• poniedziałek, 19 listopada 2018 r.

List w sprawie ingerowania abp Marka Jędraszewskiego w „szkolne przejawy edukacji gender”

Joanna Kluzik-Rostkowska
Ministra Edukacji Narodowej

Jan Kamiński
Łódzki Kurator Oświaty

W liście do mieszkańców Bełchatowa z dnia 6 grudnia 2014 r. abp Marek Jędraszewski wyraził „solidarność z dziećmi, które stały się ofiarami ideologii gender, oraz z ich rodzicami”. Odniósł się w ten sposób do zajęć prowadzonych metodą dramy, które – zdaniem Jędraszewskiego – odbywały się „w duchu ideologii gender. Niektóre z dzieci płakały, czując się przymuszone do odgrywania ról, które godziły w ich poczucie tożsamości i godności. Ich rodzice, dowiedziawszy się o tym, byli zszokowani zaistniałą sytuacją”.
Chciałbym krótko odnieść się do tych słów. Z trzech powodów.
Po pierwsze, Jędraszewski jest metropolitą łódzkim, działa więc w środowisku, do którego sam należę i na którym mi zależy.
Po drugie, Jędraszewski stał się poniekąd moim kolegą z pracy, prowadząc na Uniwersytecie Łódzkim zajęcia z filozofii dialogu, co wszelkim jego wystąpieniom nadaje dodatkowy walor uniwersyteckiej naukowości.
Po trzecie, przy kurii łódzkiej działa Rada Społeczna, w której zasiadają m. in. rektorzy i profesorowie łódzkich uczelni. Zobowiązali się oni do aktywnego wspierania arcybiskupa w jego posłudze pastersko-wychowawczej.

Czym jest drama?*
Nazwa tej metody dydaktycznej wywodzi się od greckiego czasownika drao, które oznacza działanie. Wskazuje to na podstawową cechę dramy – czynne zaangażowanie wszystkich uczniów w wykreowanie rzeczywistości fikcyjnej,  w ramach której realizuje się określone zadania, wchodzi w interakcje. Równoczesne działanie wszystkich uczniów jest formą przeciwdziałania wykluczeniu, sprzyja także aktywnemu zaangażowaniu się w realizację podstawowych celów dramy: samorozwoju ucznia poprzez poszerzenie jego perspektywy emocjonalno-poznawczej. Teoretycy tej metody zwracają uwagę, że jednym z pożądanych elementów dramy jest zamienność ról. Pozwala to uczniom na wieloaspektowy, wieloperspektywiczny ogląd sytuacji, uczy wrażliwości i empatii na odmienne punkty widzenia, co – w konsekwencji – kształci zdolność do prowadzenia dialogu i wypracowywania konsensu.
Drama ma zatem charakter czysto poznawczy. Jej uczestnicy mają świadomość, że kreują fikcyjną rzeczywistość, a role, w które wchodzą, są pewnymi konwencjami i umowami (podkreśla to zasada wymienności ról) i służą ich poznawczo-emocjonalnemu uwrażliwieniu oraz ubogaceniu.
Bez względu na faktyczne okoliczność (niedostateczna liczba dziewcząt w klasie), zaangażowanie chłopca w odegranie roli dziewczynki nie jest w ramach dramy czymś nagannym. Nie jest także zamachem na jakąkolwiek integralność psycho-seksualną czy efektem ideologii gender.  Jest realizacją podstawowego zadania dramy – wieloperspektywicznego oglądu świata.
Oczywiście, wszystkie założenia stojące za metodą dramy, można kwestionować. Sądzę jednak, że powinno się to odbywać w gronie pedagogów i metodyków wychowania, a więc osób, które wiedzą o czym mówią, dlaczego to mówią i do kogo adresują argumenty.

Paradoks
Stanowisko polskiego Krk wobec spraw związanych z tożsamością psycho-seksualną jest zadziwiająco niespójne.
Z jednej strony podkreśla się biologiczne zdeterminowanie tożsamości, co – odwołując się do specyficznej, normatywnej wykładni tez biologicznych – stanowić ma dowód na to, że tożsamość, orientacja psycho-seksualna i płeć społeczna nie są czymś dowolnym, ale ustalonym.
Z drugiej strony nikt tak jak Krk nie wierzy w to, że tożsamość psycho-seksualną czy płeć społeczną daje się plastycznie i dowolnie zmieniać. I to w ramach jednorazowych działań. Trzeba zaakceptować taki punkt widzenia, by twierdzić, że drama była zamachem na poczucie tożsamości i godności biorących w nich dzieci. Trzeba w to także wierzyć promując lęk przed tzw. ideologią gender, której efektem może być deformacja tożsamości psycho-seksualnej mas i narodów.
Dyskurs Krk jest w tej kwestii fundamentalnie niespójny. Przy czym nie widać prób jego uspójnienia. Być może wiąże się to z chęcią określonego oddziaływania na społeczeństwo,  do czego przydatne są obie linie argumentacyjne.

Kto jest bez winy…
Niech pierwszy rzuci kamieniem – powiedział Jezus. Lament nad niszczącym charakterem tzw. ideologii gender, upatrywanie w dramie czynnika poniżającego uczniów itd. itp., może dziwić w instytucji, której kultura europejska zawdzięcza zjawisko kastratów.

Sztuka kastratów bierze początek w Kościele rzymsko-katolickim i w zjawisku kontrreformacji.
„Gdy w wieku XVI za sprawą reformatorskich ruchów Marcina Lutra i Jana Kalwina Święty Kościół Rzymski zatrząsł się w posadach, kolejni papieże próbowali przywrócić mu dawną pozycję i znaczenie. Oprócz licznych zabiegów dyplomatycznych i wypraw zbrojnych wymierzonych w protestanckich władców, usiłowano na wszelkie sposoby stworzyć wrażenie, że Kościół Katolicki wciąż stanowi najważniejsze ogniwo równowagi społecznej. Aby odciągnąć „prostaczków” od heretyckich prądów, oddziaływano na ich umysły poprzez sztukę, muzykę i religijne przedstawienia, tzw. sacre reprezentazioni. To właśnie na takim gruncie wyrósł styl, którego wybujała forma, pełna ornamentyki, złoceń i pucołowatych aniołków zachwycała i zapewniała o potędze fundatora. Wszelkie kanony piękna stosowane w architekturze, rzeźbie i malarstwie barokowym znalazły odzwierciedlenie w muzyce liturgicznej, która aby wypełnić przestrzeń nowopowstałych świątyń, wymag
ała odpowiedniego aparatu wykonawczego” – pisze Tomasz Raczkiewicz.

W kontekście tym ważną rolę pełnił również kulturowy uzus, wiążący to, co boskie, z głosami wysokimi, najlepiej z sopranami. Zwyczajowo partie przeznaczone na takie głosy wykonywali falseciści. Powiększające się przestrzenie świątyń okazały się jednak dla nich problematyczne – bywało, że falset nie miał wystarczającej mocy, by wypełnić sobą sakralną przestrzeń. Coraz częściej tessytura partii okazywała się zbyt wysoka; także nosowe zabarwienie falsetu nie do końca odpowiadało gustom odbiorców. Najprostszym rozwiązaniem byłoby wprowadzenie na miejsce falsecistów – kobiet. Ale przez wieki utrzymywała się w mocy nowotestamentalna zasada, podług której kobiety powinny milczeć w kościele. Szczególne zasługi w egzekwowaniu tej normy położył papież Innocenty XII, który nie tylko wprost zabronił kobietom występowania w teatrze, ale także teatry publiczne zamykał.

Jak podaje Raczkiewicz, pierwszy kastrat pojawił się w Sykstynie w 1562 r. W latach 1588 i 1599 w kalendarzu Sykstyny zapisano dwóch „eunuchów”. W następnych latach liczba kastratów systematycznie rosła. A Syksytna nie była jedynym kościelnym miejscem, w którym rzezańcy występowali. Co ciekawe, działo się to mimo ogłoszenia przez Sykstusa V konstytucji Cum frequenter, w której surowo zabroniono kastracji chłopców (1587r). Surowo, za kastrację groziła bowiem ekskomunika.

Jak to zwykle bywa, zapis ten obchodzono. Powołując się na względy medyczne. Raczkiewicz zauważa, że podług medyków tamtej doby „kastracja jest nieocenionym środkiem w walce z podagrą, przepukliną, szaleństwem czy epilepsją, przez co wielu lekarzy, działając w dobrej wierze przeprowadzało ten zabieg. W takim przypadku sprawcy nie podlegali nakładanej przez Kościół za ten czyn ekskomunice, co miało fundamentalne znaczenie przy preparowaniu oficjalnych biografii kastratów. Poczesne miejsce w tychże zajmowały rozliczne wypadki, którym ulegali mali nieszczęśnicy, tj. upadek z konia, nieostrożna zabawa, pogryzienie przez łabędzia, czy dziką świnię. „John Rossselli pisze nawet, że gdyby wierzyć kastratom z kaplicy Sykstyńskiej, to wszyscy oni padli ofiarą dzikich świń!”.

Jeszcze większej pikanterii dodaje sprawie fakt, że kastratów rekrutowano na ogół z kręgów biedoty. Często byli to bezdomni, sieroty. Równie często były to dzieci sprzedane za parę groszy przez przymierających głodem rodziców. Kastrację fundowano im około 9 roku życia. W imię sztuki i kościelnej niechęci do kobiet fundując zaburzenia osobowości, deformację ciała etc. (to wpływ zaburzeń hormonalnych).

Ostatni kastrat przyjęty do Sykstyny urodził się 11 listopada 1858 r. Do chóru papieskiego przyłączono go w 1883, po zjawiskowym występie w Beethovenowskim Chrystusie na Górze Oliwnej (wcześniej, od 1873 r. śpiewał w Kaplicy Laterańskiej). Od 1898 r. pełnił w Sykstynie także funkcję dyrygenta. Moreschi zmarł w Rzymie w 1922 r. Z Sykstyny odszedł w 1913 r., po tym, jak Pius X – pod naciskiem opinii publicznej – w końcu definitywnie zamknął kościelną karierę kastratów.

Reakcje na kreacje kastratów i na związaną z nimi operę seria przyniosły m. in. zjawisko powierzania ról niani w operach komicznych mężczyznom. Dziś zaś fenomen kontratenorów, którzy w spektaklach oper barokowych weszli w partie pisane onegdaj dla kastratów. Czekam na moment, gdy abp Jędraszewski napisze list do rozlicznych dyrektorów oper i ministrów kultury gromiąc zjawisko kontratenorów jako formę niszczenia tożsamości psycho-seksualnej przez złowieszczą ideologię gender.

Szkoła publiczna czy kościelna?
Najbardziej zdumiewające są w tym wszystkim słowa dyrektorki szkoły, Honoraty Kwaśniewskiej, która „chwali się, że uczniom są przekazywane tradycyjne wartości. I dodaje, że ma dobre relacje z proboszczem. – Żadne dziecko nie zapisało się na etykę. Pilnujemy, by uczniowie chodzili na rekolekcje, a zajęcia z wychowania do życia w rodzinie prowadzimy według programu przygotowanego przez katolicką organizację z Krakowa”. W moim odczuciu kuratorium winno zbadać nie tyle lekcje z polskiego, ale to, czy szkoła w Bełchatowie nie łamie konstytucyjnego rozdziały państwa od kościołów. Chwalenie się, że nikt z uczniów nie chodzi na etykę (pokazywaną jako antyteza katechezy), podkreślanie, że szkoła pilnuje frekwencji na rekolekcjach, akcentowanie związków szkoły z proboszczem są zaprzeczeniem idei szkoły publicznej, otwartej na wszystkich uczniów niezależnie od światopoglądu. Dyskwalifikują także Honoratę Kwaśniewską jako dyrektorkę tejże
placówki.

Z szacunkiem,

Marcin Bogusławski
filozof

*Opieram się m. in. na tekście Wiesława Klaty i Anny Szymaszczyk.

Marcin Bogusławski2008 r. magisterium z filozofii: "Michela Foucaulta uzasadnienie metafizyki władzy". Od października 2008 zatrudniony w Katedrze Epistemologii i Filozofii Nauki UŁ na stanowisku asystenta. Od listopada 2013 r. pracuje w Katedrze Filozofii Współczesnej UŁ. ZAINTERESOWANIA: epistemologia, współczesna filozofia francuska, w tym francuska filozofia nauki (gł. strukturalistyczna i poststrukturalistyczna), tomizm, filozofia starożytna, językoznawstwo porównawcze, indoeuropeistyka, religiologia, muzyka, literatura, rower, pływanie Członek redakcji Internetowego Magazynu Filozoficznego HYBRIS [www.filozof.uni.lodz.pl/hybris]. Członek korespondent Polskiego Towarzystwa Tomasza z Akwinu, oddział Societa Internazionale Tomasso d'Aquino [http://ptta.pl/]. Od 2012 r. sekretarz Oddziału Łódzkiego Polskiego Towarzystwa Filozoficznego. Członek Rady Instytutu Filozofii UŁ jako przedstawiciel pracowników niesamodzielnych. Kierunkowy Pełnomocnik ds. Praktyk Zawodowych (od października 2010 r.). Od 2013 współpracownik wortalu philianizm.pl. Współpracownik (od 2007 roku) Witryny Czasopism [witryna.czasopism.pl]. W latach 2007-2009 sekretarz Festiwalu Filozofii [http://festiwal.ph-f.org].

Podobne materiały

Jeden komentarz

  1. Krzysztof Petek
    29 grudnia 2014 at 21:38 - odpowiedz

    Publiczna wypowiedź osób kierujących się logiką i świadomością praw człowieka zawsze jest budująca. Przejawy niewiarygodnego niemal panoszenia się biskupów i zawłaszczania prawa do rozsiadania się w przestrzeni publicznej, stanowiące rodzaj ostatniej obrony kruszejącego bastionu, warto wytykać i tępić. Póki równowaga i wolność, także w sferze wyznaniowej, staną się normą. Dziś bowiem normę stanowi absolutna, hiperboliczna patologia. Dziękuję, panie Marcinie.

Zostaw komentarz

Wpisz kod antySPAMowy *