• wtorek, 16 października 2018 r.

Muzyczna stolica świata. Dziennik indyjski 22

Tak, słusznie podejrzewasz czytelniku, wszystko wskazuje na to, że chodzi tu o Chennai. Sam jestem tym zdziwiony. W końcu Chennai to tylko stolica Tamilnadu, z pewnością więcej ludzi na świecie kojarzy takie miasta jak Londyn, Paryż, czy Nowy Jork. A jednak… Fakty są niezaprzeczalne. Niebawem je przedstawię. Póki co jednak w moim pamiętniku zapada noc i w naszym pokoju zjawiają się ciężkie, nieprzejrzyste i gęste hordy komarów. Palą się spirale mające je wystraszyć i działające wcale nieźle w północnych Indiach. Chennajskie komary przysiadają tylko obok nich oblizując się z krwi i śmiejąc się pod nosem. Gdzieś, w jakiś książkach czytałem, iż w indyjskich hotelach, nawet tanich i obskurnych istniało coś o nazwie „moskitiera”. Niestety, obecnie jest to rzecz w Indiach nieznana, a malaria zdarza się tak samo jak dawniej.

 

 

   Rano udało mi się zamówić utappam w siedmiu smakach. Było pyszne – papryka jadalna, groszek, jedno na słodko, inne z cebulą, inne bez niczego (czyli plain utappam) etc. Jedząc te miniaturowe placuszki nie mogłem zrozumieć, dlaczego, gdy zamawia się normalne, pojedyncze i duże utappam dostępne są tylko dwa smaki – cebulowy i bez niczego. Prawie we wszystkich chennajskich restauracjach znajduje się też pomieszczenie klimatyzowane, gdzie za potrawy płaci się o kilka procent więcej. Uprzejmi kelnerzy chcieli nas oczywiście zaprosić do niego, my jednakże trwaliśmy dzielnie przy zwykłych pomieszczeniach. Bądź co bądź była zima, choć trzeba przyznać, iż ciągle było gorąco i duszno. Bodajże w maju owo zjawisko narasta nieznośnie i wtedy rzeczywiście klimatyzowane sektory restauracji są na wagę złota.

   Przez dwa kolejne dni uczestniczyliśmy w festiwalu Balamuralego Krishnana. Jego dramaturgia każdego dnia była podobna. Na początku popołudniowej sesji występ wokalny, po czym taniec – wpierw bardzo dobry, następnie doskonały. Nauczeni bezczelności w Północnych Indiach nagrywaliśmy występy taneczne aparatem fotograficznym, dziwiąc się, iż południowi artyści zwracają na to w ogóle uwagę. Jedna z guru doskonałej tancerki podeszła nawet do Kai i spytała ją, czy nie jest tancerką bharatanatyam. Gdy Kaja odrzekła, iż nie, uspokojona mistrzyni stwierdziła, iż w takim razie możemy sobie zatrzymać nagranie. Przypomniała mi się opowieść z eposu Mahabharata o Eklawii, który to nie mogąc uczestniczyć bezpośrednio w lekcjach legendarnego mistrza sztuk walki Drony, uczynił sobie rzeźbę guru i z powodzeniem ćwiczył przy niej. Gdy po jakimś czasie spotkał oryginał Drony, guru upomniał się o dar należny za naukę. Szlachetny Eklawia zgodził się i w ten sposób stracił kciuk, przez co nie mógł już być najlepszym łucznikiem na świecie. Całkiem zatem możliwe, iż gdyby któreś nas na nieszczęście swoje ćwiczyło bharatanatyam, straciło by stopę.

   Przed koncertami staraliśmy się zwiedzać Chennai, choć zmęczeni pogodą i komarami nazywaliśmy „ranem” raczej godziny popołudniowe. Najbardziej znanym szlakiem handlowym Chennaju jest aleja o dziwacznej nazwie (właśnie się wykręcam z braku mapy), ciągnąca się diagonalą przez całą centralną część wydłużonego jak wrzeciono miasta. Zaczyna się ona przy wyspie sąsiadującej z fortem, kończy zaś na Wzgórzu świętego Tomasza (oddalonym o wiele kilometrów od bazyliki miejscu wymyślonej przez Portugalczyków śmierci świętego). Ma z jakieś piętnaście kilometrów lekko licząc. Postanowiliśmy dotrzeć do jej najbliższej od Egmore części. Udało nam się, choć po drodze musieliśmy przebyć niewiarygodnie cuchnący kanał, obecny, podobnie jak aleja, w całej centralnej części Chennaju, gdyż biegnący równolegle do oceanu. W wielu miejscach założono obok niego parki, których nikt przy zdrowych zmysłach nie odwiedzał, choć paliły się w nich w nocy eleganckie lampy, zaś ścieżki świeciły nowością.

  Sama aleja zdziwiła nas co nieco. Wcale nie była tak elegancka, jak liczne arterie pomiędzy Egmore a Mylapore. Ciężko było też przejść z jednej strony na drugą. Podziemne przejścia dla pieszych znajdowały się tu zdecydowanie za rzadko, normalny, anarchistyczny sposób przechodzenia odpadał, gdyż lewy bieg z prawym owej sześciopasmówki odcięte były od siebie wysokim na ponad dwa metry murkiem. Główny trakt Chennaju mimo różnych wad przedstawiał się jednakże bardzo malowniczo. Zrujnowane, neostylowe pobrytyjskie pałace, zarośnięte zachłanną subtropikalną roślinnością stanowiły przepiękne i bardzo malownicze punkty przyciągające wzrok.  Towarzyszyła im nowoczesna architektura, niekiedy całkiem udana. W wielu miejscach widać było kina, a na nich kompletnie dla nas niezrozumiałe reklamy tamilskich filmów. Mieliśmy ochotę pójść na któryś z nich, niestety, nie starczyło nam czasu, gdyż inna muza pożarła go nam zachłannie. Po drugiej stronie ulicy wyrosły nagle wielkie księgarnie, lecz nie mieliśmy do nich jak się dostać. W końcu jednakże trafiliśmy do galerii handlowej, gdzie rzuciliśmy się na sklep płytowy dokonując zakupu rewelacyjnych nagrań muzyki karnatyckiej, ale też znaleźliśmy dwie wspaniałe płyty z muzyką hindustańską. Galeria wydawała nam się nieco tłoczna i zapyziała, dopóki nie zorientowaliśmy się, iż po jakichś 500 metrach otwiera się na gigantyczny dziedziniec nawiązujący do stylu neomogolskiego. Miał on chyba 12 kondygnacji sklepów, usytuowanych w setkach sektorów i podsektorów.

   Wracając z tego miejsca odkryliśmy kolejne dwie wielkie galerie handlowe. W najnowocześniejszej z nich mieścił się gigantyczny multipleks wyświetlający filmy bollywoodzkie w hindi (czyli bez tamilskiego dubbingu). Byliśmy w drugim po Mumbaju ośrodku produkcji indyjskich filmów. Ilość kin, plakatów obecna na ulicach była niezmierzona. Podobnie jak Bollywood, również Tollywood promieniuje na okoliczne państwa i ma setki milionów oddanych widzów. Najlepsze filmy Bombajskie zyskują swoje tamilskie odpowiedniki i wice wersa – najlepsze produkcje z Chennaju zyskują swe odpowiedniki w Maharasztrze.  Zdolni aktorzy, tacy jak Aishwarya Ray Bacchan czy Naseruddin Shah, reżyserowie tacy jak Manu Ratnam i kompozytorzy tacy jak A.R. Rahman działają w obydwu filmowych światach. Tym razem nie mieliśmy okazji zatopić się w krainie srebrnego ekranu, gdyż – jak już wspomniałem – inna muza skradła nasz czas. Ale kupiliśmy trochę obiecujących tamilskich filmów sprzed lat, zatem może już w Polsce uda nam się poznać lepiej sztukę filmową rodem z Chennaju.  

   W naszym pokoju zewsząd dobiegały odgłosy cieknącej wody. Sprowadzili się do hotelu liczni Hindusi (co świadczy o trafnym hotelarskim wyborze Rosie, która już wyjechała wraz z Mongołem w dalszą podróż) i zapewne chłodzili (albo odkomarzali?) pomieszczenia otwierając krany. W środkowo – północnych Indiach woda stanowiła przez większą część roku bezcenne dobro. Przez sześć miesięcy zimy nie padała przeważnie w Agrze i Delhi ani jedna kropla deszczu. W Chennaju klimat był zupełnie inny. Codziennie spotykaliśmy się z jakąś lekką mżawką, a niekiedy padało całkiem solidnie. A grudzień należał do suchych miesięcy w Tamilnadu. Kupiliśmy nawet parasolki, ku naszemu zdumieniu nie chińskie, lecz indyjskie. Będą wspaniałą pamiątką, o ile zdołamy dowieźć je do domu. Jeszcze w Delhi udało mi się zakupić pakiet internetowy do mojego telefonu i podłączyć go z laptopem. Dzięki temu mogłem się umówić z Navaneetem, z którym odbyliśmy setki rozmów na temat muzyki na Facebooku. Mogę powiedzieć, iż znałem go dość dobrze, choć nigdy nie widziałem na żywo.

   Spotkanie z naszym internetowym przyjacielem miało mieć miejsce w Madraskiej Akademii Muzycznej (wciąż używają starej nazwy…). Obok wielkiej świątyni Sziwy, okolice MAM stanowią drugie centrum Mylapore. Jedzie się tam charakterystycznymi wiaduktami, które co rusz wznoszą się i opadają znad poziomu gruntu i przypominają zabawę w kaczki polegającą na rzucaniu płaskiego, odbijającego się kamienia na powierzchnię jeziora. Filary wynoszące łuki wiaduktów są ciekawie ozdobione ceramicznymi wzorami, zaś przy nich znaleźć można trawniki z kwiatami. Nie brakuje też niezdarnych pomników lokalnych polityków, podobnych do tych w Agrze. Swoją drogą, życie polityczne w stolicy Tamilnadu tętni i nie wygasa. Co rusz odbywają się jakieś wiece, rozwiesza się chorągwie etc. Chaosu na niezbyt dobrze zaplanowanych ulicach metropolii dopełniają różne świątynne ceremonie, podczas których posągi bogów i bogiń włączają się również do codziennego ruchu ulicznego, a nie są raczej miłośnikami szybkiej jazdy.

  Gmach Akademii Muzycznej okazał się gigantyczny, z amfiteatralną salą znacznie większą od polskich filharmonii. Wszędzie kręciło się mnóstwo melomanów gotowych kupować bilety nawet za 500 rupii, co w Indiach jest już kwotą niebagatelną. Na szczęście przeważnie można było załapać się na miejsce na balkonie za 100 rupii. Liczne halle MAM zapełniały obecnie sklepy z płytami, ze sprzętem Radela (elektroniczne tampury etc.) oraz księgarnie muzyczne. Program Akademii był rozpisany na cały grudzień i styczeń, obejmował zaś koncerty od samego rana do wieczora. Z samego rana odbywały się tak zwane koncerty – prezentacje, gdzie znani artyści robili wykłady na temat różnych elementów klasycznej muzyki karnatyckiej, ilustrując to własnymi przykładami. W środku dnia występowali młodzi artyści i weterani. Te koncerty przeważnie były za darmo. Dźwięk płynący z sali puszczano też dobrymi głośnikami do kantyny, gdzie kupowało się żetony na posiłki i napoje, po czym spożywało się je prze długich stołach, albo mniejszych stolikach. Jak się później okazało, Navaneet był nie tylko miłośnikiem i znawcą muzyki, ale też dobrego jedzenia. Jego brzuch był związku z tym wyraźnie zaokrąglony, jak u większości Południowców (w tym również, jak już wiemy, tancerzy). Wybór koncertu (a zawsze było co najmniej kilkanaście koncertów do wyboru, w tym kilka naprawdę dobrych) podyktowany był zatem u Navaneeta wypadkową znakomitej muzyki z dobrym jedzeniem. Wracając do Akademii – przeważnie dopiero wieczorne koncerty były odpłatne i na nich to zjawiały się największe karnatyckie sławy w sile wieku. W przeciwieństwie do wielu innych sal, Akademia Muzyczna oferowała jedynie muzykę, nie zaś taniec. Zapewne sam taniec oferowały z kolei Akademie Tańca, lecz nie dotarliśmy do nich. Zbyt wiele było rewelacyjnych koncertów muzycznych. Naprawdę zbyt wiele. Jak się niebawem miało okazać, każdego dnia odbywało się co najmniej 50 interesujących koncertów muzycznych, nie licząc debiutów etc. Akademia Muzyczna była tylko jedną z dziesiątek sal, gdzie spotykali się tamilscy melomanii.

   Wiemy już, że Navaneet nie gardził dobrą kuchnią. Inną jego znaczącą cechą był fakt studiowania u Radhy, legendarnej córki MS Subbulakshmi, która to uchodzi powszechnie (czyli również na Północy) za jedną z największych indyjskich artystek. Subbulakshmi była pierwszym artystą, który odebrał zaszczytne odznaczenie Bharat Ratna, czyli „Legenda Indii”. Po uzyskaniu przez kraj Bharatów niepodległości, Subbulakshmi pierwsza ukazała w ONZ, na specjalnym, cyklicznym koncercie, kulturę swojego kraju. Nagranie z tego wydarzenia jest absolutnie wspaniałe i szczęśliwie posiadam je w swoich zbiorach. Radha, córka Subbulakshmi, całą swoją zawodową aktywność poświęciła matce, tworząc niezwykły dwugłos dwóch absolutnie genialnych artystek. Zawsze się dziwiłem, jak to możliwe, iż jakaś studentka śpiewa wraz z Subbulakshmi równie dobrze jak ona. Teraz dowiedziałem się, iż była to nie mniej od Subbulakshmi legendarna Radha, która naucza teraz naszego przyjaciela Navaneeta. Co ciekawe, genialny idiom wokalny Subbulakshmi nie ma wcale wielu kontynuatorów, Navaneet jest zatem zupełnie wyjątkową postacią.  

  Styl wokalny Subbulakshmi był wcieleniem perfekcji. Posiadała ona piękny głos płynący ze wszystkich rejestrów ciała, co jest bardzo istotne, gdyż muzyka karnatycka, podobnie jak dhrupad, postrzegana jest jako dźwiękowa medytacja w której artysta dosłownie powinien się rozpłynąć w świecie dźwięków. Aktywna muzycznie była od lat pięćdziesiątych do osiemdziesiątych XX wieku. Śpiewała nie tylko klasyczną muzykę południową, ale też półklasyczne północne bhajany, takich kompozytorów jak Surdas czy Meera Bhai. Istotnym dla rozwoju kariery genialnej artystki był okres filmowy, przypadający na ten moment w kinematografii, w którym aktorzy zarówno grali, jak i śpiewali i tańczyli.  O tej wielkiej gwieździe przeszłości nie raz jeszcze będę wspominał, jako, że ciężko pisać o Navaneecie nie poświęcając kilku zdań Subbulakshmi. Na razie jednak wróćmy do MAM.

   Wpierw odbył się koncert mniej znanej śpiewaczki, na który poszliśmy z uwagi na sławnego skrzypka jej akompaniującego. Grał on w zupełnie innym stylu, niż najbardziej znany na świecie L. Subramaniam. Jego styl było to tak zwane „gayaki”, czyli ścisłe odzwierciedlenie na instrumencie estetyki i ekspresji głosu ludzkiego. Navaneet preferował ten styl w akompaniamencie i ciężko się z nim nie zgodzić. Klasyczny recital wokalny na Południu zawiera w sobie bowiem wymóg uczestnictwa skrzypka. Wiolinista powtarza dokładnie długie nieraz i zawiłe frazy śpiewaka, zaś sposób w jaki to robi świadczy o jego artyzmie.

   Tymczasem koncert śpiewaczki trwał już 2 godziny i wcale się nie kończył. Byłem zdumiony, zaś Navaneet zdziwił się moim zdumieniem. Wyjaśniłem mu zatem, iż w Północnych Indiach koncert trwa zwykle półtorej godziny. Mój zaszokowany przyjaciel stwierdził iż w Chennaju koncert trwa dwie i pół godziny i tylko tyle, gdyż publiczność nie jest tak cierpliwa jak dawniej, co wymusiło tak drastyczne skrócenie prezentacji muzycznej. Koncert śpiewaczki składał się wpierw z kompozycji największych karnatyckich kompozytorów – Tyagarajy, Dikshitara i Swamiego Shastri. Żyli oni w czasach Beethovena i osiągnęli taką doskonałość, iż ich kompozycje wypełniają po dziś dzień co najmniej połowę klasycznego życia muzycznego Południa, zarówno podczas koncertów, jak i rozmów i nauczania. Po varnam (najbardziej złożonych kompozycjach) Wielkiej Trójki nastąpił cykl Ragam – Tanam – Pallavi, najbardziej przypominający północnoindyjską ragę. Ragam to jakby alap, tanam to gat (część rytmiczna z perkusją), zaś pallavi to poprzedzona ekspozycją melodyczną tematu część czysto perkusyjna. Z całym prawdopodobieństwem można stwierdzić, iż owo ostatnie, perkusyjne ogniwo istniało w dawnym dhrupadzie północnoindyjskim, który w pierwszej połowie XX wieku został pozbawiony tego ogniwa. Myślę, że nie słusznie, sądząc po licznych tablistach upominających się o zbyt wielką liczbę solówek podczas koncertów hindustańskich. Navaneet bronił się, gdy stwierdzałem, iż muzycy południowi na Północy powinni grać częściej Ragam – Tanam – Pallavi, zważywszy na wspomniane przeze mnie podobieństwo. Podobnie jak wielu klasycznych muzyków europejskich nasz przyjaciel cenił sobie wierność zapisowi i stwierdzał, iż najlepsze, co może dać Południe innym kręgom cywilizacyjnym to jednak Wielka Trójka. Jeśli zaś chodzi o Ragam – Tanam – Pallavi to zawarta w nim improwizacja wiernie trzyma się początkowych tematów. „Czyli tak samo” – dodałem nieustępliwie, – „jak na przykład w Gwalior Gharanie, najstarszej dla nowożytnego stylu wokalnego khayal, gdzie każdy moduł ragi poprzedzony jest przynajmniej krótką kompozycją na bazie której dopiero się improwizuje, mając w ten sposób wprowadzoną melodię oraz stylistykę jej prezentacji”.

   Po Ragam – Tanam – Pallavi śpiewaczka zaśpiewała parę lżejszych, półklasycznych utworów, mając na to jeszcze jakiś kwadrans. Jak się okazało, tak wyglądać miała dramaturgia każdego karnatyckiego koncertu w Chennaju. Jeśli ktoś chciał uczestniczyć w całym dniu muzycznym, miał przed sobą co najmniej 6 dwu i pół godzinnych koncertów, no i dziesiątki sal do wyboru. A, jak łatwo sobie policzyć, już dwa koncerty dawały razem 5 godzin! A zatem przez 2 miesiące sezonu muzycznego każdego dnia można było uczestniczyć w koncertach najwyższej próby przez 15 godzin!! I nawet w najgorszych dla życia publicznego miesiącach, takich jak maj, aktywność muzyczna Chennaju nie spadała bynajmniej do zera!

   W przerwie poszliśmy do kantyny, ale nie mieliśmy czasu, aby coś zjeść. Poznaliśmy też kontrastową naturę Navaneeta. Nasz przyjaciel z jednej strony był bardzo otwarty i towarzyski, z drugiej nie wolny był od konserwatywnych bramińskich przekonań, w czym przypominał mojego guru Pandita Dalchanda Sharmę, bramina z Północy. Z jednej zatem strony wesoło dyskutował ze śmiało jak na Tamilnadu ubraną angielską przyjaciółką, z drugiej zaś nigdy nie miał zamiaru lecieć samolotem nad morzem, gdyż braminom, podobnie jak antycznych zoroastrianom, nie wolno tego robić. Angielska znajoma naszego tamilskiego bramina (noszącego cały czas z dumą podobną do ręcznika spódniczkę doti) poszła z nami na następny koncert. Grał Ravikiran, jeden z moich ulubionych indyjskich muzyków, mistrz winy bez progów, zwanej na Południu chitra veeną, zaś na północy vichitra veeną. Trwają spory kto od kogo wziął ten pomysł, ja oczywiście stawiam na lutników Hindustanu. Oczywiście nazwię (vi)chitra veena spotkamy w dawnych sanskryckich traktatach, choć nikt nie wie, jak wtedy wyglądał instrument noszący tę nazwę. Chitra veena to obecnie nowy instrument i trudno na nim grać, gdyż obecność progów jest łatwo zauważalna w estetyce wokalnej i instrumentalnej obydwu części Indii. Obecność progów, czyli masa ozdobników„progopodobnych i zmian napięcia w obrębie eksplorowania skali wynikających z konstrukcji znanej od starożytności, „zwyczajnej” winy.

   Nasza bardzo sympatyczna Angielka dzielnie zniosła 2 i pół godzinny koncert, choć idę o zakład, iż nie miałaby ochoty na następny. Navaneet patrzył na nią z troską, na nas zaś ze zdumieniem i podziwem. Chyba pierwszy raz widział Europejczyków, którzy po pięciu godzinach karnatyckiej muzyki wcale nie mieli dosyć! Swoją drogą nieraz spotkałem się z ludźmi Zachodu, którzy wolą muzykę karnatycką od hindustańskiej jako bardziej „korzenną”, „starożytną” etc. To nie prawda, iż jest ona starsza od północnoindyjskiej. O ile podstawy obydwu systemów sięgają tradycji wedyjskich, a w sposób bardziej określony wczesnego indyjskiego średniowiecza, o tyle najstarszą względnie zachowaną estetyką muzyczną jest bez wątpienia dhrupad pochodzący z Północnych Indii i reprezentowany od strony rytmicznej choćby przez mojego guru, Pandita Dalchanda. Słychać to znakomicie, gdy południowi mridangamiści grają w najstarszym dla nich stylu. Słyszymy wtedy język rytmiczny i estetykę północnego pakhawaju. Podobnie najstarsze zdobienia w muzyce południowej przywodzą na myśl dhrupadowe gamaki. Muzyka karnatycka przeżyła ogromną przemianę u progu XIX wieku, co czyni ją nieco młodszą siostrą północnego khayalu, który na Północy jest młodszym o wiele stuleci bratem dhrupadu.  Poza tym podczas mojego pobytu w Chennaju przekonywałem się, iż różne dostępne w Europie i USA informacje na temat muzyki karnatyckiej są często zupełnie mylące. Znani są na przykład na Zachodzie jedynie nieliczni wykonawcy, niezbyt cenieni w samych Indiach, albo też wysoce dla karnatyckich znawców kontrowersyjni. W książeczkach płytowych szanujących się europejskich edytorów, takich jak choćby Ocora francuskiego radia, możemy przeczytać iż np. Ragam – Tanam – Pallavi to wymierająca forma, której nigdzie nie można usłyszeć. Proszę bardzo – mamy ją co najmniej 50 razy dziennie przez dwa miesiące w Chennaju! Nie wygląda to nas stan agonalny, drodzy francuscy orientaliści – muzykolodzy… Lecz oczywiście, wszyscy omijają Chennaj szerokim łukiem, podobnie jak Delhi i szukają prawdziwych Indii w modnych pielgrzymkowych kurortach, albo w ruinach starożytnych świątyń, albo w zapomnianych przez 2 tysiące lat buddyjskich jaskiniach, kiedy to w kraju Bharatów buddyzmu prawie nie ma, a ten co jest najczęściej pochodzi z Tybetu.

  Ravikiran jak zwykle mnie zachwycił. Aby nadrobić brak progów musiał grać z większą jeszcze od innych instrumentalistów precyzją. Za to śruti, czyli przebiegi mikrotonalne, nie miały sobie równych. Pozwalało to uzyskać efekt ciągłej muzycznej energii, szakti. Na szaktyczne korzenie swojej muzyki zwraca uwagę sam artysta. Wielu Hindusów wierzy, iż wszystko jest energią przejawiającą się w różnych formach. Jak pokazuje nam współczesna fizyka, nie jest to wcale naiwny przesąd. Falujące dźwięki granej na bezprogowym instrumencie ragi przypominają rozpływające się wszędzie fale podstawowych sił fizycznych. Nie brak oczywiście indyjskich myślicieli, którzy starają się połączyć tradycyjny hinduizm z osiągnięciami nauki. Z pewnością jest to mniej utopijne zadanie niż w przypadku innych religii. Dla hinduistów szakti to Wielka Bogini, utożsamiana najczęściej z Durgą (choć zdarzają się też Saraswati i Lakszmi – zakupiłem dobre książki, aby dowiedzieć się więcej na temat żeńskiego wisznuizmu, w którym Lakszmi jest znacznie ważniejsza od swego boskiego małżonka. Europejskie sekty krysznaistów częstokroć zaprzeczają istnieniu tego wcale popularnego nurtu religii hinduistycznej.).  Wracając do starcia nowoczesności i tradycji u wynalazców zera, czyli fundamentu współczesnej nauki. Choć jestem ateistą (a może dlatego) nie potępiam ich prób. Uważam bowiem, iż osobowość też jest złudzeniem i niepodważana stanowi rodzaj bardzo ortodoksyjnej religii. Gdy ktoś odrzuci opowiastki o rozmaitych bogach, zarówno politeistycznych jak i monoteistycznych, zostaje mu jeszcze on sam. Nasze zmysły nastawione są na przetrwanie i rozmnożenie się. Wszystko, co znajduje się obok tych dwóch tematów podawane jest nam przez nas samych automatycznie, w uproszczeniu i skrócie. Aby zatem rzeczywiście spojrzeć świeżym, wolnym od zabobonów okiem, trzeba ją uszanować. Można jej w tym celu nadać masę osobowości, tak aby uwolnić się od przekonania iż jest się czymś wyjątkowym na tle otoczenia. Można zatem myśleć iż Słońce jest bogiem dającym życie, można czcić zawartą we wszystkim energię. To często, moim zdaniem, pozwala się uwolnić od przesłaniającej oczy religii „ja”. Tym niemniej nie należy oczekiwać od Słońca, Ziemi, Prawa Grawitacji nieśmiertelności, transcendencji, czy sprowadzenia deszczu. Słońce dokonuje dostatecznie wiele cudów, my zaś jesteśmy istotami śmiertelnymi, które powinny cieszyć się swoją zyskaną za darmo chwilą istnienia i nie popadać w narkotyk uznania dla wyimaginowanej transcendencji. Takie bliskie mi bardzo rzeczy często słyszę w kulturze indyjskiej, a w muzyce Ravikirana nie na ostatnim miejscu. Nie wiem, ilu Hindusów zgodziłoby się ze mną, lecz zapisuję tu i tam, prozą oraz wierszem taką wykładnię mitów wynalazców nowoczesnej matematyki. Nawet jeśli nie teraz, to może wiele lat po mojej śmierci moje poglądy, bardziej żywotne ode mnie, znajdą może swoich braci lub (i) zwolenników.

  Wieczorem zjedliśmy we wzgardzonej przez Anię restauracji dosę. W międzyczasie zadzwonił do mnie Rajnish i zwierzyłem mu się, iż nasza kuchnia jest znacznie bogatsza od tej południowej, tym niemniej wiele prostych tamilskich potraw smakuje naprawdę znakomicie. Navaneet zaśmiał się ze mnie słysząc „nasza”. Ale rzeczywiście tak się czułem na Południu. Jako przedstawiciel cywilizacji europejskiej chcący badać zupełnie pomijane rejony cywilizacji południowoindyjskiej, ale też jako osobnik w dużej mierze zżyty już z Północnymi Indiami i starający się budować mosty nie tylko pomiędzy Wschodem i Zachodem, lecz również Północą i Południem. A propos mostów. Następnego dnia miała występować Aruna Sairam, czyli jedna z nielicznych śpiewaczek karnatyckich całkiem znanych w Europie. Dzięki takim, a nie innym tekstom książeczek (w tym, a może zwłaszcza Ocory), służącym – jak teraz widzę, promocji, a nie wyrażeniu jakichkolwiek rzeczywistych informacji, Aruna Sairam jest oczywiście przedstawicielką wygasającej prastarej tradycji, obdarzonym genialnym głosem cieniem wydobytym z zapomnienia etc. Jedno jest prawdą – Aruna Sairam rzeczywiście posiada piękny głos. Cała reszta to bzdury. Aruna upraszcza klasyczną muzykę indyjską, aby móc być popularną wśród licznych rzesz nie mogących znieść porządnie odśpiewanego varnam Tragarajy. Jeśli jakieś tradycje w Tamilnadu etc. wygasają to Aruna z pewnością dzierży w swoich dłoniach wąż gaśniczy, a nie zapałki. Nie mogliśmy oczywiście tak łatwo uwierzyć Navaneetowi, więc próbowaliśmy się dostać na koncert Aruny Sairam, wsławionej też tym u nas, iż rzeczywiście przekazała ogromną wiedzę znakomitemu francuskiemu śpiewakowi muzyki dawnej Dominikowi Veillard. Okazało się jednak, iż miejsc na ten koncert nie ma, nawet w pomocniczym budynku, gdzie za małe pieniądze można było oglądać koncert na telebimie (mają coś takiego dla muzyki klasycznej!).

   Nazajutrz Navaneet zaproponował nam coś zupełnie innego. Weszliśmy do kolejnego audytorium na Mylapore, którego konstrukcja nawiązywała trochę do dawnych drewnianych, karnatyckich sal koncertowo – teatralno – tanecznych. Nasz budynek był wprawdzie murowany, jednakże stanowił on wydłużoną salę, z możliwymi do otwarcia na wszystkich czterech bokach podcieniami. Teraz, zimą, były one oczywiście zamknięte, choć tylko dla Tamilów owa zima zimną była… Śpiewał znakomity stary śpiewak TV Sankaranarayanan (mam nadzieję, iż nie dziwisz mi się Czytelniku, iż bez mapy czuję się bezbronny w przywoływaniu tamilskich nazw ulic i świątyń Chennaju…). Był wspaniały, ale to nie on był naszym głównym celem. Navaneet postanowił pokazać nam sztukę największego karnatyckiego mridangamisty, starca noszącego nazwisko dr TK Murthy (wyjątkowo proste jak na tamilskie standardy). Niewtajemniczonym powiem, iż mridangam jest bardzo podobnym do pakhawaju bębnem dwugłowowym, czyli takim, który przypomina ogórek i uderzany jest po dwóch przeciwstawnych do siebie końcach. Jeden koniec pozwala wygrywać dźwięki o różnych barwach i wysokościach, drugi dodaje basowy nietemperowany dźwięk. Mridangam i pakhawaj rozeszły się w swej  estetyce pod wpływem powstania muzyki hindustańskiej. Obydwa instrumenty znane są co najmniej od 2500 lat, przez który to okres nieprzerwanie służą muzyce klasycznej. Południowy idiom rytmiczny należy do szczególnie złożonych i umiejętności mridangamisty nazywa się często „matematyką”. Indyjskie cykle rytmiczne składają się nawet z sekwencji długich na 128 różnych uderzeń. Owe sekwencje podlegają permutacjom, odwróceniom, symetrycznym przyspieszeniom. Ale też zmianom ułamkowym, przesuwającym je o dokładnie wyliczone odcinki od prostego liczenia taktu. Nakładanie się różnych warstw (klasycznie liczonych i przesuniętych o ułamki) owocuje bogatą i wyrafinowaną polirytmią. Oczywiście północni perkusiści też są w dziedzinie rytmu elitą, jednakże ich południowi koledzy potrafią przekraczać wszelkie możliwe granice kunsztu. Takim właśnie jawił się nam Murthy. Absolutna matematyczna perfekcja oparta na pewnym, głębokim jak ocean tonie samego instrumenty. Najbardziej wszystkich zachwyciło Pallavi, gdzie Murthy zaprezentował swego rodzaju najbardziej syntetyczne i wysmakowane odcinki odwróconych odbić zwielokrotnionych odwrotności, przywodząc na myśl wyrafinowane fugi Bacha z „Ofiary muzycznej”. Podczas koncertów melomani i nie mający w danej chwili zajęcia na scenie muzycy wyliczają na dłoniach podstawowy cykl rytmiczny. Nieraz jest to niezbędnym narzędziem, aby w pełni docenić mistrzostwo karnatyckich perkusistów…

(ciąg dalszy nastąpi)

 

Zobacz inne rozdziały Dziennika indyjskiego

Dziennik IndyjskiDziennik Indyjski to opowieść z rocznego pobytu w Indiach i na Sri Lance poświęcona badaniom kultury i codziennego życia. Nie znajdziecie w tej historii idealizacji Indii ani "turystyki slumsowej". Zobaczycie natomiast sceny z życia artystów i normalnych ludzi. Jacek Tabisz pisał ten cykl indyjskich obrazów w trakcie badań muzyki indyjskiej osiem lat temu (2010-11). Od tego czasu zmienił poglądy na różne sprawy, więc nie pod wszystkimi poglądami wyrażonymi w tekście podpisuje się obecnie. Ciekawość wobec Indii i zamiłowanie do indyjskiej sztuki mają się jednak nadal dobrze.

Podobne materiały

2 komentarze

  1. Piotr Napierała
    Piotr Napierała
    30 lipca 2018 at 11:20 - odpowiedz

    fajny artykuł. Dzisiaj stolicą muzyki jest Miami. Robi się tam więcej muzyki latynoamerykańskiej niż w całej Ameryce południowej i środkowej razem wziętej a są i inne gatunki muzyczne…

    • Jacek Tabisz
      Jacek Tabisz
      30 lipca 2018 at 11:47 - odpowiedz

      Z pewnością Miami jest ciekawe, choć orkiestry symfoniczne w kilku innych miastach USA są znacznie lepsze. 

Zostaw komentarz

Wpisz kod antySPAMowy *