• niedziela, 19 listopada 2017 r.

Jak zostałem ateistą

W mojej katolickiej rodzinie i wśród sąsiadów katolicyzm był „naturalnym” społecznym otoczeniem. W katolicyzm się wrastało, dzieci chodziły do kościoła, rodzice pilnowali spowiedzi, dziecko nie miało szans nie być katolikiem, nie chodzić na religię, nie odmawiać pacierza, nie wierzyć w Boga. W tym małym polskim miasteczku dla zdecydowanej większości mieszkających tam ludzi religia była oczywistym i bezalternatywnym sposobem życia społecznego i prywatnego. Pamiętam, że czasami straszono dzieci Bogiem. Jak było słychać grzmoty, które budziły w dzieciach naturalny niepokój,  jacyś sąsiedzi – chyba jednak nie moi rodzice – mówili, że to Bozia grozi. Ten katolicyzm był religią „prawdziwą” w tym sensie, w jakim niektórzy religioznawcy mówią, że niezbędnym składnikiem wiary religijnej jest lęk przed jakąś niepojętą siłą.

Wiele lat później zdałem sobie sprawę, że w tej religijności pojawiały się jednak już wtedy  oznaki korozji.  Coś się niepostrzeżenie zmieniało. Moja matka wspomniała kiedyś, że w domu dziadków przed każdym posiłkiem odmawiano modlitwę. U nas w domu tego nie było,  dzieci odmawiały pacierz, ale przed posiłkami modlitwy nie było. Czy to o czymś świadczy? Może tak. Oczywiście były kultywowane takie zwyczaje, jak choinka bożonarodzeniowa, święconka wielkanocna, podejmowanie księdza po kolędzie. Pamiętam do dziś, jak tłusty proboszcz pogłaskał mnie po główce. Wydawało mi się, że ma tłustą rękę i jakiś wstręt czuję do dziś ( może księża zrozumieją, że dla wielu dzieci to żadna przyjemność być głaskanym po główce – i może przestaną).

Jako dziecko byłem więc wierzący, Bóg dla mnie istniał chyba tak samo, jak w ogóle świat, rodzice, domy i krzesła. Ale w tej oczywistej religijności coś zaczęło się kruszyć bardzo szybko, gdy miałem około czternastu lat. Dzieci dość wcześnie zaczynają rozumieć, że nie wszystko, co ludzie mówią, to prawda. Są przecież bajki i dość małe dzieci wiedzą już, że oto coś może być naprawdę, albo też jest zmyślone, jest fikcją literacką, chociaż tego mądrego terminu nie używają. Dzieci dowiadują się dość szybko, że św. Mikołaj to przebrany tata lub wujek. Zaczynają rozumieć, że na świecie jest prawda oraz fałsz, zmyślenie i kłamstwo. Ja i moi rówieśnicy dowiadywaliśmy się, że to nie bociany przynoszą dzieci, jak nam mówiono, ale rodzą się one w jakiś tajemniczy sposób. Piszę o tym, bo była to sprawa doniosła w procesie narastania przekonania, że dzieci są oszukiwane, że nie mówi się im prawdy o świecie. Oglądając  nawzajem narządy płciowe, a także wykonując  różne heteroseksualne eksperymenty, my, chłopcy i dziewczynki, nie od razu mogliśmy pojąć, że może mieć to związek z zapładnianiem i ciążą. Dość szybko jednak stało się to wiedzą powszechną i pomogły w tym mądre książki, które wyjaśniały w sposób budzący zaufanie i bez pomijania seksualnych szczegółów, skąd się biorą dzieci.  Ta prawdziwa wiedza nie pochodziła ani  od rodziców, ani od katechetów. Kim byli ci, którzy mówili prawdę? Myślę, że narastało we mnie, i chyba nie tylko we mnie, przekonanie, że jest też jakaś wiedza niezakłamana, nieoszukańcza, wiarygodna, nie będąca kłamstwem stworzonym dla dzieci. Ta wiedza pochodzi ze świata nauki. Myślę, że dziecko dorastając ma wiele innych okazji, żeby zrozumieć, że na  świecie jest prawda i kłamstwo, a nauka jest najbardziej wiarygodnym źródłem wiedzy o świecie.

W moim chłopięcym umyśle rodziło się przekonanie, że opowieści o Bogu, niebie, duszy, duchach, aniołach, diabłach, cudach są nieprawdziwe. Zacząłem się wstydzić, że chodząc do kościoła jakbym potwierdzał, że w te nieprawdziwe historie wierzę. Czułem wstyd, że w coś takiego można wierzyć. Gdy byłem w liceum, przestałem chodzić do kościoła. Nie chciałem o tym mówić rodzicom chyba nie ze strachu, a raczej by nie sprawiać im przykrości i zmartwień. Z naszego domu do kościoła było ze dwa kilometry, wychodziłem sobie sam i zamiast do kościoła, łaziłem po okolicy przez dwie godziny. A właściwie jeździłem rowerem. Rower był u nas w powszechnym użyciu, jeździłem nim także do szkoły, ale nigdy nie zdarzyło mi  się wagarować. Wagarowałem natomiast udając przed rodzicami, że jestem w kościele.

Byłoby dla mnie czymś odpychającym stać w kościele w tłumie ludzi i uczestniczyć w jakimś przedziwnym kulcie nieprawdy, fałszu. Dziwiłem się poniekąd, że ludzie mogą w te zmyślone „prawdy wiary” wierzyć, że mogą uczestniczyć w czymś takim, co jest z gruntu fałszywe. Wstydziłem się być w kościele, uczestniczyć w kłamstwie.  Oczywiście już wtedy przestałem odmawiać pacierz, bo w tej sytuacji stał się on całkowitym nonsensem.

Gdy byłem już na studiach, rodzice jakoś zorientowali się, że jestem niewierzący. Nie robili mi z tego powodu wyrzutów, nie wytykali. Czy to też objaw korozji religijności, tak jak niemodlenie się przed wspólnymi posiłkami? Nie wiem. Rodzice byli z pewnością wierzącymi katolikami, takimi jak zdecydowana większość katolików w Polsce. Matka mówiła czasami, że musi być ktoś, kto stworzył świat. To Bóg. Z różnych drobnych zdarzeń, także dużo późniejszych, wynika – mogę to zdecydowanie powiedzieć – że rodzice moi byli osobami wierzącymi, wierzyli w świat nadprzyrodzony, w niebo i potępienie. JP2 budził w nich najwyższe uznanie, chociaż widzieli w nim nie tylko papieża, ale może bardziej wielkiego Polaka podnoszącego wartość naszego narodu w oczach świata. Ale tacy są polscy katolicy powszechnie.

W liceum stałem się nieco arogancki, potrafiłem mówić, że cudów nie ma i uchodziłem za niewierzącego w Boga. Nie przeszkadzało to mi w kontaktach z rówieśnikami, być może budziło nawet ciekawość. Nie byłem szczególnie pilnym uczniem, ale lubiłem trochę zagłębiać się w lektury, starałem się zrozumieć jakby do końca i bezinteresownie to, co było ciekawego nawet w podręcznikach szkolnych. Jedno zdarzenie, wiążące się z religią, mam w pamięci. Siedziałem w swoim pokoju i czytałem podręcznik fizyki. Nie lubiłem wzorów matematycznych, ale  – jak dziś mógłbym to określić – starałem się zrozumieć świat. Mam oczywiście problem z napisaniem, co czułem tamtego wieczora, ale spróbuję. Zrozumiałem wówczas, że jesteśmy częścią wielkiego wszechświata, którego nie jesteśmy w stanie do końca pojąć.

Coraz wyraźniej nabierałem przekonania, że świat nie ma nic wspólnego z Bogiem, o jakim mówili księża, i z nadprzyrodzonością, w którą zdawali się wierzyć powszechnie ludzie. Boga po prostu nie ma. Nie ma również tzw. Boga fizyków lub filozofów. Pojęcie takiego Boga wydawało mi się chyba nadużyciem słowa „bóg” i rodzajem kłamstwa. Jeżeli ma to być jakiś nieokreślony Bóg fizyków czy filozofów, to co on ma mieć wspólnego z Bogiem z powszechnie znanych nam religii? Nic.

Mógłby ktoś powiedzieć, że równie dobrze w ten sam sposób ktoś inny mógłby uwierzyć w Boga. Może mógłby, ale nie zgadzam się z sugestią, że są to opcje porównywalne. To tak jakby powiedzieć, że  nie ma różnicy, czy ktoś zrozumiał, że 2×2=4, a ktoś inny że 2×2=kot, takie miłe zwierzę. W pierwszym wypadku jesteśmy na gruncie logiki i rozumowanie nasze ma walor prawdy, w drugim wypadku jesteśmy w świecie absurdu, nonsensu.

Myślę, że już wtedy dość wyraźnie uznawałem, że to nauka dostarcza wartościowej wiedzy o świecie – i że wiedza naukowa jest zasadniczo czymś innym niż dociekania teologów, wiedza objawiona czy coś podobnego. I też chyba wtedy nabrałem przekonania, że wprawdzie wiedza naukowa nie wyjaśnia wszystkiego, ale za to religia i teologia nie wyjaśnia niczego (nic nie wyjaśnia). Zdawałem sobie sprawę z ograniczeń wiedzy naukowej, ale też z jej wartości i znaczenia jako sposobu poznawania świata. Zaś religię i teologię zacząłem postrzegać jako wiedzę pozbawioną jakichkolwiek podstaw, nieprawdziwą, fałszywą w każdym punkcie. Odwołując się do dziecięcych wyobrażeń,  religia i teologia zyskiwała dla mnie ten sam status, jak opowieści o bocianach przynoszących dzieci, i o krasnoludkach. Rozumiałem funkcje społeczne religii, zarówno pozytywne, jak i negatywne, ale widziałem ją jako zbiór poglądów nieprawdziwych. Wierzyć w Boga, w tzw. prawdy wiary, to żyć w kłamstwie.

Czy licealista mógł do takich wniosków dojść? Czy nie jest to rzutowanie moich dzisiejszych poglądów w przeszłość? Proszę mi wierzyć, licealista, który będzie trochę czytał i zastanawiał się nad religią i etyką, jest w stanie dojść do takich wniosków. Nie musi być kimś nadzwyczajnym. Wtedy i teraz nie ja jeden w tym wieku dochodziłem do takich przekonań.

Powiem coś więcej i nie będzie to rzutowanie moich dzisiejszych wyobrażeń w przeszłość. Już wtedy, w liceum, arogancko myślałem, że wiem, co jest dobre, a co złe. I żadna religia nie jest do tego potrzebna. I nie jest prawdą, jak mówią religianci, że ateista sam sobie dowolnie chce  wymyślać zasady etyczne. Zasady te zostały wypracowane przez ludzi w toku rozwoju kultury, a precyzuje je etyka świecka niezależna od religii i kościołów (już wtedy wiedziałem, co to jest etyka niezależna). Nie wybieramy sobie dowolnie zasad etycznych, zostały one wypracowane zbiorowym wysiłkiem przez ludzi i są przekazywane w drodze socjalizacji, tj. szeroko rozumianego wychowania i uczenia się. Nie są objawione przez jakiegoś boga, ani nie mają charakteru absolutnego w tym znaczeniu, że zostały ustanowione przez wszechmocnego Boga, który nadał im charakter obiektywny, niezależny od ludzi. Nie jest też tak, że ludzie przestaną przestrzegać zasad etycznych, jeżeli nie będą wierzyć w Boga i w absolutny charakter tych zasad. Wiara w Boga nie sprawia, że wierzący przestrzegają norm moralnych, bo potrafią oni te normy odpowiednio naginać, pokrętnie interpretować, tak że nawet  palenie na stosie stawało się etyczne. Wierzący, także księża, potrafią bez większego problemu łamać normy religijne i etyczne. Liczą na to, że Bóg im wybaczy? Nie wierzą dostatecznie? W ogóle nie wierzą? Nie wiem, nie siedzę w ich skórze. Powtórzmy, jeżeli   ludzie dobrowolnie przestrzegają norm etycznych, to czynią tak dlatego, że przyswoili sobie te normy w drodze socjalizacji, tj. szeroko rozumianego wychowania i uczenia się, a nie dlatego, że zostały ustanowione przez Boga i są absolutne czy obiektywne. Na pewno myślałem tak już wtedy, w liceum, chociaż może wówczas powiedziałbym to nieco inaczej, krócej.

Gdybym dziś miał najkrócej powiedzieć, dlaczego zostałem ateistą, co mógłbym powiedzieć? Stałem się ateistą, bowiem zrozumiałem, że religia nie ma nic wspólnego z prawdą, a  bóg nie istnieje. Sądzę, że w umyśle człowieka przekonanie to zyskuje się w ten sam sposób, jak przekonanie – powtórzę ten przykład – że 2×2=4, a nie coś tak sympatycznego jak kot. Dlaczego nie wszyscy dochodzą do tego przekonania? Dlaczego ja doszedłem? Może być wiele powodów i nie chciałbym odpowiadać na te pytania. (Ciąg dalszy: http://racjonalista.tv/jak-zostalem-ateista-ciag-dalszy/ )  – Alvert Jann

……………………………………………………………………………………….

O ateizmie, religii i nauce piszę w artykułach:

Podręczniki do religii. Koniec świata według Kościoła” – http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/podreczniki-do-religii-koniec-swiata-wedlug-kosciola/

„Lekcje religii w szkołach wyższych” –  http://racjonalista.tv/lekcje-religii-w-szkolach-wyzszych/  

„Bóg przed trybunałem nauki” – http://racjonalista.tv/bog-przed-trybunalem-nauki/ 

Jan Paweł II bez taryfy ulgowej” – http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/jan-pawel-ii-bez-taryfy-ulgowej/

„Wypędzanie szatana” –  http://racjonalista.tv/wypedzanie-szatana-2/   i innych,

oraz w humorystycznej książce o Kościele i religii pt. DEUS.

Podobne materiały

9 komentarzy

  1. viola
    22 sierpnia 2014 at 18:33 - odpowiedz

    Moge powiedziec, ze podobne objawienie rowniez przeszlam, z ta roznica, ze cale to klamstwo spoleczne zaczelo mi przeszkadzac juz w wieku 10, 11 lat. Wtedy tez zaczelam oklamywac rodzine w sprawie moich pobytow w kosciele. Tez wolalam jezdzic na rowerze lub poprostu spacerowac. W pozniejszym czasie zamienilo sie to w schadzki ze znajomymi. Niestety w niektore swieta koscielne bylam zmuszana przez rodzine do wspolnego ”radowania sie” msza swieta, podczas ktorej przechodzilam katorgi. I bulwersacje myslowe, na temat pogladow ksiezy z ambony i hipokryzji ludzi wokol.

  2. Piotr
    22 sierpnia 2014 at 18:36 - odpowiedz

    Lubie czytac takie opowiesci. Zrozumialem wlasnie na podstawie prostego dzialania matematycznego iz religia to klamstwo i zadnych Bogow nie ma. W moim wypadku bylo to
    2 plus 2 rowna sie 4. Kazdy z Nas potrafi to bezblednie wykazac ze jest to prawda.Dodam jeszcze do tego kociolka matematycznego Ewolucje, ktora jak sadze nie jest zadna Teoria ale niepodwazalnym Faktem !!! Obecny satan wiedzy zdaje sie to potwierdzac.

    Pozdrawiam Piotr

  3. Sławek
    22 sierpnia 2014 at 21:33 - odpowiedz

    W czasie czytania, zdawało mi się, że to mój tekst. Prawie analogiczne są moje przemyślenia i droga do ateizmu. Chyby nie potrafiłbym to przedstawić w tak uniwersalny, prosty i czytelny sposób. Dlatego wyrażam moje wielkie uznanie Autorowi!
    Może być wiele definicji religii. Nie sposób w żadnej zawrzeć wszystkich desygnatów wyczerpującyh sens wierzeń. Chociaż nie przepadam za definicjami spoza nauk ścisłych, na własny
    użytek zdefiniowałem katolicyzm jako królestwo hipokryzji zbudowane na baśniowych fundamentach.

  4. Tomek
    24 sierpnia 2014 at 09:02 - odpowiedz

    Modlitwa wieczorna odprawiana była na klęcząco przy łóżku, czego obecnie katolicy się wstydzą, lub są zbyt leniwi.
    Pamiętam również odruch wymiotny, gdy pomyłkowo zjadłem kiełbasę w piątek.
    Nie zrobienie znaku krzyża na chlebie, przed ukrojeniem pierwszej kromki było karcone.
    Na wagary z lekcji religii chodziłem do salonu gier (i to była zaleta lekcji religii, które odbywały się w salkach przy kościołach, a nie w szkołach publicznych)
    Jako dziecko byłem fanatykiem religijnym i marzeniem moim było zostać pasterzem, a pierwsze sceptyczne myśli naszły mnie gdy wujek z Francji zadał mojej bardzo religijnej mamie pytanie – gdzie doszliby ludzie budując Wieżę Babel? skoro tam gdzie ma być niebo, nie ma nawet tlenu.

    • JannAlvert
      24 sierpnia 2014 at 11:48 - odpowiedz

      Też pamiętam ten właśnie sposób odmawiania modlitwy wieczornej.
      Była jeszcze sprawa przystępowania, obowiązkowo na czczo, do komunii. Zdarzało się, że dzieci mdlały. Nie wiem jak jest teraz.
      Czytałem kiedyś wyznania hindusa, który jakby eksperymentalnie chciał zjeść kawałek mięsa. I nie mógł. Nie mógł przełknąć, dostał odruchu wymiotnego.
      .

  5. Joanna
    4 września 2014 at 10:57 - odpowiedz

    Kiedy czytałam Twój tekst pomyślałam o sobie. Ja tuż przed komunią św wyraziłam swoją opinię na temat religii co zostało przyjęte z oburzeniem przez katechetkę, rodziców i nauczycieli. Najlepsza uczennica w klasie wypowiadała takie herezje. Po tym zdarzeniu czułam się nieco wykluczona z kręgów towarzyskich 🙂 Trudno iść pod prąd. Czuję że przez te wszystkie lata byłam mocno zmuszana do aktywności religijnej. W dorosłym życiu gdy urodziłam dziecko zaczęły się naciski na chrzest. Bardzo nie chciałam tego robić mojej córce ale presja rodziców był tak duży że praktycznie nie miałam ni do powiedzenia (mieszkałam u nich więc byłam zależna). Potem była komunia św która przypomniała mi o moim własnym buncie, niestety ja tkwiąc w uzależnieniu nadal nie miałam decydującego zdania. Dziś moja córka ma 20 lat i jasno wyraża swoje poglądy. Wspieramy się wzajemnie bo obie padłyśmy ofiarą nacisków „ludzi z sekty”. Jestem przekonana że duchowni nie wierzą w boga bo wiem jak złe rzeczy robią. Religia jest narzędziem do sterowania człowiekiem i nic dobrego nie czyni bo to źródło wszelkich konfliktów na świecie.

  6. Kamil
    4 września 2014 at 11:38 - odpowiedz

    Ja z kolei pamiętam, że w podstawówce, na religii, to była bodajże pierwsza klasa, powiedziałem odkrywczo, że to wszystko musi być prawdziwe (Jezusek i reszta), bo po co ktoś to wszystko miał sobie wymyślać (to był argument dzieciaka, który jeszcze nie rozumiał PO CO). Pani katechetka tylko na mnie spojrzała i nic nie powiedziała – co uznałem za dziwne, bo ani tego nie potwierdziła, ani zaprzeczyła – chyba do głowy by jej wtedy nie przyszło, że małe dziecko mogłoby wątpić w jakikolwiek inny stan rzeczy.
    Więc tak. Każdy jest zdolny do myślenia, nawet dziecko w pierwszej klasie.

  7. Bazyli
    21 stycznia 2015 at 11:26 - odpowiedz

    Ja zostałem niewierzącym przez przypadek! – a byłem bardzo wierzącym! Do pewnego okresu czasu wierzyłem z dziecinna ufnością, że jak się pomodlę to przeniosę góry – dosłownie! Ta praktyka może była dobra, ba nawet bardzo wzruszająca:-) do pewnego momentu. Teraz już wiem, że wiarą to można jedynie uzyskać efekt w, np. leczeniu silnej nerwicy depresyjnej, bo to w końcu sugestia przeciw sugestii, ale jak załamałem się pod wpływem wysypu mętów w oczach, jakoś po modłach poprawy nie widziałem, choć na początku liczyłem na cud… który nie nastąpił. I tak się u mnie zaczął ateizm… co o tym sądzicie? Mieliście może podobne doświadczenia?

  8. Sara
    7 czerwca 2015 at 09:58 - odpowiedz

    Ja sama jestem teraz w dziwnej i jak dla mnie – chorej sytuacji. Mam 18 lat w listopadzie, do bierzmowania poszłam, bo po prostu miałam dość kłótni w domu. Próbowałam rozmawiać z rodzicami, ale za każdym razem przeradzało się w niepotrzebne wrzaski. Argumentacja mamy na wszystko? ” No więc co, nie wierzysz w boga,tak?!”
    – Nie, nie wierzę. Nie pojmuję fenomenu religii, nie lubię jak bardzo ona ogranicza zdolność normalnego człowieka do myślenia, kwestionowania, zadawania pytań. Na kazaniach mam ochotę wyjść z ławki i na środku kościoła zadać prpboszczowi pytanie,dlaczego porusza temat polityki, in vitro skoro w ewangelii nie było o tym słowa. Chyba nie chodzi o to, by słuchać poglądów gościa w sutannie tylko słowa od boga, prawda? Czy dorośli są upośledzeni, skoro na kazaniu to wszystko musi być jeszcze raz interpretowane? No właśnie. Interpretowane. Każdy inaczej mógł to zrobić. Kościół mógł źle to zinterpretować, dlaczego mamy ślepo za tym podążać? Przecież to też są tylko ludzie, a podobno ludzie są grzeszni, mogą się mylić. Tak samo z papieżem. Jest człowiekiem, więc dlaczego jego słów nie można podważac w żaden sposób?
    – Będziesz tego żałować, zobaczysz!
    I zwykle na tym to się kończy. Ostatnio jest jeszcze gorzej, bo ja po prostu nie odzywam się ani słowa. Po prostu informuję, że nie idę i koniec. Dodatków mam ciężki charakter i rodzice nie mają zaczepienia, że zmieniłem się przez to,że odeszłam od kościoła, boga, bo pp prostu to.nie trzymało by się kupy. Wiele razy porównuja kościół do hobby. Jestem wielka fanka siatkówki.
    – To co?! Na mecz będziesz mieć czas?!
    – Nie porównuj tej sprawy, bo dla mnie ona nie istnieje. Nie wierzę w boga, siatkówka jest rzeczą namacalna.
    Nienawidzę manipulowania i zmuszania do czegoś. Za to kwestionuje i zadaje pytania. Oczekuję odpowiedzi a w kościele mam ślepo wierzyć. Ograniczenie to dla mnie prawdziwa katorga. Nie grało mi już coś w czasie komunii świętej.
    Do tej pory pamiętam sytuację,kiedy umierał JPII i siedziałam z mamą przed tv, żeby jej zrobić przyjemność. Nir mogłam zrozumieć idei koczowania pod jakimś oknem. Potem zaczęłam się interesować jego osobą. Gdyby próbowałam zapytać rodziców o doniesienia o pedofilii, o której wiedział JPII stwierdzili,że jestem heretykiem.
    Dodam,że mieszkam z Częstochowie, blisko Jasnej Góry, a pieniądze z pielgrzymek obserwuje w postaci poruszających się mercedesow po drogach…

Zostaw komentarz

Wpisz kod antySPAMowy *