• piątek, 20 lipca 2018 r.

Dilli Metro, Zindabad! Dziennik indyjski 17

Czyli po naszemu – „Niech żyje delhijskie metro!”. Oczywiście, nie od razu byłem skłonny do tak entuzjastycznych okrzyków. Gdy byłem w Delhi w roku 2008, stołeczne metro stanowiło ledwie jedną trzecią stanu z końca 2010 roku. Za tym ogromnym sukcesem pojawiła się jednak niedogodność. Jak łatwo się domyśleć, miejska kolejka dochodząc również do wszystkich miast satelickich metropolii zwiększyła wielokrotnie ilość swoich klientów. Z finansowej strony oznaczało to zwycięstwo śmiałego planowania. Dilli Metro stało się dochodowe, co, jak doskonale wiemy, miejskiej komunikacji zbiorowej nie często się zdarza. Od strony komfortu podróży metro straciło jednakże wiele ze swojego dawnego uroku. O ile nie jedzie się od samego początku trasy w zasadzie nigdy nie ma w nim wolnych miejsc siedzących. W najbardziej zaś środkowych odcinkach sieci panuje tłok godny rekordowej indyjskiej demografii.

 

 

   Gdy zatem wlokłem się z Ganga Nivas na najbliższą stację metra o nazwie Lakshmi Nagar, czułem się jak straceniec. Było wcześnie, bo tak umówiłem się z Nishantem, zatem wielu ludzi wybierało się właśnie do pracy. A nawet nie w godzinach szczytu metro bywało naprawdę ludnym miejscem… Moja stacja wznosiła się przy odnodze błękitnej linii, wiodącej na Anand Vihar. Owa odnoga łączyła się z tą wiodącą do miasta satelickiego Greater Noida stację dalej, czyli na Jamuna Bank. Na szczęście stanąłem przy oknie, mogłem zatem podziwiać piękne widoki, gdyż na tym swoim odcinku kolejka jechała po wysokiej, betonowej rampie, wznosząc się ponad ulicami i dachami domów. Miło było spoglądać na swoją dzielnicę z lotu ptaka. Urokliwe wrażenie sprawiała zwłaszcza zbudowana niedawno sikhijska świątynia, czyli gurudwara. Lecz las płaskich tarasów, przesuwający się za nią też mógł cieszyć oczy, zwłaszcza o świcie, lub o zmierzchu. Z drugiej strony więcej było niezabudowanych terenów, w oddali zaś majaczyła misternie rzeźbiona, masywna kopuła Akshardam Temple. Ów kompleks wzniesiono w czasach zupełnie niedawnych, nawiązując z talentem do wielkich starożytnych założeń świątynnych, mieszczących się ze swoją urbanistyką w zaleceniach vastushastry, swego rodzaju indyjskiego Feng Shui. Wiele było w Akshardamie pięknych rzeźb, świadczących o tym iż ta tradycja ciągle jest w Indiach żywa. Lecz poza tym wspaniały, monumentalny Akshardam stanowi swego rodzaju religijny Disneyland. Poświęcony nowemu samozwańczemu boskiemu herosowi Indii, który w przypływach lepszego humoru określał się po prostu bogiem, ma on całą galerię ruchomych figur opisujących życie nowego zbawcy ludzkości, szerokoekranowe kino (z filmami tylko o nim), oraz coś w rodzaju kolejki rodem z wesołego miasteczka, która płynąc po wodzie i jadąc po „górskich” szynach opisuje wyssaną z palca historię Indii, stanowiących w tym ujęciu początek wszystkiego, z Arkadią spełnienia i prawości w zamierzchłym „Złotym Wieku”. Tym niemniej sama budowla może zachwycić…

   Za Akshardemem zaczyna się jeden z moich ulubionych odcinków metra. Kolejka zjeżdża powoli na ziemię, a towarzyszy jej las. Po jedynej naziemnej stacji o nazwie „Brzegi Jamuny”, metro znów unosi się w górę, aby przebyć tę ogromną już w Delhi rzekę. Widać jej dziką deltę, łachy piasku wcinające się w nurty, oraz  niespokojne brzegi, obficie zalesione i prawie bezludne, ale też stanowiące wyzwanie dla nielicznych chłopów, kapłanów z małymi świątyńkami, paru fabryk, oraz hodowców słoni. Piękne widoki znajdują swoją kontynuację na stacjach po drugiej stronie Jamuny. Z Pragati Maidan łatwo oczywiście zauważyć fantazyjne kształty tamtejszych pawilonów wystawowych. Część z nich wyobraża poszczególne stany Indii, służąc im często za miejsce promocyjne. Mamy zatem zwiększone wariacje na temat tradycyjnej architektury Tamilnadu, Nagalandu, czy Kerali. Lubię moment kiedy tory wpływają pod ziemię, gdzie czeka na kolejkę stacja Mandi Hause. Przy zjeżdżaniu w dół widać piękne, neopalladiańskie wille probrytyjskie, położone wśród pięknie zadrzewionych ogrodów. Dalej czeka na podróżnego rozległa podziemna część metra. Zwłaszcza linia żółta przez ponad 40 kilometrów unika dziennego światła. Aby do niej jednak trafić, trzeba się przesiąść na Rajiv Chowk, czyli pod skwerem znajdującym się w centrum Connaught Place. Każdy użytkownik metra doświadczył tam z pewnością wielu dramatycznych i zabawnych scen. Nic dziwnego, niekiedy ma się wrażenie, iż na owej stacji przesiada się pół miasta. Linia żółta leży pod niebieską, która poza trzema stacjami unosi się na rampach. Niekiedy część zejść staje się jednokierunkowa, pilnuje ich straż metra. W innym wypadku nadbiegający setkami ludzie mogliby sobie zrobić krzywdę. Aby przejść na drugą stronę linii niebieskiej, trzeba wznieść się po schodach niemal dotykając rozległej kopuły nakrywającej rozległy hall stacji, gdzie nie brakuje restauracji, kawiarń, księgarń i innych sklepów.

   Rajiv Chowk posiada najwięcej wyjść do miasta. Przy każdym z nich rezydują żołnierze sprawdzający, czy ktoś nie wpadł na pomysł walki o jakąś ideę z bombą w kieszeni. Są bardzo mili, w ich szeregach znajdziemy również kobiety, nieodzownie potrzebne przy sprawdzaniu kieszeń i bagaży innych pań. Te bramki utrudniają oczywiście wszystkim życie codzienne, ale też wszyscy się na nie godzą, bowiem zagrożenie atakami terrorystycznymi w stolicy Indii jest ogromne. Istnieje wielu ekstremistów, których największym marzeniem stało się wysadzenie czegoś w Delhi, najlepiej w ludnym i centralnym miejscu.

 Aby zwiększyć swoją determinację dotyczącą zdobywania metra, zakupiłem Smart Cart, którą płaci się bezdotykowo przy bramkach. Jak trzy lata temu jej głównym motywem dekoracyjnym był Qutub Minar, jeden z najpiękniejszych minaretów na świecie, stanowiący chyba główny tego typu symbol Delhi. Również na jednorazowych, plastikowych żetonach został on ukazany.

   Do wejść na żółtą linię przy Rajiv Chowk zwykle ustawia się kolejka, możliwa dzięki temu, iż wagoniki metra zawsze zatrzymują się w określonym miejscu. Części peronów, gdzie się nie wsiada, otoczone są żelaznymi barierami. Przedni wagon każdego składu przeznaczony jest tylko dla kobiet, którym należy w pozostałych częściach ustępować miejsca bez względu na wiek. Nie wiem, na ile delhijskie feministki walczą z tym niesprawiedliwym uprzywilejowaniem własnej płci…

   Tego dnia z zazdrością patrzyłem na dziewczyny leniwie wchodzące do swojego wagoniku, podczas gdy tuż obok, „między nami mężczyznami”, panowała prawdziwa walka. Obok osłabienia związanego z chorobą miałem za sobą nieprzespaną noc. Rajnish opowiadał mi bowiem o tym, jak zorganizowali marsz ku pamięci ofiar, które zginęły w walących się budynkach na Lakszmi Nagar. Wprawdzie powtarzał, żebym dał znać, kiedy poczuję się źle i pytał, czy mi nie przeszkadza, lecz cóż poradzić – opowiadał ciekawie. Miło było wiedzieć, iż istnieją Hindusi zaangażowani w kwestie społeczne, nie skupieni tylko na małych wysepkach własnych rodzin i rodów, do czego zachęca indyjska kastowość i niepodważalna oczywistość zobowiązań wobec krewnych.  Dowiedziałem się, iż Rajnish chce zostać urzędnikiem od spraw podatków w jakiejś instytucji państwowej, ale gdy tylko się trochę dorobi, ma zamiar się poświęcić pracy dla dobra własnego kraju. Jego marzeniem było danie szans na studia ubogim warstwom społecznym. Wpierw myślałem, iż owe projekty są tylko romantycznymi marzeniami młodej osoby, jednak gdy go trochę lepiej poznałem, zrozumiałem, iż naprawdę chce to zrealizować.

   Shubhan z kolei opowiadał mi o swoich góralskich korzeniach. Młody, jeszcze dziecko niemal, miał w sobie pełną milczenia powagę, jakąś głęboką mądrość życiową. Jestem przekonany, iż on również wyrośnie na ciekawą osobę. Póki co jednak słuchałem opowieści o pięknie indyjskich gór. Znów znalazłem się w okolicach Mussoorie i wyżej jeszcze… W pokoju Shubhana poznałem jego przyjaciela Nepalczyka, będącego obok mnie jedyną osobą z zagranicy w Ganga Nivas. Oczywiście Nepal to dla Hindusów taka „półzagranica”. Język nepalski nie różni się wiele od hindi, poza tym w Indiach przebywa na stałe wielu Nepalczyków i Hindusi traktują Nepal jak jeden ze stanów Indii. Nepalczyk okazał się być bardzo uprzejmą i cichą osobą. Pełen za to gwiazdorskiego rozmachu okazał się Richy, studiujący hotelarstwo. Pewnym siebie głosem budował on pełne wyobraźni zdania, widać było w nich, iż stał się mistrzem od przekonywania innych (co do ceny etc.). Miałem wrażenie, iż on, w przeciwieństwie do niektórych innych studentów, doskonale wie czego chce i cieszy się z tego. O swoich rodzicach mówił bez żalu, iż skoro tak poważnie zainwestowali w niego, naturalnym jest, iż musi jak najszybciej zacząć zarabiać dla siebie i rodziny duże pieniądze. Patrząc na jego wesołą twarz byłem przekonany, iż mu się uda i nie będzie w tym nic złego, cynicznego etc.

 

 

   Wróćmy jednak do metra. Otóż z niebieskiej linii przesiada się na żółtą, wiodącą od Jahangir Puri do Huda City Center w satelickim mieście Gurgaon. Co do nazw skrajnych stacji, nabrałem niewłaściwych przekonań, albo też nadal intrygują mnie swoją tajemniczością. Jahangir Puri oznacza osadę Jahangira, czyli czwartego mogolskiego cesarza Indii, syna światłego Akbara. Gdyby to nie było w Delhi, pomyślałbym sobie, iż ktoś tak nazwał np. jakieś wielkie blokowisko i zapomniałbym o całej sprawie. Jednakże Delhi to Delhi. Są w nim rozsiane setki ponad 300 letnich gmachów, nekropolii, dawnych twierdz etc. Do dziś zatem nie wiem, czy owo Jahangir Puri jest tylko nazwą osiedla, równie dobrą jak każda inna, czy też może skrywa w sobie jakieś słabo zachowane fundacje Jahangira. Jeśli chodzi o Huda City Center, to byłem nieco zaszokowany iście częstochowską nazwą tej stacji. „Huda” to określenia boga popularne wśród muzułmanów. Jednakże Kaja wyprowadziła mnie z błędu. Jedynie jedna literka, bodajże krótkie „u” jest zbieżna ze słowem „bóg” funkcjonującym też w hindi. Cała reszta to inne zgłoski. Zatem HUDA to jakiś skrót, oznaczający nazwę osiedla, nie tworzący łącznie żadnego słowa. W transkrypcji na litery łacińskie, bez zaznaczenia długich i krótkich samogłosek, oraz różnych typów "h" i "d", owo odrębne znaczenie się zatarło i stąd całe nieporozumienie.

   Tym razem jechałem do stacji Malviya Nagar, dziesięć przystanków na południe od Rajiv Chowk, wychodzącej na powierzchnię tuż przed północną linią murów drugiego średniowiecznego Delhi, gdzie mieszczą się ruiny wielkiego meczetu Qutuba, z symbolem miasta, wspaniałym minaretem, o masywnej, plastycznej indyjskości w nim zawartej. Aby wejść do swojego pociągu musiałem ustawić się w kolejce. Byli na szczęście strażnicy metra, kontrolujący proces wsiadania i wysiadania. Bez nich wychodzenie z metra na szczególnie ruchliwych stacjach bywało dość problematyczne, z uwagi na atak zniecierpliwionych wchodzących. Powodowało to dość nerwową atmosferę przy drzwiach, zwłaszcza, że zawsze zdarzał się jakiś indywidualista czytający gazetę na samym środku ruchliwej strefy. Zwykle, protestując, wypływał na zewnątrz unoszony przez ludzką falę i z podartą lekturą musiał czekać na następny pociąg. Na szczęście gazety w Indiach naprawdę nie są drogie, a na Rajiv Chowk można kupić też prasę. Tym razem byłem chory, więc musiałem poczekać na następny pociąg. Jednakże rzeczywistość, wbrew złośliwym plotkom studentów z Agry, nie była taka zła. Metro żółtej linii w godzinach szczytu jeździło co minutę, dwie, nie zaś co sześć minut. W 20 milionowej metropolii jest to spora różnica… Swoją drogą nie wiem, czy metro nie uplasowało Delhi na pierwszym miejscu w Indiach jeśli chodzi o realną ilość mieszkańców. Na pewno w granicach miasta Mumbaj jest ludniejszy, lecz filmowa stolica Indii nie ma metra łączącego ją tak sprawnie z miastami satelickimi, zaś Delhi ma. Owe miasta satelickie są wielokrotnie ludniejsze od Wrocławia.

   Czasem zdarzają się w życiu drobne sytuacje, które pomagają w wielkich życiowych przełomach. Ja byłem nieszczęśliwy, iż metro delhijskie, które trzy lata temu tak bardzo lubiłem (ogólnie – uwielbiam metra, w Paryżu, w Barcelonie, w Stambule…), stało się teraz tak dzikim i niegościnnym miejscem. Gdy o nim myślałem, wpadałem w przygnębienie. Dilli Metro było w moich myślach przyjacielem, który mnie zdradził, stając się nagle niegościnnym polem bitwy, w miejsce pięknej, nowoczesnej kolejki, z której można podziwiać piękne widoki miasta. Na szczęście, gdy chory jechałem do szpitala Geetanjali, zjawił się w swoim wielkim turbanie Sikh. Oczywiście prorokiem metra musiał okazać się Sikh. Nikt tak dobrze jak wojowniczy lud Halsy nie walczy o wsiadanie i wysiadanie z metra. Mając Sikhów po swojej stronie zawsze można było wsiąść i wysiąść. Nie musieli nawet wyjmować swoich szabli wplecionych w turbany (wątpię, aby wojsko przy bramkach często je znajdowało – w końcu w generalicji jest wielu Sikhów…). Gdy, z kolei, duża grupa Sikhów stała po stronie wsiadających/wysiadających przeciwników, trzeba było specjalnej strategii, polegającej na przykład na wypchnięciu jakiegoś zaczytanego w gazecie abnegata w roli mięsa armatniego mającego zamortyzować pierwsze uderzenie straszliwych wyznawców guru Nanaka.

   Zatem mój prywatny metrowy prorok Sikh zauważył, iż źle się czuję i zepchnął z siedziska jakieś dwie młode, wysportowane dziewczyny, po czym żądając ode mnie, abym nikomu nie ustępował miejsca wdał się ze mną w miłą i pożyteczną rozmowę. Jak to Hindus i zhindusiały Polak wymieniliśmy w przeciągu kilkunastu minut zdumiewającą ilość informacji, od mapy przedmieść Krakowa, po dokładny opis przyrody północnych regionów Pendżabu. Rozmawialiśmy też o roli metra w Delhi i Sikh przekonał mnie gładząc swą brodę, iż metro jest wspaniałe. Ani razu nie użył żadnego komplementu, lecz widać było, iż skoro on jeździ metrem, to ono po prostu nie ma prawa być złe. Obydwaj oczywiście byliśmy dumni z tego, iż Dilli Metro tak szybko urosło, z kompletnej nicości stając się jednym z największych metr na świecie. Na koniec bojownik Halsy wręczył mi kilka map, abym poczuł się pewniej i tak jak Sikhowie korzystał z dobrodziejstw nowoczesności pełną piersią, nawet gdy nie ma na niej żadnego pancerza. Mapy owe nie były darmowe, jednakże Sikh zażądał, abym je przyjął za darmo. Zagadałem go trochę, drzwi na bardzo newralgicznej stacji już się zamykały, gdy on wybiegł przez zwarty tłum wymachując szablą. Do dziś nie wiem, jak on to zrobił. Być może tak jak ibn Arabi miałem jakąś mistyczną wizję pod postacią nie istniejącej osoby, i podobnie jak ów wielki poeta z Andaluzji powinienem założyć jakiś nowy, ateistyczny zakon sufich.

 Zatem ze stacji Malviya Nagar wyszedłem podbudowany. Mój stary przyjaciel, delhijskie metro, znów uśmiechał się do mnie ruchomymi schodami, długimi korytarzami, sklepikami z kawą i przekąskami, napisami w hindi i po angielsku. „Dilli Metro, Zindabad!” wołałem w myślach, żałując iż nie umiem tego wyrazić w języku Sikhów, czyli po pendżabsku. Mój biedny przyjaciel Nishant bardzo się przejął moim stanem i wraz ze mną czekał w szpitalu Geetanjali (czyli „Pieśń Drogi”, nazwa nawiązuje do największego arcydzieła prozy bengalskiej, smutnego w nastroju, mówiącego o żałosnym stanie Bengalu w późnej epoce kolonialnej i losach żyjących w owym straszliwym świecie podupadłych braminów). Przychodnia w tym szpitalu należała do najlepszych w stolicy. Lekarz był rzeczywiście świetny, już sam jego fachowy wygląd, spokojny głos, sprawiły, że poczułem się trochę lepiej. Niestety, pobierano mi też krew i robiono prześwietlenie klatki piersiowej. Młoda, śliczna pielęgniarka należała do kasty osób szalonych. Z uroczym uśmiechem na twarzy wbiła mi w zgięcie lewej dłoni tępą igłę i szukała w niej żyły tak, jakby moja ręka była poduszką pełną pierza, albo raczej starą skarpetą wypchaną śmieciami. „Ratunku! Co ta kobieta robi!” – myślałem sobie coraz mniej stoicko, gdy igła spokojnie szarpała sobie moją tkankę, była wyjmowana i wbijana wielokrotnie, bez żadnych środków dezynfekujących, oraz bez wymiany samej igły. Oczywiście po przygodach w metrze na skórze miałem całe miasta, całe cywilizacje różnych bakterii. Gdy w jednej ręce pielęgniarka nie znalazła żadnej żyły, wzięła się z podobną gracją za drugą, tą samą, już trochę pogiętą igłą. Później przez tydzień nie mogłem podnieść rąk w górę, co oczywiście utrudniało trzymanie się uchwytów metra etc. Aparat rentgenowski należał do najstarszych, jakie widziałem w encyklopediach o początkach prześwietleń. Gdy został włączony, poczułem się jak strażak w Czernobylu. Obiecałem sobie, iż na przyszłość przy podobnej sytuacji sam sobie pobiorę krew. Nigdy tego nie robiłem, ale z pewnością zrobię to lepiej. Co do aparatów rentgenowskich, nie widziałem ich nigdy na bazarkach, ale zawsze można wkraść się do jakiegoś muzeum etc. Co ciekawe, sama analiza krwi została zrobiona bardzo nowocześnie, z wykresami i ze wszelkimi możliwymi danymi. Gdy zobaczyłem rachunek za te wszystkie pieszczoty, szczęka mi opadła…   Nishant musiał mi pożyczyć pieniądze na lekarstwa, lecz zrobił to z uśmiechem i był szczerze zdziwiony, iż po kilku dniach mu je oddałem. Wziął je w garść i natychmiast wyruszył ze mną do Haldiramsa w Gurgaonie, gdzie postawił mi gigantyczny obiad, pyszny jak marzenie. Hindusi są wspaniałymi przyjaciółmi…

   Nawet szpital okazał się nie tak zdzierczy jak sądziłem. Choć za pierwszą wizytę zapłaciłem bajońską jak na Indie kwotę, za każdą następną nie brano ode mnie ani złamanego grosza. Lekarz za każdym razem miał dla mnie wiele czasu i cierpliwości. W końcu poczułem się lepiej, choć nie nastąpiło to szybko, gdyż wychładzałem się jeżdżąc na koncerty, zaś w Ganga Nivas nie mogłem sobie podgrzewać wody na herbatę. Gdy gdzieś w okolicach akademika przechodził jakiś sprzedawca herbaty, dzielny Rajnish biegł tam natychmiast i przynosił mi ów bezcenny napój, w śladowych ilościach niestety, jeśli chodzi o moje herbaciane przyzwyczajenia. No i z mlekiem… Ile można? Biedne krowy…

   Gdy Nishant wyciągnął mnie do Haldiramsa poznałem najbardziej peryferyczne części żółtej linii. Kolejka jedzie pod ziemią aż do stacji Saket, następnej po Malviya Nagar. Tymczasem już co najmniej dziewięć kilometrów wcześniej budowniczowie metra mogliby puścić metro na rampach, albo nawet na powierzchni gruntu. Jednakże pomyśleli i nie poszli po najmniejszej linii oporu. Nie naruszyli wspaniałych terenów zielonych tej części miasta, bezcennych w skali światowej, dali też oddech osiedlom. Uczcie się radni Wrocławia, którzy chcecie bezmyślnie zniszczyć Park Szczytnicki, jeden z najcenniejszych w Polsce, budowaną nawet bez ekranów akustycznych od strony parku obwodnicą! Albo raczej spalcie się ze wstydu i złóżcie rezygnację – tak będzie lepiej, mówię to jako Wrocławianin. Jeśli wam się uda, jeszcze przez dziesiątki lat będzie się mawiała o waszym wandalizmie i głupocie… Uczmy się od Hindusów my Polacy… Dodam, że metro w Delhi jest dochodowe. Ale jedźmy nim dalej. Przy stacji Qutub Minar widać jeden z najwspanialszych parków w mieście i wystrzeliwujący z niego w górę sławny minaret, ozdobiony najwspanialszymi arcydziełami głęboko kutej, arabskiej kaligrafii. Wjeżdżamy później na Chhattartarpur, gdzie wśród zieleni wznosi się jedna z największych w Indiach świątyń Hanumana, pięknie nawiązująca do tradycji. Dalej mamy Sultanpur, gdzie Delhi staje się trochę górzyste, a nawet skaliste i gdzie rośnie wiele drzew. Przy Ghitorni miasto się kończy i metro płynie kwadrans nad lasem po betonowych rampach. Drogie to było, ale radni Wrocławia – nie wycięto kawału lasu, żeby było taniej. Ale – gazeto Wyborcza – nikt w tym wypadku nie robił diabłów z delhijskich ekologów. Arjan Garh to z kolei początek Gurgaonu, wielkiego milionowego miasta będącego satelitą Delhi. Shubhan pochodzący z tego miejsca mówił mi, że Gurgaon jest piękny. Nie wierzyłem mu, gdyż jak satelickie miasto może być piękne…? A jednak, pełen eleganckich galerii handlowych i wysokiego budownictwa Gurgaon rzeczywiście robi wrażenie. A czy nowoczesność i śmiałość wysokich budowli, ich witalizm można nazwać „pięknem”? Sądzę, że tak, zwłaszcza w Indiach, gdzie tylu ludzi mieszka jeszcze na niewiele niekiedy zmienionych od czasów średniowiecznych terenach wiejskich. Obok licznych kin, restauracji, takich jak smakowita sieć Haldiramsa (ich tali to niekończąca się kulinarna podróż!), w Gurgaonie znajduje się klub Epicentre, gdzie odbywa się wiele ciekawych koncertów, możliwe, iż po Habitacie stanowi on obecnie najbardziej aktywne centrum muzyczne Delhi. Dawniej pomijałem zapowiedzi wydarzeń w Gurgaonie, gdyż bez metra podróż trwać mogła i ze trzy godziny. Lecz teraz, gdy mamy metro, ta scena stała się dla mnie osiągalna.

 Po wizycie u lekarza i obdarciu mojego zacnego przyjaciela z pieniędzy na lekarstwa udałem się najpierw na Patel Chowk. W zasadzie powinienem leżeć w łóżku przez tydzień, ale tego dnia występował pandit Shivkumar Sharma, nie było zaś sensu wracać z powrotem na Lakshmi Nagar, aby po chwili znów pędzić w te strony. Na Patel Chowk mieści się urocze muzeum delhijskiego metra, jak głosi napis, „jedyna tego typu placówka na funkcjonującej stacji”. W muzeum można zapoznać się z historią metra, nie długą, zobaczyć plany, zdjęcia, zaopatrzyć się w uroczy znaczek ukazujący pracowniczkę metra ze złożonymi w geście powitania rękoma. Są modele wagoników, niektóre wykonane w stylu nierealistycznym przez delhijskich rzeźbiarzy. To urocze miejsce pokazujące, jak Hindusi potrafią się cieszyć z życia, którego elementem jest również metro. Stacja Patel Chowk należy do mało uczęszczanych, a znajduje się jednocześnie blisko centrum, zatem lokalizacja muzeum była oczywista. Obok stacji jest wiele instytucji, skryte przy rondach i w cieniu drzew kościoły, do których jeszcze nie dotarłem. Jak się okazało, dojście z Patel Chowk do CP zajęło mnie więcej czasu niż przypuszczałem. Tam zupełnie bez sensu otrułem się drogim vegburgerem z McDonald’s, choć byle jaki wegburger z przenośnej wózkowej kuchni jest znacznie smaczniejszy i zdrowszy i kto – w końcu – jada takie paskudztwa? To chyba słońce i nagły upał tak dziwnie podziałały na moją wyobraźnię.

   Wreszcie nastała pora, bym ponownie zszedł do podziemia i udał się na stację Jor Bagh, najbliższą od India International Center (idzie się z niej około 20 minut). Usytuowana jest ona przy Aurobindo Margh. Wielu XX wiecznych ezoteryków, mistyków i myślicieli zdobi swoimi imionami ulice Indii. Jak zwykle udałem się do Lodi Gardens, aby delektować się zmierzchem w tym wspaniałym miejscu. W samym IIC okazało się, iż jakieś przemowy na temat Gandhiego wygnały muzykę na dobre z tego miejsca. Na szczęście koncert Shivkumara był zbyt ważny, aby go zupełnie anulować, zwłaszcza, iż przy okazji wręczano muzykowi ważną nagrodę. Musiałem się zatem przejść do Lodi Industrial Area. Dość enigmatyczne miejsca, zważywszy na to, iż w tej części Delhi naprawdę nie ma żadnych fabryk. Byłem jednym z nielicznych, którym udało się dotrzeć na nowe miejsce koncertu. Jak zwykle okazało się, iż znajduje się ono w pobliżu najbardziej popularnej świątyni Satya Sai Baby, nowego mistyka, którego kult w Indiach stał się bardzo popularny. Wokół świątyni nowego świętego lub (i) półboga panuje zawsze tumult i rwetes, rozbrzmiewają pieśni. Ilość pielgrzymów jest tak duża, iż zawsze jest tam pełno śmieci, zaś słońce nad pobliskim bazarem z dewocjonaliami nigdy nie zachodzi. Za świątynią wchodzi się w osiedle mieszkalne, złożone z czteropiętrowych budynków, bardzo chaotycznych jak na okolice Lodi. Przed salą koncertową rozstawiono namiot ślubny, na szczęście towarzysząca imprezie muzyka nie zagłuszała koncertu. Audytorium, do którego przeniesiono koncert okazało się bardzo ładne, zaś ludzie nim zarządzający nie posiadali się z radości, iż dzięki głupocie kierownictwa IIC, które najwyraźniej schodzi na psy (pospolity polityczny speech zamiast Shivkumara?!? ), będą się mogli poszczycić goszczeniem jednego z najbardziej utytułowanych muzyków północnoindyjskich. Choć stara publiczność nie dotarła, rychło znalazła się nowa. Mistrz santuru grał swoją ulubioną ragę Yaman, prostą w rękach uczniów, lecz złożoną pod palcami wirtuoza. Jak już wcześniej wspomniałem, santur nie jest predestynowany do wykonywania klasycznej muzyki indyjskiej. To raczej ciężki orzech do zgryzienia. Shivkumar nie szedł jednak na skróty. Grał zgodnie z naturą instrumentu, nie wyciągając strun, tak jak to się robi w sitarze, czy winie i jak to czyni większość innych santurzystów, z których wszyscy w mniejszym bądź większym stopniu są naśladowcami Benaresczyka.  Nie było więc w tej radze zatem kolorów, ani wyciągniętych mindów, zastępowała je za to subtelna artykulacja przywodząca na myśl przywoływanie barw za pomocą mistrzowskiej grafiki. Koncertowi towarzyszyło sporządzanie zainspirowanego nim obrazu przez znanego malarza Tirthankara Basu, uprawiającego swego rodzaju syntetyzm. W rezultacie współpracy obydwu artystów powstał piękny portret muzyków (Shivkumar wraz z tablista i studentem grającym na tamburze). Cieszy mnie, iż w Delhi malarstwo wraca do łask, gdyż w czasach nowożytnych Hindusi raczej pogardzali sztukami plastycznymi, zaś panditowie dorabiali do tego teorie o sztuce czystej, pozamaterialnej i „brudnej” wymagającej kucia, budowania i malowania. Do dziś wielu Hindusów wierzy w te mistyczne bajki i nie ceni sobie pięknych zabytków swojego kraju. Gdy koncert dobiegł końca, znalazłem się na zewnątrz i uderzyła we mnie ściana chłodu. Ciężko było dojść do metra, na szczęście się udało i w akademiku poczułem się trochę lepiej. Moi przyjaciele studenci wykorzystali to i musiałem zagrać w szachy, wysłuchać nowych poezji i przetłumaczyć swoją, oraz opowiedzieć co nieco o Europie. Nikt z mieszkańców Ganga Nivas nie był nigdy za granicą, jeśli nie liczyć Nepalu.

 Następnego dnia w innym audytorium IIC miał wykład o genezie muzyki qawallich Irfan Zuberi, wielki indyjski muzykolog, sekretarz ważnego bractwa sufickiego, dyrektor archiwów szkoły Raviego Shankara, oraz uczeń największego dhrupadiyi, genialnego ustada Fahimuddina Dagara. Okazało się, iż Irfan, z którym często dyskutowałem na Facebooku, nie lubi za bardzo robić wykładów. Ale poszło mu świetnie. Jak zwykle nie do końca się zgadzałem z jego teoriami, ale zawsze stanowią one dla mnie ważny punkt odniesienia do dyskusji o muzyce hindustańskiej. Największym wśród qawallich w ostatnich latach był Nusrat Fateh Ali Khan, lecz Irfan zauważył, iż był on muzykiem klasycznym, a nie szukającym drogi przez muzykę serca mistykiem i jako uczony znał na przykład język irański i wprowadzał z powrotem do tradycji wykonawczych wspaniałe poezje Amira Khusrou. A Kawalli, naśladując tradycję arabsko – irańską, powinno być też kunsztownym łańcuchem poezji splecionej ogniwami znaczeń. Tymczasem „prawdziwi” qawwalli z Indii i Pakistanu chlubili się tym, iż nie rozumieją śpiewanych przez siebie irańskich wersów. Widzieli w nich przez to jeszcze lepsze oparcie do odpływania w stronę mistycznych wizji. Wykład Irfana przyciągnął sporo publiczności. Dwie osoby były dość natrętne. Wśród nich wielki wielbiciel Amira Khusrou, który uważał, iż ów dawny sufi odkrył wszystko, włącznie z muzyką suficką, choć każdy wie, iż muzyczne ceremonie sufickie wprowadził żyjący sto lat przed Amirem Mewlana al – Rumi (artykuł o nim w perspektywie indyjskiej znajduje się na Hanumanie.pl). Zatem musieliśmy z Irfanem przerwać prowadzony przez ze mnie wywiad, aby mógł on uciec do samochodu, zbywając fana Amira i innych. Zostałem zaproszony na pogawędki w domu Irfana, który znajduje się niedaleko Lakshmi Nagar. Jako, że byłem chory i też nie narzekałem na nadmiar czasu, ową szansę będę mógł wykorzystać w marcu. A przyznam, iż nie wiedziałem, iż mój utytułowany Facebookowy znajomy jest również ważną osobą w szkole Raviego Shankara i ma klucz do JEGO archiwów…!! Wspaniale. Natomiast jeśli chodzi o nasze różnice zdań, to Irfan również za wiele przypisuje Khusrou, poza tym przesadza z wychwalaniem rodu Dagarów, który nie potrzebuje zmyślonych pochlebstw. Tych piastunów najstarszych tradycji wokalnych Indii można chwalić bez żadnych dodanych elementów – to co rzeczywiście robią, jest wielkie. Jednakże nie mają tak dawnej genezy jakby chciał Irfan, ani też żaden z grających na winie Dagarów nie może się równać z prawdziwym dziedzicem sztuki binkarów, Asadem Ali Khanem. Nie jest też drupad sztuką tylko odwokalną. Wpływy winy na ozdobniki stosowane w śpiewie i dramaturgię formy ragi są oczywiste. Podobnie jest w południowych Indiach, gdzie muzyka również posiada dwa główne filary – głos ludzki i saraswati winę.

(ciąg dalszy nastąpi)

Zobacz inne części Dziennika indyjskiego – kliknij tutaj

Dziennik IndyjskiDziennik Indyjski to opowieść z rocznego pobytu w Indiach i na Sri Lance poświęcona badaniom kultury i codziennego życia. Nie znajdziecie w tej historii idealizacji Indii ani "turystyki slumsowej". Zobaczycie natomiast sceny z życia artystów i normalnych ludzi. Jacek Tabisz pisał ten cykl indyjskich obrazów w trakcie badań muzyki indyjskiej osiem lat temu. Od tego czasu zmienił poglądy na różne sprawy, więc nie pod wszystkimi poglądami wyrażonymi w tekście podpisuje się obecnie. Ciekawość wobec Indii i zamiłowanie do indyjskiej sztuki mają się jednak nadal dobrze.

Podobne materiały

Jeden komentarz

  1. Piotr Napierała
    Piotr Napierała
    25 czerwca 2018 at 15:52 - odpowiedz

    dosyć hardkorowe przygody . Myślę że właśnie ze względu na ten kultowy indyjski tłok raczej się tam nie wybiorę mimo iż kultura jest fascynująca

Zostaw komentarz

Wpisz kod antySPAMowy *