• środa, 19 września 2018 r.

Oda do Napoleona i Dumka

 

Nieubłaganie doszliśmy w sobotę do przedostatniego dnia Wratislavii Cantans 2018. Jak zwykle w dzień weekendowy czekały nas we Wrocławiu dwa koncerty. Napisałem o Wrocławiu, gdyż zwyczajowo Wratislavia Cantans toczy się również w mniejszych miastach regionu. Są to najczęściej te same koncerty co we Wrocławiu, choć nie zawsze. W tym roku Giovanni Antonini, który zachwycił mnie wczoraj Haydnem, w Legnicy zagrał nieco inny program – było mniej Haydna za to był Vivaldi.

 

W sobotę przenieśliśmy się znacznie bliżej naszych czasów, choć za sprawą utworów Schönberga i Weberna geograficznie byliśmy blisko piątkowego koncertu, gdyż nadal w Wiedniu. Program pierwszego sobotniego koncertu był mocno zarysowany i silnie związany z zagadnieniem wolności, które stanowi słowo – klucz tegorocznej Wratislavii. Lecz zaczęło się niewinnie i mniej programowo. Usłyszeliśmy niezwykłe, aforystyczne miniatury Antona Weberna, a konkretnie Sześć bagatel op. 9. Webern był ojcem muzyki nowoczesnej, wzniecił po swym odejściu rewolucyjny żar, który obecnie się wypalił na rzecz gremialnego powrotu do romantyzmu. Nie należy jednak Weberna oceniać po niepowodzeniach jego naśladowców (z których ci najpierwsi, tacy jak Boulez, jednak wiele dobrego dokonali). Webern był geniuszem porwania dźwięków z królestwa czasu i zagarnięcia ich w realia krainy kształtu i przestrzeni. Oddzielone, „gdaczące” jak chcieli złośliwi krytycy, dźwięki Weberna stały się wolne od linii czasowej i zaczęły przemawiać jak barwne linie i plamy w obrazach Kandińskiego.

 

Rewolucyjne miniatury Weberna wykonał Quartetto di Cremona, zespół świeży jeszcze, ale z marszu zdobywający prestiżowe nagrody i uznanie krytyków. Quartetto di Cremona przedstawiany jest jako zespół wszechstronny, zajmujący się kwartetami powstałymi od  zarania tej formy aż do dzieł najnowszych. Ja jednakże odniosłem wrażenie, że Cremończycy są silnie nastawieni na nowoczesność, gdyż nawet Weberna uwspółcześnili, dodając do niego smaczki zaczerpnięte z dziedzictwa jego następców a nie z niego samego. Tym niemniej wykonanie było znakomite, plastyczne, refleksyjne, wielobarwne i zagadkowe. Quartetto di Cremona otwierał też samodzielnie drugą część koncertu, w której wykonał Kwartet smyczkowy g-moll op. 10 Clauda Debussiego. Była to wybitna  interpretacja, pełna barw i wirtuozerii, niemal namacalnie plastyczna. Jednocześnie była to interpretacja w zasadzie polemiczna do świata wyobraźni twórcy La Mer. Zwłaszcza skrajne części kwartetu zostały zagrane dwa razy szybciej niż zazwyczaj, przez co zatraciły przeplatającą się u francuskiego twórcy grę przestrzeni, aur muzycznych i związanych z tym nastrojów. W zamian za to podkreślona została nowoczesność języka muzycznego Debussiego skryta zazwyczaj przez nastrojowość i subtelność jego dzieł. Z drugiej strony w czasach Debussiego grywano jego dzieła kameralne zapewne szybciej niż jest to przyjęte obecnie, o czym mogą świadczyć najstarsze zachowane nagrania utworów Debussiego (choćby z Cortotem i Thabaudem). Więc może „ortodoksyjny Debussy”, którego ominęli szerokim łukiem w swoim wykonaniu członkowie Quartetto di Cremona, jest tylko później powstałym mitem na temat Debussiego i jego muzyki.

 

Quartetto di Cremona / fot. Nikolaj Lund

 

Wróćmy jednak do pierwszej połowy koncertu. Oto kończą się bagatele Weberna, a tu ktoś kroczy tupiąc z samego końca sali. Zanim, opanowany przez gniew, obróciłem głowę by uciszyć tupacza, ten mnie minął i wygnał Kwartet z Cremony podkreślając to, iż jego zdaniem muzyka Weberna jest „zdegenerowana”. Jak się za chwilę okazało, cała ta sytuacja była zainscenizowana i stanowiła wprowadzenie do dzieła Mauricia Kagela „Der Tribun”. Rolę despoty wypowiadającego absurdalne słowa zaczerpnięte z najbardziej krętackich oracji politycznych zagrał doskonale Wiesław Cichy, który też całość wyreżyserował. Śmieszne to było, bardzo surrealistyczne i trochę straszne, bowiem trybunów na świecie nie brakuje. Wydaje mi się, że parodiowanie autokratów nie jest trudne, ale w dziele Kagela i idącym za nim grze Cichego było coś więcej. Chodzi tu o działającą na znacznie głębszym poziomie groteskowość i irracjonalność. Wydaje mi się, że tego typu oderwanie się od rzeczywistości jest udziałem wielu ludzi, że nie trzeba być od razu premierem albo prezydentem, aby napompować balonik ego do granic wytrzymałości i poza nie. Stąd bierze się przemoc w rodzinach, stąd biorą się zbrodnie i samobójstwa na tle wypaczonego poczucia własnej wartości. Ale, oczywiście, nie należy bagatelizować bezpośrednich odniesień do polityki w dziele Kagela. To aktualne tematy. Dziś nie tylko mamy choćby prezydenta Trumpa, z jego często surrealistycznym stylem działania i głoszenia wykluczających się wzajemnie poglądów, ale też przeciwników Trumpa, którzy z dnia na dzień ulegają podobnym szaleństwom, zaczynając na przykład każde przedsięwzięcie od rytualnego „f..ck Trump”.

 

Kagel był twórcą teatru instrumentalnego i innych form wkładających całe tony słowa i aktorstwa w przestrzeń koncertową. Stąd i jego Trybun był bardziej mówionym monodramem, niż formą muzyczną. Ale muzyki też tu na szczęście trochę było. Barwne absurdy Trybuna urozmaicały niezwykle groteskowe marsze, skomponowane z ogromnym polotem i błyskotliwym parodystycznym humorem. Te marsze grał w NFM Zespół Instrumentalny złożony z muzyków grających na instrumentach dętych i z perkusistów. Grali znakomicie, żałuję jednak, że tak niewiele mieli do zagrania. Muzycy wywodzili się z NFMowych orkiestr. 

 

Jeśli chodzi o łączenie mowy z dźwiękami muzyki zdecydowanie wolę eksperymenty Schönberga. Zagrana przez Quartetto di Cremona z posiłkami w postaci pianisty Andrea Lucchesini Oda do Napoleona robi na mnie zawsze nieodparte wrażenie. Schönberg napisał rzecz całą do tekstu Lorda Byrona i chciał poprzez ten utwór pozyskać więcej zrozumienia dla swej muzyki i misji artystycznej ze strony Amerykanów, do których, jako Żyd, uciekł przed nazizmem z rodzinnej Austrii. Koncepcja przypomina trochę Księżycowego Pierrota, jednakże utwór jest znacznie łagodniejszy i bliższy zwykłej muzyce tonalnej. Quartetto di Cremona grał znów ekstremalnie szybko, ale bardzo ciekawie. Fortepian Lucchesiniego brzmiał nienaturalnie wręcz jasno, choć też bardzo interesująco. Nie wiem, czy wynikło to po prostu z rajdowych temp narzuconych przez smyczkowców. Galopujące wykonanie było nie lada wyzwaniem dla Davida Mossa, artysty, który wyspecjalizował się w muzycznych recytacjach. Choć Moss od strony aktorskiej i literackiej był świetny, zabrakło mi trochę ciętości i ekspresywności. Może to wina temp. Kwartet grał też trochę zbyt głośno w stosunku do siły jego głosu. A może po prostu przywykłem do bardziej śpiewnych recytacji w Odzie do Napoleona, bo Moss też robił to dobrze, ale bardziej wydłużając i skracając zgłoski, niż zawyżając czy zniżając ich brzmienie.

 

Następny koncert miał miejsce w wielkim gotyckim kościele św. Stanisława, Doroty i Wacława, najbliżej położonym od Narodowego Forum Muzyki. To kościół dość trudno dostępny, a zawierający arcydzieła rzeźby dedykowane poległym wojownikom Wojny Trzydziestoletniej (oczywiście ze strony katolickiej, bo to zwolennicy papiestwa zwyciężyli na Śląsku).

 

W cieniu czuwających generałów armii Habsburgów ustawił się Narodowy Chór Ukrainy Dumka. Pierwszą część koncertu wypełniły utwory Henryka Mikołaja Góreckiego: Totus Tuus op. 60, Pieśni Maryjne op. 54, Amen op. 34. Zwłaszcza w Pieśniach Maryjnych sięgnął Górecki granic prostoty, ale doskonałe brzmienie Dumki dokonało prawdziwych cudów na bazie tej muzycznej prostolinijności. Niezwykłe, świetliste zestawienia głosów zostały podkreślone, zaś tempa wydłużone w nieskończoność (zwłaszcza w drugiej Pieśni Maryjnej). „To było trés Zen” – jakby powiedzieli moi koledzy – muzycy z Francji. Owo zen to nawiązanie do spokoju buddyzmu japońskiego w ujęciu lubiących się oderwać od rzeczywistości francuskich artystów.

 

Część ukraińska koncertu była bardziej urozmaicona, oscylując na pograniczu tradycji cerkiewnych i chóralistyki późnoromantycznej. Chór nadal imponował wyjątkową urodą sopranów i altów, oraz doskonałym przygotowaniem solistów (również w estetyce bardziej ludowej). Nie za często, lecz jednak, odzywały się potężne basy, można zatem wnosić, że i tego Dumce nie brakuje, lecz po prostu wybrane przez chór kompozycje oparte były na dominujących wyższych głosach.

Jacek TabiszStudiował historię sztuki. Jest poetą i muzykiem. Odbył dwie wielkie podróże do Indii, gdzie badał kulturę, również pod kątem ateizmu, oraz indyjską muzykę klasyczną. Te badania zaowocowały między innymi wykładami na Uniwersytecie Wrocławskim z historii klasycznej muzyki indyjskiej, a także licznymi publikacjami i wystąpieniami. . Jacek Tabisz współpracował z reżyserem Zbigniewem Rybczyńskim przy tworzeniu scenariusza jego nowego filmu. Od grudnia 2011 roku był prezesem Polskiego Stowarzyszenia Racjonalistów, wybranym na trzecią kadencję w latach 2016 - 2018 Jego liczne teksty dostępne są także na portalach Racjonalista.tv, natemat.pl, liberte.pl, Racjonalista.pl i Hanuman.pl. Organizator i uczestnik wielu festiwali i konferencji na tematy świeckości, kultury i sztuki. W 2014 laureat Kryształowego Świecznika publiczności, nagrody wicemarszałek sejmu, Wandy Nowickiej za działania na rzecz świeckiego państwa. W tym samym roku kandydował z list Europa+ Twój Ruch do parlamentu europejskiego. Na videoblogu na kanale YouTube, wzorem anglosaskim, prowadzi pogadanki na temat ateizmu. Twórcze połączenie nauki ze sztuką, promowanie racjonalnego zachwytu nad światem i istnieniem są głównymi celami jego działalności. Jacek Tabisz jest współtwórcą i redaktorem naczelnym Racjonalista.tv. Adres mailowy: jacek.tabisz@psr.org.pl

Podobne materiały

Zostaw komentarz

Wpisz kod antySPAMowy *