• wtorek, 17 września 2019 r.

Rosyjska melancholia i knieje Finlandii

 

 

Czy może być coś lepszego na upały późnej wiosny, niż rosyjska melancholia i głębokie cienie fińskich borów? Chyba nie. Choć jako badacza muzyki indyjskiej nędzne 30 stopni na plusie raczej mnie nie wystraszy, to zakosztowanie muzycznego chłodu i dystansu w taką pogodę jest i tak miłe.

 

W czerwcowy piątek (07.06.19) na czele Wrocławskich Filharmoników stanął Nikolaj Znaider. Ten duński skrzypek i kameralista o korzeniach polskich i żydowskich robi wielką karierę jako dyrygent i trzeba przyznać, że idzie mu to bardzo dobrze. Obok licznych innych sukcesów wymienić trzeba podążanie w ślady Valeriego Gergieva w Teatrze Maryjskim w Petersburgu, gdzie był pierwszym dyrygentem gościnnym. Wydaje mi się, że rzeczowy i bardzo nasycony styl dyrygentury Giergieva zainspirował dyrygencką wyobraźnię Znaidera. Obecnie wśród polskich krytyków muzycznych obserwuję modę na krytykowanie stylu Giergieva, ale mam wrażenie, że to tylko moda, podobnie jak w przypadku na przykład Koopmana.  Zatem uważam tę chwilowo niemodną inspirację za cenną i dobrą w swej pozamodowej istocie.

 

Nikolai Znaider rozpoczął koncert od Nocy na Łysej Górze Modesta Musorgskiego. Bardzo spodobało mi się skupione i nasycone brzmienie naszej orkiestry. Smyczki zachwycały zresztą przez cały koncert. Miałem wrażenie, że przed moimi oczami ktoś maluje kunsztowną kaligrafię pędzlem zostawiającym wyraziste i szerokie smugi tuszu. Metafizyczny i baśniowy fresk muzyczny Musorgskiego był poza tym zadyrygowany nieco operowo. Poszczególne głosy orkiestry zostały celowo stłoczone i mocno zunifikowane. Nie była to przestrzenna architektura dźwięku, lecz nasycony jednorodny tor dla pociągów naszej wyobraźni. Wrocławianie grają Mussorgskiego zazwyczaj inaczej, ale podobał mi się ten odmienny styl. Mimo monumentalizmu pełnych przepychu pomysłów kompozytora i bogactwa orkiestracji Rimskiego Korsakowa Noc na Łysej Górze stała się bardziej bliska wymiarowi pojedynczej osoby, bardziej egzystencjalna, co pasowało do progresywnego romantyzmu Musorgskiego.

 

Piotr Czajkowski

 

Drugą część pierwszej połowy koncertu wypełniła również muzyka rosyjskiego romantyzmu. Usłyszeliśmy Koncert skrzypcowy D-dur op. 35 Piotra Czajkowskiego, dzieło niezwykle mocno wplecione w rosyjską kulturę. Pamiętam wspomnienie bodajże Światosława Richtera, gdy podczas II Wojny Światowej oglądał zrujnowany Leningrad.  Pianista mówił, że nad ruinami unosiły się dźwięki części wolnej koncertu Czajkowskiego w kongenialnym wykonaniu Dawida Ojstracha. We Wrocławiu nie było na szczęście ruin i w pięknej Sali Głównej NFM, do której niebawem dotrą piszczałki organowe, grała młodziutka Liya Petrova, bułgarska skrzypaczka mająca już na koncie wiele sukcesów. Temperament i młody wiek sprawiły, że melancholia Czajkowskiego ustąpiła w wielu miejscach tej interpretacji koncertu wiosennej żywiołowości. Jedynie niektóre fragmenty  środkowej Canzonetty były rzeczywiście przesycone łagodnym smutkiem. Czajkowski pisał koncert w Szwajcarii, w stanie silnej melancholii spowodowanej między innymi nieudaną próbą małżeństwa z  Antoniną Miliukową. Zapewne napięcie spowodowane przez brak akceptacji ówczesnych ludzi dla homoseksualizmu, który kompozytor chciał w sobie zatrzeć, sprawiło, że również twórczość Czajkowskiego jest bardzo egzystencjalistyczna jak na romantyzm i przypomina w tym aspekcie Musorgskiego. Liya Petrova, zachwycając nas wysokiej próby wirtuozerią, pokazała jednak, że można w koncercie skrzypcowym Czajkowskiego odnaleźć zupełnie inne światy. Marzenia, eleganckie wizje baśniowych światów, podrywanie się do lotu ptaków wyobraźni… To wszystko w tej interpretacji zachwycało. Artystka zebrała zasłużone brawa i był Bachowski bis.

 

Drugą połowę koncertu wypełniła II Symfonia D-dur op. 43 Jeana Sibeliusa. O kompozytorze tym myśli się często w kategoriach baaaardzo późnego romantyzmu, ale przecież to dzieło powstało w 1902 roku. Jest zatem współczesne ostatnim utworom Verdiego, romantyk francuski Saint Saëns tworzył jeszcze po nim przez dwie dekady. Poza tym, tak w ogóle,  romantyzm wygrał w muzyce klasycznej z modernizmem i trwa do dziś. W 1902 roku romantyzm nie za bardzo się jeszcze z owym modernizmem ścierał. Za największe dzieło przełomu wieków można uznać Salome Ryszarda Straussa, które odchodzi tak bardzo od estetyki Wagnerowskiej, że aż mocno do niej wraca, podobnie zresztą jak twórczość Debussy’ego.  Sibelius miał zresztą w swoim języku muzycznym swój własny modernizm, oparty na fińskim folklorze i fascynacji mitami, głównie Kalewalą oczywiście. W wielu jego dziełach mocny i niemal obsesyjny jest rytm, wygrywany przez bardzo nisko grające instrumenty smyczkowe. Stwarza to wrażenie epickiego pędu ku przeznaczeniu i w dużej mierze wyprzedza swoje czasy, kierując nas do minimalizmu amerykańskiego i bardziej jeszcze do minimalizmu uduchowionego na sposób Góreckiego czy Pärta.

 

Lubię, gdy te nowoczesne elementy Sibeliusowego języka muzycznego są eksponowane. Świetnie to słychać w nagraniach Neeme Järviego, gdzie ostinatowa część partytur Sibeliusa staje się celowo nieco sucha i mechaniczna, dodatkowo obrazując ów związany z mitycznym fatum niepokój. Wielu dyrygentów traktuje jednak Sibeliusa bardziej jak Brahmsa, starając się oddać jak najlepiej złożoną gęstość jego symfoniki i sprowadzając często na dalszy plan elementy świadczące o dużej oryginalności kompozytora. W tym drugim nurcie można umieścić interpretację Nikolaja Znaidera. Jego Sibielius był gęsty, Brahmsowski, cofnięty w głąb epoki romantyzmu. Smyczki grały przepysznie, również solówki drewna zachwycały, choć musiały sobie radzić w nieco akademickim tłoku. Nikolaj Znaider nie bał się ciszy, jednak nie uzyskiwał jej przez odchudzenie brzmienia poszczególnych sekcji orkiestry, lecz poprzez głębokie pauzy, w których bałem się, że niewielka acz hałaśliwa grupka barbarzyńców zacznie klaskać, tak jak klaskała po niemal każdej części koncertu i symfonii. Sądzę, że dyrygent podzielał tę obawę, co oczywiście przeszkadzało w skupieniu jemu i muzykom. Lecz, mimo obecności barbarzyńców na sali (przed koncertem wyraźnie poproszono, aby nie klaskać po częściach symfonii po polsku i po angielsku), cały koncert był bardzo udany. Sibelius podobał mi się trochę mniej, ale nie z uwagi na złą interpretację czy słabszą grę orkiestry. Nie – poziom orkiestry był znakomity, a interpretacja ciekawa. Po prostu wolę Sibeliusa a la Järvi czy Berglund, choć warto też pokazywać go w bardziej Brahmsowskim wydaniu…

Jacek TabiszStudiował historię sztuki. Jest poetą i muzykiem. Odbył dwie wielkie podróże do Indii, gdzie badał kulturę, również pod kątem ateizmu, oraz indyjską muzykę klasyczną. Te badania zaowocowały między innymi wykładami na Uniwersytecie Wrocławskim z historii klasycznej muzyki indyjskiej, a także licznymi publikacjami i wystąpieniami. . Jacek Tabisz współpracował z reżyserem Zbigniewem Rybczyńskim przy tworzeniu scenariusza jego nowego filmu. Od grudnia 2011 roku był prezesem Polskiego Stowarzyszenia Racjonalistów, wybranym na trzecią kadencję w latach 2016 - 2018 Jego liczne teksty dostępne są także na portalach Racjonalista.tv, natemat.pl, liberte.pl, Racjonalista.pl i Hanuman.pl. Organizator i uczestnik wielu festiwali i konferencji na tematy świeckości, kultury i sztuki. W 2014 laureat Kryształowego Świecznika publiczności, nagrody wicemarszałek sejmu, Wandy Nowickiej za działania na rzecz świeckiego państwa. W tym samym roku kandydował z list Europa+ Twój Ruch do parlamentu europejskiego. Na videoblogu na kanale YouTube, wzorem anglosaskim, prowadzi pogadanki na temat ateizmu. Twórcze połączenie nauki ze sztuką, promowanie racjonalnego zachwytu nad światem i istnieniem są głównymi celami jego działalności. Jacek Tabisz jest współtwórcą i redaktorem naczelnym Racjonalista.tv. Adres mailowy: jacek.tabisz@psr.org.pl

Podobne materiały

Jeden komentarz

  1. Piotr
    8 czerwca 2019 at 16:30 - odpowiedz

    Piątkowa wersja Nocy na Łysej Górze pochodziła wprost od Mussorgskiego, powrót do korzeni, bez harmonicznych gładkości i innych zbrodni Rimskiego-Korsakowa.

Zostaw komentarz

Wpisz kod antySPAMowy *