• sobota, 16 grudnia 2017 r.

Koncert lekkiej muzyki wiedeńskiej i nie tylko­

 

Minęła Wratislavia Cantans, nie zaczął się jeszcze w NFM regularny sezon koncertowy, a my mieliśmy kolejny koncert nadzwyczajny. Spragniona muzyki publiczność stawiła się licznie, nawet najwyższe piętro Sali Głównej NFM było pełne.

 

Bohaterami koncertu byli przede wszystkim dwaj dyrygenci – Jan Ślęk i Vladimir Kiradjiev. Lekkie utwory na orkiestrą są bowiem całkiem trudne, jeśli chce się je ładnie poprowadzić. Nie przypadkowo koncerty noworoczne w Wiedniu przyciągają największe sławy batuty. My mamy jeszcze daleko do Sylwestra i być może dlatego ów koncert muzyki wiedeńskiej nie był wcale tak całkiem wiedeński, zaś obok dzieł opartych na rytmie walca i fragmentów operetek pojawiły się też tanga i inne inności.

 

 

Jan Ślęk otrzymał w trakcie koncertu podziękowana za przekazanie NFM swoich zbiorów muzycznych, głównie partytur. Ten bardzo zasłużony dla opery i operetki wiekowy już artysta prowadził przedstawione utwory z ogromnym wdziękiem i bardzo stylowo. Można mu zarzucić tylko to, że nie zawsze dopasowywał wolumen brzmienia orkiestry do możliwości dwojga śpiewaków – Kariny Skrzeszewskiej śpiewającej sopran i Adama Sobierajskiego śpiewającego tenorem. Również Vladimir Kiradjiev bardzo dobrze ukazał nam stylistykę lekkiej muzyki orkiestrowej, jednocześnie znakomicie kontrolując dynamikę całej orkiestry i jej kolorystykę. Vladimir Kiradjiev urodził się wprawdzie w Bułgarii, ale teraz, jako profesor na Akademii Wiedeńskiej stał się nie jako ambasadorem stolicy walca.

 

Grali członkowie dwóch zespołów – Wrocławskiej Orkiestry Festiwalowej im. J. Straussa oraz Instrumentaliści NFM Filharmonii Wrocławskiej. Brzmiało to inaczej niż „czyste NFM Filharmonia Wrocławska”, nie było tej niesamowitej precyzji smyczków, oraz metafizycznego drewna, ale pojawiła się za to wyspecjalizowana elastyczność w muzyce pierwotnie tanecznej.

 

Inną wielką atrakcją tego koncertu był profesor Jan Miodek, który – jak to się mówi – robił za konferansjera. Przeniósł on do NFM swoje doświadczenia z prezentowania Koncertów Noworocznych w uniwersyteckiej Auli Leopoldinie. W przeciwieństwie do wielu innych konferansjerów przygotował wiele własnych ciekawostek i detali dotyczących prezentowanej muzyki. Było też kilka wskazówek językoznawczych (jakże by inaczej!), na przykład taka, że można mówić zarówno „Grenada” jak i „Granada”. Obie formy są poprawne i wyznam szczerze, że miałem z tym swego czasu problem, który dopiero na tym koncercie ten sławny badacz polszczyzny mi rozwiązał. A temat pojawił się na tle „Granady” Agustino  Lary, utworu nadal znanego, a tak kiedyś popularnego, że ponoć dyktator Franco ofiarował Larze dom w swoim kraju, oczywiście w Granadzie alias Grenadzie (rzeczywiście, słowniczek Worda nie podkreślił mi żadnej z tych Granad).  Tu jednak jako recenzenci mamy drobną uwagę do świetnej skądinąd prezentacji profesora Miodka – przydałaby się większa dbałość o poprawne podawanie obcych nazwisk, w końcu przemawiał do nas mistrz języka. Szczególnie niewłaściwie wymówione zostało nazwisko Gerardo Matosa Rodrígueza. Jest oczywiście “cherardo” a nie “Gerardo” i “rodrigez” a nie “Rodrigłez”. Tak czy siak Rodríguez stworzył jedno z najsławniejszych tang „La cumparsita”, które zostało wykonane znakomicie.

 

Na koncercie pojawiły się dwa utwory kompozytorów pełną gębą klasycznych i słychać było pewną wyższość inwencji i warsztatu nad twórcami przebojowych swego czasu (a czasem i do dzisiaj) melodii. Był zatem związany nieco z Wrocławiem Johannes Brahms (1833–1897)  i z jego Tańców węgierskich: nr 1, nr 5, a także Pablo de Sarasate (1844–1908) i jego Romans andaluzyjski op. 22. Odrębną kategorią jest Johann Strauss syn (1825–1899) ( tym razem było jego Unter Donner und Blitz op. 324 – Polka-schnell), który wprawdzie pisał głównie muzykę taneczną, ale w jego dziełach słychać, że i wspaniałe symfonie czy koncerty fortepianowe byłyby w jego wydaniu znakomite. Ot – genialny kompozytor, który postanowił jednakże poświęcić się lekkiej muzyce klasycznej. Nieprzypadkowo zatem podziwiali go i inspirowali się nim kompozytorzy nieraz bardzo „ciężcy”, tacy jak Ryszard Strauss czy dodekafoniści wiedeńscy – Schoenberg, Berg i Webern. Zachowały się nawet wykonywane przez niektórych z nich aranżacje walców Straussa młodszego. Od Jana Miodka mogliśmy się dowiedzieć, że taneczna Polka nie ma nic wspólnego z dziewczyną z Polski, ale jest czeskim dialektalnym pojęciem na „połówkę metrum walca”.

 

 

Na koncercie najwięcej było utworów mistrza drugiej fali operetki wiedeńskiej, Franza Lehára (1870–1948). Choć głównie słucham oper a nie operetek, to jednak coraz częściej zdarza mi się spotkać również Lehára na koncertach i nie męczę się, wręcz przeciwnie – to całkiem bogata w inwencję i dobrze napisana muzyka. W Lehárze mieli okazję do popisu śpiewacy. Zarówno Karina Skrzeszewska jak i Adam Sobierajski śpiewali stylowo, z dużą swobodą w górnych dźwiękach skali. Ich interpretacje były ciekawe i inteligentne. Z wad mogę wymienić nieco za słaby wolumen głosu Adama Sobierajskiego i nieco za bardzo rozmytą wibratem emisję Kariny Skrzeszewskiej. Z solistów mieliśmy też skrzypka Wiktora Kuzniecowa, który opuszczał stanowisko koncertmistrza dla solowych popisów. Grał również bardzo stylowo, choć jego emisja dźwięku była dość cicha. Może trochę za bardzo unikał vibrata?

 

Z innych ciekawych utworów na koncercie muszę wymienić Bogusława Klimczuka (1921–1974) i jego Perpetuum mobile, które stało się hymnem dla wielu radiowych przedsięwzięć tego zasłużonego dla naszej kultury kompozytora bliższego bardziej jazzowi niż muzyce klasycznej. Mieliśmy też okazję posłuchać przepysznego wykonania najbardziej znanej, archetypicznej wręcz melodii cyrkowej.  Julius Fučík (1872–1916), który skomponował tę melodię zwaną „Wejście gladiatorów op. 68 – marsz” był uczniem samego Dvoraka i to jednak słychać. Ważnym bohaterem koncertu był też Robert Stolz (1880–1975). Wykonana była również jego piosenka „Ob blond, ob Braun”, czyli „Brunetki, blondynki” wsławiona swego czasu mocno przez naszego Jana Kiepurę.

Ogólnie bardzo udany, lekki koncert, a teraz czekam na inaugurację sezonu Orkiestry Leopoldinum, gdzie zabrzmią Part i Szostakowicz.

Ps: Jako, że o profesorze Janie Miodku była mowa, polecam Wam jego świetny wykład o "Sztuce rozmowy" (jakże nam potrzebnej!), który dane nam było uwiecznić naszą kamerą:

Podobne materiały

Zostaw komentarz

Wpisz kod antySPAMowy *