Język jest najbardziej precyzyjnym narzędziem, które służy gatunkowi ludzkiemu do komunikacji. Nie jest to przy tym wyłącznie narzędzie służące do komunikacji oraz opisywania rzeczywistości, ale także – o czym, w moim odczuciu, nie wspomina się dosć często – język jest także narzędziem myślenia. To niezwykle ważne spostrzeżenie – niedbalstwo w posługiwaniu się mową przekłada się na nieprecyzyjność i niechlujstwo myśli, z kolei niechlujstwo myśli wynika nierzadko z nieumiejętności odpowiedniego posługiwania się językiem. Podobnie jak narkoman, który zażywa narkotyk, ponieważ nie radzi sobie z trudami rzeczywistości, a nie radzi z nimi sobie między innymi dlatego, że się odurza. Oczywiście – można przybierać myśli płytkie ubierając je w formy kwieciste i pozornie głębokie; tak samo jak spostrzeżenia głębokie można językiem przesadnie spłycić i zbanalizować. Nietrudno w tym momencie przywołać w wyobraźni karykaturę stronniczego politycznego publicysty lub polityka, który, zapytany o kwestie społeczne, wydaje z siebie wartki, często po po prostu bezrozumny, potoczysty strumień zdań, które – przeważnie – nic nie znaczą lub znaczą niewiele. Przywołana przez nas w wyobraźni karykatura nie jest jednak tak odrealniona – charakterystyczną cechą języka polityki jest bowiem jego nieprecyzyjność i ogólnikowość, eufemistyczność, zupełny brak obrazowości i konkretu. Wszystko to może charakteryzować złego prozaika, ale – przewrotnie – określa dobrego polityka. Prawdopodobnie żaden odnoszący sukcesy polityk nie powie:

 

"Na Bliskim Wschodzie wymordowaliśmy zagrażające cywilom oddziały islamistów."

 

Prawdopodobnie wygłosiłby orędzie tego rodzaju:

 

"Spostrzegając negatywne nastroje wśród ludności na Bliskim Wschodzie, w trosce o społeczność cywilną zdecydowaliśmy się spacyfikować niepokojące oddziały religijnych fundamentalistów."

 

Obok rozmyślnego załagodzenia komunikatu naszą uwagę przykuwa językowa redundancja – przerost formy nad treścią, który pomaga nadawać prostym myślom polityków pozory głębi i wyrafinowania. Takie mnożenie bytów ponad potrzebę nie jest zresztą w języku polityki niczym nadzwyczajnym.

 

 

Tym cynicznym i obłudnym hochsztaplerom – lubię te słowo – pomagają także kalki językowe oraz wyświechtane, utarte i zużyte metafory, które zadomowiły się w języku polskim jako regularne sformułowania. Zadajcie sobie pytanie, czy spowszedniałe frazeologizmy jak "szukać kogoś ze świecą", "upiec dwie pieczenie na jednym ogniu" albo "mieć złote serce" oddziałują współcześnie na naszą wyobraźnie? Prawdopodobnie nie – oryginalność nierzadko wymyślnej metafory ulega zatraceniu, kiedy wchodzi do naszego języka jako związek frazeologiczny. Pierwszą rzeczą, którą zauważamy przy omawianiu języka na konkretnych przykładach jest ewidentny brak precyzji oraz stosowanie utartych formuł; zupełnie tak, jakby mówiący, konstruując zdanie, korzystał nie ze słów, które odpowiadają swym znaczeniom, a gotowych i przygotowanych formuł, presetów; oraz tak, jakby mówiący lub piszący albo nie wiedział, co konkretnie chce przekazać, lecz nie potrafi, albo nie miał do przekazania nic konkretnego, lecz mówił bez względu na brak myśli poprzedzającej słowo. Świadectwem faktu, że ludzie nie zawsze skrupulatnie zastanawiają się nad tym, co mówią, jest nieprawidłowe, nierozmyślne użycie metafor i związków frazeologicznych. Dobrą ilustracją jest sformułowanie "przysłowiowy", którego używamy jako synonima do słów typowy, standardowy, książkowy. Zwrot postawić przysłowiową kropkę nad i nie ma w rzeczywistości żadnego sensu, ponieważ nie isnieje żadne przysłowie, które zawierałoby frazę kropka. Większość ludzi – nie odnoszę się bowiem tylko do polityków – nie zastanawia się, czy słowa i sformułowania, których używają na co dzień, rzeczywiście oddają sens i znaczenie myśli, które pragną przekazać. Wygląda to tak, jakbyśmy korzystali z kilku predefiniowanych wariantów, które w połączeniu – przez swój brak konkretu, obrazowości – prawie zawsze stworzą zdanie pozornie sensowne i pozornie elokwentne.

 

Pomagają temu takie sformułowania, jak "biorąc pod uwagę za i przeciw", "patrząc na to z perspektywy" czy "czując głębokie zaniepokojenie". Zwróćcie przy okazji uwagę na wyrażenia imiesłowowe kończące się na "ąc", które podkreślają bezosobowość polityka formułującego sądy. Paplanina tego typu sugeruje dodatkowo, że nadawca komunikatu wypowiada się w imieniu szerszej społeczności i jest mieszaniną napuszonego formalizmu, jak i pretensjonalności zarazem. Językowi polityki służą również reduntantne zwroty odczasownikowe – każdy wprawny polityk zamiast skontaktować się z nawiąże próbę kontaktu, da czemuś początek zamiast, po prostu, zapoczątkuje oraz nie będzie się starał, tylko dołoży wszelkich starań, by…; np. by język, którym posługuje, przynajmniej sprawiał wrażenie, że delikwent ma coś do przekazania. W języku polityki nie ma miejsca na proste, ułatwiające interpretacje komunikatu czasowniki jak zabić, kupić, skontaktować, zapoczątkować czy skutkować. Każdy z nas może wziąć do ręki dowolny klasyk literatury, by zamienić go w mowę polityczną najgorszego sortu. Omówmy sobie całkiem zasadny w kontekście naszych dzociekań fragment książki "Tako rzecze Zaratustra" Fryderyka Nietzschego:

 

"Że każdemu wolno nauczyć się czytać, to psuje z czasem nie tylko pisanie, lecz i myśli."

 

I w ramach eksperymentu poddajmy go stosownej modyfikacji:

 

"Kompetencja w zakresie czytania znajduje się w zasięgu ręki każdego indywiduum; verum tamen wzmiankowana przeze mnie i rozpowszechniona umiejętność władania słowem pisanym oraz wprawa w dekodowaniu znaków przedstawionych w formie graficznej w sposób uderzająco pejoratywny wpływa nie tylko na jakość dzieła pisanego, a także niewyartykułowany zarówno werbalnie, jak i pisemnie dialog wewnętrzny."

 

Co zwraca naszą uwagę, gdy analizujemy krytycznie teksty tego typu? W pierwszej kolejności jest to znowu, a jakże, uderzająca redundancja – zastępowanie rzeczowników i czasowników formami przesadnie rozwlekłymi. Elegancki i treściwy fragment napisany przez Nietzschego zawiera ledwie 18 słów, moja szpetna karykatura natomiast: aż 57, przy czym sens obydwu jest – z grubsza rzecz ujmując – ten sam. Jeśli jesteśmy politykiem, a dziennikarz przystawiający nam do ust mikrofon zbije nas z tropu pytaniem, którego się nie spodziewaliśmy, gotowe zwroty tego typu z pewnością pozwolą nam kupić trochę czasu. Tak się dzieje, gdy sens myśli jest podporządkowany formie, a nie na odwrót. Należy ponadto zwrócić uwagę, jak zwykły rzeczownik myśl zastąpiony został przez mętny, niewiele mówiącym "niewyartykułowanym zarówno werbalnie, jak i pisemnie dialogiem wewnętrznym", czasownik "jest" szkaradnym i jałowym konstruktem "znajduje się w zasięgu ręki", natomiast zwykłe czytanie "dekodowaniem znaków przedstawionych w formie graficznej". Użyte tu kalki nie przywołują żadnych obrazów, nie spełniają zarówno walorów estetycznych, jak i artystycznych. To pustosłowie, w którym zaprzedano treść na rzecz formy – posługując się językiem w ten sposób można przyjaźnie i w sposób niebudzący sprzeciwu wypowiadać się na temat morderstwa cywili czy budowy obozów koncentracyjnych.

 

Warto jednak poczynić tutaj pewne istotne zastrzeżenie. Nie jestem zwolennikiem upraszczania czy też skrajnej kolokwializacji języka jako takiego; literatura piękna czy poezja pełne są bowiem powtórzeń i umyślnych stylizacji – wartość informacyjna komunikatu ma równie duże znaczenie, co forma, styl, wdzięk, z jaką myśl zostaje zaprezentowana. Analizujemy tu jednak język polityki, który w założeniu ma być komunikatywny, zrozumiały, jasny.

 

W odpowiedzi na niekomunikatywny język nie tylko w świecie polityki, ale także nauki powstała popularnonaukowa publikacja pt. Modne Bzdury autorstwa Alana Sokala oraz Jeana Bricmonta – pary uniwersyteckich wykładowców szeroko rozumianych nauk ścisłych. Na kartach książki mamy okazję przeczytać otwartą krytykę astrologii, pseudonauki, postmodernizmu; nas powinien zainteresować rozdział poświęcony językowi – być może unaoczni nam, że nierzadko darzymy publicystów większym zaufaniem niż na to zasługują. Zupełnie tak, jak redaktorzy poczytnego magazynu Social Text, którzy na łamach swojego czasopisma w 1996 roku opublikowali artykuł pt. Ku transformatywnej hermeutyce kwantowej grawitacji autorstwa Alana Sokala – jednego z autorów wyżej wymienionej książki. Artykuł był żartem-prowokacją, niedorzeczną, nienaukową grafomanią, parodią postmodernistycznych absurdów i głupstewek uważanych nierzadko za wybitną myśl humanistyczną. Jak należy domniemywać: poza chaotycznym zlepkiem specjalistycznych sformułowań – używanych arbitralnie, bez uzasadnienia i zastanowienia – w tekście nie znajdowało się nic, co miałoby charakter naukowego wywodu. Świadomie lub nieświadomie nawiązując do przedstawionej wyżej sentencji Chomskiego Sokal mówi, że jego tekst, obok nonsensów, "zawierał pewną liczbę zdań poprawnych pod względem składni, ale pozbawionych jakiegokolwiek znaczenia" dopowiadając z nutą ironii: "Starałem się je skomponować, ale przekonałem się, że poza rzadkimi przypływami inspiracji brakuje mi do tego talentu". Autorzy nie zadali sobie najmniejszego trudu, by zweryfikować, czy to, o czym w artykule rozprawia Sokal, nie jest przypadkiem ordynarnym, pozbawionym sensu i znaczeń pustosłowiem. Najwidoczniej wystarczyło, że autorem jest poczytny i cieszący się publicznym uznaniem fizyk, który za tę dającą do myślenia prowokację otrzymał w 1996 zasłużona Nagrodę Ig Nobla.

 

Sokal i Bricmont nie byli jedynymi, którzy spostrzegli, że język stanowi często narzędzie, które sprawia, że człowiek niewykształcony może sprawiać wrażenie uczonego, czyniąc rzeczy proste trudnymi – czyt. przydając komunałowi pozory specjalistycznej dysertacji. Zadziwiające cechy elastyczności języka zauważył także Andrew Bulhak, absolwent Monash University, który napisał program komputerowy o nazwie Postmodernism Generator stworzony na potrzeby pracy pt. Z symulacji postmodernizmu i niepełnosprawności intelektualnej przy użyciu rekurencyjnych sieci przejść. Zadaniem programu było tworzenie zdań poprawnych pod względem gramatycznym, a także takich, które symulują styl rozpraw naukowych, specjalistycznych, filozoficznych – naturalnie, wszystkie w rzeczywistości nie miały żadnego sensu. Wielu studentów dopiero po przeczytaniu całej strony miało orientować się, że ten napuszony, pretensjonalny, przepełniony pseudonaukowym żargonem tekst w rzeczywistości jest bezsensowną i głupkowatą paplaniną.

 

Wszyscy irytujący i dający się łatwo zirytować prawicowi apologeci powinni się zastanowić, czy ich autorytet w muszce nie łamie przynajmniej kilku z zasad, które przytoczyłem powyżej. Bez względu na to, jak dobre, wypływające z głębi serca są nasze intencje okazuje się, że szczerość, prawdomówność i bezceremonialność nie sprzyjają politycznej retoryce. Jeśli istotnie chcesz zyskać sobie sympatie tłumów, z konieczności powinieneś postępować jak gruboskórny, rachujący, cyniczny psychopata, a nie jak, wprawdzie prawdomówny i przyzwoity, ale wciąż: osioł.

Tekst doraźnie zainspirowany esejem "Polityka, a język angielski" Orwella.