Fagot, czyli instrument drewniany, nazwany przez Włochów „wiązką patyków” nie kojarzy się z muzyką romantyzmu. Królestwem fagotu jest barok, gdzie jego ciepłe brzmienie, pełne rubasznego a jednocześnie kunsztownego humoru włada wieloma utworami. Nie przypadkowo przyjaciel Bacha, Telemann przeznaczył fagotowi wiele miejsca na kartach swej twórczości. Przypadkowi nie zawdzięczamy również talentu Marca Minkowskiego, francuskiego mistrza teatralnego baroku w muzyce nie tylko operowej (nawet w najbardziej surowych ariach Bacha). Marc Minkowski do dyrygentury przeszedł od fagotu.

 

Katarzyna Zdybel-Nam / fot. Łukasz Rajchert

 

Na koncercie w NFM, w czwartkowy wieczór (06.06.2019) Katarzyna Zdybel-Nam dowiodła słuchaczom, że fagot bywa także romantykiem. Towarzyszyła jej pianistka Katarzyna Kluczewska, mająca, jak zapewniła, spore doświadczenie w towarzyszeniu fagotom, co przecież nieczęste u pianistów – kameralistów. Doświadczenie to słuchać było choćby w znakomitym panowaniu nad dynamiką instrumentu, co zdecydowanie nie wszystkim pianistom towarzyszącym instrumentom dętym drewnianym się zdarza. Koncert służył także promocji świeżo wydanej płyty obu pianistek. Polecam ją gorąco, fonogram jest na tyle świeży, że nie znalazłem w sieci reprodukcji jego okładek, daję zatem tutaj dość niewyraźne zdjęcia mojego autorstwa zrobione na wszelki wypadek, niestety w złym świetle.

 

 

 

Koncert rozpoczął się jednak od naturalnego środowiska fagotu. Usłyszeliśmy Sonatę G-dur op. 2 nr 6 Antoine’a Darda (1715–1784), twórcy z przełomu baroku i oświecenia. Utwór, dający pole do wdzięcznej wirtuozerii, z Vivaldiowskimi niemal pasażami, należał jeszcze zdecydowanie do epoki wyrosłej w cieniu rzymskiego Il Gesu i rzeźb Berniniego. Ciekawa interpretacja pianistki uromantyczniła to dzieło, ale w sposób bardzo gustowny. Darda stał się zatem pomostem wiodącym wprost do centralnej, romantycznej części koncertu.

 

Po francuskim mistrzu baroku nadszedł czas na Sonatę G-dur na fagot op. 168 Camille’a Saint-Saëns’a (1835–1921). Pod koniec swojego długiego życia francuski kompozytor postanowił złożyć hołd wszystkim instrumentom i oddać w swoich nowych dziełach głos tym najczęściej w dobie romantyzmu pomijanym. Rzeczywiście, romantyzm, w przeciwieństwie do baroku i nawet do pewnego stopnia klasycyzmu, zapłonął nieco stronniczą miłością do fortepianu i skrzypiec.  Saint-Saëns, ze swoim niezwykłym stylem, w którym łatwo dostrzeżemy klasycyzowanie, zwroty ku postśredniowiecznej modalności i nawet całkiem głębokie przejawy orientalizmu, nawet z fagotem poczuł się zupełnie naturalnie. Wyszedł z tego utwór wybitny, z niezwykle pięknym adagiem kojarzącym mi się z elegijnymi melodiami Jana Sebastiana Bacha i z allegro scherzando, gdzie fagot, choć bawi się i żartuje, wcale nie jest rubaszny, lecz jasny, jak nagłe zrywy światła w ostatnich kwartetach Beethovena. No, może trochę przesadziłem z tym późnym Beethovenem, ale jednak to scherzando mało ma sobie równych, zaś fagot u Saint-Saëns’a pokazał możliwości, których nie udało się zeń wydobyć chyba nikomu innemu. Wykonanie Katarzyny Zdybel-Nam łączyło wirtuozerię z ogromną precyzją barwową i wielką wrażliwością. Pianistka towarzyszyła jej z ogromną dokładnością barwową i rytmiczną. Miało się wrażenie, że gra jeden instrument i rządzi nim jedna głęboka myśl.

 

Z dziwnych krain autora Koncertu Egipskiego przeniesieni zostaliśmy następnie do jednego z głównych źródeł romantyzmu (który w muzyce trwa do teraz i ma się dobrze), czyli do twórczości Roberta Schumanna (1810 –1856). Jego Trzy romanse op. 94 pierwotnie przeznaczone były na obój I słychać było, że fagot musi mieścić się we frazach zaprojektowanych dla jego mniejszego I znacznie mniej wesołego kuzyna. Obój może być pogodny, lecz jego główną emocją jest chyba tęsknota. Romanse Schumanna są krewnymi ballad. Słychać w nich stare jak ziemia historie, gdzie nadzieja łączy się z niepokojem. Dla fagotu takie stany emocjonalne mogłyby się wydawać niemożliwe, a jednak wykonawczynie dowiodły, że fagot, jak każdy porządny instrument, może odegrać wszelkie możliwe role. Gdy trzeba staje się tęskny i potrafi budować burzliwe, ocierające się o balladową zgrozę nastroje. Zgrozę, gdyż ballady kończą się zazwyczaj bardzo źle. Z romansami jest lepiej, gdyż za tajemniczą nastrojowością nie kryły się w tych dziełach Schumanna zbrodnie pamiętane przez drzewa i polne kwiaty, zbrodnie szeptane przez trzciny gdy gra w nich wiatr. Wykonawczynie uchwyciły dobrze jedyny w swoim rodzaju Schumannowski idiom, nie lękały się też biegu bez tchu do muzycznego celu tych opowieści.

 

Po Schumannie nadeszła kolej na nasze czasy. Usłyszeliśmy napisane przez gliwickiego kompozytora Gerarda Drozda (*1955)  dla Katarzyny Zdybel-Nam Pięć miniatur op. 165. Przez jakiś czas myślałem, że jest to bardzo udany powrót do estetyki neoklasycyzmu, błyskotliwej, pogodnej, czasem nieco mechanistycznej. Jednak swego rodzaju unoszenie się dźwięków w przestrzeni, swobodne odchodzenie od spójności na rzecz bardziej wyzwolonego melodycznego lotu, zdradzało bardzo współczesne inspiracje twórcy.

 

Na koniec artystki zagrały jeden z ulubionych utworów Katarzyny Zdybel-Nam, którego unikają inni fagociści. Była to Introdukcja i polonez op. 9 Carla Jacobiego (1791–1852), błyskotliwa I wirtuozerska, położona gdzieś między klasycyzmem a romantyzmem. Polonez zabrzmiał zadziornie, bez polonezowej nostalgii, za to z ogromną ilością mieniących się dźwięków, które jednakże nie składały się jedynie na powierzchowny popis umiejętności, lecz miały w sobie skłaniającą do głębszych odczuć jedność formy i wyrazu. Zarówno od strony wyrazowej, jak i czysto technicznej fagocistka ponownie nas zachwyciła i zebrała ogromne brawa. Na bis było coś jazzowego, pod wrażeniem muzyki klasycznej zapomniałem co, lecz z ciekawością obserwowałem, że choć fagot momentami brzmi niemal jak saksofon, to jednak nie pozwala się przedmuchać do chrapliwego quasi-wokalnego tonu tak mocno kojarzonego z jazzem. Pianistka doskonale wyczuła tę różnicę i też grała bardzo rytmicznie, bez synkopowania. Mimo silnego odejścia od najbardziej charakterystycznych elementów jazzu całość brzmiała bardzo świeżo i autentycznie, co z jednej strony świadczy o dużej maestrii wykonawczyń, z drugiej zaś stanowi dla mnie wciąż nie odgadniętą zagadkę.

Podsumowując, był to piękny koncert. Romantyczny fagot nie tylko zachwycił mnie, ale i zaskoczył – nie sądziłem, że ten tak często rubaszny, niemal błazeński instrument potrafi tak dobrze malować romantyczne wizje.

 

Czytając po raz kolejny imponujący biogram fagocistki Katarzyny Zdybel-Nam, odkryłem między innymi, że współpracuje ona często ze skandynawskimi orkiestrami. Obok najlepszych zespołów szwedzkich i duńskich pojawia się też w biogramie Islandzka Orkiestra Symfoniczna. Ledwie kilka dni temu miałem okazję przechadzać się obok słynnej Harfy w Reykjavíku, gdzie rezydują Islandzcy Symfonicy. Na koniec recenzji wrzucam zatem zdjęcia owego gmachu. Wizja romantycznego fagotu w cieniu wulkanów i lodowców niejako dopełnia moich wrażeń z niezwykłego wrocławskiego koncertu.

 

 

 

Producent przesłał mi dobrą reprodukcję okładki płyty. Zatem poniewczasie wrzucam ją tutaj.