• wtorek, 17 lipca 2018 r.

Słów kilka o konkordacie

Mija 20 lat od podpisania konkordatu przez państwo Polskie z Watykanem. Jest to już drugi taki dokument. Pierwszy, po powstaniu państwa Watykańskiego został podpisany w 1925 roku i został rozwiązany 1945 roku uchwałą Rady Ministrów Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej z powodu działania Watykanu podczas II wojny światowej (Pis XI włączył polskie diecezje do diecezji Trzeciej Rzeszy i uznał aneksję Polski przez nazistów). 23 lutego 1998 roku został podpisany konkordat obecnie obowiązujący. Ponieważ jest to dokument na który powołują się zarówno kościelne jak i świeckie instytucje, dokument mający na celu uregulowanie świeckiej i kościelnej relacji, warto mu się przyjrzeć – zwłaszcza, że współcześnie coraz częściej możemy obserwować w naszym kraju dysproporcje w relacjach pomiędzy tymi dwiema sferami instytucji i życia.

Konkordat – prawna regulacja pomiędzy państwem świeckim a państwem Watykan – już w swoich założeniach nie jest neutralnym, ani równościowym, chociaż jego pierwszy artykuł wyraźnie gwarantuje rozdzielność tych dwóch przestrzeni Państwa i Kościoła. To nie jest zwykła umowa międzynarodowa, ani zwykłe stanowienie prawa, ponieważ już na wstępie możemy przeczytać wartościujące sądy, przesądzające charakter samego narodu i państwa: „religia katolicka jest wyznawana przez większość społeczeństwa polskiego”. Automatycznie zatem pojawia się pytane czy faktycznie, a jeżeli tak to, co z prawami mniejszości? Co z prawami innych kościołów? Dlaczego właśnie to stwierdzenie pojawia się już na wstępie tekstu konkordatu, czy ma ono wyznaczyć myślenie o Polsce jako katolickim kraju? Najważniejsza jednak wątpliwość jaka tu powstaje to zaburzenie normatywności umowy o charakterze prawnym z wartościowaniem instytucji, której ta umowa dotyczy; dokument zatem nie tylko stanowi zasady i prawo, ale również wyraźnie podpowiada nastawienie do Kościoła.

 Z drugiej strony pojawia się pytanie, a co jeżeli statystyka będąca podstawą do takiego sformułowania ulegnie zmianie? Czy wówczas konkordat przestanie obowiązywać? A może to wstępne rozstrzygnięcie katolickości Polski ma się stać zobowiązaniem do utrzymania status quo? Jeżeli zgodzimy się na powyższe, co w zasadzie oznacza konkordat? Czy jest to umocnienie praw większości, by pozostała silna i dominująca nad pozostałymi obywatelami?

W dalszym zdaniu we wstępie do Konkordatu czytamy: „podkreślając posłannictwo Kościoła katolickiego, rolę odegraną przez Kościół w tysiącletnich dziejach Państwa Polskiego, oraz znaczenie Jego Świątobliwości Jana Pawła II dla współczesnych dziejów Polski…”. I w tym miejscu słowa te nie są ani neutralne, ani nie mają charakteru demokratycznego zapisu, stając się jawną interpretację historii – na rzecz samego Kościoła, oraz wprowadzając dysproporcję pomiędzy świeckim i kościelnym państwem. Po pierwsze nie ma słowa o negatywnym oddziaływaniu Kościoła na historię Polski. Pomijając dawne czasy brutalnej chrystianizacji terenów Polski (niszczącej zarówno nawracaną ludność jak i jej kulturowe dziedzictwo), można zadać pytanie o rolę kościoła w budowaniu relacji z mniejszościami religijnymi (w wielu miejscach Polski księża ani nie sprzeciwiali się antyżydowskim nastrojom, ani nie potępiali napaści na Żydów, bywały też przypadki antysemickich kazań i wypowiedzi). Można zadać pytanie o rolę Kościoła podczas II wojny światowej i włączenie przez papieża diecezji polskich do diecezji III Rzeszy oraz uznanie aneksji ziem Polskich przez hitlerowców. Umieszczanie w słowie wstępnym określeń tylko pozytywnie oceniających rolę kościoła w Polsce nie pozwala na krytyczne przyjrzenie się faktycznej działalności kościelnej, przekreśla mówienie o negatywnym działaniu i wpływie na społeczeństwo. Tym samym nie pozwala na formułowanie faktycznych relacji Kościół – Państwo, a mitologizuje i przypisuje kościelnej instytucji symboliczną rolę budowania narodu i jego wartości. Tak samo jednostronnie i blokująco działa stwierdzenie: „doniosły wkład Kościoła w rozwój osoby ludzkiej i umacnianie moralności.”  Takie słowa zapisane w słowie wstępnym konkordatu jednoznacznie określają pozycję wyższości Kościoła, jego przewagi moralnej, oraz roli dydaktycznej dla narodu i Państwa. Co więcej wizji religijnej przyznają pierwszeństwo w formułowaniu myślenia o człowieku. Są to sformułowania wartościujące a nie stwierdzające faktyczny stan, ustanawiające symboliczne przewodnictwo Kościoła i dyskryminujące życie świeckie Państwa, oraz jego samoistność. Fakt, że takie właśnie stwierdzenia pojawiają się już na samym początku konkordatu poddają w wątpliwość świeckość państwa Polskiego, sugerując, że jego rozwój, moralność, kulturę rozwijał właśnie Kościół. Można pytać raz jeszcze, co takie wartościujące sądy robią w dokumencie o charakterze prawnym? Czy nie są przemocą symboliczną i presją wywieraną na samym Państwie?

Przyjrzyjmy się jednak samym zapisom konkordatu. Pomijając powyższe zastrzeżenia, należy krytycznie spojrzeć na sam dokument, zwłaszcza, że funkcjonuje on już w naszym życiu 20 lat i znacząco wpływa na nasze codzienne życie.

W pierwszym artykule czytamy o rozdziale Państwa i Kościoła, o wzajemnym poszanowaniu i zaakceptowaniu tego podziału. Jest to ważny zapis wskazujący na niezależność instytucjonalną tak Państwa jak i Kościoła. Już w XVII stuleciu John Locke w „liście o tolerancji” postulował takie rozdzielenie Państwa i Kościoła, argumentując to z jednej strony możliwością wolnego wyboru wiary przez obywateli, a z drugiej strony rozdzielnością domen życia ludzkiego jakimi zajmują się te dwie instytucje. Świeckość Państwa pozwala na zagwarantowanie równości wobec prawa wszystkim obywatelom niezależnie od wyznania (czy też współcześnie – braku wiary), oraz na współistnieniu różnych kościołów i różnych form duchowości, czy jej braku, jak i ateizmu bez dyskryminowania kogokolwiek. Pytanie tylko czy sam konkordat nie przeczy tej zasadzie w swoich następnych zapisach? Przecież już sam wstęp do konkordatu nakreślał wyraźnie wartościowość i wagę wpływów Kościoła na państwo i życie jego obywateli. Artykuł pierwszy miałby swoją moc przekazu, gdyby nie został umieszczony w specyficznym kontekście – wręcz sformułowanej zależności wobec Kościoła i poddaństwa wobec niego

Kolejny artykuł budzący obawy to artykuł 5. Wprawdzie zaczyna się ważnymi słowami mówiącymi o szacunku do wyznań, ma on jednak ukrytą w sobie pułapkę „Przestrzegając prawa do wolności religijnej, Państwo zapewnia Kościołowi katolickiemu, bez względu na obrządek, swobodne i publiczne pełnienie jego misji…” W takim zapisie Kościół katolicki zostaje uprawniony do korzystania z przestrzeni publicznej i nieograniczonych możliwości realizowania własnych praktyk w przestrzeni Państwowej. I wprawdzie w następnych artykułach konkordatu pojawią się zapisy mówiące o tym, iż imprezy organizowane w przestrzeni pozakościelnej mają dostosować się do polskiego prawa (artykuł 8, punkt 2), ten zapis jednak daje kościołowi pierwszeństwo i swobodę. Co więcej ten zapis zaburza podstawową relację świeckie-kościelne, skoro Kościół może realizować swoją misję – a jego misją jest między innymi szerzenie wiary katolickiej – oznacza to przyznanie prawa do misji/katechezy/nawracania w miejscach publicznych, a więc takich, które w państwie świeckim powinny być neutralne i wolne od jakichkolwiek religijnych indoktrynacji.

Artykuł 6 jeszcze mocniej wiąże Kościół i Państwo. Punkt 2 i 3 artykułu 6 mówi o utrzymaniu w granicach Polski diecezji – co jednoznacznie utożsamia przestrzeń diecezji z przestrzenią Państwa. Mamy tutaj do czynienia z bardzo subtelnym zabiegiem utożsamienia Kościoła katolickiego i Państwa Polskiego. Gdyby Kościół i Państwo były niezależnymi instytucjami to fakt przynależności danej diecezji do dwóch przestrzeni państwowych (tych choćby przygranicznych) nie stanowiłby problemu. Przecież Kościół ma zajmować się sprawami ducha i głoszeniem słowa bożego, a to nie powinno wiązać się z granicami żadnego państwa. Wierni tworzący dobrowolną wspólnotę mogą w takiej sytuacji być w jednej wspólnocie z wiernymi innego państwa (np.: sąsiedniego), jednoczy ich modlitwa nie polityka. W konkordacie zostaje jednak jasno powiedziane, że diecezje mają pozostać w granicach Polski. W ten sposób stajemy przed dylematem jaki nakreślił John Locke we wspomnianym już tutaj „Liście o tolerancji”: czyimi obywatelami są wierni: Państwa czy Watykanu? Rozdział instytucji Państwa i Kościoła jednoznacznie określa: to, co obywatelskie wiąże się z przestrzeganiem prawa, to co związane z wiarą wiąże się z kultem. W tym momencie pytanie o granice państwa sugeruje, że nie do końca o kult i wiarę tutaj chodzi. Mało tego, w tym samym artykule, w punkcie 5 znajdujemy zapis: „Biskup nie będący obywatelem polskim, nie będzie należał do Konferencji Episkopatu Polski.” Ta dbałość o przynależność narodową z jednej strony wypływa być może z samej historycznej roli kościoła (gdzie niektórzy biskupi o innej narodowości nie reprezentowali polskich interesów), jak i z kolejnego zmieszania instytucji, które przecież miały być rozdzielne. Polskość i diecezji, i biskupów, oznacza unarodowienie kościoła, a zwrotnie wskazuje na jedność Państwa i doktryny niepaństwowej. Dodatkowo, we współczesnym świecie, w którym coraz więcej mamy przemieszczeń społecznych i migracji, można pytać czy taki zapis ma w ogóle sens. Konkordat jednak zdaje się realizować wizję sztywnego i niezmiennego świata, gdzie większość katolików decyduje o losach całego narodu.

Artykuł 9 stanowi jeszcze mocniejsze zjednoczenie Państwa i Kościoła, de facto czyniąc z Państwa Polskiego państwo wyznaniowe. Artykuł 9 określa obowiązujące w Państwie święta. Boże Narodzenie, Wielkanoc, stają się oficjalnie dniami wolnymi od pracy, co ma swoje konsekwencje i prawne, i ekonomiczne. W Polsce, osoby nawet nie wierzące, jeżeli tylko są zatrudnione w państwowych instytucjach i firmach, nie mogą w te dni pójść do pracy, nie mogą zarabiać, cała Polska zostaje wyłączona z normalnego funkcjonowania, po to, aby katolicy mogli obchodzić swoje święto. Jest to całkowite naruszenie neutralności i rozdzielności Kościoła i Państwa. Kościół wymaga wręcz by ludzie świeccy obchodzili jego święta. Zamykanie szkół, uniwersytetów, miejsc pracy, sklepów na dni kultu stanowi wyjątkowe i brutalne wejście życia kościelnego w życie świeckie. Co więcej, od 2010 zgodnie z uchwałą sejmu pojawiło się jeszcze jedno święto kościelne zwalniające obywateli od pracy i sankcjonujące kościelny porządek w państwie: święto trzech króli. I chociaż święto to nie było przewidziane w konkordacie, fakt, że hierarchowie kościelni wywierali cichą presję na posłów, a sami posłowie taką ustawę procedowali pokazuje jak przez ostatnie 20 lat Kościół stał się polityczną siłą. Zaburzenie relacji Państwo-Kościół, widoczne w świętach kościelnych traktowanych jak państwowe, staje się coraz bardziej widoczne, budzi też coraz większą postawę roszczeniową hierarchów kościelnych. Obowiązywanie świąt kościelnych jako wolnych od pracy i państwowych powoduje, że przedstawiciele innych wyznań i ateiści zostają podporządkowani rytmowi kalendarza katolickiego. Do tego należy dodać przemoc symboliczną jaka ma miejsce podczas obowiązujących świąt: ich symbole widoczne są wszędzie w przestrzeni publicznej, można powiedzieć, że nastąpiło tutaj całkowite zawłaszczenie Państwa. Co więcej w Polsce Kościół zaczął zwalczać laickie zwyczaje i świeckie święta. Zlaicyzowany Halloween, zeświecczone Walentynki spotykają się z dużym sprzeciwem Kościoła, a w niektórych momentach wręcz z krytyką i otwartą walką z tego typu zwyczajami. Widać po tej agresywnej formie zwalczania świąt niekościelnych, jak bardzo Kościół umocnił swoją pozycję i poczuł się właścicielem życia publicznego Państwa Polskiego.

Artykuł 11 konkordatu pokazuje kolejne bardzo niebezpieczne zaburzenie relacji Państwa i Kościoła. „Układające się strony deklarują wolę współdziałania na rzecz obrony i poszanowania instytucji małżeństwa i rodziny będących fundamentem społeczeństwa. Podkreślają one wartość rodziny, przy czym Stolica Apostolska ze swej strony, potwierdza naukę katolicką o godności i nierozerwalności małżeństwa”. Cały ten artykuł jest pozaprawnym, doktrynalnym zaprezentowaniem idei kościelnej. Kościół katolicki charakteryzuje się dość specyficznym rodzajem obsesji związanej z seksem i relacjami seksualnymi. Skodyfikowanie związków małżeńskich jako heteroseksualnych, niedopuszczanie seksu pozamałżeńskiego, określanie jako niedopuszczalnych i grzesznych związków homoseksualnych, oraz wprowadzenie celibatu stanowi wielowiekową strategię eliminowania seksu i erotyki z ludzkiego życia. Małżeństwo w Kościele katolickim traktowane jest jako jedyna możliwość życia seksualnego. Co więcej w małżeństwie katolickim kobieta ciągle podporządkowana jest mężczyźnie, oraz pełni wobec niego rolę służebną. Nawet w doktrynie Jana Pawła II, chwalonego tak za otwarcie na ludzi i ich sprawy, rola kobiety zostaje sprowadzona do posługi. Kobieta poza mężem, rodziną i dziećmi nie może się realizować, ani istnieć jako podmiot. Zapis artykułu 11 to wzmocnienie roli tak pojmowanego małżeństwa w przestrzeni świeckiej. Oznacza to, że samo Państwo przyjmuje wizję Kościoła. Ponownie użycie języka wartościującego i odnoszącego się do wartości, czyni z konkordatu nie zapis prawny, a ideologiczny i doktrynalny. Państwo świeckie ma obowiązek w świcie demokratycznym na zabezpieczanie różnych form małżeństw: homoseksualnych, ateistycznych, a nie tylko kultywowanie jednego modelu. Co więcej, zapis ten posłużył do traktowania instytucji małżeńskiej jako niezmiennej i nierozerwalnej. Stąd Polska z takimi oporami przyjmowała ustawę antyprzemocową (Ustawa z dnia 29 lipca 2005 roku o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie), a podpisanie jej nowelizacji przez Prezydenta (2010) w środowiskach katolickich wzbudziły oburzenie i złość. Doktryna Katolicka i Prawo Kościelne zakładają nierozerwalność małżeństwa, jako sakramentu, całkowicie ignorując fakt woli małżonków, oraz narastające między nimi konflikty, czy nawet patologie. W Kościele katolickim rozwód, nawet gdy ludzie szczerze się nienawidzą, wzajemnie katują, czy dręczą własne dzieci, nie wchodzi w grę. Złem nie jest krzywda człowieka cierpiącego w małżeństwie, a przerwanie tego stanu rzeczy. Co więcej, zgodnie z konkordatem, Państwo Polskie podpisuje się pod taką doktryną.

Artykuł 12 jest jeszcze bardziej niebezpieczny, niż artykuł 11, zagraża bowiem już nie samym dorosłym, którzy mogą świadomie podejmować decyzje, ale dzieciom. Wedle artykułu 12, punkt 1 Państwo gwarantuję możliwość „zgodnie z wolą zainteresowanych naukę religii w ramach planu zajęć szkolnych i przedszkolnych.” Ta gwarancja oznacza, że już w przedszkolu, można wprowadzić – i w praktyce się to czyni – lekcje religii. Wpisanie zajęć z religii w plan zajęć szkolnych staje się zrównaniem tego przedmiotu co do rangi z innymi przedmiotami. I chociaż w samym konkordacie podkreślona jest dobrowolność zainteresowanych, umiejscowienie lekcji religii w planie zajęć, czyni z niej szkolny przedmiot. Rzecz zupełnie inaczej by wyglądała, gdyby lekcja religii była oddzielona od planu zajęć i odbywała się albo przed, albo po zajęciach – takie umieszczenie zapewniałoby wyjątkowy, poza szkolny charakter zajęć. Sama szkoła byłaby wówczas tylko miejscem udzielonym Kościołowi do odbycia zajęć nadobowiązkowych. Wpisanie lekcji religii w plan zajęć zrównuje religię, co do jej rangi wobec innych przedmiotów, dodatkowo komplikuje sam harmonogram, zwłaszcza wszystkim tym dzieciom, które nie uczęszczają na zajęcia z religii.

Przyglądając się praktyce zastosowania artykułu 12 konkordatu można zobaczyć całą problematyczność tego zapisu. Po pierwsze, dyskusyjne jest miejsce dziecka w Kościele. Rodzice chrzcząc i uczestnicząc z dzieckiem w rytuałach kościelnych, nie dają mu szans na swobodne formułowanie wiary i przekonań, od urodzenia, człowiek zostaje zaprogramowany na konkretną wiarę. I nawet jeżeli ze strony rodziny jest to działanie w dobrej wierze (płynące z chęci zaoferowania dziecku wychowania w świecie wartości, duchowości), jest to decydowanie za człowieka kim ma się stać w przyszłości. Jest to o tyle zastanawiające, że w przypadku obrania drogi zawodowej, życia, rodzice jedynie kierunkują, ale nie wywierają  aż tak silnej, instytucjonalnej presji, jak robią to przy wyborze religii dla dziecka. Po drugie, sama edukacja religijna również niesie w sobie spore obciążenia. Dla wielu dzieci zapoznanie się z koncepcją piekła, czy grzechu może stać się obciążająca i traumatyczna. Z tym faktem wiąże się kolejny zapis w konkordacie: punkt 2 i 3 artykułu 12.

W punkcie 2 czytamy, że „program nauczania religii katolickiej oraz podręcznik opracowuje władza kościelna i podaje je do wiadomości kompetentnej władzy państwowej.” W praktyce oznacza to, że Kościół przejmuje całkowitą kontrolę nad kształtem merytorycznym i dydaktycznym przekazywanych informacji. Brak powołania pedagogów, psychologów czy nawet nauczycieli do zespołu przygotowującego program i podręcznik dla dzieci jest tutaj rażący i niepokojący. Oznacza to, że żaden specjalista w zakresie rozwoju dziecka, jego psychologii nie ma możliwości poprawienia treści i dostosowania ich do psychiki i kształtowania się młodego człowieka. Teolog nie jest psychologiem i pedagogiem, znajomość doktryny nie gwarantuje nic więcej poza wiedzą na temat tajników wiary.  Państwo podpisując tak sformułowany dokument zrzeka się kontroli nad procesem dydaktycznym dziecka, wystawiając je na problematyczne treści. Ważniejsze jest tu wyraźnie prawo Kościoła do indoktrynacji, niż potrzeby rozwojowe dziecka.

Punkt 3, 12 artykułu sprawę dodatkowo radykalizuje przyznając biskupowi diecezjalnemu nadawania upoważnienia nauczycielom/nauczycielkom, którzy mogą przeprowadzać zajęcia w szkole. Ponownie taka decyzja nie może leżeć w gestii człowieka, który jest specjalistą w zakresie teologii. Mówimy tutaj o edukacji dzieci, często w początkowej fazie, a więc o konieczności budowania programu dydaktycznego, który będzie wspierał rozwój jeszcze delikatnych i podatnych na przemoc symboliczną, czy psychiczną istot. Szkoła ma być miejscem formułowania się wiedzy, światopoglądu, zatem każdy kto podejmuje się dydaktyki musi spełniać standardy nie kurii kościelnej, ale kuratora oświaty i jemu ma podlegać. Fakt, że Państwo Polskie udzieliło miejsca do nauczania religii w szkołach jeszcze nie byłby naruszeniem praw dziecka do swobodnego i harmonijnego wychowania, gdyby nie zaburzenie proporcji. Lekcje religii prowadzone w środku dnia, rozbijające normalny, naukowy charakter dydaktyki, brak kontroli nad treściami przekazywanymi dzieciom podczas lekcji religii, brak kontroli nad uczącymi religii w szkole, stanowi całkowite pozostawienie dziecka (nieświadomego, nierozumiejącego co się dzieje) wobec treści, które mogą wypaczać jego obraz świata, wobec ludzi, którzy mogą nie być przygotowani do pracy z dziećmi. Zapis w punkcie 3 o kryteriach wykształcenia pedagogicznego i jego uzupełnienia jako: „przedmiot uzgodnień kompetentnych władz państwowych z Konferencją Episkopatu Polskiego” nie załatwia sprawy, tylko jeszcze bardziej ją destabilizuje. W samym konkordacie powinno być jasno napisane, iż nauczyciel, każdy nauczyciel podlega tej samej procedurze nabywania kompetencji i praw do nauczania, powinien też być tak samo traktowany jak każdy inny nauczyciel. Dlatego ewentualne douczanie się katechety nie powinno mieć miejsca, ewentualne uzgodnienia z Kurią mają charakter kuriozalny, zakładający, że katecheta jest szczególnym rodzajem nauczyciela, którego nie obowiązuje prawo – co podkreśla w całości punkt 4, artykułu 12.

Największym problemem jaki wprowadza do życia społecznego konkordat jest kształtowanie i wpływanie na życie prywatne obywateli. Praktyka niedopuszczalna w demokratycznym ustroju, łamiąca zasady poszanowania wyborów jednostek i prawa decydowania o sobie, własnym życiu. Artykuł 11 i 12 stanowi złamanie zasady wolnego wyboru i poszanowania decyzji. Artykuł 14 raz jeszcze przemieszcza rolę i znaczenie instytucji Państwowych i Kościelnych.

 Artykuł 14, w punkcie 1 przyznaje Kościołowi prawo do: „zakładania i prowadzenia placówek oświatowych i wychowawczych, w tym przedszkola oraz szkoły wyższe wszystkich rodzajów, zgodnie z przepisami prawa kanonicznego i na zasadach określonych przez odpowiednie ustawy.” Fakt, że Kościół może zakładać szkoły nie jest jeszcze wypaczeniem – prywatne placówki nauczania w świecie demokratycznym są standardem. Tak samo jak normą jest ich podporządkowanie prawu obowiązującemu w danym państwie. Tymczasem powyżej zacytowany fragment wyraźnie mówi o prawie kanonicznym i jego obowiązywaniu. W ten sposób prawo kościelne zostaje zrównane z prawem Państwa. Taka sytuacja powoduje zaburzenie sfery Kościelnej i Państwowej, kwestionuje artykuł 1 mówiący o podziale tych instytucji, a samemu społeczeństwu stwarza sytuację niejasną, w której obowiązują dwa rodzaje prawa.

Punkt 2 artykułu 14 wzmacnia tylko zaburzenie samego prawa jak i sfery życia prywatnego; z jednej bowiem strony szkoły kościelne zostają zobowiązane do realizowania minimum programowego Państwa Polskiego, oraz do wystawiania polskich druków i zaświadczeń, ale z drugiej strony szkoły kościelne mogą realizować swój własny program zgodny z prawem kościelnym. Jeszcze raz pojawia się tutaj problem swoistej schizofrenii norm i obowiązujących zasad, co w konsekwencji może doprowadzić do sytuacji w której, szkoła przestaje być placówką niezależną, dydaktyczną, a staje się przestrzenią ideologizacji, spełniając rolę głoszenia wiary i jej doktryny, a nie edukacji i przekazywania wiedzy.

Punkt 4 tego artykułu przyznaje dotacje państwowe szkołom kościelnym, takie same jak szkołom publicznym. Jeszcze raz zatem można zapytać: są to szkoły publiczne czy prywatne, kościelne? Czy jest jakaś różnica pomiędzy instytucjami Kościoła i Państwa, gdzie tutaj jest rozdział tych dwóch instytucji, zwłaszcza, że niepubliczne, kościelne instytucje są finansowane przez Państwo na tych samych zasadach co państwowe? Punkt 3 artykułu 15 tylko pogłębia te wątpliwości: „Papieska Akademia Teologiczna w Krakowie i Katolicki Uniwersytet Lubelski są dotowane przez Państwo.” Ten zapis jednoznacznie, już na poziomie konkordatu wskazuje dwie uczelnie katolickie jako dotowane przez Państwo. Pieniądze publiczne nie są zatem w całości przeznaczane na sprawy Państwowe i obywatelskie, tylko przyznawane są również Kościołowi. Jest to kolejny zapis sugerujący, że Państwo i Kościół stanowią jedność, a Państwo Polskie jawnie ma charakter Kościelny.

Do tych wątpliwości jakie pojawiają się w samym zapisie konkordatu można dołączyć problem praktyki dnia codziennego. W wielu szkołach lekcje religii stają się elementem wykluczania dzieci nie uczestniczących w tych zajęciach. Umieszczone w środku lekcyjnego dnia powodują, że dzieci, które nie chodzą na religię, a nie mają etyki, mają czas wolny. Alternatywne lekcje etyki, jeżeli już są prowadzone w szkołach, nie zawsze mają równy status, nierzadko bowiem sam katecheta kwestionuje ich zasadność, lub zniechęca rodziców i dyrekcję do zapisywania dzieci na etykę (często też szkoła nie zatrudnia odpowiednio wyedukowanych osób, a lekcje etyki nonszalancko traktowane prowadzone są przez innych nauczycieli czy samego katechetę). Dodatkowo Państwo Polskie akceptuje i poszerza kompetencje katechetów i katechetek (często są to sami księża), do działalności w szkole. Ostatni pomysł partii rządzącej, aby katecheta mógł być równocześnie wychowawcą klasy a nawet dyrektorem szkoły, czyni z placówek świeckich religijne. W szkole na samej katechezie się nie kończy. Modlitwy, pielgrzymki, organizowane drogi krzyżowe, obchodzenie różnych świąt religijnych, apele podczas których obecny jest ksiądz i nadaje uroczystościom szkolnym i państwowym charakter wyznaniowy – to wszystko powoduje, że we współczesnej polskiej szkole nie ma miejsca dla ateistów, agnostyków, dla osób, które nie są religijne. Ateista wydaje się wręcz nieistniejącym podmiotem – przynajmniej nie w szkole, nie wobec tego mariażu Kościoła i Państwa. Gdzie zatem wolność obywateli, skoro już na poziomie edukacji odbiera się rodzicom i dzieciom równościowe traktowanie, skoro nie ma poszanowania dla osób niewierzących. Wszechobecność religii ma momentami wręcz charakter nie tyle kultu, co dominacji i pokazywania władzy. Widać to po rozpoczęciach roku akademickiego i szkolnego. Msza święta inaugurująca rok akademicki i szkolny działa wykluczająco. Wspólnota akademicka nie może świętować inauguracji jako jedność, zostaje przez mszę podzielona na wierzących i niewierzących. Co więcej celebrujący mszę za każdym razem traktują niewierzących jako tych, którzy muszą się dostosować – a zatem albo będą biernie uczestniczyć w obcym im obrządku, albo przyjdą spóźnieni na inaugurację. To jawne wykluczenie ateistów i wyznawców innych religii powoduje, że szkoła czy uniwersytet przestaje w tym dniu inauguracji funkcjonować jako wspólnota, zamiast integrować – dzielą. Cała ta ekskluzja, co gorsza, dokonuje się w świetle prawa i za zgodą obu współpracujących ze sobą instytucji.

Artykuł 16 konkordatu wydaje mi się kuriozalny nie tyle ze względu na funkcjonowanie państwa, co ze względu na samą religię. Zwolennicy religii często akcentują jej etyczny i pokojowy charakter. Wedle obrońców życia duchowego w wielu religiach świata można doszukać się zasad moralnych i podstaw etyki. Samo chrześcijaństwo uchodzi, zwłaszcza w oczach swych wyznawców, za religię miłości i pokoju. Chrystusowe kochaj bliźniego swego jak siebie samego, stało się hasłem i wskazówką dla nie jednego wierzącego. Dziwi zatem fakt, iż instytucja, która ma nieść miłość bliźniego swego ma wielką potrzebę uczestniczenia w życiu wojska polskiego. Artykuł 16 jest regulacją zasady obecności kapłanów w koszarach, na poligonie, w wojnie, generalnie w życiu armii. Walczący o pokój, nieprzejednani wrogowie zabijania życia poczętego, godzą się zatem na zabijanie życia już urodzonego. Wygląda to tak, jakby Kościół wrócił do czasów plemiennych, bliźniego swego traktując jako członka własnego narodu, własnej etniczności, a nie jako człowieka, takiego samego jak każdy inny. W konsekwencji chrześcijańska zasada miłości bliźniego nie obowiązuje wobec wrogów ojczyzny, gdzie zatem jej uniwersalny charakter? Co z miłosierdziem bożym? Co więcej kapłani powoływani są na stanowiska wojskowe i odbywają w wojsku nie tylko posługę kościelną, ale wraz z nią służbę wojskową. A zatem Kościół ewangelizujący w XX wieku powrócił do standardów ewangelizacji średniowiecza.

Artykuł 20 konkordatu otwiera drzwi dla Radia Maryja, Telewizji Trwam, oraz wielu wydawnictw kościelnych, mowa w nim bowiem o prawie do „swobodnego drukowania, wydawania i rozpowszechniania wszelkich publikacji z jego posłannictwem”. Problem z tym artykułem tak samo jak z artykułem pierwszym leży w jego nieprzestrzeganiu.  Artykuł 20 w punkcie pierwszym i drugim wyraźnie mówi o publikowaniu i emitowaniu treści zgodnych z posłannictwem kościoła, a więc treści religijnych, a nie politycznych. Praktyka pokazuje jednak zgoła co innego, media kościelne, działają tak samo jak prywatne i rozpowszechniają różnego rodzaju treści, również polityczne, często też przyłączając się do kampanii wyborczych i promujących dane partie polityczne. Brak zważania na to właśnie nadużycie stanowi element pogwałcenia prawa i relacji instytucjonalnych Państwa i Kościoła.

Z drugiej strony, można się zastanawiać, czy w państwie świeckim, demokratycznym, w którym każdy obywatel z założenia powinien być poszanowany w swoich poglądach, odczuciach i przekonaniach religijnych jak i ateistycznych, przyznanie jednemu kościołowi praw do ewangelizacji i szerzenia swoich nauk w mediach jest takie równościowe? Można oczywiście zawsze taki kanał religijny wyłączyć i nie używać w swoim domu. Pytanie jednak dotyczy samych możliwości.

Jeszcze inną sprawą jest obecne zabieganie polityków o obecność w mediach religijnych. Codzienność w Polsce pod tym względem jest daleka od konkordatu. W artykule 20 mamy mowę tylko o treściach religijnych. Tymczasem rozgłośnie radiowe i telewizja katolicka stały się elementem życia politycznego. Obecność polityków w mediach kościelnych stanowi jawne załamanie świeckości Państwa.

Artykuł 21 konkordatu, moim zdaniem, jest bardzo niebezpieczny, choć dla wielu z nas może wydawać się neutralnym. Wróćmy na chwilę do wspominanego na początku Johna Locke’a i jego „listu o tolerancji”. Locke utrzymując, iż w państwie powinna panować swoboda religijna zakłada jej całkowitą dobrowolność. Narzucanie religii, czy nawet jej nauczanie powinno być zabronione, jako łamiące wolność wyboru człowieka.  Wolność polega na świadomej zgodzie w uczestniczeniu w danych praktykach religijnych. Jeżeli człowiek nie jest nimi zainteresowany nikt nie powinien go nagabywać, zmuszać, ani namawiać. Dobrowolność udziału w życiu religijnym i przyjmowaniu danej religii to również poszanowanie autonomii obywatelskiej. Tymczasem w artykule 21 czytamy: „odpowiednie instytucje kościelne mają prawo prowadzenia, każda ze swoją naturą, działalności o charakterze misyjnym, charytatywnym i opiekuńczym. W tym celu mogą one tworzyć struktury organizacyjne i urządzać publiczne zbiórki.” Jednym słowem Kościół dostał od Państwa Polskiego uprawnienie do ewangelizacji, realizowania swojej misji w przestrzeni państwowej. Oznacza to tym samym załamanie poszanowania wolności obywatela do nie uczestniczenia w życiu religijnym. Prowadzenie działalności misyjnej nie ma charakteru demokratycznego, jest próbą nauczania i perswadowania wizji religii i to konkretnej, katolickiej, jako jedynej obowiązującej. Prowadzenie ewangelizacji oznacza więc obecność religijnych treści w społeczeństwie i państwie – co zaprzecza jego świeckiego charakteru.

Dodatkowo artykuł 21 konkordatu wzmacnia artykuł 5 mówiący o misji kościoła, artykuł 8 o wolności sprawowania kultu katolickiego, artykuł 9 wymieniający święta kościelne, stające się państwowymi, i wreszcie artykuł 12, 13, 14 związany z edukacją od przedszkola po studia. Przyznanie kościołowi prawa do ewangelizacji wraz z przyznaniem mu prawa do edukowania, obecności w mediach, wraz z uznaniem jego obrzędów i świąt jako publicznych i oficjalnych oznacza stworzenie struktury Kościelnej w samym Państwie. Państwo w konkordacie zgadza się zaakceptować obecność w życiu publicznym Kościoła. A ze swej istoty życie publiczne demokratycznego, wolnego, suwerennego państwa nie powinno akceptować uprawiania jakiegokolwiek kultu w sferze publicznej. Innym jest prywatna sprawa poszczególnych obywateli którzy w miejscu publicznym (na przykład przechodząc przez ulicę), robią znak krzyża na widok budynku kościoła, a zupełnie inną sprawą jest obecność procesji religijnych na ulicach miast, czy obecność kaznodziei w instytucjach publicznych, nie wspominając o symbolach religijnych. Artykuł 21 oznacza obecność przemocy symbolicznej, religijnej w życiu społecznym Państwa, przyznaje prawo do epatowania treściami religijnymi i upowszechnianiem ich jako elementu codziennego. Zamiast demokracji robi się kościelna teokracja.

Punkt 2 artykułu 21 podkreśla tę dominację kościoła i dysproporcje pomiędzy Państwem i Kościołem. „Przepisy prawa Polskiego o zbiórkach publicznych nie mają zastosowania do zbierania ofiar na cele religijne, kościelną działalność charytatywno-opiekuńczą, naukową, oświatową i wychowawczą oraz utrzymanie duchownych i członków zakonów, jeżeli odbywają się w obrębie terenów kościelnych, kaplic oraz w miejscach i okolicznościach zwyczajowo przyjętych w danej okolicy i w sposób tradycyjnie ustalony.” Czyli Kościół to Państwo w Państwie. Państwo Polskie ma akceptować jego misję na swoim terenie w zamian nie wolno Państwu rozliczać kościoła ani interesować się jego funduszami ani ich pozyskiwaniem. Co więcej w punkcie drugim pojawiają się dość nieprecyzyjne określenia o miejscach i okolicznościach „zwyczajowo przyjętych”, a zatem Kościół może wskazać daną przestrzeń publiczną Państwa i uznać, że „zwyczajowo” była ona miejscem kultu, w związku z tym może na niej robić co chce a jurysdykcja Państwa polskiego ma zostać uchylona na czas trwania jego kultu, oraz zbiórki pieniężnej na jego cele. Sytuacja staje się zatem kuriozalna, gdyż pozwala na korzystanie z Państwa Kościołowi, poza kontrolą tego pierwszego.  Wprawdzie w artykule 19 konkordatu mamy zastrzeżenie, iż obrzędy religijne, które odbywają się w przestrzeni publicznej państwa mają podlegać prawu polskiemu, artykuł 21 w punkcie 2 znosi ten zapis wskazując na „zwyczajowe” przestrzenie, które choć publiczne mogą należeć do kościoła. Co więcej działalność ekonomiczna nie podlega żadnej kontroli państwowej.  Z kolei artykuł 22 staje się próbą zrównoważenie relacji, mowa w nim bowiem o „zrównaniu pod względem prawnym” działań charytatywnych i edukacyjnych Kościoła wobec prawa państwowego, jednak i tutaj Kościół zostaje postawiony w niesymetrycznej względem Państwa roli.

W artykule 22, punkcie 2 pojawia się zapis: „przyjmując za punkt wyjścia w sprawach finansowych instytucji i dóbr kościelnych oraz duchowieństwa obowiązujące ustawodawstwo polskie i przepisy kościelne Układające się Strony stworzą specjalną komisję, która zajmie się koniecznymi zmianami. Nowa regulacja uwzględni potrzeby Kościoła biorąc pod uwagę jego misję oraz dotychczasową praktykę życia kościelnego w Polsce.” A zatem samo Państwo zobowiązuje się wprowadzać porządek Kościelny i służyć celom Kościoła. Skoro misja Kościoła ma być brana pod uwagę przez Państwo przy regulacjach prawnych, oznacza to, że mniej istotne staje się prawo obywateli do tego by żyć bez uczestniczenia w misji kościoła. Uznanie tradycji jako obowiązującej, zakłada, że raz: tradycja stanowi prawo, a dwa, że ważniejsze są wcześniejsze przekonania i działania Kościoła na dawnym terenie niż prawo obywateli do swobodnego użytkowania przestrzeni publicznej. Znika zatem sama przestrzeń publiczna a staje się ona przestrzenią zawłaszczania symbolicznego na mocy uznania, iż przeszłe wydarzenia ukonstytuowały fakt posiadania.

W praktyce prowadzi to do wielu nadużyć, związanych choćby z prowadzeniem życia religijnego w przestrzeni publicznej czy wprowadzaniem symboli religijnych w przestrzeń publiczną. Postawienie znaku krzyża w Polsce  często staje się grą społeczno-religijno-polityczną. Zaczynając od „walki” o krzyż papieski w Oświęcimiu w latach 1998/99, po „obrony krzyża” na Krakowskim Przedmieściu w 2010 roku. Oczywiście takich przykładów można podać o wiele więcej, za każdym razem jednak, pojawia się odwołanie do tradycji religijności samego Państwa, oraz przemocy symbolicznej, gdzie znak krzyża staje się niedyskutowalną świętością, zawłaszczającą teren na którym został postawiony.

Artykuł 25 pokazuje problem tak zwanych dóbr kulturowych: dokumentów, dzieł sztuki, znajdujących się na terenie kościołów i klasztorów. W artykule 25 mowa jest o komisji diecezjalnej powoływanej przez biskupa do współpracy z Państwem mającej na celu zadbanie o dobra kulturowe. Pierwszym problemem jest fakt, że to ponownie Kościół rządzi, do biskupa należy bowiem powołanie komisji. Drugi problem wiąże się z ciągle niejasnym statusem samych dóbr kulturowych. Wiele dzieł sztuki i dokumentów mających charakter historyczny i posiadających wartość naukową wciąż pozostaje w gestii Kościoła. Dokumenty i dzieła sztuki mówiące o Polskiej historii nie są tak naprawdę w pełni oddane badaczom, historykom, a nawet zwykłym obywatelom (wiele dzieł sztuki ginie w archiwach klasztorów, znamy też przypadki w których księża podejmują arbitralne decyzje o przemalowaniu, czy zamalowaniu dzieł sztuki – jak choćby przemalowanie w kościele w Olszynach polichromii Nowosielskiego).

Można by powiedzieć, że konkordat jest tylko dokumentem prawnym regulującym stosunki między Państwem Polskim a Watykanem. Czytając jednak tekst konkordatu, przyglądając się ureligijnieniu życia społecznego i politycznego w Polsce, można dostrzec, że tak jednak nie jest. Konkordat wprowadza relację niesymetryczną pomiędzy Kościołem i Państwem, umacniając pozycję Kościoła i czyniąc z Państwa instytucję podporządkowaną. Wprowadza też dysonans pomiędzy katolikami i nie katolikami, deprecjonując prawa innych religii i osób niewierzących. Wszechobecna rola Kościoła katolickiego, obecność symboli i księży w życiu publicznym Państwa uniemożliwia normlane, demokratyczne funkcjonowanie społeczeństwa, czyniąc z Polski państwo kościelne. Co jednak najważniejsze, konkordat buduje wobec Kościoła narracje o aksjologicznym charakterze, wywyższające religię i czyniące z niej wartość samą w sobie. Biorąc pod uwagę fakt, iż konkordat został wcześniej podpisany i wszedł w życie wcześniej niż wprowadzenie konstytucji w Polsce (ówczesna władza pracowała w oparciu o tak zwaną małą konstytucję), tym bardziej można potraktować ten dokument jako zaburzenie relacji demokratycznych i symboliczną przemoc Kościoła. A państwo demokratyczne potrzebuje symetrii, dbałości również o mniejszości religijne i narodowe, potrzebuje struktur prawnych i państwowych, które pozwolą wszystkim bez względu na tradycję, wyznawaną religię czy liczebność członków danej grupy – na bycie sobą, poza indoktrynacją, czy symboliczną, religijną przemocą. Czytając konkordat można zadać sobie pytanie w jaki sposób jesteśmy państwem demokratycznym?

Podobne materiały

Zostaw komentarz

Wpisz kod antySPAMowy *