• czwartek, 24 września 2020 r.

Rozdział 37. Władze nie pozwalały, aby ktoś ją oglądał

Rozdział 37.

 

  

   Gdy stanęli przed wieczną świątynią, dużo silniej odczuli obcość jej stylistyki. Znaki dźwiękobrazów kuberiańskiego pisma przeplatały się z egzotycznymi symbolami kosmitów. Wielu teologów i inkwizytorów chciało zniszczyć ową konstrukcję, albo przynajmniej zatrzeć zdobiące ją wyobrażenia, lecz okazało się to niemożliwe. Parę wieków temu jeden z burmistrzów miasta wpadł na pomysł, aby zabudować mury niepokojącej budowli kamienicami. Jednakże, ku zdumieniu wszystkich, okazało się, że świątynia pulsuje w powolnym rytmie i zmienia swój rozmiar. Ściany wzniesione blisko niej zaczęły więc pękać, po czym się zawaliły. Obecnie świątynia stała po środku ciasnego dziedzińca zabudowy. Władze nie pozwalały, aby ktoś ją oglądał, lecz w epoce przeludnienia mieszkańcy okolicznych domów dorabiali sobie wpuszczając ciekawskich na dziedziniec przez wnętrza swoich mieszkań. Obecnie kamienice były opuszczone, zaś metalowe kraty zostały częściowo zniszczone przez szabrowników. Łatwo zatem było przejść do budowli przez zwyczajną bramę, która tylko z daleka wyglądała na ogrodzoną.

 

   Oko i Magmowy zapewne lepiej niż ktokolwiek w mieście zdawali sobie sprawę z wyobrażeń na murach świątyni. Dźwiękokształtne rzeźby ukazywały nędzne początki rozmaitych religii, oraz ich stopniowe narastanie aż do postaci potężnych ideologii kształtujących kształt umysłów całych społeczeństw i cywilizacji. W górnych partiach świątyni widać było natomiast gwiazdy i krążące wokół nich planety, oraz licznych mieszkańców kosmosu, o postaciach tajemniczych, niekiedy pięknych, innym razem groteskowych i przerażających. W niszach pojawiała się co jakiś czas olbrzymka z wizji emitowanej przez księgę. Jej dziwne, nieliczne i łamiące się w paru miejscach macki ułożone były na różne sposoby. Była to zapewne jakaś sztuka związana z ruchem, być może odpowiednik kuberiańskiej (obraz), która zanikła, gdy wyschły ostatnie rzeki lawy. Kuberianie mogli ogarnąć cały budynek nawet bez urządzenia dalekowidzącego przemyconego od wojsk działających na powierzchni. Materiał, z którego sporządzono świątynie lśnił niczym mocna lampa żarowa, a jednak nie oślepiał zmysłów. Sposób, w jaki to czynił, był nieznany. Naukowcom nie udało się odłamać nawet małego fragmentu do badań, zaś rząd patrzył źle na badania prowadzone przy świątyni.

   Magmowy zaczął gładzić mackami przyjemnie ciepłą powierzchnię budowli. Dotykał poszczególnych rzeźb z pasa przedstawiającego historyczne wydarzenia na Kuberze. Nagle jego kończyna zatrzymała się na jakiejś figurce przedstawiającej jedno z dawno wymarłych zwierząt.

  • Co robisz? – zdziwiła się Oko.
  • Znalazłem w jednej z ksiąg niejasną informacje dotyczącą pobrania informacji ze świątyń – odparł Magmowy, zaś posążek zapadł się nagle w ścianie, z której wyskoczyła igła kłując mackę badacza. Kuberianin krzyknął zaskoczony, zaś posążek wskoczył z cichym chrzęstem na to samo miejsce.
  • Czy coś ci się stało? – spytała przerażona Oko, chwytając mackami ukochanego.
  • Nie, nic – uspokoił ją Magmowy. – Nie czuję też żadnych wizji, ani nic… – był trochę rozczarowany. Oddalił się trochę od budowli i spojrzał na nią uważnie. – „Światło przenika zasłony (obraz)…” – powiedział nagle.
  • Co robisz? – zapytała ponownie zaniepokojona Oko.
  • To niezwykłe – ucieszył się Magmowy. – Mogę czytać ich pismo. Pracowałem nad tym w domu, ale nie mogę powiedzieć, abym osiągnął jakieś zadowalające rezultaty. A teraz? Czytam to…
  • Ale co znaczy (obraz)? – zapytała Oko.
  • Naciśnij tę figurkę, niech też cię ukłuje – zaproponował Magmowy.
  • Przyznam, że trochę się boję – przyznała zawstydzona Oka.
  • Sądząc po tym, co było zawarte w księgach, kosmici nie chcą nas zabić – zauważył Magmowy. – Raczej wręcz przeciwnie. Jestem całkowicie przekonany, że owa igła nie jest pułapką, lecz zawiera substancję objaśniającą znaczenia zawarte na murach świątyni.
  • A co jeśli jest więcej państw tych kosmitów i sobie nawzajem szkodzą? – zastanawiała się Oko. – Albo jeśli oni sami są po prostu chaotyczni i raz pomagają, a raz szkodzą?
  • Gdyby przybywali tu też wrodzy kosmici, to przecież nie mieliby potrzeby ukrywać się i czekać na nasz rozwój intelektualny – zauważył Magmowy. – Jeśli zaś chodzi o celowość ich działania, to jak na razie nic, co jest zawarte w tej świątyni nie przeczy temu, co poznaliśmy z ksiąg.

   Zachęcona tym wyjaśnieniem Oko dała się ukłuć dziwnemu urządzeniu. Poczuła się nagle mądrzejsza. Jej myśli płynęły szybciej i dalej, zaś w pamięci ożyły dźwiękokształtne księgi, o których już zapomniała nawet, że je czytała. Spojrzała na mury budowli i odniosła wrażenie, że rzeźby zyskały dodatkowe wymiary i zaczęły się poruszać. W miejscu z którego czytał Magmowy ujrzała dźwiękokształtny wiersz.

 

 

Słońce

 

 

Światło przenika zasłony (obraz1)

Czymże jest (obraz2) przy potędze słońca

Które (obraz3) nurza się w bezkresie

I pustkę zmienia w płodny ogień (obraz4)

 

Małe grudki planet żarzą się (obraz5)

Już w gęstym dymie powstają mieszkańcy

Jak małe iskry biegną liczne stada

Nie wiedząc wiele o źródle gonitwy

 

A ono w ich (obraz6) błyszczy złociście

Niszcząc i tworząc galerie swych (obraz7)

Gwiazda patrzy przez (obraz8) wąskie szczeliny

 

Już raz dotknęła wyspy (obraz9)

A teraz przychodzi do nich powtórnie

Na miękkich (obraz10) łowców ściga światło

 

  • No to mamy niezłą zagadkę przed nami – zauważyła Oko. – Z pewnością tytuł będzie wskazówką. Słońce, centralna gwiazda układu planetarnego. Można pewnie założyć, że pojawia się tu opis powierzchni.
  • Z całą pewnością – zgodził się Magmowy, – wydaje się, że olbrzymka Gauri mieszka na powierzchni, w swoim świecie. Możemy wstępnie założyć, że wiersz pochodzi z podobnego miejsca.
  • Zaraz – ucieszyła się nagle Oko – gdy czytam „światło przenika zasłony (obraz1)” widzę właśnie słońce, które wynurza się znad skraju powierzchni. To właśnie wyraża słowo (obraz1) – tu pisarz tej powieści musi zauważyć, że aby oddać tę historyczną scenę dokona paru nadużyć. Kuberianie dochodzą do znaczenia nieznanych sobie słów w poezji, lecz oczywiście określenia, jakie na to wymyślają, są dalekie od tych przyjętych na Ziemi, skąd pochodzi, jak wiemy, Gauri. Dla uproszczenia narracji będę więc wracał do słów które użyła autorka oryginału, pomijał zaś neologizmy wymyślone przez Kuberian, po dwakroć niezrozumiałe dla przeciętnego mieszkańca Ziemi.
  • Mamy zatem pierwszy wers, który brzmi tak: „światło przenika zasłony poranka” – podsumował Magmowy. – Czyli z zasłona ciemności na powierzchni ustępuje światłu wschodzącej gwiazdy. Dalej jest „czymże jest (obraz2) przy potędze słońca”. Mam wizję migotliwych zmian oświetlenia na powierzchni planety. Gdy ktoś tam mieszka i ma zmysł czuły na typ światła emitowany przez gwiazdę, żyje w rytmie budowanym przez krążenie planety wokół własnej osi. Z pewnością składowe tego rytmu są bardzo dla niego ważne. Mamy więc jasną i ciepłą składową (czyli dzień), oraz ciemną i zimną składową, (czyli noc). (obraz2) odnosi się do jasnej składowej. Mamy więc wers – „czymże jest dzień przy potędze słońca”. Lecz o co w tym chodzi?
  • Wydaje mi się, że wiem – odparła i ukazała Oko. – Gwiazda emituje bez przerwy we wszystkie strony potężne ilości światła i ciepła. To co pada na powierzchnię danej planety, która jest maleńka przy słońcu, to tylko nędzny ułamek. To tak jak pyłki wirujące wokół lampy żarowej.
  • No, no! – pochwalił ją Magmowy. – To ty dziś wyobrażasz dźwiękokształty jak naukowiec.
  • Może jestem bardziej otwarta na obrazy płynące z tych ścian – stwierdziła pogodnie Oko.
  • Później jest wers: „Które (obraz3) nurza się w bezkresie” – zauważył zmobilizowany przez przyjaciółkę/przyjaciela Kuberianin. – (obraz3) to inne określenie świtu. Mamy więc „które jutrzenką nurza się w bezkresie”. Ładne. Światło jest porównane do wody która zanurza się w większej wodzie, wodzie bezkresnej przestrzeni. Pokazane jest, że nawet światło gwiazdy jest kroplą w czymś jeszcze większym.
  • Czy „świt” różni się czymkolwiek od „jutrzenki”? – zapytała Oko.
  • Zapewne „jutrzenka” jest określeniem bardziej uroczystym, albo bardziej spersonalizowanym. Może, gdy panował u nich politeizm mieli boga odpowiedzialnego za takie zjawisko? – rozmyślał Magmowy.
  • Jestem pod wrażeniem! – chlapnęła i krzyknęła Oko.
  • „I pustkę zmienia w płodny ogień (obraz4)” – kontynuował Magmowy. W jego myślach zamigotały świty i zachody słońca nad powierzchnią planety.
  • Gdy są dni, odróżnia się te, które nadejdą, od tych które już były – wtrąciła Oko, która rozmyślała o tym samym. – Jeden odcinek rytmu światła i ciemności do przodu, tyle znaczy (obraz4). Mamy więc „i pustkę zmienia w płodny ogień jutra”.
  • Ciekawe… – Magmowy zapatrzył się w ścianę. – Zatem słońce, powodując światło, zamienia pustkę, ciszę, czy też czekający potencjał, w jego wykorzystanie. W jego płodne wykorzystanie.
  • Pewnie będzie coś o ewolucji naturalnej – wtrąciła Oko. – Ale czy można rzeczywiście obaczyć gwiazdę rozpościeraniem czasu, który upływa?
  • Czas to narastanie entropii – zauważył Magmowy. – Gdy ktoś żyje w świecie żyjącym dzięki światłu gwiazdy, to jego pokarmem jest powolne dążenie gwiazdy do większej entropii. Dlatego żywa istota zasilana słonecznym blaskiem może być wysepką niskiej entropii w oceanie tej narastającej. U nas głównym silnikiem wszystkiego jest energia grawitacyjna wywoływana przez obroty Kubery wokół swojej planety. Ten ruch też oczywiście powoli ustaje, tak samo materia obu globów powoli rozpada się. Można by rzec, że żyjemy dzięki „światłu grawitacji”.
  • Wspaniale! – macki Oka zafalowały. – Czyli światło i grawitacja to w jakimś sensie rozwijające się tkaniny czasu. Piękne, choć tych z nas, których trawią atawizmy takie rzeczy z pewnością muszą przerazić. Dalej jest „małe grudki planet żarzą się (obraz5)”. (obraz5) to kolejne określenie świtu. Mamy więc „małe grudki planet żarzą się brzaskiem”, co potwierdza, że dobrze uchwyciliśmy znaczenie pierwszej strofy.
  • Następny wers: „już w gęstym dymie powstają mieszkańcy” też dobrze o nas świadczy – zauważył Magmowy. – Pojawia się ewolucja naturalna i jej silnik, czyli światło słońca. „Gęsty dym” to pewnie materia, którą ogrzewa gwiazda.  Dalej jest „jak małe iskry biegną liczne stada”. To wzbogaca nastrój poprzedniego wersu, pogłębia znaczenie.
  • Oznacza też, że w świecie kosmitki Gauri też istnieją stada zwierząt – wtrąciła Oko. – Dalej jest „nie wiedząc wiele o źródle swej gonitwy”. To o atawizmach. Żywe stworzenia skupiają się na egzystencji, nie chcą, lub nie mogą zadumać się nad tym skąd są i czym są.
  • Chyba, że przez narkotyczne religie – zauważył Magmowy.
  • Niestety – zgodziła się z nim Oko. – Dalej jest: „a ono w ich (obraz) błyszczy złociście”. Z początku wydawało mi się trudne, ale w trakcie wiersza jest niemal oczywiste. (obraz) to oczywiście zmysł dalekowidzący posługujący się powierzchniowym światłem gwiazdy. I ono się w nim odbija. Mamy więc: „a ono w ich ślepiach błyszczy złociście”.
  • To tworzy ciekawy i zagadkowy nastrój – zafalował mackami Magmowy, wpatrując się w wijące się na ścianach świątyni rzeźby, na jej idealnie proporcjonalne gzymsy i urocze wieżyczki. – Stada żywych istot nie widzą źródła istnienia, które jest tak potężne, że jego nadmiar wylewa się z ich zmysłów, odbija się w nich… Następna strofa jest niezmiernie głęboka: „niszcząc i tworząc galerie swych (obraz)”. (obraz) to funkcjonowanie ślepiów. Mamy więc: „niszcząc i tworząc galerie swych spojrzeń”. Zatem to światło, albo gwiazda patrzy, wciąż powołując do istnienia nowe ślepia i niszcząc je. To że ślepia nie widzą, tylko ją odbijają staje się oczywiste. Dalej jest wers: „gwiazda patrzy przez (obraz) wąskie szczeliny”. (obraz) to element ślepiów, składowa tych zmysłów. Wygląda jak szczelina, co jest logiczne, skoro ma chwytać światło z powierzchni. Mamy więc: „gwiazda patrzy przez źrenic wąskie szczeliny”, co stanowi fizyczne potwierdzenie metafor zawartych w poprzednim wersie.
  • Ja wciąż myślę nad początkiem ostatniej strofy: „już raz dotknęła wyspy kontynentów” – rzekła i ukazała Oko. – Ale chyba nie ma nad czym się zastanawiać. Chodzi o to, że po powierzchni skalistych planet pływają płyty, które są niczym wyspy, czy to na morzu, czy to wśród jakiegoś innego lądu. Ponowienie się czynności „dotknięcia” światłem przez gwiazdę znów nawiązuje do następstwa dni wyrażonego w pierwszej strofie. Jest to kontynuowane w następnej strofie: „a teraz przychodzi do nich powtórnie”.
  • I wreszcie puenta, jak widać u kosmitów też ważna w liryce – ucieszył się Magmowy. – Brzmi: „na miękkich (obraz) łowców ściga światło”. (obraz) to pewnie te łamiące się macki, służące na planecie Gauri do poruszania się. Mamy więc: „na miękkich stopach łowców ściga światło”. Cykliczność się zamyka, następuje powrót. Czy całe życie na oświetlonym światłem globie nie jest po prostu przedłużeniem gwiazdy? A jeśli tak, to czy w nieświadomych niczego mieszkańcach ogrzanego pyłku materii gwiazda nie łowi samej siebie?
  • Ale jesteśmy mądrzy – stwierdziła z dumą Oko. – To pewnie też przez substancję z igły, ale myślę, że bez pewnego wysiłku z naszej strony nic by się nie stało.
  • Pięknie do nas przemówiły i ukazały te ściany – zauważył Magmowy klepiąc niekuberiański mur z sympatią.

   Po czym obydwoje zamilkli i się zamyślili składając sonet Gauri w całość.

 

Słońce

 

Światło przenika zasłony poranka

Czymże jest dzień przy potędze słońca

Które jutrzenką nurza się w bezkresie

I pustkę zmienia w płodny ogień jutra

 

Małe grudki planet żarzą się brzaskiem

Już w gęstym dymie powstają mieszkańcy

Jak małe iskry biegną liczne stada

Nie wiedząc wiele o źródle gonitwy

 

A ono w ich ślepiach błyszczy złociście

Niszcząc i tworząc galerie swych spojrzeń

Gwiazda patrzy przez źrenic wąskie szczeliny

 

Już raz dotknęła wyspy kontynentów

A teraz przychodzi do nich powtórnie

Na miękkich stopach łowców ściga światło

 

 

  Jednym z nieprzyjemnych obowiązków pisarza jest śledzenie akcji. Pomyślałem o tym żegnając się z żalem z Okiem i Magmowym, aby powrócić do mojej głównej bohaterki. Nie powiem, żebym się nie stęsknił za Gauri, lecz tak nagłe porzucenie sympatycznej pary Kuberian wydało mi się nagle okrutne. Udając się z moją narracją na Planetę Wirów widziałem niemal dosłownie, jak czas na Kuberze przyspiesza w zawrotnym tempie, jak dni kurczą się do minut, po nich zaś tygodnie i miesiące, aż wreszcie lata. Chciałem jeszcze patrzeć na Oko i Magmowego, lecz przy tak zawrotnym nurcie upływu chwil zniknęli mi z oczu. Wiedziałem, że gdy wrócę ponownie na Kuberę, nie pozostanie już ślad po bohaterach kilku ostatnich stron. Nie dowiem się też zapewne, czy ich życie ułożyło się szczęśliwie, czy nie dopadła ich rządowa policja i czy ich powstaniu udało się zwyciężyć. Pocieszam się jednak myślą o tym, że już w momencie, gdy ich opuszczałem, osiągnęli w swoich życiach bardzo wiele i zdołali wyjrzeć poza okno prostych uwarunkowań genetycznych i memetycznych. Smutek opuścił mnie niemal natychmiast, gdy ponownie dostrzegłem zdezorientowanych Gauri i Ludwika zamkniętych w spojrzeniach przypominających wirujące galaktyki w miniaturce (a wiele rzeczy je przypomina, na przykład mieszana powierzchnia herbaty w kubku).

   Gauri uczyła się powoli odróżniać od siebie kształty wypełniające Planetę Wirów. Jej umysł dzielił otaczające Spojrzenie formy na grupy mniej, lub bardziej aktywne. Nieaktywność zaznaczała się w bardziej jednostajnym wirowaniu, nie zmieniającym prędkości swoich obrotów, albo czyniącym to w łatwych do zauważenia regularnych cyklach. Dziewczyna poruszyła czymś i natychmiast niektóre z wirów zmieniły tempo wirowania. Byli to zatem sąsiedzi, z którymi, być może, należało się jakoś skontaktować. Gauri natężyła coś w sobie i zaczęła płynąć w stronę jednego z sąsiadów. Postanowiła na niego wpaść, aby sprawdzić, czy rzeczywiście może to być forma komunikacji. Liczyła na to, że w razie zagrożenia osobnik ucieknie przed zderzeniem, zdolny z pewnością do zręczniejszego wykorzystania swojego ciała, niż ona czyniła to ze spojrzeniem. Obiekt, ku któremu płynęła, nie czynił tego jednak. Nastąpiło tąpnięcie i ocean niespójnych, chaotycznych zdarzeń zalał umysł Ziemianki. Ujrzała barwy, albo może jakieś wypukłe reliefy. Kilkanaście praw matematycznych przemknęło przez nią. Poczuła się jak tablica w sali wykładanej zapisywana ręką genialnego, aczkolwiek niedbałego matematyka. Pojawiły się ciągi liczb, które ona zaczęła uzupełniać o brakujące ogniwa. Pomału zaczynała domyślać się zawartych w nich przekształceń i ich wzajemnych relacji.

   Nie chcąc być bierną słuchaczką zaczęła obracać jakimś egzotycznym narządem swojego Spojrzenia i ilością obrotów zaznaczać ciągi swoich liczb. Zależało jej na ukazaniu pewnych symetrii mających wyrazić myśl, iż wszystko jest jednością. Dla tego celu wybrała pewne proste, ale też eleganckie symetrie. Istota, którą przeniknęła dla potrzeb komunikacji jak gdyby schwyciła ją za „rękę myśli” i zaczęła dodawać swoje twierdzenia do jej wypowiedzi. Kręcili się obydwoje wokół tego samego logicznego i być może też fizycznego punktu.

  • Jedność poza liczbami, struktury nad elementami, same struktury, bardziej istniejące… – przekładała to nieco bezradnie na język swoich myśli.
  • Powtarzalność permutacyjna, ja, nie ja… – spróbowała się przedstawić, licząc na to, że wciskanie zawartego w niej wiru jest niejako zwróceniem uwagi na niego samego.
  • Błąd wartości, inny ciąg, gdzie symetria? – zapytał zapewne rozmówca, jeśli tak należało rozumieć błędne i poprawne ciągi następujące naprzemiennie. Po nich pojawiło się błędne równanie, niewłaściwa symetria.
  • Ja przedmiot, fałszywe założenie, pomocne dla ukazania pierwszych przesłanek językowych – ku swojemu zdumieniu Gauri odkrywała, że coraz bieglej mówi matematyką. Musiały działać krążące po jej uśpionym w piramidzie celem nanoroboty.
  • Cisza, spokojność – uspokoił ją rozmówca. – Nauka, trudność, zrozumienie.
  • Niech dźwięk – odparła wychodząc poza fakturę matematyki do jej bardziej całościowych sformułowań. – Ty i ja, pomocny model dla początku komunikacji.
  • Większa aktywność, wymuszona zgodność – zgodziła się istota i emitowała coraz to nowe struktury. Gauri zaczęła dostrzegać w otoczeniu coś, co mogła nazwać konstrukcjami tutejszych mieszkańców i otaczającą ich przyrodą, która konstruowała się sama, lecz sama nie konstruowała wiele ponad swoje efekty fenotypowe.
  • Zwierz, większa automatyczność następstw, wolniejszy prąd przemian – stwierdziła wskazując na element przyrody.
  • Zgodność – potwierdził mieszkaniec planety wirów.
  • Ty jeden, wielu, część zbioru? – zapytała.
  • Nieistotność – odrzekł tubylec. – Myśl, forma bardziej jednoczesne niż twoje równania teraz, nie zaś potem. Zmieniasz, bardzo dobrze.
  • Bardzo dobrze? – upewniła się dziewczyna rozumiejąc pozytywny przekaz będący pochwałą.
  • Bardzo dobrze – potwierdził kosmita. – Radość, satysfakcja, zadowolenie, właściwe – do umysłu Gauri napływały informacje o pozytywnych stanach.
  • Nie bardzo dobrze, nie radość? – spytała.
  • Źle, smutek, głupota, atawistyczność, błąd oceny, przerost ja, ja – napłynęły do niej negatywne uczucia. Miała już zatem pewną skalę oceny treści i zdarzeń.
  • Afirmatywność – ukazała za pomocą śmiałych hiperbol.
  • Wzrost, nowe, eksplozja odkrycia – wyjaśnił
  • Destrukcja – ukazywała dalej.
  • Zniszczenie, kurczenie się, wygasanie – uzupełniaj jej słownik mieszkaniec Planety Wirów.
  • Pasywność – ciągnęła dalej dziewczyna.
  • Zero, spokój, bierność, statyczność, bezruch – kształtował wirowanie smug kosmita. Z każdym nowym pojęciem krajobraz planety ulegał w nowych zmysłach Gauri uzupełnieniu. To co ją otaczało było czystym szaleństwem. Wpadające na siebie smugi światła, wypływające znikąd obiekty. Nagle zrozumiała, że powoli odchodzi od elementarnej podstawy doznań i zaczyna postrzegać bardziej całościowo. Prędkość wirowania i kształt wirów była to niejako tkanina, na której zachodzili mieszkańcy tego świata, a także wszelkie możliwe pejzaże, jakie ukazywały im ich umysły.

   Twórcza myśl oderwała się od niej i pomknęła w stronę architektury wzbudzanej przez jej ruch. Jakieś arkady wypłynęły w powietrze. Zrobiło się biało, harmonijnie i symetrycznie. Coś podobnego do greckiej świątyni, tylko jakby nieskończone, stanęło na falującym lądzie. Wewnątrz zaś lśniła wielościenna statua, żarząca się na tle doskonałej bieli fryzów i ryzalitów. Wielościan zapulsował, pokrywając pęknięciami okalające go mury. Gauri pomyślała, że konstrukcja ulegnie zniszczeniu, lecz tak się nie stało. Stała się w jakiś sposób jeszcze bardziej doskonała. To ona była tą myślą, konstrukcją, pęknięciami i wielościanem. Przede wszystkim zaś była tym zdarzeniem. Pojawieniem się budowli, aktywnością jej wielościennego jądra i utworzeniem się pęknięć. Tym była bardziej.

  • Doskonałość – dotarła do niej budząca zadowolenie pochwała.

   Przestała być stworzeniem budowli i pęknięć. Coś co było lotem przysiadło nad harmonijnie zniszczonym tympanonem. Ciemniejsze od pustki zakrakało melodię, w jednym krótkim dźwięku budząc setki harmonijnych korelacji na miarę wielkiego kompozytora.

  • Kra – rozległo się jeszcze raz. Dziewczyna poczuła potężny wstrząs. Jakby coś wylało jej zawartość i napełniło nią coś innego. Stała się krukiem i krakaniem.
  • Kra – powiedziała.
  • Kra – włączył się zapewne Ludwik.

   Morze ziemi uniosło się, złożyło brzegi swoich horyzontów i stało się pędzącą w górę kroplą. Gauri stała się chmurą, do której wracał okruch deszczu. Ale to nie wszystko. Gdy horyzontalna drzazga uderzyła w nią, poczuła, że się rozpryskuje wśród pejzaży. Wszędzie po części była. Nie była pewna, czy są to krainy zawarte w kropli, czy może jakaś nowa myśl.

  • Zostań przy niepewności – pouczyła ją chyba Wadż, albo też mieszkaniec Planety Wirów, o ile zdołał tak szybko opanować jej dawny styl formułowania ekspresji wypowiedzi.

   Posłuszna popłynęła w stronę nastroju niepewności. Był jak leniwe południe wypełnione rachunkami różniczkowymi. Algebraiczny faun grał tęsknie na flecie rozmaitych funkcji. Coś tańczyło, albo też spajały się ze sobą równania. Gauri czuła się jak znak równości pozbawiony dwóch, jakże potrzebnych brzegów. Pomknęła w coś gęstego, podobnego do lasu wielowymiarowych brył, aby odnaleźć na swoje zamknięcie brakujące części równania.

   Nagle puszcza wypluła z siebie całe stada pasujących równorzędności. Niczym stado dzikich, samoliczących się małp, albo binarnych motyli, owe trzody otoczyły ją i dopełniły aż do przesytu. Kropla znów oderwała się od chmury i zaczęła spadać. Tym razem dziewczyna była bardziej kroplą niż chmurą. Gdy kropla rozwinęła na powrót brzegi horyzontów, Gauri stała się pejzażem. Na drobnych łodyżkach kiełkowało mnóstwo greckich świątyń jej pierwszej myśli. Wielościany wyrwały się czymś oświetlone i niczym pyłki kwiatów, którymi w pewnym sensie były, pożeglowały z wiatrem. Z chyba wiatrem.

  • Podoba mi się to – zaśmiała się dziewczyna. – Nawet, jeśli kompletnie nic z tego nie rozumiem, jest to cudowne.  
  • Pochwała i błąd – zauważył kosmita.
  • Zgodność – odparła nie przejęta uwagą Gauri. – Razem, piękny wszechświat, ja, nieważne, droga, do przodu, nawet czas, wspaniale…
  • Pochwała – uniósł się zadowoleniem mieszkaniec Planety Wirów. – Zaskoczenie, piękny chaos, chwała Gauri.
  • Gauri? – zdziwiła się słysząc swoje imię.
  • Gauri, dobry twór natury – uzyskała potwierdzenie. – Czy kontynuacja?
  • Zgodność – przystała na propozycję dziewczyna. Pochwała ją zachęciła, nie widziała w tym nic złego.
  • Zostań przy niepewności – zaprosił ją do przerwanego wątku kosmita.

 

    Czandra był przerażony. Mimo narastania drastycznych zdarzeń na Wadż, rodzinna rzeczywistość nieodmiennie zaskakiwała go swoją brutalnością. Wczoraj, a to wczoraj było dziwnie poszarzałe w jego pamięci, znalazł szczątki jednego ze swoich synów. Morderca rozwłóczył jego ciało, tak dopiero po dłuższych oględzinach ojciec mógł znaleźć resztki twarzy swojego dziecka. Ucięty penis młodzieńca oznaczał, że był to jeden z aktów przemocy na tle seksualnym. Czandra był całkowicie wstrząśnięty. Nie wiedział co zrobić. Sądził, że areszt wpływa dobrze na dyscyplinę jego potomków. Jednakże przeszło sześć lat funkcjonowania prawa, jakie zaprowadził, przynosiło odwrotne skutki do zamierzonych.

   Dogasający stos pogrzebowy oświetlał wszystkich zgromadzonych. Czandra przyglądał się uważnie twarzom dzieci, starając się wyłowić z nich tę należącą do zbrodniarza. Albo zbrodniarki… Jednakże wszystkie oblicza były kamienne i spoglądały na niego z nienawiścią, tak, jakby to on był mordercą. Czandra wzdrygnął się i przetarł czoło. Był niemal przekonany, że najbardziej agresywni członkowie rodziny są w więzieniu. Spojrzał na jedną z córek, słynącą ze swojej brutalności. Jej ręce zwisały bezwładnie, wyciągnięte pod wpływem zadanej kary.

  • Ona nie – pomyślał, – nawet jakby chciała, to musi upłynąć trochę czasu, zanim komuś zaszkodzi.

   Czandra zauważył, że młodzi rozdzieleni są na kilka grup. W każdej z nich najbardziej rosły, albo sprytny mężczyzna otoczony był przez siostry. Niektóre z nich wyglądały na pobite, miały też poszarpane ubrania, zszyte później naprędce. Kobiet było mniej niż mężczyzn i między dziećmi toczyła się o nie walka. Przywódca gangu przywłaszczał sobie prawo do obcowania ze wszystkimi członkiniami grupy, czy tego chciały, czy nie. Inni chłopcy z gangu też mogli korzystać, o ile na to zasłużyli. Czandra przestał już piętnować kazirodcze matki. Udało mu się uratować kilkanaście dzieci, które były pod opiekom nimf razem ze swoimi niemowlęcymi wujami i ciotkami. Urodziło się też wiele potworków, które przeważnie nie żyły dłużej niż kilka dni. Te które przeżyły, a było ich ośmioro, wywoływały przygnębiające wrażenie w zamkniętym świecie stacji kosmicznej Wadż.

  • Dlaczego mnie to wszystko spotyka…? – pomyślał Czandra płaczliwie wzywając na pomoc bogów. Z kilkunastu ściętych drzew wzniósł nieporadną świątynię, w której centrum znajdował się koślawy posąg jednego z bogów. Mężczyzna spędzał wiele czasu modląc się w niej.

   Wojna między gangami toczyła się przede wszystkim o prawo do uprawiania seksu z siostrami. Grupy braci broniły swoich kobiet i starały się zdobyć nowe. W jednym z gangów to dziewczyny grały główną rolę, co nie zmieniało charakteru ich działania. Te z sióstr, które zostały zdobyte, traktowane były tym brutalniej. Szefowa gangu była rosła i potężnie umięśniona. Podobnie jak wszystkie dzieci obdarzona była wyjątkową urodą. Gdy wyłapała spojrzenie ojca zacisnęła pięść i wyciągnęła przed siebie. Czuła, nie bez racji, że Czandra coraz bardziej się jej obawiał. Nie tylko ona. Przestępcy stawali się coraz starsi i ich ojciec nie miał już niekiedy sił, aby egzekwować prawo. Opierał się wprawdzie na swojej policji, lecz coraz trudniej było mu zyskiwać posłuch u jej członków. Nie u wszystkich. Dwóch synów wyrosło na dobrych ludzi i zdawało się rozumieć bezmiar problemów. Niestety, ojciec czuł, że traci ich, gdy oddala się aby zażywać rozkoszy ze swoimi żonami. Z tego jednak nie mógł zrezygnować. Nawet teraz, widząc wypalony szkielet zmarłego, czuł, że musi dać upust napierającej go żądzy. Ukradkiem zerkał na pawilon, gdzie wraz z małymi dziećmi przebywały apsarasy, zaś jego dzieci wyczuwały to. Na próżno im usiłował tłumaczyć, że to, co robi on ze swoimi małżonkami nie jest złe, gdyż nie jest kazirodcze. Potomstwo Czandry wyczuwało w tych wyjaśnieniach obłudę. Mężczyzna nie był w stanie tego zrozumieć.

   Czandra wiedział też, że nie jest w pełni czysty. Do swoich trzech żon dołączył któregoś dnia córkę wampa, co też było oczywiście kazirodztwem. Nie był jednak przecież dla niej zły. Bądź co bądź obniżył jej karę, zaś wraz z apsarasami zażywała luksusów o którym nie mogły marzyć inne dzieci, z których większość była brutalnymi przestępcami.

  • Poza tym ona, podobnie jak moje nimfy, ma w sobie geny nieodmiennie mnie przyciągające – usprawiedliwiał się w myślach ojciec. – Nikt nie mógłby się temu oprzeć. Naprawdę nikt. Do tego ona pamięta. Wie co mówiłem wczoraj i przedwczoraj. Jest moją słodką przyjaciółką. Zaś apsarasy nie mają pamięci. Poza tym lubię patrzeć, jak z dziewczyny staje się coraz bardziej dojrzałą kobietą. Jak rozszerzają się jej biodra i rosną piersi. Nawet po porodzie ucieszyła mnie jej lekka otyłość, ta podniecająca niedoskonałość, taka miękka i prawdziwa – rozmarzył się Czandra, nie zważając na zapach spalonego mięsa ludzkiego trupa. Dopiero myśl o dwóch porodach córki wampa wywołała zmarszczki na jego czole. Urodziły się potworki, które natychmiast zakopał w ziemi. Podczas drugiego porodu dziewczyna nieomal nie wykrwawiła się na śmierć, na szczęście współmałżonki były doskonałymi położnymi, zaś na Wadż istniał moduł medyczny, który mógł niekiedy przywrócić zdrowie osobie w bardzo złym nawet stanie. Czandra nieraz z niego korzystał, by uleczyć pokiereszowane przez anonimowych gwałcicieli córki, a także więźniów, których nadwyrężone stawy nie mogły już funkcjonować. Urządzenie nie było w pełni nastawione na tego rodzaju uszkodzenia, lecz z pewnością nastawiało z powrotem wyłamane stawy, jak też dezynfekowało rany. Ofiary gwałtów mogły powoli zdrowieć, zaś więźniowie kontynuować zasądzoną karę. Komplikacje porodowe kabina medyczna leczyła chyba najlepiej, co było związane zapewne z uruchomieniem przez komputer płodności u nimf.

   Wzrok Czandry spoczął ponownie na policjantach. O ile dwaj lojalni mieli dla niego jeszcze jakiś szacunek, pozostałych sześciu było pospolitymi bandytami. Aby zachować jakąkolwiek siłę oddziaływania na resztę mieszkańców stacji, Czandra przymykał oczy na ich coraz poważniejsze przestępstwa, a także na składanie fałszywych raportów. W przypadku raportów sprawa była prosta. Do sprawców większości przestępstw i tak nie można było dotrzeć, a znalezienie jakichkolwiek winnych wzbudzało przynajmniej strach i chyba, mimo wszystko, pomagało walczyć z przemocą. Bądź co bądź policjanci mogli przecież wskazać na prawdziwego winnego, albo przynajmniej na kogoś z jego gangu. Czandra starał się za wszelką cenę prowadzić własne dochodzenia, lecz możliwości miał niewielkie. Członkowie wojujących gangów preparowali fałszywe dowody przeciwko rywalom, zaś świadkowie aż puchli od fałszywych zeznań. Czandra zatem zazwyczaj rezygnował ze świadków, jednocześnie zachowując zasadę głoszącą, iż winny bez względu na wszystko ma się znaleźć. Tym razem miał ochotę skazać muskularną przywódczynię gangu, lecz obawiał się jej. Miała też pewne wpływy u jego policjantów, podsuwając im podrzędne członkinie swojego gangu. Na to też Czandra musiał przymykać oko, a nawet zezwalać ze swej strony, by w ramach nagrody policjanci mogli korzystać z uroków przestępczyń. Czym bowiem innym mógł ich kupić? Jedzenie było za darmo, zaś miejsce przy honorowym stole było przywilejem, do którego łatwo się było przyzwyczaić. Pawilon telewizyjny od dawna był niemal mieszkaniem policjantów. Zezwolił nawet, aby czterech spośród nich nie uczestniczyło w pogrzebie, lecz oglądało program.

   Kilka tygodni temu Czandra przypomniał sobie, że pulpit sterowania stacją ma folder mówiący o tworzeniu robotów służebnych. Zszedł tam zatem i nieskończenie długo przeglądał wszystkie opcje. Bez problemu mógł zamówić stworzenie ogrodników, albo kelnerów, lecz to nie było mu potrzebne. Szukał robotów ochronnych, które mogłyby pełnić funkcję lepszych policjantów. Wreszcie odnalazł coś, co mogłoby spełniać taką rolę. Wcisnął odpowiednie przyciski i wyświetlił się komunikat w hindi: „zamówienie w toku”. Gdy po kilku dniach nic się nie stało, zszedł ponownie do pulpitu sterowania ręcznego. Widniał tam ten sam napis, uznał zatem, że musiał wystąpić jakiś błąd.

   Nagle z pawilonu gdzie znajdowały się nimfy dobiegł krzyk. Czandra ocknął się z rozmyślań i pobiegł w tamtą stronę. Z ogrodu Wadż zostało przede wszystkim błotniste wydeptane osuwisko. Nie było już prawie drzew, ani krzewów. Wszędzie walały się ludzkie ekskrementy, gdyż korzystanie z łazienek, zbyt teraz nielicznych, należało do przywilejów gangów. Czandra miał swoją toaletę i dopuszczał do niej tylko zasłużonych policjantów. Dlatego biegnąc ślizgał się po glinie i po rozmazanych odchodach własnych dzieci. Obawiał się najgorszego, zatem w pewnym momencie postawił nogę nieuważnie i przewrócił się w niezbyt czyste miejsce. Obsmarowany cuchnącą mazią podniósł się i ruszył dalej.

  • Gdyby można było chociaż wyłączyć wodę napływającą do sadzawek… – pomyślał. Z dawnych koryt sztucznych strumieni nic już nie zostało i napływająca bez ustanku woda zmieniała wydeptaną ziemię w bagno. Oczywiście gdyby nie ona, szeregowi członkowie gangów byliby skazani na śmierć z pragnienia, gdyż rzadko dopuszczano ich do stosunkowo niewielkiej stołówki. Ale o tym Czandra w tej chwili nie myślał.

   Stanął właśnie w drzwiach swojego pawilonu i ujrzał mrożącą krew w żyłach scenę zbiorowego gwałtu. Czterech policjantów i członkowie jednego z gangów przywiązali do ścian apsarasy i zażywali rozkoszy po kolei, ustawiając się w czterech niespokojnych kolejkach. Nimfy były nieszczęśliwe i pokaleczone, gdyż program macierzyński zaszczepił w nich naturalną niechęć do kazirodztwa. Ich dzieci jednak tym się nie przejmowały i w brutalny sposób raz po raz wsuwały swoje genitalia do łona swoich matek. Najmocniej broniła się Ruda, dlatego jej obecny gwałciciel trzymał nóż na jej jedwabistej szyi, po której ciekła już struga krwi. W usta Płodnej wciśnięta była brudna szmata, tak aby nie mogła krzyczeć. W najgorszym stanie znajdowała się córka Czandry, którą on uczynił swoją małżonką. Rozciągnięta na ziemi była zmuszana do bardzo perwersyjnych działań przez pięciu swoich braci.

  • Macie natychmiast przestać! – wrzasnął Czandra i natychmiast zdjął ze ściany bat. Nie czekają na odpowiedź zaczął walić po nagich ciałach podekscytowanych potomków. Był tak wściekły, że ciemne plamy latały przed jego oczami i tylko trochę orientował się w tym, co tak naprawdę się dzieje. Dbał jednak o to, aby każdy cios spadał na czyjeś plecy, albo inną część ciała. Nagle poczuł, że ogarniają go liczne ramiona synów, z których większość stała się już mężczyznami. Ktoś wyrwał bat z jego ręki i ośmielona reszta zaczęła go okładać mocnymi ciosami pięści. Wkrótce w ruch poszedł nóż i Czandra poczuł ukąszenia przeszywającego chłodu w różnych miejscach ciała. Był tak zaskoczony, że nie do końca zdawał sobie sprawę z bólu. Wiedział tylko, że wypływa z niego krew i staje się coraz słabszy. – Pomóż mi boże – pomyślał, bo od jakiegoś czasu był bardzo pobożny.
  • Nie zabijajcie go – rozkazał przywódca gangu. – Niech popatrzy, jak dobrze nam z mamusiami. Gdy się napatrzy, wtedy go zabijemy.
  • Wsadźmy go do celi i niech wisi przez rok na rękach! – zakrzyknęła jedna z córek, która do tej pory zanosiła się co jakiś czas chaotycznym śmiechem.
  • Utnijmy mu kutasa, skoro jest lepszy od naszych! – zaproponował inny młodzieniec, zaś reszta zgromadzonych zakrzyknęła z entuzjazmem. Po chwili Czandra poczuł przeszywający ból w kroczu.
  • On zdechnie! – zaprotestowała córka. – Nie da rady go potrzymać w zamknięciu…
  • Nie martw się – pocieszył siostrę brat. – Zaniesiemy go do kabiny, ożywi się dla potrzeb dalszej zabawy, czy nie robił tego z wami? Chyba sami wiecie…
  • Wiemy, wiemy – mruknęli wszyscy z ponurą satysfakcja. Do pawilonu wpuszczono kilkoro zaprzyjaźnionych osób, które do tej pory były obecne na pogrzebie. Innym zabroniono wstępu.
  • A teraz patrz, czy nam nie wolno spędzać miło czasu z mamusiami – oznajmił najstarszy syn targając ojca za uszy. Scena gwałtu nabrała rozmachu, stała się też brutalniejsza. Czandrze mieszało się w głowie. Nie mógł znieść koszmarnych obrazów, które oglądał, poza tym był coraz słabszy. Kilka razy mdlał, zaś dzieci cuciły go sikając na niego, bijąc i polewając wodą. Wreszcie ciemność zalała go na dłużej.

 

   Obudził go potężny ból. Wokół było ciemno. Wisiał na ramionach, zaś stawy miał podpiłowane, dokładnie tak samo, jak uczynił to z jednym z synów podejrzanym o szczególnie brutalny gwałt. Miał wrażenie, że palce palą go w okropny sposób. Chciał nimi poruszyć, lecz szybko się zorientował, że nie ma już palców, ani też najpewniej dłoni. Na nogach miał podwieszone ciężarki, paski na których wisiały wrzynały mu się nieprzyjemnie w skórę. Jednakże poniżej czuł jeszcze gorszy ból. Usiłował poruszyć stopami, lecz zorientował się, że chyba zostały odpiłowane, podobnie jak dłonie. Nie czuł już palców, ani śródstopia.

  • Własne dzieci mi to zrobiły – pomyślał z odrazą. Lecz nie było to jego największe zmartwienie. Stawy ramion bolały go coraz gorzej. Spróbował przechylić swoim wiszącym ciałem, lecz drobny ruch przeszył go paraliżującym ogniem. Miał wrażenie, ze wisi już wiele godzin, choć z pewnością na razie minęła ledwo minuta, od kiedy się ocknął. – Nie wytrzymam tego – pomyślał na tle wdzierającego się w jego myśli cierpienia. – Jak tylko będę mógł, natychmiast się zabiję – nagle zawładnął nim strach. – Jak się zabiję, skoro nie mam rąk, ani stóp? – upływały kolejne minuty i kwadranse. Cierpienie Czandry stawało się coraz gorsze. Mężczyzna zemdlał. Po jakimś czasie z żalem się ocknął i zdało mu się, że przekracza wszelkie granice dyskomfortu, jakie mógłby sobie wyobrazić. Otaczała go jednak cisza. Nikt nie patrzył na to co się z nim dzieje. Był tu zupełnie sam, pozostawiony demonom cierpienia, które stawały się coraz bardziej potężne i drwiące. Znów zemdlał i znów się ocknął. – Już wiem – pomyślał strzępami krwawych zdań. – Przestanę oddychać. W ten sposób odejdę od tego – niepowodzenia wychowawcze uczyniły Czandrę głęboko wierzącym. Zwrócił się zatem do coraz silniej wymyślonego boga. – Boże, przecież ty wiesz, że jestem zupełnie niewinny. Czy to źle, że chciałem mieć dzieci? Że chciałem dodać ci wyznawców, tych wszystkich, którzy winni darzyć cię czcią? Przecież w wielu księgach mówisz, że trzeba mieć wiele dzieci. Że to dobrze. Wiem, że nie zawsze lubisz, jak ktoś za ciebie decyduje kiedy ma umrzeć. Ale, sam widzisz, nie mam wyjścia. Mam nadzieję, że przyjmiesz mnie w swoim raju. Byłem bardzo grzeszny, bo przez tyle czasu w ciebie nie wierzyłem. To przez tą Gauri i całą tą jej dziwaczną historię. Masz rację, że ci się to nie spodobało. Po co kochałem się w takiej złej dziewczynie, w ateistce? Ciebie wszakże winno darzyć się większą miłością niż jakąś kobietę. Teraz to rozumiem. Ta cało kara to dlatego. Jesteś niezmiernie łaskawy, że obudziłeś mnie i oczyściłeś przez tę przykrą ascezę. Ale już dość. Bardzo cię proszę, pomóż mi się zabić i nie gniewaj się, jak się później spotkamy – ból powodował majaki w głowie Czandry. Wydawało mu się, że wyje jak jakieś dziwne zwierzę. Ale może robił to ktoś inny. – Boję się śmierci – pomyślał nagle. Przerażenie rozrzuciło jego jaźń. Po chwili jednak ból ją scalił, przypominając o tym, że należy go przeżywać. Czandra wstrzymał oddech, po chwili jednak wziął powietrze ponownie, dławiąc się i krztusząc. Wypięta w niewygodnej pozycji klatka piersiowa też składała się z bólu. Przeszywające ukłucie w kroczu przypomniało o niedawnej kastracji. – Przecież nie powinienem się jej bać, prawda boże? – kontynuował rozmowę z iluzją. – To całe życie to iluzja. Czy to wszystko co się teraz dzieje nie przypomina snu? Tak, tak, materialny świat jest nieprawdziwy. Zawsze to mówiłeś. Jesteś wielki i bardzo cię kocham. Wiesz? Tylko przyjmij mnie do raju, albo choć niech będzie reinkarnacja. Oby tylko ktoś później przypomniał sobie moją osobowość, bo bez tego, to nie chcę reinkarnacji. To by było jak śmierć, taka prawdziwa. Ale jej nie ma, bo ty jesteś. A ja cię bezinteresownie wielbię.

   Czandra postanowił przestać oddychać. Wstrzymanie oddechu wydawało mu się łatwe. Upływał czas. On zaś dzielnie nie wzbogacał swojego organizmu w tlen. Nagle, zupełnie wbrew swojej woli, mężczyzna wziął potężny haust powietrza. Silny wdech sprawił, że się zakołysał. Jęknął i osunął się znów w omdlenie. Niestety, po chwili się zbudził. Ból stawów ciągle narastał. Nie można się było do niego przyzwyczaić. Znów spróbował samobójstwa, lecz próba zakończyła się podobnym rezultatem. Niestety, tym razem nie zemdlał. Obrócił głowę i usiłował dmuchać na płonące stawy. To trochę pomogło. Przez najbliższe kilka minut, albo godzin był zajęty dmuchaniem. Później omdlał. Znów obudził go ból. Pomieszczenie zalewała szarawa poświata, ktoś chyba włączył światło w celi. Spojrzał pod nogi i upewnił się, że nie ma stóp. Była to zła decyzja. Ból, który upewnił się w swojej przyczynie, wzrósł niepomiernie. Również wypalona rana w okolicy krocza dawała o sobie znać. Do tej pory Czandra wstrzymywał mocz, lecz teraz, po upływie zapewne wielu godzin, musiał w końcu wypuścić wodę z organizmu. Przeszyło go coś rozrywającego i zemdlał. Znów się ocknął. Nogi miał jeszcze wilgotne, więc nie trwało to długo. W celi było bardzo gorąco, chyba, że dostał gorączki od ran. Najgorszy był ból w stawach ramieniowych. Spojrzał w górę i nie zobaczył dłoni. Lecz i tak nie czuł już nawet przedramion. Znów osunął się w omdlenie. Tym razem zbudził go gorszy jeszcze ból. Jego ciało się huśtało, zaś jeden z jego synów okładał je batem. Obok stała siostra oprawcy i zanosiła się śmiechem. Zemdlał, lecz dzieci go zbudziły przykładając ogień do ran pozostawionych po stopach. Zawył jakby nie swoim stopem. Tortura trwała bardzo długo, on zaś z całego serca pragnął umrzeć. Nie wiedział już, kim jest, gdzie jest i poco jest. Z pewnością z tej całej wyliczanki chciał usunąć czasownik „być”. Syn powiedział coś do niego, lecz on nie był w stanie zrozumieć. Krwawe i wrzeszczące plamy kołowały w jego głowie. Córka wzięła rozpalony nóż i przyłożyła go do stawu ramieniowego. Ojciec wydał z siebie dźwięk, którego nie był w stanie zrozumieć. Nawet młoda mścicielka wyglądała na przerażoną. Była to niedawna więźniarka i wciąż z trudem unosiła ramiona do góry. Gdy młodzi nasycili się torturowaniem rodzica, syn włożył do ust skazańca rurkę, którą przepchnął brutalnie przez przełyk. Częściowo zepsute jedzenie zmieszane z ekskrementami zaczęło napływać do przełyku Czandry. Skazaniec usiłował wypluć ohydną maź, lecz nie był w stanie. Dopiero wymiociny wyrzuciły na moment rurkę. Niezrażeni tym strażnicy ponownie zaczęli karmić skazańca. Gdy opróżnili sporej wielkości naczynie odeszli śmiejąc się. Czandra czuł mdłości, ale nie miał siły wyrzucić z siebie ohydnej substancji. Jednocześnie stawy bolały go jeszcze mocniej. Był zdumiony, ze jeszcze nie umarł od samego dyskomfortu. Jednakże nic takiego się nie działo. Mdlał i budził się z tego nieskończoną ilość razy. Prawdziwy sen omijał go szerokim łukiem. Co jakiś czas przychodzili oprawcy, by trzeć jego naciągnięte stawy, albo przypalać je. Czasem karmili go coraz bardziej ohydnymi koktajlami. Do jego nóg dowieszono nowe ciężarki. Obok ekskrementów więzienni kucharze dodawali coraz więcej soli, tak, aby czuł się coraz bardziej spragniony. Niekiedy pragnienie było tak ogromne, że zapominał niemal o stawach. Bardzo rzadko dzieci zjawiały się z kilkoma wiadrami wody i wlewały je wszystkie jakąś rurą w niego. Przez pierwsze chwile czuł niewypowiedzianą ulgę, która zmieniała się w coraz bardziej straszliwą torturę. Napięty od wody do granic wytrzymałości żołądek wysyłał palące komunikaty do mózgu. Jednocześnie ciało wiszące na pasach stawało się znacząco cięższe od wlewanej w nie wody. Gdy wiadra były już opróżnione i Czandra zostawał sam, nadchodziła kolej na jej oddawanie przez okaleczony układ moczowy.

   Tak płynęły dni, a może nawet tygodnie. Mężczyzna dziwił się, że pomimo gorącego pragnienia śmierci nie jest w stanie przestać oddychać. Zaczął szaleć. Wiele czasu spędzał na próbach skręcenia sobie karku ruchami głowy. Usiłował się też ugryźć w tętnicę na szyi. Tymczasem dzieci wymyślały wciąż nowe sposoby na umilenie czasu swojemu więźniowi. Oczywiście nie był ich jedynym więźniem. Krzyki z sąsiednich cel dowodziły, że ktoś przejął rolę sędziego i więzienie było ludne, tak jak zawsze.

 

(358)

Ciekawość GauriPowieść Ciekawość Gauri jest eksperymentem mającym na celu badanie granic poznania i tego, co jeszcze możemy nazwać "bytem". Eksperymentalny charakter ma wpływ na strukturę powieści, która pod niektórymi względami celowo staje się antypowieścią. Autorem powieści jest Jacek Tabisz.

Podobne materiały

Zostaw komentarz

Wpisz kod antySPAMowy *