. Tuż przed postojem kierowca zebrał od nas pieniądze. Okazało się, iż nie płaciliśmy wcale więcej niż za zwykły autobus. Choć raz mieliśmy szczęście.

   Kolejna miejscowość była dość zaniedbana. Ciężko było orzec, gdzie zatrzymują się w niej autobusy. Mimo to udało nam się kupić karty – zdrapki na doładowanie Airtelu. Ponoć obniżały koszt roamingu, lecz nie zaobserwowałem tego. W Hatton Airtel nie miał zasięgu, choć chwalił się zasięgiem bardziej niż inne sieci (na małej Sri Lance działa aż 5 chyba dystrybutorów).

   Przechodząc przez zakurzone ulice owej miejscowości rozmawialiśmy o Negombo. Nalin chciał mnie zaprosić do siebie na następny weekend. Miejscowość składała się z dwóch części. Turystycznej, z przepiękną plażą i hotelami, oraz całkiem starą zabudową, oraz z rybackiej, umieszczonej nad laguną. W przewodniku widziałem lankijskich rybaków łowiących ryby w dość ciekawy sposób. Siedzieli oni na niezwykłych konstrukcjach złożonych ze szczudeł wbitych w dno oceanu, zaś w rękach mieli wędki. Nalin zapewnił mnie jednakże, iż jego ojciec łowił zawsze ryby przy użyciu sieci i czółna, co też wymagało sporej zręczności (nie była to stabilna łódź). Od wielu lat jednakże zajmował się dystrybucją darów morza, nie tyle ryb, co szczególnie cenionych przez smakoszy wielkich homarów. Obecnie był już niemal na emeryturze, zaś w rodzinie nie brakowało kłopotów. Młodsza siostra wciąż była panną na wydaniu, zaś małżeństwo starszej nie ułożyło się zbyt dobrze. Wiele osób w biednych lankijskich wioskach cierpiało na różnego typu uzależnienia. Alkoholizm był powszechny, pojawiała się też jednak na przykład heroina. Ta ostatnia używka uczyniła z męża starszej siostry Nalina niezbyt ciekawego osobnika. Jakiś czas temu cała rodzina złożyła się na jego wyprawę do Dubaju, jednej z nielicznych stolic, do jakich Lankijczycy mogli przybywać bez większych problemów wizowych. Gdy mąż starszej siostry (jak to się mówi po polsku?) wylądował w końcu w owym zyskownym świecie, wbrew oczekiwaniom wszystkich nie przysyłał pieniędzy swojej małżonce, choć nawet bardzo niska pensja w tym arabskim kraju jest dwu i półkrotnie wyższa od całkiem przyzwoitej lankijskiej. Jego dwie córeczki musiały zatem jakoś żyć z dochodów coraz bardziej schorowanych dziadków. Niedawno okazało się, iż ów dubajski emisariusz stracił nogę i ma zamiar wrócić na Lankę, do swoich. Starszy brat Nalina podążał rybacką drogą swojego ludu, lecz miał nieco ponury charakter i nie szło mu za dobrze. Bywało, że również nadużywał alkoholu. W związku z takimi doświadczeniami Nalin stał się zagorzałym abstynentem. Rząd Lanki natomiast restrykcyjnie obarczał alkohol bardzo wysokimi akcyzami, zabraniając również obrotu nim w święta. Podobnie jak większość rozsądnych ludzi, w owej polityce fiskalnej nie postrzegał Nalin próby uleczenia biednego społeczeństwa z alkoholizmu, lecz raczej chęć generowania zysków obecną u niektórych polityków.

 

   Nalin kilka razy pytał mnie, czy lubię dużo pić, gdyż oczywiście Zachodnia kultura kojarzy się ludziom z Azji między innymi z rozmową przy drinkach w pubie. Zgodnie z prawdą mogłem go uspokoić zapewnieniem, iż w sumie piję bardzo mało i to głównie dla tego, iż co jakiś czas bywa to swego rodzaju towarzyskim rytuałem. Po czym opowiadałem mu o kulturze picia wina we Francji, o tym, że nawet dzieci piją ten dawny napój rozcieńczony wodą i, że w napojach alkoholowych niekoniecznie kryje się coś destruktywnego, jeśli umie się ich używać. Długowieczność Francuzów wskazuje nawet na to, iż wino w małych ilościach potrafi być zdrowe na swój sposób, choć oczywiście częściej się tam zdarzają choroby wątroby.

   Następnego dnia moja noga była w tak złym stanie, iż udaliśmy się do pani doktór mającej swój gabinet najbliżej nas. Jednocześnie chciałem też rozwiązać problem związany z narastającym przeziębieniem. W Lance po raz pierwszy w życiu nie mogłem normalnie grać na fletach, gdyż przy dłuższych dźwiękach zaczynałem kaszleć. W Polsce, nawet gdy byłem bardzo przeziębiony, czy miałem grypę, zawsze mogłem sobie jakoś poradzić. Gabinet mieścił się w małym, prywatnym domu, doktór zaś mówiła trudnym dla mnie angielskim, ale chyba sprawnie, gdyż była kilka lat w Kanadzie. Wzbudziła we mnie zaufanie, jak się później okazało, niesłusznie. Po nasmarowaniu nogi zaleconym przez nią żrącym preparatem i po zażyciu lekarstw, mój stan się wyraźnie pogorszył. Gorączka stała się silniejsza, sięgając 40 stopni i dopóki byłem pod kuratelą doktór, nie mogłem się od niej uwolnić.

   Pierwsza noc była koszmarna. Miałem jakąś dziwną wizję. Wydawało mi się, iż przybyłem na akademię muzyczną, aby prowadzić dalsze badania muzyczne. Jednakże był taki zwyczaj, iż wszyscy wykładowcy i muzycy stali tylko w mroku, w kompletniej ciszy, ja zaś musiałem stać razem z nimi nie wiadomo jak długo. I stałem tak całą noc razem z tą galerią posągowatych zwid, starając się zracjonalizować jakoś majaczącym umysłem tę sytuację. Doszedłem w końcu do wniosku, iż powinienem się domyśleć tych których szukam po jakiś drobnych przesłankach i po jakimś czasie zostanie mi zadane pytanie o to, kogo zamierzam pytać i nagrywać. Wsłuchiwałem się zatem w różne szmery, odgłosy, oddechy. Stwierdzałem przy okazji, iż to całe milczenie jest bardzo buddyjskie, choć w sumie muzyka jako taka wcale nie jest… Dziwne było przebudzenie. Część fatamorgany zniknęła, część zaś nie. Ujrzałem Nalina i kolegę Tushity budzących się w tym samym rozległym salonie, wśród tych wszystkich milczących postaci. Pomyślałem sobie, iż pasują oni do dziwnego, ezoterycznego układu, jaki sobie wcześniej wydedukowałem. Powiedziałem więc im słabym głosem „ajibowan”. Przerazili się, gdy mnie zobaczyli, choć ów drugi osobnik, niespecjalnie, przyczynił się do pogorszenia mojego stanu. Sam miał chyba, sądząc po kaszlu, od dawna niezaleczone zapalenia oskrzeli, jeździł zaś przy tym na motorze. Moje ciało było zaś jak gąbka i z czegoś, co być może było jakąś anginą, zaczęło mi się robić zapalenie płuc. Następnego dnia było 17 stopni plus w dzień, ponoć rekordowy chłód na Sri Lance od 60 lat. Dla mnie taka temperatura była prawdziwym wytchnieniem. Szalona doktóra zdarła z mojej nogi bandaż z kawałami skóry i spytała, czemu nie brałem maści, o której ani nam nie mówiła, ani której nam nie zapisała na recepcie. Całe szczęście, iż mieliśmy zaprzyjaźnionego rykszarza, który mógł mnie w ten dzień i w następne wozić po lekarzach, czekać ze mną i brać za to niewielkie kwoty.

   Było mi przykro, że mieszkam u tych młodych aktorów i nawet nie mogę podnieść ręką. Tushita ostatnio miał nawał pracy i projektów. Wychodził wcześnie i wracał bardzo późno, jednakże najlepiej ze wszystkich widział, iż naprawdę jestem w złym stanie. Podchodził do mnie z pewnym przerażeniem, gdyż ostatnio borykał się z niekończącym się chaosem rzeczywistości. Stałem się póki co jego częścią.

   Gdy czułem się tylko na siłach, pisałem wiersze i eseje, dzięki czemu mogłem wreszcie nadgonić niemal 4 tygodniowe opóźnienie w pamiętnikach. Gdy nie miałem żadnych innych lekarstw, tego typu praca uspokajała mnie trochę. Ze spaniem i z leżeniem miałem ogromne trudności. Wilgotność klimatu równikowego nie ma sobie równych. Wszystko jest mokre, zaś bakterie czują się jak w raju. Jak zauważyłem jeżdżąc rykszą, do tego wszystkiego nasz dom położony był w bagiennej depresji, oferując szczególnie wysoką wilgotność powietrza nawet jak na Sri Lankę.

   W nocy trzeba było zapalać spirale przeciwko komarom. Oczywiście spanie przy gęstym, chemicznym dymie torującym sobie drogę przez skrajnie wilgotne powietrze nie służy zapaleniom płuc. Jednakże alternatywą były niepowstrzymane hordy komarów, które prędzej czy później mogły mi sprzedać malarię, albo rzadsze, lecz jeszcze groźniejsze paskudztwo, siejące postrach u wszystkich. W dzień hordy much próbowały wleźć pod ciemny od krwi i jakichś innych wydzielin bandaż na mojej stopie. Nie było to miłe. Były problemy z jedzeniem. Ostry jak ekstrakt z chilli ryż i curry coraz bardziej doprowadzał do szału mój zmaltretowany antybiotykami żołądek. Z innymi rzeczami było krucho, na szczęście pozostawały owoce, które wbrew różnym reklamom też wcale nie są lekko strawne.

   Po zimnych dniach nastały całkiem ciepłe. Nigdy w życiu się tak źle nie czułem. Obudziłem się nie mogąc oddychać. Płuca bolały mnie tak bardzo, iż nie mogłem ani siedzieć, ani stać, ani leżeć. Najgorzej było z leżeniem. Problemy z oddychaniem narastały, natomiast moi troskliwi przyjaciele byli wszyscy poza domem i przypuszczali, iż połknąwszy tak ogromną górę lekarstw muszę zdrowieć. Lankijczycy, podobnie jak Hindusi, mają szacunek do autorytetów. Czują, iż jeśli pani doktor coś powiedziała, to będzie tak, jak ona sądzi i będzie dobrze. Najwspanialszy w ratowaniu mnie z tej całej sytuacji był Nalin. Choć miał w owych dniach ogromne problemy z pieniędzmi i był zajęty zarówno na studiach, jak i w domu, rzucał wszystko i przybywał, aby pomagać mi dotrzeć rykszą do lekarza, kupić lekarstwa, coś do jedzenia etc. Wszystkie lekarstwa starannie mi opisywał, abym się nie pomylił, dbał też o to, aby nie myliły mi się pory dnia i nocy, co wcale nie było proste.

   W którymś momencie leciał na przykład na łeb na szyję z nagrania radiowego. Brał już od kilku miesięcy udział w teatrze radiowym, za co płacono mu 15 naszych złotych od jednej sesji mającej przygotować cztery odcinki. Była to dla niego i tak wielka okazja. Poza tym w tych dniach kończyła się jego kadencja jako prezydenta Akademic Players. Dowiedziałem się, iż ów studencki teatr działa już od 10 lat. Po ukończeniu studiów, związani z nim aktorzy przechodzą do Akademic Players Club. Z owej studenckiej trupy wyrosło w tym czasie 50 w pełni profesjonalnych aktorów teatralnych, filmowych i telewizyjnych. Dalsza 50 to wykładowcy, nauczyciele i organizatorzy warsztatów w domach kultury etc.

   Gdy w upalny dzień próbowałem rozmawiać z moją Kają, było ze mną naprawdę źle. Nieleczone (potęgowane?) zapalenie płuc i wodnista, prawie wrząca atmosfera wokół mnie tworzyły dość tragiczną scenerię. Nie mogłem kaszlnąć, gdyż miałem wrażenie, iż wypluwam całe płuca jak jakiś bolesny kłębek. Moje serce biło z wyraźnym trudem, nie byłem już w stanie odganiać much składających swe potomstwo z zaatakowanej przez bakterie stopie. W pokoju był wiatrak, można było też zdjąć koszulę, ale gdy to robiłem, czułem się równie źle, jak kiedy zakładałem koszulę i spowalniałem wiatrak.

   Przerażona Kaja skontaktowała się z Nalinem, a on przybył jak najszybciej. Zaczęliśmy szukać z naszym rykszarzem innego lekarza. Minęliśmy jakiś most, nad nim zaś Buddę w szklanej altanie. Przed moimi oczami rozciągały się jakieś średniowieczne pejzaże z symfonii Brucknera. Powietrze wpływające do rykszy pod wpływem jej ruchu szkodziło mi, ale gdy stawaliśmy, nie czułem się lepiej. Spaliny autobusów i ciężarówek oplatały się wokół mnie żrącymi kłębami. Zacząłem w myślach projektować jakiś romantyczny, neostylowy dworzec, sądząc, iż najwyższy czas, aby podążyć śladem moich XIX wiecznych czarnych bohaterów – Anglików. Nie miałem jednakże opium, choć dziwaczne, nieskuteczne lekarstwa od pani doktór może były nawet lepsze niż opium…

   Jednym z najsławniejszych architektów współczesnej Azji był Lankijczyk Geoffrey Bawa, żyjący w latach 1919 – 2003. Stworzył on styl zwany „tropikalnym modernizmem”. Jedno z jego ostatnich dzieł widziałem już z oddali. Był to budynek parlamentu w Jayanthipura, na jeziorze Diyawanna, tuż przy granicy Colombo. Miał on w sobie coś japońskich lub chińskich konstrukcji buddyjskich, wyglądających jak nakryta spadzistym dachem, oparta na proporcjach doskonałych kwadratów chata. Nawiązywał on do architektury Kandy, ostatniego niepodległego królestwa Sri Lanki, które cechowało się zamiłowaniem do sztuki, aczkolwiek, odcięte od oceanu i wielu cennych ziem oraz złóż przez kolonialistów, musiało zadowalać się kameralnymi, drewnianymi konstrukcjami, w przeciwieństwie do Anuradhapury, której ceglane stupy należały do największych założeń architektonicznych starożytności, zaraz po piramidach egipskich. Innym wielkim dziełem Bawy jest świątynia buddyjska Seema Malika w Colombo. Rozmyślając o tym wszystkim, byłem przekonany, iż muszę się bardzo postarać z tym swoim dworcem. Nie byłem oczywiście pewien, czy zdołam zobaczyć więcej dzieł Bawy i owe gigantyczne stupy.

 

   Do pierwszego lekarza była straszna kolejka, a raczej niewielka, lecz pacjenci wysiadywali u niego długo. Ja ledwo mogłem przejść z rykszy do poczekalni, więc po pewnym czasie zacząłem nalegać, aby poszukać jakiegoś innego lekarza. Gdy w pewnym momencie wcisnęła się do sali jakaś krewna siedzącego tam godzinę pacjenta, najwyraźniej też chora, postanowiliśmy jechać dalej. Ruszyliśmy jakąś bagienną ścieżką, później zaś przez jakiś zupełnie indyjski, zapylony bazar. Drugi doktor był dostępny. Załamał się widząc zniszczenia na moje stopie poczynione przez lankijsko – kanadyjską kurację. Zajął się też moimi płucami. Nalin nalegał, abym zbadał sobie krew, lecz ja pamiętałem, co wyczyniała siostra w delhijskiej przychodni Geetanjali, byłem więc przekonany, iż tutaj, w setki razy gorszym miejscu i przy takim moim stanie nie wyjdzie z tego nic dobrego.

 Wróciliśmy. Następnego dnia nastąpiła lekka poprawa, po czym było jeszcze gorzej. Zacząłem się zastanawiać nad tym, czy zasada „jesteś chory, po czym zdrowiejesz” dalej działa w moim wypadku. Ludzie zjawiali się przy mnie jak jakieś cienie, ukrop otaczający mnie w dzień i nocy, komary, gryzący dym, wszystko zlewało się w jakąś bezkształtną breję. W pewnym momencie zobaczyłem Kowshalyę robiącą coś w Internecie. Spytała mnie, czy wierzę w reinkarnacje. Pokiwałem niejednoznacznie głową. Nie miałem energii na dyskusje o genetyce i dziedziczeniu cech, ale nie osobowości (a już zwłaszcza tzw. duszy etc.). Zapytała mnie dalej, czy chciałbym się urodzić w Indiach. Powiedziałem, że tak. Lubię ten kraj, w sumie nawet nie wiem dlaczego aż tak bardzo. Chodzi chyba głównie o afirmację rzeczywistości zbudowaną na podłożu politeistycznym, o znacznie słabszych niż w wielkich monoteizmach (nie cierpię, jak Microsoft Word podkreśla liczbę mnogą od słowa „monoteizm” jako błąd – czy jeden tylko monoteizm był i jest znany ludzkości, czy panuje jakaś monoteizmowa zgodność polegająca na tym, iż ksiądz wysyła swoich podopiecznych do meczetu, bo sam nie ma czasu?) przesłankach eskapistycznych. Żyjemy tu i teraz, to jest nasz świat, nasz dom – jeśli jakaś mitologia, choćby skrajnie baśniowa, wysuwa na czele takie odczucia, jestem za. Oczywiście można stwierdzić, iż to hinduizm stworzył pojęcie sansary, lecz wystarczy spojrzeć na kolorowe ciężarówki, święta i śluby Hindusów, aby zrozumieć, iż sansara nie jest żadnym „szatańskim kuszeniem na górze”.

   Gdy kolejny raz udawaliśmy się do lekarza, nawet Nalin zwątpił w autorytety lekarzy. Kaja już wcześniej zaczęła się zastanawiać nad prywatnych szpitalem. Powiedziałem jej, iż Lankijczycy, których nie stać na lekarstwa i przychodnię, idą do państwowych szpitali. To dobrze, że mogą tak zrobić, ale można być pewnym, iż poziom tych szpitali jest depresyjny. Jak się spodziewałem, Nalin powiedział mi, iż za jeden dzień w prywatnym szpitalu na Lance płaci się kwotę, która nawet mieszkańcowi Francji wydałaby się bardzo wysoka. Dwa dni oznaczają średnią lankijską pensję.    

   Tym razem postanowiłem twardo żądać różnych lekarstw. Mocnych antybiotyków nie tylko na dwa dni po pierwsze (tak, żeby mi się nagle nie skończyły wtedy, kiedy i tak muszę czekać dobę na kolejną wizytę). Lekarz stwierdził, iż idzie ku lepszemu, gdyż moja stopa wyglądała trochę lepiej i zapewne w związku z tym bakterie rzuciły się jeszcze mocniej na płuca. Kaja mówiła mi, że narzeczony jednej z jej koleżanek zapadł na podobną chorobę i trafił na lepszy szpital, dzięki czemu stwierdzono jaka bakteria go gnębi i zaczęto go rzeczywiście leczyć. Nalin zaczął zatem nalegać na badanie krwi. Lekarz jednak stwierdził, iż nie ma takiej potrzeby, bojąc się zapewne iż jego siostra zabija mnie i będzie miał kłopoty. W trakcie rozmowy wywalczyłem urządzenie do inhalacji płuc, którego nakrywa na twarz nigdy nie była czyszczona. Była zaparowana i wilgotna po jakimś innym pacjencie. Nie miałem wyboru, dusiłem się naprawdę poważnie. Gdy jednak wychodziliśmy, okazało się, iż konował nie zapisał mi nic do inhalacji. Ciężko być wściekłym i pełnym inicjatywy mając wysoką gorączkę, ale myślałem nad moim dworcem, zatem skłoniłem Nalina aby wrócił i wziął receptę na jakiś inhalator. Wrócił mówiąc, iż doktor stwierdził, iż „z tym inhalatorem to dobry pomysł”. Gdybym był w lepszym stanie, pomyślałbym, iż jakbym nagle zaczął na Lance przyjmować pacjentów (nie mając żadnego wykształcenia medycznego), zarobiłbym i tylko pomógł wielu osobom.

 Po drodze Nalin rozbroił mnie twierdzeniem, iż nie mogę zażyć inhalatora, gdyż doktor stwierdził, iż trzeba to robić po jedzeniu. Gdy jednak zobaczyłem dziwny inhalator, który działał na zasadzie miażdżenia kapsułek, zrozumiałem, iż raczej nie uruchomiłbym go w rykszy. Po zażyciu tony już całkiem drogich lekarstw poczułem się trochę lepiej. Niestety, nie mogłem pojechać z Nalinem do Negombo, ani też później towarzyszyć mu w zabawie mającej kończyć jego roczną prezydenturę w Akademic Players. Po tej zabawie byłem na tyle przytomny, aby koło jedenastej w nocy usiąść z Nalinem, Kowshalyą i jakąś nie znaną mi jeszcze ich znajomą aktorką i pogadać o kondycji teatru na Sri Lance. Jak się okazało, nie było z tym dobrze. Wielu było młodych ludzi chętnych, aby grać. Jednakże robili oni to zwykle za darmo. Młodzi aktorzy mogli liczyć na 30 zł za jeden spektakl. Aby opłacić dla siebie jakiś kąt na Lance, musieli więc grać co najmniej dziesięciokrotnie, choć oczywiście nikt nie refundował im dojazdów… Jeśli miejsce było daleko, dojazd pochłaniał część zarobków. Ludzie nie byli skłonni płacić za bilety więcej niż 50 – 100 rupii, czyli ponad dziesięciokrotnie mniej niż w Indiach na przykład. Nawet największe gwiazdy lankijskiego filmu za grę w teatrze zgarniały 7 krotnie więcej niż młody aktor. Nie była to już na wyspie niska kwota, lecz z perspektywy światowej śmiesznie wręcz mała.

   W międzyczasie przyjechał Tushita wraz ze swoim znajomym. Wciąż zaoferowany był przygotowaniem swojego performance. Tego dnia popadł w czarny humor, gdyż po wielu dniach przygotowań, w przeddzień wykonania, jego główna aktorka zrezygnowała. Wypił głębszego na otarcie łez, ale zrobił jaskółkę, aby udowodnić żonie, iż nie jest pijany. „Żadnego serca do aktorstwa!” – powtarzał z udręką w oczach. Po czym w końcu dodał – „Jestem profesjonalistą, może nie powinienem, ale zmienię tę rolę na męską i sam ją zagram, ale jak tak można…?”. Po czym moi przyjaciele wdali się w długą dyskusję po syngalesku. Zrozumiałem, dlaczego tak szybko skończyły się im pieniądze, które dałem im za mieszkanie. Możliwe, iż władowali je całe w jakiś swój projekt… Ja z kolei rozpieszczałem finansowo różne firmy farmaceutyczne.

   Po jakimś czasie, korzystając z okazji, spytałem Nalina o jego aktorskie początki. Powiedział mi, iż miał szczęście do nauczycieli w szkole podstawowej w swoim miasteczku (pozostali członkowie jego rodziny skończyli co najwyżej pięć klas i nie byli wykształceni). Pewnego razu sprowadzono dla dzieci jakąś początkującą trupę teatralną. Nalinowi wpierw spodobało się to, jak wielki on, i jego koledzy czują podziw do aktorów. Chciał robić to samo. Następną okazję zyskał dzięki tradycyjnym misteriom Wielkanocnym, w których początkowo grał prostego żołnierza, jako, że choć młody, był już bardzo wysoki. W szkole też pojawiły się jakieś bardzo okazjonalne okazje do gry. Później wziął udział w olimpiadzie teatralnej i dostał się do liceum o profilu aktorskim. Kończąc je zagrał w projekcie Tushity, który, jako starszy, już wtedy był studentem. Poszło mu na tyle dobrze, że zaproponowano mu, aby złożył papiery na wydział aktorski w Kelaniya University. Tam zaś bardzo szybko zaczęto mu oferować istotne role w Akademic Players. „Miałem dużo szczęścia” – stwierdził Nalin z uśmiechem, zmęczony, gdyż na kończącej jego prezydenturę imprezie tańczył do upadłego. „Ale mam rodzinę, ona ma problemy, więc nie wiem, jak to będzie dalej.” – dodał ze spokojną rezygnacją. – „Mamy też różne plany i marzenia z Takshilą…”. „Szczęście, że znacie różnie języki” – wymyśliłem coś na pocieszenie, – „nie musicie grać tylko po syngalesku. Ty jesteś na dobrej drodze, aby opanować tamilski i angielski, a Takshila jest na najwyższym roku hindi w Agrze…”.  „Najgorsze jest to, iż mieliśmy rządowy projekt finansujący praktyki aktorskie za granicą” – dodał melancholijnie mój przyjaciel. – „Jednakże zrezygnowano z niego w tym roku, z uwagi na wojnę…”. „Na wojnę?” – zdziwiłem się. – „Mówiłeś, że teraz jest pokój, można spokojnie pojechać do Jaffny.”. „Owszem” – odparł, – „tym niemniej nasz rząd wciąż świętuje zwycięstwo i potrzebuje masę pieniędzy z innych źródeł. Wojna trwała do 2009.” . Mój przewodnik, zamknięty w 2008 roku, nie wspominał o tym. „Dużo ludzi zginęło?” – zapytałem. „Jakieś 280 tysięcy, głównie cywilów, takich jak my” – odpowiedział Nalin. „Być może jednak lankijscy Tamilowie powinni zyskać tę swoją niepodległość?” – spytałem przerażony zapiekłością tej wielkiej wojny na małej wyspie.  Miasto Jaffna tworzy na samej północy Lanki podcięty laguną półwysep, bardzo gęsto zamieszkany. Jest tam mnóstwo hinduistycznych świątyń i kolonialnych kościołów, podobnie jak w Chennaju. Moi przyjaciele chcą mnie tam kiedyś wziąć, abym zobaczył widoki jak po II Wojnie Światowej.

 

(ciąg dalszy nastąpi)

Zobacz inne rozdziały Dziennika indyjskiego

Dziennik IndyjskiDziennik Indyjski to opowieść z rocznego pobytu w Indiach i na Sri Lance poświęcona badaniom kultury i codziennego życia. Nie znajdziecie w tej historii idealizacji Indii ani "turystyki slumsowej". Zobaczycie natomiast sceny z życia artystów i normalnych ludzi. Jacek Tabisz pisał ten cykl indyjskich obrazów w trakcie badań muzyki indyjskiej osiem lat temu (2010-11). Od tego czasu zmienił poglądy na różne sprawy, więc nie pod wszystkimi poglądami wyrażonymi w tekście podpisuje się obecnie. Ciekawość wobec Indii i zamiłowanie do indyjskiej sztuki mają się jednak nadal dobrze.

Podobne materiały

Zostaw komentarz

Wpisz kod antySPAMowy *