• piątek, 19 października 2018 r.

Jałowe zajęcie jajogłowych

W przeszłości niezbyt odległej, lecz już zamierzchłej (bo ukazywanej w karykaturze i obrastającej mitami), mianowicie pół wieku temu, pewien prominentny polski filozof zastanawiał się, w jaki sposób ludzie zagospodarują sobie życie, gdy automatyzacja i robotyzacja spowoduje niedostatek pracy dla bardzo wielu z nich. Uznał, że można rozwiązać ten problem, nastawiając edukację na rozwijanie potrzeb kulturalnych, a potem zaspokajając je za pomocą rozbudowanej sieci odpowiednich instytucji, które zapewnią rzeszom obywateli możliwość twórczej aktywności, a co najmniej spędzania czasu na szlachetnej rozrywce. (O ile wiem, doceniał sport, ale nie rekomendował „orlikowej” polityki edukacyjnej, która przygotowywałaby do spędzania życia na kopaniu piłki i kibicowaniu arcymistrzom tej sztuki, rywalizującym o laury na boiskach luksusowych stadionów – olśniewających świątyń futbolu.)

Adam Schaff (bo o nim mowa) był marksistą, wiedział więc, że – i jak – skończy się historia: zapanuje globalny system sprawiedliwości społecznej, w którym dobra dzielone będą między ludzi najpierw według zasług, a w końcu według potrzeb. Żadnych dóbr dla nikogo nie zabraknie, gdy znikną nierówności społeczne, a postęp techniczny zwielokrotni wydajność pracy, sprawiając, że nie tylko najbardziej uciążliwe jej rodzaje, ale większość prac wykonywanych dotąd przez człowieka przejmą sztuczne ręce i sztuczne mózgi. Ludzie będą więc pracować nie tylko nieporównanie lżej, lecz także przez coraz mniejszą część swego życia. Światowy kapitał, zainteresowany w funkcjonowaniu mechanizmów wyzysku człowieka przez człowieka, próbuje solidarnie przeciwdziałać perspektywie takiego systemu społecznego, ale nawet najbardziej drastycznymi środkami nie zdoła ani unicestwić, ani znacząco oddalić tej perspektywy.

Adam Schaff przeżył wiele rozczarowań. U schyłku życia nadal uważał się za marksistę (jego rozmówca zauważył jednak, że wiąże on z tym słowem inne niż dawniej znaczenie).1 Nabrał natomiast pewności, że próba urzeczywistnienia ustroju sprawiedliwości społecznej podjęta została w niewłaściwym miejscu i czasie, co odebrało jej szanse powodzenia.

 

*

 

Ćwierć wieku temu inny prominentny filozof, Amerykanin japońskiego pochodzenia, ogłosił w słynnym eseju,2 że historia właśnie się kończy, jej ukoronowaniem jest bowiem nierozerwalny mariaż liberalnej demokracji i wolnego rynku; stanowi on gwarant powszechnej wolności, dając każdemu szansę sukcesu życiowego, którego miarą jest stopień zaspokojenia najpierw potrzeb, a potem zachcianek, kaprysów i dziwactw. Niebawem znikną wojny i konflikty społeczne, bo bezpotomnie wymrą ideologie; tradycyjna kultura przetrwa jedynie jako muzealna mumia, jej dotychczasowe miejsce zajmie kultura konsumpcyjna. Perspektywie ostatecznego ukształtowania się i rozpowszechnienia tego wzorca ludzkiego życia będą jeszcze tu i ówdzie przeciwdziałały rozmaite mroczne siły (komunizm, nacjonalizm, fundamentalizm religijny itp.), ale jego rychłe, globalne i trwałe zwycięstwo jest nieuniknione.

Francis Fukuyama (bo o nim mowa), napisał ten esej pod wrażeniem przemian zachodzących w Chinach i w Związku Radzieckim pod rządami Gorbaczowa. Był wówczas współautorem neokonserwatywnej doktryny administracji Ronalda Reagana, a następnie zwolennikiem interwencji w Iraku. Potem doznał wielu rozczarowań, Nie zaakceptował wojowniczej polityki George’a W. Busha, w 2006 roku potępił neokonserwatyzm, a w wyborach 2008 roku poparł Baracka Obamę.

 

*

 

Biografie tych dwóch filozofów łączy pewna trywialna okoliczność: każdy z nich piastował przez jakiś czas wysoki urząd we władzach politycznych swojego kraju. Łączy ich także rzecz bardziej znamienna: mieli wspólnego protoplastę ideowego (choć zrozumieli go odmiennie) w osobie Georga Wilhelma Friedricha Hegla – autora koncepcji, w myśl której „duch dziejów” wiedzie ludzkość ku ostatecznej, optymalnej formie społeczeństwa i państwa. Młody Hegel uznał za koniec historii moment zwycięstwa Napoleona nad Prusami pod Jeną. Potem – rozczarowany do Napoleona, a zafascynowany pruskim modelem państwa – przesunął ten termin. Ostatecznie spodziewał się zakończenia historii przez Amerykę.

 

*

 

Hegel i pierwsze pokolenia kontynuatorów jego wizji historii zasługują na usprawiedliwienie: żyli w czasach, w których wiedza o warunkach przewidywalności zjawisk była znikoma. Nauka dopiero zaczynała oddzielać się od spekulatywnej filozofii, a jej samowiedza metodologiczna jeszcze się nie narodziła. Przyniósł ją dopiero wiek dwudziesty. Dla „historycystów”, upatrujących w historii Wielką Nauczycielkę i Światłą Przewodniczkę ludzkości, ta samowiedza nauki okazała się śmiertelnie niebezpieczna.

Najkrócej mówiąc: Na podstawie tego, co wiemy dziś o naszych metodach poznawania świata, szansę na wykrywanie ogólnych prawidłowości, a tym samym na trafne prognozowanie zjawisk danego rodzaju, mają tylko te dyscypliny, które, po pierwsze, dysponują nieograniczonym dostępem do odpowiednich obserwacji (zwłaszcza do obserwacji czynnych, tj. do eksperymentów), oraz, po drugie, dorobiły się ścisłego i ugruntowanego w empirii języka. Warunki te w mniejszym lub większym stopniu spełniają rozmaite nauki przyrodnicze, nazywane właśnie dlatego naukami twardymi. Ale nawet „najtwardsze” z nich nie gwarantują prawdziwości swoich prognoz, bo domniemane prawa ogólne, z których je wyprowadzają, mogą – w świetle przyszłych świadectw doświadczenia – okazać się nieuniwersalne.

Tak zwane nauki społeczne nie spełniają żadnego z tych warunków. Mogą opisywać poszczególne fakty społeczne lub wydarzenia historyczne oraz „wyjaśniać” je ex post (co zresztą czynią w sposób wysoce zróżnicowany), ale nie są w stanie odkrywać praw ogólnych, a więc także formułować zasadnych prognoz. Czynnikiem ostatecznie przesądzającym tę sprawę jest nieprzewidywalność odkryć naukowych, które mają istotny wpływ na bieg dziejów ludzkości.

 

*

 

Tę samowiedzę nowoczesnej nauki nie bez przeszkód starano się upowszechnić choćby wśród uczonych; przywiązanie „jajogłowych” do statusu naukowych wróżbitów okazało się bardzo mocne i w niektórych kręgach przetrwało do dziś. Nikt jednak nie zdołał podważyć argumentów, które zebrał i wyłożył Karl Rajmund Popper w książce Nędza historycyzmu.

Książka ta ukazała się po raz pierwszy po polsku w tzw. drugim obiegu i była jedną z lektur obowiązkowych dla inteligentów z ówczesnej opozycji demokratycznej.3 Chyba jednak nie wpłynęła na postawę umysłową obecnej elity politycznej i jej doradców. Jaskrawym tego przejawem jest oficjalna argumentacja na rzecz radykalnego podniesienia wieku emerytalnego: „reformę” tę ma uzasadniać przewidywanie, że jeśli się jej nie wprowadzi, to za lat kilkadziesiąt zabraknie rąk do pracy, a emeryci będą przymierać głodem.

Życzliwa interpretacja takich poczynań polityków, nie dyskwalifikująca ich intelektualnie, musi zakładać, że ich prawdziwe motywacje są inne. Nie chcę dociekać tych motywacji; zapewne są one dość trywialne. Gniewa mnie jednak to, że politycy traktują adresatów swoich perswazji jako niezdolnych do uświadomienia sobie, że nadchodzące dekady mogą przynieść zmiany – polityczne, technologiczne itd. – wobec których przeprowadzany dziś „rachunek demograficzny” straci wszelki sens praktyczny.

Na koniec wróćmy do wspomnianych na wstępie rozważań Adama Schaffa, by zadać pewne retoryczne pytanie. Wskutek iście geometrycznego postępu nauki i techniki – automatyzacji, informatyzacji i robotyzacji – pracę niemal każdego człowieka wspomaga lub zastępuje już dziś wiele (a będzie wspomagało lub zastępowało coraz więcej) sztucznych rąk i mózgów, które są efektami odkryć i wynalazków kolejnych pokoleń. Co się dzieje z zyskami, których przysparzają owe sztuczne ręce i mózgi? Dlaczego portfel publiczny nie grubieje od nich (i nadal ma nie grubieć) dostatecznie, by można było zeń utrzymywać żłobki, przedszkola, szkoły, szpitale i inne społecznie potrzebne instytucje, skracając przy tym, zamiast wydłużać, czas, który człowiek musi, jeśli ma przetrwać, poświęcić na czynności, za które ktoś zechce zapłacić?

 

Przypisy:

1. Bohdan Chwedeńczuk, Dialogi z Adamem Schaffem, Wydawnictwo ISKRY, Warszawa, 2005.

2. Francis Fukuyama, „The End of History?”, The National Interest, No 16 (1989). Przekład polski w zbiorze Czy koniec historii?, IDEE, Wydawnictwo POMOST, Warszawa, 1991.

3. Karl Rajmund Popper, Nędza historycyzmu, Wydawnictwo KRĄG, Warszawa, 1984.

Artykuł pochodzi z portalu humanizm.net.pl

 

Barbara Stanosz

Podobne materiały

3 komentarze

  1. Greg
    29 lipca 2018 at 17:51 - odpowiedz

    Dzięki za ten artykuł. Przywraca wiarę, że "racjonalista" w nazwie portalu, to nie pseudonim z partyzantki, a naprawdę linia ideowa redakcji.

  2. malejący
    30 lipca 2018 at 20:46 - odpowiedz

    Po prostu. ParaMyślenie/Wiara, że ktokolwiek/cokolwiek będzie pracować za nas na nas, to domena naiwnych komuchów i nigdy nie będzie rzeczywistością. Zamiast słuchać takich bredni należy wziąć się do roboty na siebie. Innej drogi nie ma.

  3. Elasp
    1 sierpnia 2018 at 08:16 - odpowiedz

    "Chyba jednak nie wpłynęła na postawę umysłową obecnej elity politycznej i jej doradców. Jaskrawym tego przejawem jest oficjalna argumentacja na rzecz radykalnego podniesienia wieku emerytalnego: „reformę” tę ma uzasadniać przewidywanie, że jeśli się jej nie wprowadzi, to za lat kilkadziesiąt zabraknie rąk do pracy, a emeryci będą przymierać głodem."

    .

    Ale to przewidywanie niekoniecznie jest wiedzą, że stanie się to na pewno. Słowo "przewidywanie" zawiera w swoim znaczeniu pewien element niepewności. Można odrzucać historycyzm i futurologię, a jedncześnie przewidywać, że coś się stanie, albo może się stać (choć niekoniecznie musi). 

    .

    "Gniewa mnie jednak to, że politycy traktują adresatów swoich perswazji jako niezdolnych do uświadomienia sobie, że nadchodzące dekady mogą przynieść zmiany – polityczne, technologiczne itd. – wobec których przeprowadzany dziś „rachunek demograficzny” straci wszelki sens praktyczny".

    .

    Coś może być zarazem przewidywaniem, jak perswazją – przewidywanie użyte w celach perswazyjnych nie traci waloru (ani wad) przewidywania. Myślę, że Autorka zgodziłaby się z takim postawieniem sprawy. Nie rozumiem jednak, dlaczego "rachunek demograficzny" – jeżeli już o nim mowa – miałby tracić "wszelki sens praktyczny" wobec rozmaitości wydarzeń, które mogą nastapić. Czy argument tego rodzaju można stosować wobec np. polityki demograficznej prowadzonej przez Chiny? Warto zauważyć, że z przewidywań co do przeszłości czerpia soki żywotne nie tylko koncepcje polityczne (i ekonomiczne), ale i ideologie, np. te o orientacji pro-ekologicznej, przekonujace nas do czego doprowadzi wycinanie lasów w Amazonii, nieoszczędzanie energii elektrycznej i surowców naturalnych, itd. Modna dziś ideologia "globalnego ocieplenia" opiera się w niemałym stopniu właśnie na przewidywaniach. Na przewidywaniach polegały ruchy wyzwolenia kobiet, pokazujące, jak wiele społeczeństwo zyska, jeśli tylko kobiety otrzymają należne im prawa. Sciśle odczytany argument, że "nadchodzące dekady mogą przynieść zmiany" jest w istocie argumentem za konserwatywnym zachowaniem dotychczasowego porządku, za niedokonywaniem żadnych globalnych ani dalekosiężnych zmian.        

      

Zostaw komentarz

Wpisz kod antySPAMowy *