• poniedziałek, 26 czerwca 2017 r.

Okrutna przestroga

Warto jest zawsze przypominać o książce Wojciecha Tochmana pt. „Dzisiaj narysujemy śmierć”. To przejmująca, dramatyczna i traumatyczna zarazem relacja z pobytu Autora – dziennikarza, publicysty, współzałożyciela Instytutu Reportażu, związanego „od zawsze” ze środowiskiem Gazety Wyborczej – w kraju największej rzezi jaka miała miejsce w II połowie XX wieku (w zasadzie u zarania XXI wieku); 1 000 000 ludzi zostało zamordowanych w bestialski sposób w ciągu 100 dni: i to w kraju (czy regionie – bo trzeba rozpatrywać to zagadnienie w ramach wszystkich terytoriów zamieszkałych przez Hutu i Tutsich – czyli przede wszystkim Rwanda, ale też i Burundi, zachodnia Uganda oraz płn-wsch. Kongo), najbardziej i najdogłębniej zkatolicyzowanym w całej Afryce. Chrześcijaństwo (a w zasadzie – katolicyzm i Kościół rzymski) było tu za sprawa europejskich kolonizatorów (głównie Belgów i Francuzów) wpajane i narzucane w sposób najbardziej masowy i klarowny. Efekty tych procesów z punktu widzenia Watykanu zdawały się klarowne i spektakularne. W Rwandzie Kościół rzymski cieszył się od dekad przywilejami, poparciem, prestiżem i wysoką pozycją społeczną. Przybywało duchownych, zakonnic i zakonników, liczba powołań stanowiła o sile rwandyjskiego Kościoła, a owe powołania wpływały na zasilanie (w znacznym stopniu) misjonarzami i duchowieństwem na obszarze całej frankofońskiej Afryce. W tym regionie (a w Rwandzie i Burundi w szczególności) biskupi czynnie uczestniczyli w polityce bieżącej, zaś nauczanie Kościoła było od lat wmontowane w system edukacyjny – tak w okresie kolonialnym jak i po wyzwoleniu.

Im dalej wstecz spoglądamy
tym bardziej widzimy przyszłość.

Winston CHURCHILL

W Polsce ludobójstwem w Rwandzie zainteresowano się jakby pobocznie, jako odpryskiem konfliktu wewnątrz polskiego Kościoła. Sprawa wynikła wraz z usunięciem latem 2013 r. popularnego w środowiskach polskiej inteligencji katolickiej, duszpasterza ks. Lemańskiego z kierowanej przez niego parafii, a którego przełożonym był arcybp Henryk Hoser, metropolita warszawsko-praski. Czyli w kilkanaście lat po wydarzeniach w Rwandzie. Hoser od 1975 roku związany był (jako przedstawiciel Watykanu) z tamtym rejonem Czarnego Lądu. Pełnił różne funkcje poczynając od proboszcza, a na przełożonym Delegatury Misyjnej Księży Pallotynów w Rwandzie kończąc . W latach 1988–1991 był superiorem regii w skład której wchodziły: Rwanda, Zair i Burundi. Objął również w swoim czasie urząd przewodniczącego Konferencji Wyższych Przełożonych Zakonnych w Rwandzie. W latach 1994–1996 w czasie nieobecności nuncjusza apostolskiego pełnił funkcję wizytatora w Rwandzie i krajach ościennych. Był więc tam osobą niezwykle ważną i znaczną z punktu widzenia interesów Watykanu jak i miejscowych stosunków społeczno-politycznych.
Trzeba dodać, że w świetle tego co działo się w Rwandzie i okolicznym regionie od maja do lipca 1994 r. bestialstwa i masowe mordy dokonywane podczas wojny domowej w byłej Jugosławii czy dzisiejsze efekty wojny domowej na Ukrainie – podnoszone na piedestał jako przykłady upadku i spuścizny komunizmu czy imperializmu rosyjskiego (o azjatyckiej proweniencji) – jawią się jako niewinne igraszki. Symptomatycznym jest że po śmierci kanonizowanego Jana Pawła II (którego pasywność i milczenie podczas rzezi dokonywanych na Tutsich – niczym Piusa XII wobec Holocaustu – jest znamiennym epizodem historii Watykanu i faktem powszechnie – poza Polską – przypominanym) polskie media tak czułe na zbrodnie podczas konfliktów na Bałkanach czy dziś na Ukrainie, prześlizgują się po istocie tego problemu chyłkiem, nie dotykając istoty i roli katolicyzmu w tym ludobójstwie. No i milczeniem hierarchii – także papieża – w przedmiocie tych zbrodni. Morderstwa, bestialstwo, cynizm i zwyczajne, ludzkie zakłamanie – taki obraz jawi się z relacji Tochmana przemierzającego wzgórza tego górzystego kraju i rozmawiającego ze świadkami tych wydarzeń. Te traumatyczne przeżycia są wszędzie jednakie, wszędzie tożsame, zawsze podobne i podyktowane utylitarnymi, partykularnymi – emocjonalnymi czy afektywnymi – czynnikami.
Na przykładzie rzezi dokonanej na Tutsich po raz nie wiadomo który widać, że religia, zasady moralne, ideologia i wzniosłe hasła przez nią niesione niewiele znaczą. Najważniejszym przesłaniem jakie moim zdaniem niesie ów reportaż – trudno przyswajalny i ciężki w odbiorze (zwłaszcza dla polskiego czytelnika jednokierunkowo w swym religijno-społecznym odbiorze ukierunkowanym) – jest zderzenie idei i prawd Kościoła, jego doktryny, nauki oraz przekonania o swojej prawdziwości, o tym, że to człowiek „jest najważniejszy” i tylko on „jest drogą Kościoła” (Jan Paweł II) z realiami tamtych dni. Bo praktyka owych 100 dni ukazała miałkość tej nauki, słabość doktrynalną, absolutny brak zakorzenienia w mentalności społeczeństw centralnej Afryki (mimo ponad 150 lat indoktrynacji kolonialnej i późniejszej ewangelizacji watykańskiej już w okresie post-kolonialnym). Czyli fasadowość, banalność, fikcję tych wszystkich zapewnień, homilii, nauczania, kazań i uzasadnień. To jest universum odniesione nie tylko do Afryki.
Bo instytucja nawet tak podkreślająca wymiar etyczno-moralny swej nauki, swoją Prawdę i pro-osobowość nie jest wolna od ziemskich uwarunkowań i przypadłości. Widać to zwłaszcza w chwilach gdy bojówki Interahamwe i Impuzamugambi (czyli wolontariuszy i ochotników z milicji Hutu) atakowały ludzi – katolików (czyli „braci w wierze”), ale uznawanych za Tutsich – chroniących się w kościołach, klasztorach czy misjach celem ich wymordowania, a księża, zakonnicy i zakonnice, misjonarze pozostawali bierni: ba, uważali za swój obowiązek, iż wpierw należy chronić sakrament, naczynia liturgiczne – nie ludzi. A często czynnie współpracowali z hordami morderców i siepaczy Hutu (plemienność, klanowość stanęła więc wyżej w hierarchii wartości niż nauki chrystusowe). I jak zawsze, w takich przypadkach – heroizm przeplata się z podłością, wzniosłość z miałkością, a prywatny interes z uniwersalizmem. Kościół jako ziemska instytucja – żadne tam „mistyczne ciało Chrystusa” – nie jest wolnym od tych uwarunkowań. I nigdy nie był i nigdy nie będzie. Pouczanie więc z jego strony w świetle choćby tej rzezi, tego klasycznego ludobójstwa (nieodbiegającej niczym od przypominanej dziś głośno i pompatycznie także przez Watykan 100-lecia rzezi Ormian dokonanej przez osmańskich Turków) brzmi wyjątkowo nieszczerze i faryzejsko.
Heroizm przeplatający się z podłością, wzniosłość z miałkością, a prywatny interes z uniwersalizmem przywodzą na myśli czasy II wojny światowej na ziemiach polskich: z jednej strony Irena Sendlerowa i plejada drzew w jerozolimskim Yad Vashem, a z drugiej – mieszkańcy Jedwabnego, Różana, Kielc czy tabuny szmalcowników. Religia, moralność, nauka Kościoła niewiele tu znaczą. Często wpisują się w miejscową tradycję, przejmując lokalnie obowiązujący sposób opisywania świata. Podobnie ma się rzecz z apelami intelektualistów, osób publicznie szanowanych, celebrytów etc. Gdy rządzą już czyste emocje, pierwszeństwo ma zawsze nagi instynkt; tu – instynkt drapieżcy i nienawistnika.
Warto przeczytać ten reportaż-książkę. I przypominać o takich wydarzeniach – choć w Polsce niczego się nie nauczono, bo jak widać, słychać i czuć niezwykle łatwo jest rozpalać wojenne, zawsze mordercze i przynoszące krew, pot i łzy, nastroje, w czym niestety celują polskie media. Warto przypominać te fakty – zwłaszcza w zderzeniu z mainstreamowymi relacjami i komentarzami na temat dramatu odbywającego się na naszych oczach na Ukrainie – aby zastanowić się nad kondycją człowieka w XXI wieku. I przeanalizować jeszcze raz siłę manipulacji i ukierunkowanej agitacji. Także w przedmiocie wzbudzania wojennej histerii, podsycania militarystycznych nastrojów czy szczucia jednych przeciwko Innemu. W materiale Tochmana widać jak na dłoni że niezwykle łatwo jest przejść od wyrafinowanej technologii, którą posługujemy się na co dzień do pospolitego barbarzyństwa. Barbarzyństwa rodem ze Średniowiecza. I ani religia, ani nowoczesne technologie, ani wzniosłe ideologie, ani zaklęcia o postępie i wolności, o zwycięstwach i przewagach demokracji nie mają tu wiele do powiedzenia.
Nie ma dogmatów, nie ma niezmiennych aksjomatów, jest światło-cień czyli jak mówią plastycy; chiaroscuro – w miarę równomiernie rozkładające się cienie (tu – pamięci i zapomnienia, interesów i idei, utylitaryzmu i humanitaryzmu).
Polecić należy bezwzględnie – zwłaszcza dziś – ten materiał ku przestrodze. Wojna, rzezie, pogromy, (będące egzemplifikacją nienawiści podsycanej i sączonej do świadomości ludzi w różny sposób: dziś najczęściej za pomocą mediów) aby się zmaterializowały, wpierw muszą zaistnieć w głowach ludzi. Aby tam mogły zaistnieć – trzeba je wpierw w głowach, w umysłach tych ludzi rozniecić. Ten scenariusz może się wydarzyć nie tylko w Afryce (właśnie liczne, lokalne stacje radiowe FM w Rwandzie i Burundi przygotowywały mentalnie Hutu – gdzie określenie „karaluchy” wobec Tutsich było najdelikatniejszym – do tych haniebnych, bestialskich czynów jakie miały się potem wydarzyć). Stary Kontynent – zwłaszcza przy współczesnej polaryzacji postaw, ideologii i religii (i przy przemożnym uzależnieniu od manipulacji medialnych) – też nie jest wolny od takich zagrożeń. Rozpad Jugosławii pokazał to dobitnie. Dzisiejsza sytuacja wokoło Ukrainy jest kolejnym tego dowodem. Kto będzie następny ? W imię czego i za kogo: zysków jakich koncernów, biznesów których oligarchów, dobrego imienia czyich bogów, pójdą znowu ginąć i wyrzynać się wzajemnie młodzi ludzie (którym media „zrobią wodę z mózgu”), miłośnicy przygód w stylu Rambo lub pospolite, zawsze gotowe by zabijać i mordować, tzw. psy wojny ?
Bertrand Russell mądrze i ponadczasowo zauważył: „Patrioci zawsze mówią o umieraniu za kraj. Nigdy o zabijaniu za kraj”. Zamiast słowa kraj wstawić można: plemię, klan, religijną wspólnotę, boga etc. Wymiar pozostaje tożsamy.
Czytajmy Tochmana z perspektywą dnia dzisiejszego. Na prawdę warto.

Wojciech Tochman, DZISIAJ NARYSUJEMY ŚMIERĆ, Wyd. Czarne, Wołowiec 2010, ss. 152

Podobne materiały

3 komentarze

  1. Piotr Napierała
    Piotr Napierała
    20 maja 2015 at 15:03 - odpowiedz

    Wojny wybuchają dziś tylko między wrogami nie posiadającymi bomb A bo jeśli ich nie mają nie sposób przewidzieć kto wygra z góry

  2. AMF
    24 maja 2015 at 07:56 - odpowiedz

    „największej rzezi jaka miała miejsce w II połowie XX wieku” no i w stylu G…Wybiórczego musi być.
    Jakby ktoś nie wiedział o czym mówię, Czerwoni Khmerzy wymordowali 50-200% więcej.
    „(a w zasadzie – katolicyzm i Kościół rzymski)” coś 1/3 to protestanci.
    Tylko na ile to jest istotne? Czy Idi Amin był chrześcijaninem? Więc może to problem w czym innym, nazywając to możliwie poprawnie – poziomie cywilizacyjnym.

    PS: Ach i oczywiście ani słowa jaki (ultrapacyfistyczny) kraj stanowił źródło broni. Wszak: all animal are equal, but…

  3. Tomek
    25 maja 2015 at 12:18 - odpowiedz

    Kilka lat wcześniej miała miejsce nieco większa rzeź w Birmie – buddyści wymordowali ponad milion hinduistów, islamistów i chrześcijan

Zostaw komentarz

Wpisz kod antySPAMowy *