• wtorek, 1 grudnia 2020 r.

Rozdział 52.   I tak rzeczywiście Gauri stała się wbrew własnej woli świadkiem dziwacznej rewolucji

Rozdział 52

 

 

  I tak rzeczywiście Gauri stała się wbrew własnej woli świadkiem dziwacznej rewolucji w Domu Pogranicza. Błąkała się po wieloprzestrzennych polanach i lasach, nie mogąc zrozumieć, dlaczego świadome istoty walczą z taką pasją o niezbyt atrakcyjną i dość przypadkową kupkę złomu, będącą fragmentem czyjejś instalacji artystycznej. Drugie jej zdumienie dotyczyło jej samej. W ostatnich miesiącach, latach i dekadach (zależy jak liczyć) stawiła czoła niezwykłym wyzwaniom, wykraczającym daleko poza jej dawne domysły i oczekiwania. Teraz została skonfrontowana z sytuacją nudną i prostą, stereotypową u wielu żywieli. Była to rewolucja albo raczej zamach stanu. A ona, jak w kiepskim filmie, nie stojąc wcale po niczyjej stronie, potrzebowała ważnych informacji od głównego łotra tej całej historii.

 

   Wielokrotnie próbowała dostać się do Kapitana. Jednakże klatka przestrzenno – magnetyczna, w której przebywał, została starannie ukryta przez Rozbitków i to nie wszystkich. Tylko nieliczni z nich wiedzieli, gdzie znajduje się Kapitan, najwyraźniej rewolucjoniści darzyli pełnym zaufaniem tylko wąską, elitarną grupę spiskowców.

–  Ja nie mam z tym nic wspólnego – tłumaczyła wielokrotnie okularnikowi, w którym widziała jednego z liderów opozycji. – Kapitan posiada istotne dla mnie informacje, muszę z nim porozmawiać. Nie mam zamiaru mieszać się w wasze sprawy…

–   Wybacz – odpowiadał jej okularnik,  – ale Kapitan to bardzo potężna istota. Złapanie go w pułapkę zajęło nam wiele pokoleń. Nie możemy ryzykować. Sama mówiłaś, że znasz jego brata. Skąd mamy wiedzieć, że nie pomożesz mu uciec?

–  Dopiero tutaj dowiedziałam się, że Słoneczny ma brata – kontynuowała Gauri. – Możliwe, że ta cała sytuacja to jakiś eksperyment Słonecznego, sam mi to przecież niedawno wyjaśniałeś. Może Słoneczny chce zbadać, jak zachowam się w więzieniu, bo przecież pozbawiając mnie informacji od Kapitana mnie również tu więzicie…

–  Ależ wcale nie jesteś więźniem – uśmiechał się niejednokrotnie okularnik, nie siląc się na zmianę tej frazy w wielu rozmowach jakie odbywali. – Póki co cały nasz świat stoi przed tobą otworem. A co czeka cię na zewnątrz? Jak tylko nas opuścisz, posłusznie pomkniesz do prawdziwej pułapki brata Kapitana, jak ćma do ognia.

–  To pozwólcie mi choć opuścić Dom w dowolnym kierunku – prosiła Gauri. – Skoro nie jest mi dane poznać koordynatów od Kapitana, dajcie mi choć wrócić do domu!

–  Z tego co wiem nie posiadamy żadnych statków pozwalających opuścić ten sektor kosmosu za twojego życia, a i te wolne, należące do naszych praprzodków, trzeba by wiele lat naprawiać.

   Przez pierwsze miesiące spędzone w Domu Pogranicza Gauri szukała zatem aresztu Kapitana na własną rękę. Nie było to łatwe, gdyż powierzchnia stacji porośnięta wieloprzestrzennymi łąkami i wzgórzami miała wielkość średniej wielkości ziemskiego kraju. Można było wędrować setki kilometrów nim natknęło się na granice mieszkalnej biosfery. Do tego poza nią musiały istnieć liczne korytarze samej stacji, starannie ukryte w pejzażu. Obecnie Gauri mogła przedrzeć się przez biosferę tylko w kierunku cmentarzyska robotów i wielkiej rampy, którą wędrowała na początku swojego pobytu w tym miejscu.

  Gauri zaczęła wyłączać translator zawarty w jej kombinezonie i wsłuchiwać się rzeczywistą mowę różnych ras składających się na społeczność Rozbitków. Robiła to po części z nudów, a po części z uwagi na kilka planów, które snuła równolegle, nie wiedząc co przyniesie przyszłość. Tak czy siak, znając morfologię ziemskich rewolucji, mogła się spodziewać, że lada dzień wiele rzeczy na stacji przestanie działać, w tym komputer pokładowy obsługujący komunikację na stacji. Znajomość jednego z języków Rozbitków mogła ułatwić jej zbliżenie się z którąś z ras i namówienie jakiegoś jej wtajemniczonego przedstawiciela do umożliwienia jej kontaktu z Kapitanem. Wprawdzie jej translator działał poprawnie i był samowystarczalny, lecz Gauri uznała, iż taki naturalny kontakt może jej dać dodatkową przewagę.

   Oczywiście większość form komunikacji znanych na stacji zupełnie nie nadawała się dla człowieka. Gauri nie umiała zmieniać barw i zapachów, nie piszczała w ultradźwiękach, masa jej ciała nie pozwalała też rozwijać infradźwiękowej retoryki. Na szczęście ras rozbitków były setki, może nawet tysiące, więc po wielu próbach Gauri odnalazła wreszcie sposób komunikacji nie odbiegający od ludzkiego pasma słyszenia i czysto akustyczny. To odkrycie dodało jej sił i sama nauka języka, choć skrajnie odmiennego od wszelkich ludzkich mów jakie słyszała, szła jej bardzo szybko. Pomagał jej oczywiście translator, który mogła włączać i wyłączać kiedy chciała. Zaczęła zatem od prostych zwrotów, które rozbierała żmudnie na części składowe. Później przeszła do bardziej złożonych wypowiedzi. Co ciekawe, wbrew jej oczekiwaniom, najbardziej podobną do ludzkiej mową nie posługiwali się szympansoidzi, lecz istoty nieco podobne do owadów, gdyż posiadające najwyraźniej szkielet zewnętrzny. Mimo to, w przeciwieństwie do ziemskich owadów, rozwinął się u nich centralny układ oddechowy i krtań posługująca się do mowy wydmuchiwanym powietrzem. Dźwięki wydawane przez insektoidów były jakby drewniane, podobne do fletów albo organów. Gauri nauczyła się naprężać policzki i pohukiwać jak sowa dźwiękami o różnej dynamice i wysokości. Z ogromną satysfakcją odkrywała, że to zaczyna działać. Jednocześnie dbała o to, aby jej mowa nie wydawała się insektoidom nieprzyjemna. Pytała zatem ciągle o to, jak jej obcy akcent oddziałuje na przygodnych słuchaczy i po dziesiątkach tysięcy prób uzyskała styl pohukiwania będący przyjemnym dla rozmówcy, choć nadal oczywiście bardzo egzotycznym.

   Jednocześnie Gauri wyszukiwała w rozmaitych miejscach Domu Pogranicza potrzebne jej materiały. Nie zbudowałaby w ten sposób statku kosmicznego, ale mogła pokusić się o stworzenie doskonale brzmiącej cytry indyjskiej – winy. Efektem ubocznym tych poszukiwań był też elektryczny łazik, którego szkielet zaczerpnęła z magazynu jednego z rozbitych statków. Jej wrakowaty pojazd wzbudził w Domu Pogranicza wielką sensację, gdyż Rozbitkowie nawykli do poruszania się o własnych siłach, co zresztą pasowało do ich ogólnej abnegacji nakazującej im pogardę dla wszelkich planów podróży.

  Nie mając na razie nic innego do roboty, Gauri zaczęła wdrażać jeden ze swoich planów. Oznaczał on kontynuowanie podróży po rozległych lasach i polach Domu Pogranicza. Wyszukiwała ona w różnych miejscach społeczności insektoidów i śpiewała im ballady o wolności. Początkowo nikt nie chciał słychać jej ledwie zrozumiałych pieśni z jeszcze dziwaczniejszą muzyką, która im towarzyszyła. Lecz Gauri, chcąc nie chcąc, miała czas i z koncertu na koncert nabierała wprawy. Okazało się, nie pierwszy raz już zresztą, że muzyka posiada w sobie uniwersalne piękno oparte na symetriach i ich delikatnym naciąganiu czy przełamywaniu. Zatem insektoidy, choć same nie koncertowały, zaczęły coraz liczniej gromadzić się wokół Gauri i przeżywać piękno jej pieśni. Ich pohukująca mowa okazała się idealna do kształtowania głosów wokół ragi i Gauri z uśmiechem pomyślała sobie, że gdy będzie wreszcie wolna, nadal będzie od czasu do czasu używać tej mowy w ragach, rozpowszechniając ją poza drobny okruch kosmosu jakim był Dom Pogranicza.

  Płynęły miesiące, a kraj Rozbitków zmieniał się nie do poznania. Zgodnie z przewidywaniami Gauri mechanizmy stacji coraz bardziej szwankowały. Pejzaże nie trzymały się już swoich wytycznych i wybuchały nagle tuż przed stopami zrozpaczonych wędrowców. Gauri cieszyła się, że nosi swój zaawansowany skafander, gdyż eksplozje zderzających się ze sobą pejzaży często wywoływały stany zupełnie niezdatne do zamieszkania przez istoty żywe. Rozbitkowie także mieli sprzęt kosmiczny odziedziczony po przodkach, ale przeważnie był on niewygodny i nieporęczny. Chodzenie w nim bez przerwy było z pewnością niezbyt przyjemne. Prócz tego archaicznych skafandrów kosmicznych było znacznie mniej niż wynosiła obecna populacja Domu Pogranicza. Gauri uśmiechała się do siebie pod nosem widząc wreszcie wyraźnie, kto jest ojcem rewolucji, kto jej żołnierzem, kto zaś zwykłym cywilem. Liderzy rewolucji używali kombinezonów niewiele mniej zaawansowanych niż ten będący w posiadaniu dziewczyny. Najczęściej, podobnie jak w wypadku Gauri, ich kombinezony były prawie niewidoczne. Zamiast archaicznej zbroi na całe ciało z lustrzanym oknem na twarz, liderzy rewolucji z dumą obnosili swe pozornie niezakryte sylwetki, zaś jedynie migające opaski na czołach, rękach, mackach czy korpusach informowały wtajemniczonych, że to nie cud chroni ich nosicieli przed nagłym wykwitem próżni czy stężonego kwasu siarkowego.

   Dla zwykłych mieszkańców Domu Podróży pozostało tylko trochę najstarszych, niepewnych i bardzo połatanych kombinezonów kosmicznych. Jeden przypadał na dziesięć osób i to tylko pod warunkiem, że nie należały one do szczególnie wielkiej rasy stworzeń. Insektoidy nie były może tak wielkie jak meduzoidy, jednakże w różne strony sterczały z nich na kilka metrów ostre, chitynowe kolce będące narządami zmysłów. Jako, że wielkie kombinezony były bardzo w cenie, część ubiorów należących do przodków insektoidów zaanektowały bardziej zaangażowane w rewolucję meduzoidy. Produkowana przez skafandry insektoidów atmosfera nie była znacząco różna od tej, którą oddychały meduzoidy, zatem po drobnych przeróbkach skafandry insektoidów były jak najbardziej użyteczne dla meduzoidów.

  Gauri też oczywiście chciano odebrać kombinezon. Grupa uzbrojonych po zęby żołnierzy rewolucji przybyła po nią pewnego poranka i po wielu próbach, przesłuchaniach i kilku dniach spędzonych w ciasnym, niewygodnym dole urzędnicy rewolucji przekonali się, że skafander Gauri jest imienny i jego blokady nie da się przełamać za pomocą dostępnej wiedzy i narzędzi, zaś sama użytkowniczka nie miała nawet pojęcia, że jej skafander posiada włączoną blokadę.

– Zapisz się do nas – proponował jej wielokrotnie Okularnik, który przychodził do jej celi udając współczucie i zażenowanie niesprawnych działaniem rewolucyjnych urzędników. – Masz sporą wiedzę i jesteś inteligentna, będziesz cennym nabytkiem dla Partii Rewolucyjnej.

– Nie jestem rozbitkiem lecz waszym więźniem – chciała wielokrotnie odpowiedzieć Gauri, ale wstrzymywała się, nie chcąc drażnić mających nad nią władzę gospodarzy. Zamiast tego udawała, że się waha i potrzebuje jeszcze czasu do namysłu. Być może tylko dlatego wypuszczono ją w końcu z celi.

  Co ciekawe, nikt nie próbował odebrać Gauri jej łazika. Możliwe, że wyglądał jednak zbyt złomowato, a możliwe, że fanatyzm rewolucjonistów wpisał na kartach swej rewolucji niechęć do transportu zmechanizowanego. Gauri lubiła pogrążać się w myślach i przemierzać eksplodujące miejsca i pejzaże. Wymagało to prawdziwego kunsztu w kierowaniu łazikiem, gdyż stale zmieniał się teren i skład atmosfery, a przede wszystkim jej gęstość. Czasem, na szczęście niezbyt często, orientowała się, że brnie po mulistym dnie jakiegoś oceanu, zapewne w naturalnym środowisku meduzoidów. Zalany wodą pod dużym ciśnieniem pojazd dławił się i prychał, na szczęście kiedyś przemierzał on nieprzyjazne środowiska nowo odkrywanych planet, więc radził sobie całkiem znośnie z kalejdoskopem środowisk i biosfer.   

   Wokół Gauri zatańczyły małe stworzenia podobne do kijanek i dziewczyna uśmiechnęła się gorzko do siebie. Wciąż nie mogła otrząsnąć się z zaskoczenia, jakim był dla niej Dom Pogranicza, ogarnięty prostą, żywielową rewolucją. Nawet wtedy, gdy leczyła Kuberę, nie zetknęła się z tak prostymi ramami społecznymi i tak niewielkim polem manewru. Na szczęście leczenie Rozbitków nie było jej obowiązkiem i odcięta od Wadż i innych przyjaciół nie mogła raczej podjąć się tego zadania.

   Pejzaż znów zmienił się gwałtownie. Tym razem jechała po spalonej pomarańczowo turkusowym światłem popękanej ziemi. Blisko i w oddali toczyły się większe i mniejsze kule roślin, albo ich przetrwalników. W oddali Gauri zauważyła osadę Rozbitków. Pojechała w jej kierunku. Pustynny pejzaż nadal utrzymywał się w swym istnieniu, całkiem długo. Ogólnie czas utrzymywania się poszczególnych stanów biosfery był zupełnie chaotyczny, to samo zresztą dotyczyło ich przestrzennego zasięgu. Czasem dany pejzaż trwał nawet całą dobę, innym razem pojawiał się niemal niezauważony na ułamek sekundy. Średnia musiała wahać się koło dwudziestu minut, może pół godziny.

   Insektoidy już na nią czekały w głównym gmachu osady. Gauri z uznaniem zaobserwowała uszczelnienia i umocnienia świeżo przylgnięte do domów mieszkalnych. W przeciągu kilku dni Rozbitkowie dokonali prawdziwych cudów budownictwa i doraźnej inżynierii. Budynki były całkiem przyzwoicie zabezpieczone przed zimnem i żarem, przed wysokim lub niskim ciśnieniem, oraz przed zderzeniami z innymi obiektami. Kule roślinnych zarodników wpływały do osady i roztrzaskiwały się o niewiele większe od siebie domy okolone fortyfikacjami w kształcie gwiazdy. Gauri pokiwała głową z uznaniem, przypominając sobie fortyfikacje pozostałe w Indiach po Portugalczykach w stanie Goa.

  Gdy weszła do wielkiej sali spotkań, insektoidy wypełniały ją licznie. Ich owadzie korpusy przylegały do siebie szczelnie jak kamienie twierdzy, wielu stało na swoich sąsiadach, co nie było żadną ujmą w ich gatunku i w ich kulturze.

  Gauri bez słowa wyjęła winę i zaczęła śpiewać pieśni o wolności w języku zgromadzonych. Huczące słowa nieziemskiego języka doskonale wplatały się w rozległe melizmaty ragi, zaś rosnąca wśród zgromadzonych cisza świadczyła o tym, że podoba im się ten głos z niepojęcie odległego świata. Dziewczyna śpiewała o wolności. W jej pieśni istotą wolności stała się ciekawość, chęć odkrywania i poznawania. Mówiła o więźniach, którzy wprawdzie obalili strażnika swojej celi, lecz nadal pozostali w więzieniu, do tego wśród żywiołów zalewających wyspę więzienną. Gdyby Gauri chciała to powiedzieć ludziom wprost, nikt by jej nie słuchał. Zbyt wiele jeszcze osób wierzyło w zmiany idące wraz z obaleniem Kapitana. Jeszcze więcej meduzoidów przejętych było zwykłą walką o przetrwanie. Niewielu z nich miało skafandry, zaś umacnianie budynków mieszkalnych w miejscu, gdzie w każdej chwili otoczenie może stać się śmiertelnym zagrożeniem, nie zachęcało do rozpraszania się na inne tematy. 

  Gauri nie ustawała. Jej koncerty stały się głośnym wydarzeniem wśród insektoidów. Władze rewolucyjne chciały coś z tym zrobić, jednak dziewczyna sprytnie składała słowa swoich pieśni. Chwaliła bowiem rewolucję, jednakże zachęcała jej dzieci do sięgnięcia dalej, do wyjścia przed siebie, do wypraw w rozległy i bezgraniczny multiwszechświat. Po kilku miesiącach stworzone naprędce służby specjalne rewolucji zaprzestały zatem śledzenia każdego jej koncertu, zaś wtedy Gauri mogła pozwolić sobie na większą śmiałość. W dolinach Domu Pogranicza zbierała coraz szerszą publiczność, zaś na pokoncertowych wieczorkach coraz więcej osób zadawało jej śmiałe i ciekawe pytania.

   Pewnego wieczoru Gauri, zmęczona, ale też zadowolona, wracała z jednego z takich polityczno – poetyckich wieczorków. Pejzaż wokół niej szalał, miotając nią a to morskimi głębinami, a to niskim ciśnieniem napowietrznych miast nieznanego jej świata. Widząc lecące, płynące i toczące się formy przetrwalnikowe różnych organizmów Gauri zastanawiała się, czy któreś z nich są bardziej tutejsze od innych. W końcu Dom Pogranicza istniał już miliony lat i mogła się tu toczyć jakaś zwykła ewolucja naturalna. Co jednak było jej podmiotem?

–  Witaj Gauri – stwierdził poważnym głosem wysoki insektoid, wychodząc zza rogu przysadzistego bunkra mieszkalnego. Musiał mieć na sobie nowoczesny skafander, gdyż Gauri nie widziała, aby cokolwiek chroniło go przed zmiennym i chaotycznym klimatem.

–   Przecież wiecie, że chwalę rewolucję całym swym sercem i rozumem – odparła obłudnie Gauri, przekonana, że przybysz należy do elit rewolucyjnych, co wśród insektoidów było rzadkością, ale jednak się zdarzało.

–   Daj spokój, ja nie o tym – żachnął się ze śmiechem Wysoki.

–  Więc jeśli nie, to wszystko co miałam wam dziś do zaśpiewania i powiedzenia uczyniłam – dziewczyna odetchnęła z ulgą. – Teraz już nie mam siły na więcej i muszę się przespać.

–  Poświęć mi jeszcze chwilę, gdyż nie jestem tym, za kogo mnie masz – stwierdził Wysoki. – Usiądźmy tu, nikt nam nie będzie przeszkadzał.

  Gauri usiadła obok niego na ruinach budynku, który nie zdążył na czas stać się bunkrem. Spojrzała uważniej na Wysokiego. Wyglądał jak każdy insektoid, niemal identycznie do innych w jej oczach. Był tylko bardzo wysoki, dlatego tak przezwała go w myślach.

–  Nie ma sprawy, mogę być Wysokim – zaśmiał się insektoid.

– Czytasz w moich myślach – zdumiała się Gauri.

– Tak, bowiem nie jestem Rozbitkiem – wyjaśnił Wysoki. – Nie wyglądam też tak, jak mnie widzisz. Jestem jednym z członków załogi Kapitana.

– To dlaczego jeszcze go nie uwolniłeś? – zdziwiła się Gauri. – Nie widzisz, co się wokół dzieje? Giną ludzie.

– Cieszę się, że o tym myślisz – Wysoki rozejrzał się nieco bezradnie. – Ale nie jestem wszechmocny. Bardziej wyewoluowane istoty też mają swoje ograniczenia. Nie jestem zresztą pewien, czy Kapitan nie postanowił pobyć trochę więźniem w ramach jakiegoś swojego eksperymentu. Zawsze był bardziej bystry ode mnie.

– To już trzecia istota ze świata Słonecznego, którą spotykam – ucieszyła się Gauri. – Całkiem nieźle jak na mieszkańców bardzo odległego wszechświata.

– Sprytnie – skwitował Wysoki. – Całkiem niezła próba. Nie sądzę jednak, aby ktokolwiek z nas ci mówił, skąd dokładnie jesteśmy. Równie dobrze mogliśmy wyewoluować tuż obok twojej Ziemi. Gdy wymiary czasoprzestrzenne stają się zwykłymi parametrami, jak miejsca na ziemskiej mapie, ich konfiguracja nie stanowi istotnej osi podziału. Po prostu są, przemieszczasz się w nich i między nimi, tak jakbyś robiła kroki wokół swojego ziemskiego domu.

– To wspaniałe! – ucieszyła się Gauri, nie zwracając uwagi na pewną zarozumiałość rozmówcy. Przyzwyczaił ją już do tego Słoneczny.

–  Nie myślisz właściwie – stwierdził spokojnie Wysoki. – Moja analogia czasoprzestrzeni do kroków w ogródku nie miała na celu imponowania ziemskiej istocie. Wręcz przeciwnie.

–  Jak to wręcz przeciwnie? – Gauri była coraz bardziej zaintrygowana. Zmęczenie szczęśliwie ją opuściło. Lawa wokół ich stóp zamarzła w fantazyjnych falach, zaś ciemny śnieg ogarnął ich niczym kotary kameralnego salonu.

–  Pewne wzorce rzeczywistości są stałe – rzekł Wysoki. – Nie zauważyłaś, że tu, gdzie nie ma żywieli, wszystko jest jak w żywieli i to dość prymitywnej. Rewolucyjnej…

–   Cóż, Rozbitkowie zeszli na psy – Gauri opuściła kąciki ust z niesmakiem. – Nie tworzą prawie żadnej sztuki, nawet ja ze swoimi próbami śpiewania w języku, którego niecały rok temu jeszcze w ogóle nie znałam, jestem tutaj wielką gwiazdą.

–   Przecież nie śpiewasz, aby ich zachwycić, podstępna Ziemianko – zaśmiał się Wysoki.

–   Można łączyć jedno z drugim – wzruszyła ramionami Gauri.

–   No właśnie nie wiadomo jak bardzo można i czy po pewnym czasie nie zanurzamy się w trwałych, nieprzemijających wzorcach, które tylko trochę różnią nas od żywieli – oznajmił Wysoki. – Czy rzeczywiście wędrujemy idąc, czy rzeczywiście odkrywamy widząc te same wzorce i miejsca, czy ciekawość, która tak pięknie się w tobie tli, nie staje się po jakimś czasie parą zwykłych butów?

–  Nawet jeśli, to cóż złego w butach? – uśmiechnęła się Gauri.

–  Dziś już nie mam czasu – Wysoki był wyraźnie podirytowany. Gauri nauczyła się rozpoznawać oznaki zdenerwowania u insektoidów. – Wrócimy do tej rozmowy w innym czasie.

–  To musisz się pospieszyć – dziewczyna wzruszyła ramionami, – jak wiesz nie mam zamiaru długo tu mieszkać…

 

Ciekawość GauriPowieść Ciekawość Gauri jest eksperymentem mającym na celu badanie granic poznania i tego, co jeszcze możemy nazwać "bytem". Eksperymentalny charakter ma wpływ na strukturę powieści, która pod niektórymi względami celowo staje się antypowieścią. Autorem powieści jest Jacek Tabisz.

Podobne materiały

Zostaw komentarz

Wpisz kod antySPAMowy *