• poniedziałek, 21 maja 2018 r.

Tęsknota za górami. Dziennik indyjski 8

Nazajutrz, pokonując riszikeskie rozleniwienie, udaliśmy się tam, gdzie kończyło się miasto i zaczynały coraz bardziej dzikie góry i lasy. Zaobserwowałem, iż Himalaje wyrastają z nizin Północnych Indii nagle, zupełnie inaczej niż czynią to znane mi góry w Europie. Wydaje się, że wystarczy zrobić krok, aby urwiska nabrały więcej stromości. Doskonale widać, że zderzenie płyty indyjskiej z euroazjatycką wciąż trwa, zaś Himalaje, wbrew legendom, są jednymi z najmłodszych tworów na powierzchni Ziemi. Siła niepowstrzymanej natury przemawiała do nas zewsząd, nie dając się pokonać nawet żywotności i liczebności indyjskiego ludu. Idąc miałem wrażenie, iż niemal czuję, jak Himalaje rosną i jednocześnie są ścierane przez potężne wiatry i coroczne wybuchy monsunu. Na szczęście monsun mieliśmy za sobą, nie sądzę bowiem, aby w tym okresie Uttarkhand (stan, który leży na północ od Uttar Pradesh i zaczyna się w Haridwarze) należał do miejsc dostępnych.

 

 

   Zanim jednak daliśmy się ponieść coraz bardziej dzikiej górskiej drodze, mieliśmy okazję podziwiać położoną najwyżej część Rishikeshu. Obok starych wiejskich domów rzucały się w oczy nowo powstające aśramy. Niektóre z nich miały bardzo piękną dekorację rzeźbiarską. Udane przedstawienia bogów i scen z mitologii wskazywały na to, iż na Subkontynencie wciąż żyje wielu zdolnych rzeźbiarzy. Droga wznosiła się coraz bardziej w górę, zaś las wraz z małpami i innymi zwierzętami stawał się coraz potężniejszy i piękniejszy. Nie było jeszcze na tyle wysoko, aby z gałęzi nie zwieszały się liany, rzecz tak kojarząca się z kolonialnymi jeszcze opowieściami o Indiach, choćby z Kiplingiem, którego Mowgli poruszał się z pomocą lian, stając się tym samym prekursorem filmowego Tarzana.

   Dołączył się do nas jakiś dziki pies. Obserwując drogę doszliśmy do wniosku, iż chroni się w ten sposób przed małpami, głównie makakami, które nie oszczędzały psów w walce o swoje wpływy terytorialne. Kaja miała pomysł, aby zejść nad Gangę w dzikim miejscu, lecz nasza droga wznosiła się coraz wyżej nad nią, a zbocza były coraz bardziej strome. Gęste zarośla kryły zdradliwe skalne urwiska. Po naszej stronie rzeki niczego nie było, po drugiej widzieliśmy skrytą wśród niemal pionowo rosnącego lasu bliźniaczą do naszej drogę. Pod nią wznosiły się różne aśramy, coraz jednak rzadsze. Szczególnie rzucał się w oczy przybytek Osho, japońskiego adepta zen, którego tarot i książki stały się ogromnie popularne w Indiach. Widać też było założony w wojskowych namiotach przybytek sportów wodnych, zaś pontony jego mieszkańców unosiły się na rzece. Na naszej leśnej drodze, nad którą wznosiły się skały i imponujące, nie znane mi najczęściej drzewa, panował całkiem spory ruch. Co rusz mijały nas dżipy, ale też autobusy i samochody osobowe. Te ostatnie z ledwością mieściły się na drodze, skłaniając nas do podążania bliżej skał, albo przepaści. Co jakiś czas mijaliśmy białych turystów, którzy też wpadli na pomysł przechadzki, albo też mieszkali w jakiś ukrytych wśród dżungli jogicznych szkołach.  Makaki, podobnie jak my, wygrażały w myślach nadmiernej motoryzacji, wskakując i zeskakując z drogi. W pewnym momencie dostrzegliśmy żelazny most rozpinający się pomiędzy dwoma ścianami kanionu tworzonego przez Ganges. Gdy do niego doszliśmy, zorientowaliśmy się, że od dawna jest w budowie, która raczej nie zbliża się do końca. Mimo to w jego pobliżu znajdowało się kilka budek, w których można było się napić herbaty i zjeść jakąś skromną przekąskę. Jak się okazało, była to mała wioseczka, której mieszkańcy skorzystali z zamieszania spowodowanego budową mostu i rozkręcili działalność usługową. Z przyjemnością napiliśmy się herbaty i zjedliśmy ciastka w towarzystwie lubiących podobnie jak my spokój zwykłych Hindusów. Gdy poszliśmy kawałek dalej, na końcu wsi zobaczyliśmy małą świątynię boskiego wierzchowca Wisznu – wielkiego orła Garudy. Pierwszy raz widzieliśmy chram poświęcony akurat jemu, więc przyglądaliśmy mu się z zainteresowaniem. Miejsce było urocze. Mała wioska, a za świątynią stroma ścieżka pnąca się wzdłuż koryta potoku, który, jak się domyśliliśmy, tworzył w górze wodospad, o którym mówiło się w Rishikeshu. Nie mieliśmy jednak już czasu, aby wspiąć się do niego. Zbliżał się zmierzch, po nim zaś nadchodząca błyskawicznie smolista, indyjska noc. Nie mieliśmy ochoty podziwiać wyczynów kierowców dżipów po zmierzchu. W drodze powrotnej spotkaliśmy młodego Hindusa, który najwyraźniej się spieszył i pytał niecierpliwie o świątynię Garudy. Jak widać, to miejsce było dla kogoś ważne.

   Wieczór w Rishikeshu okazał się dla nas trudny. Tego dnia Diwali puszczono sztuczne ognie, a raczej strzelano petardami. Wybuchające tuż pod nogami, hałaśliwe bomby były dość męczące, zwłaszcza, gdy używano w charakterze petard sztucznych ogni, różnych kręcących się gwiazd etc. Sztuczne ognie bywają piękne, ale używanie ich tylko do robienia hałasu nie spodobało nam się. Tymczasem sklepikarze w przypływie noworocznej miłości zachęcali wręcz dzieci do kolejnych wybuchów, dając im pociski za darmo. Młodzi motocykliści ładowali na pojazdy swoje ładunki i rzucali nimi gdzie bądź. Ciekaw byłem, iloma rannymi wypełni szpitale to święto. Jakkolwiek by nie było, przykry i bezmyślny hałas w żaden sposób nie kojarzył mi się z pięknymi ślokami Ramajany i dominującą w nich barwną pogodą ducha. Gdyby jakiś Hindus spytał mnie o zdanie, rzekłbym mu, iż ów niekontrolowany łoskot zgodny jest raczej z obyczajami armii rakszasów, z którymi walczył Rama. Na próżno szukaliśmy z Kają spokojnego miejsca nad rzeką. Wszystkie były już zajęte przez doprowadzone do histerii krowy, a byk, choćby i karłowaty, gdy jest wściekły, nie zachęca do siedzenia w jego pobliżu. Petardy i sztuczne ognie rozlegały się przez całe pięć dni Diwali, a także parę dni wcześniej i potem. Jednakże tego dnia nastąpiło szczególne nasilenie owych kanonad. Jak zauważyła Kaja, petardy to sztuczne ognie ubogich, oni też chcą jakoś uczcić swoje święto. Cóż, całkiem możliwe, ale cóż świątecznego jest w robieniu hałasu dla samego hałasu?

   Po niespokojnej nocy postanowiliśmy wyruszyć gdzieś z Rishikeshu. Najlepiej w wyższe góry. Nie łudziliśmy się oczywiście, iż zdołamy odbyć kilkudniową podróż w wysokie Himalaje, lecz chcieliśmy znaleźć takie miejsce, z którego przynajmniej byłoby je widać. Dzieliło nas od nich niespełna 100 kilometrów, lecz w linii lotniczej. Autobus pokonywał przez cały dzień niekiedy kilkanaście kilometrów pnącymi się w górę i w dół serpentynami. W drodze do dolnego miasta kupiliśmy przewodnik i wyczytaliśmy z niego, iż najbliższą miejscowością słynącą z widoku na ośnieżone szczyty najwyższych gór świata jest Mussoorie. Aby dotrzeć do owego miasta, trzeba było udać się do Dehra Dun, najstarszej miejscowości w stanie, znanej już od starożytności, ważnej dla władców mogolskich oraz dla brytyjskich okupantów, którzy utworzyli w niej wiele sławnych instytucji przyrodniczych, od których zaczęło się współczesne zainteresowanie Himalajami. To właśnie w Dehra Dun działał Everest, od którego nazwano najwyższy szczyt Ziemi.  

   Zostawiliśmy plecaki przy aśramowej świątyni Ramy i udaliśmy się w stronę dworca autobusowego, aby zorientować się kiedy odjeżdżają autobusy. Po drodze spytaliśmy również o koszt takiej podróży kierowcę dżipa. Dżipem zwykle jeździło czterokrotnie tylu miejscowych, na ile przewidziana była pojemność tego pojazdu. Jako, że cena rozkładała się na jadące osoby, spodziewaliśmy się zatem, iż usłyszymy wysoką kwotę, lecz i tak byliśmy zaszokowani. Jak się później okazało, kierowca podał nam półtora razy wyższą cenę od przyjętej. Do tego wmawiał nam, iż nie miałby z kim wrócić, choć, jak się później dowiedzieliśmy, trasa Rishikesh – Dehra Dun należy do najpopularniejszych obsługiwanych przez dżipy.

   Kaja zapamiętała, iż dworzec autobusowy znajduje się nieco poniżej większej kładki, w najniższej części prawobrzeżnego Rishikeshu. Poszliśmy zatem w tamtą stronę. Po drodze miałem wreszcie okazję podziwiać większy wiszący most za dnia. Zdumiało mnie to, że jeżdżą nim też motocykle, a po środku kołyszącej się konstrukcji drzemią sobie krowy. Ruch na moście był dość spory, ale i tak znikomy zważywszy na fakt, iż łączy dwie części dość sporej indyjskiej osady. Ktoś musiał chyba nadzorować przepływ ludzi do lewobrzeżnego Rishikeshu, ale nie wiem, jak to się odbywało. Przez cały czas mojego pobytu w tym mieście nie spotkałem ani jednego policjanta. Prawobrzeżna część okazała się być już zupełnie indyjska w swojej chaotyczności i witalnym zaniedbaniu. Rozpoczynała się bazarem, gdzie było dużo bransoletek, co zatrzymało Kaję na chwilę. Później minęliśmy wielki postój ryksz i szliśmy bardzo długo, zaś dworzec autobusowy nie chciał się pojawić. Coraz bardziej zdumiony zerkałem na Kaję, która mówiła mi, iż ów dworzec jest niedaleko od mostu. Tak blisko, że w zasadzie nie zapamiętała prawobrzeżnego miasta, gdyż od razu znalazła się w lewobrzeżnym. „Cóż, Kaja w Indiach stała się znakomitą piechurką” – pomyślałem sobie, ocierając pot z czoła. Gdy jednak doszliśmy do uroczego skweru z przedstawieniem jego fundatora w centrum i pięknymi starymi figowcami po bokach, nawet Kaja poczuła się zmęczona. Jak się później okazało, autobus, którym pierwszy raz przybyła do Rishikeshu zatrzymał się znacznie powyżej dworca. Wzięliśmy w końcu rykszę autobusową (bardzo trudno niekiedy zdobyć w nich miejsce, gdy jest się turystą), która zbiera ludzi tak jak autobus, i za bardzo niewysoką cenę zaczęliśmy jechać do dworca. Wjechaliśmy w zwarty, zupełnie indyjski Rishikesh, pełen domów, sklepów, kurzu i mniej lub bardziej prowizorycznych pomysłów na wszystko. Zdumiała mnie rozległość tej miejscowości. Rishikesh znany turystom był tylko małą jej dzielnicą. W tej części więcej było starych domów, usiłujących przetrwać napór poszarzałych reklam, witryn i przybudówek. Niezwykle wyglądało po drodze koryto okresowego dopływu Gangesu, nad którym przejechaliśmy mostem. Po horyzont rozciągały się naniesione nieobecną teraz rzeką głazy, nieliczne zaś pojazdy stały pośród piasków, gdzie ktoś chyba stworzył również tymczasowy warsztat.

   Choć angielski panoszy się w Indiach wszędzie bez litości, jeśli chodzi o autobusy, wszystko opisane jest w lokalnych językach, czyli w naszym wypadku w hindi. Bez znajomości dewanagari, pisma sanskryckiego używanego w północnych Indiach, droga do korzystania z komunikacji autobusowej jest dla turysty w dużej mierze zamknięta. Aby było zabawniej, nazwy miast indyjskich pisze się niekiedy w dość zaskakujący sposób, w stosunku do ich łacińskiej transliteracji. Jest również wiele wersji spółgłosek, które w transliteracji zapisuje się tak samo, różnie też łączą się one z innymi spółgłoskami i samogłoskami. Pismo dewanagari nie jest bowiem alfabetem, lecz pismem sylabicznym, w którym przyjęte są pewne nieregularności… Do tego stare miejscowości czyta się już inaczej, niż się je pisze. Na szczęście byłem z Kają, która dewanagari miała już znakomicie opanowany, a i ja mogłem się niekiedy czegoś doczytać. Co oczywiście nie oznacza, iż zawsze byliśmy w stanie się rozczytać się w odjeżdżającym już autobusie. Ciężko było na przykład niekiedy rozeznać się w tym, co było ogłoszeniem natury ogólnej, reklamą przewoźnika itp., a co nazwą miejscowości. Jeśli chodzi o dowiadywanie się czegokolwiek od indyjskich pasażerów, to wielu z nich naprawdę nic nie wie. Albo są turystami, gorzej poinformowanymi niż my (na przykład jadą odwiedzić pierwszy raz w życiu dalszą rodzinę), albo mają swoją kocią ścieżkę, jeden autobus, o jednej porze, w jedno miejsce (zwykle nie końcowe) i o innych kursach nic nie wiedzą. Co gorsze, wiele osób, nie wiedząc wiele, stara się coś życzliwie zaimprowizować w ramach odpowiedzi.

   Z informacji zawartych na rozpisce dworca autobusowego zorientowaliśmy się, że ostatni kurs do Dehra Dun ma miejsce o godzinie 19.00, zaś autobusy wyjeżdżają co pół godziny. Postanowiliśmy więc wrócić po plecaki, zjeść coś w Budda Barze i przyjść na 18.00. Po drodze, przy mniejszej kładce, odkryliśmy inną ciekawą księgarnię, po której wchodziło się po schodach. Znaleźliśmy też intrygującą i wysoce malowniczą ścieżkę schodzącą z wysokości głównej drogi prawobrzeżnej do placu z Ramą przy moście. Były to kręte, przechodzące przez bazary i podwórka schody. Trochę tylko nie podobał mi się pomysł wędrowania nimi w górę, z plecakiem pełnym książek, gdyż nie chcieliśmy stać się ofiarami chciwości rykszarzy czyhających tylko na białych przy posągu awatara Wisznu. W Budda Barze nasze towarzyszki z CIH doznały pewnego szoku. Gdy nas ostatni raz widziały, jedliśmy tam śniadanie, teraz zaś spotkały nas w tym samym miejscu. Niektóre z nich zapewne zupełnie szczerze uznały, iż Riszikeskie rozleniwienie sprawiło, iż jemy śniadanie sześć godzin.

   Gdy znaleźliśmy się ponownie za malowniczymi schodami, pojawiły się oczywiście problemy z transportem, gdyż nikt nie chciał nas wziąć rykszą grupową do dworca autobusowego. Okazało się natomiast, iż w Rishikeshu istnieje też dworzec kolejowy! Byłem przekonany, iż nie funkcjonuje, tyle bowiem osób korzystało z drogich ryksz. Widziałem wprawdzie po drodze z Haridwaru rozsypany most kolejowy, ale dostrzegłem też przecież lśniące od używania tory wiodące gdzieś dalej. Całkiem możliwe, iż ów rozsypany most wiódł do jeszcze innej miejscowości położonej obok Rishikeshu. W końcu zebrała się ekipa Hindusów gotowa by jechać na dworzec autobusowy i ruszyliśmy. Na miejscu pojawiły się kolejne przeszkody. Stał tam ogromny tłum chętnych aby dostać się do Dehra Dun i ledwo dostrzegaliśmy autobus, już był on obwieszony ludźmi. W końcu wszystkie wyjechały i zaczęliśmy szukać innych rozwiązań. Na nasze nieszczęście spotkaliśmy parę młodych Hindusów, którzy byli w podobnej jak my sytuacji.  Przyłączyliśmy się do nich, i po nieudanych próbach złapania innego autobusu z drogi zdecydowaliśmy się pojechać do miejsca stanowiącego nieformalny dworzec dżipów. Znów zdumiała mnie rozległość Rishikeshu. Nie ma chyba w Indiach miejscowości naprawdę małej! Zapewne nawet ta osada przy świątyni Garudy, którą poznaliśmy wczoraj, złożona z pięciu może domów, okazałaby się jakąś metropolią po wnikliwszym poznaniu… Z dżipami było jeszcze gorzej. Wpierw nikt nie był zainteresowany Dehra Dunem. Później pojawił się tłum ludzi tam jadących, który zapełniał dżipa za dżipem bez reszty, zanim zdołaliśmy z naszymi Hindusami o cokolwiek zapytać. W końcu okazało się, iż chłopak zdobył tylko trzy miejsca i przepraszając nas za to, iż się spieszą na pociąg, pojechali. Postanowiliśmy zatem wrócić na dworzec autobusowy, rozmyślając po drodze nad planem awaryjnym, czyli projektem zwiedzenia Haridwaru, nie tyle gatów, co sławnej na całe Indie świątyni bogini Durgi, wokół której żyją tygrysy, gdyż było ona położona na skraju Parku Narodowego. Dworzec przypominał błotnisty step pełen latających w tę i we w tą ludzi, autobusy zaś zjawiały się zewsząd. Na większości z nich napisane było „Delhi”, albo „Haridwar”. W końcu pojawił się pojazd do Dehra Dunu, grubo już po 19. My byliśmy wtedy na dwóch końcach dworca, ale zdobyliśmy jedno miejsce siedzące, a uprzejmi pasażerowie (jak zwykle w Indyjskich autobusach) ścieśnili się, abyśmy mieli jeszcze jedno.

   Było już ciemno, zaś nasz pojazd wyczyniał najprzeróżniejsze skręty, zwroty, raz w górę, raz w dół. Czułem się jak na karuzeli i zastanawialiśmy się, czy panująca za oknami smolista ciemność nie chroni nas przed jakimiś niezbyt miłymi stanami lękowymi. Tym niemniej podróż była bardzo przyjemna. To płynięcie nad jakimiś urwiskami w absolutnym mroku miało w sobie coś niezwykle poetyckiego. Później się dowiedziałem, iż Dehra Dun, który położony jest w rozległej kotlinie, zewsząd otoczony jest stromymi górami, które przy właściwych Himalajach określało się mianem wzgórz (choć przekraczały tysiąc metrów wysokości względnej, a dwa tysiące bezwzględnej).

   Gdy, pod dwóch godzinach podróży, zaczęliśmy wjeżdżać do Dehra Dun, nie dostrzegłem żadnej miejscowości (a miasto ma milion mieszkańców). Za oknem pojawiały się jedynie rozrzucone co jakiś czas kępki luźnych zabudowań i jakieś pola, uroczyska i zbyt nieśmiało walczący z tym wszystkim las. Jechaliśmy przez taki teren długo, po czym zatrzymaliśmy się na drodze pełnej autobusów. Gdy wysiedliśmy w tym szczerym polu, zorientowaliśmy się, iż wszystkie one jadą do Delhi. Po kilku dłuższych chwilach błąkania się w rozświetlonej reflektorami autobusów ciemności odkryliśmy jakiś osadzony na planie koła mały ogród botaniczny, bardzo zadbany. Przeszliśmy przez niego do jakiejś budowli, która okazała się częścią gigantycznego dworca autobusowego, jakiego nie ma nawet w Delhi (ale jest w nim wiele dworców, dodajmy). Na setkach stanowisk stały setki autobusów. Wszystkie jechały do Delhi. Znaleźliśmy stanowisko autobusów do Mussoorie, stał na nim (zgadnijcie…) autobus do Delhi. Zaśmiałem się, gdyż niedawno czytałem książkę o Indiach Francuskiego scenarzysty związanego z Brookiem i jego Mahabharatą. W tym ciekawie napisanym alfabetycznych zbiorze impresji autor stwierdza, iż Delhi jest piękne, szkoda tylko że nie istnieje. Ach ci ludzie teatru, rozmiłowani w przesadnych gestach! W Dehra Dun Delhi istniało bardziej niż Dehra Dun, a byliśmy ponad 250 kilometrów od niego, co, gdy wchodzą w grę góry i North Indian Railway jest dystansem bardzo poważnym. Dworzec w Dehra Dun, jeśli pominąć kłopoty z wyjechaniem zeń gdziekolwiek oprócz Delhi, okazał się miejscem luksusowym. W dworcowych sklepikach sprzedawano tylko zagraniczne słodycze, bardzo jak na indyjskie standardy drogie. Kupiliśmy pyszne tureckie batoniki, jedne z najlepszych na świecie. Po dworcu kręciły się głównie tłumy Sikhów – mężczyzn w malowniczych turbanach i kobiet w pendżabi. Przyczyną była ogromna ilość miejsc w pobliskich górach związanych z ich dziesięcioma guru. W informacji dowiedzieliśmy się, iż z dworca co pół godziny jeżdżą autobusy do Mussoorie, lecz nie o tak późnej porze. Zasugerowano nam, abyśmy udali się w pobliże dworca kolejowego, przy którym znajduje się mały dworzec autobusowy obsługujący głównie trasę Dehra Dun – Mussoorie. Nawet tak się nazywał – Mussoorie Bus Station.  Ale, jak stwierdził informator, również stamtąd o tej porze nie należy liczyć na autobus. Tym niemniej musieliśmy znaleźć jakieś miejsce na nocleg, a przy dworcu autobusowym nie było niczego.

   Wzięliśmy zatem rykszę i przejechaliśmy nią jakieś siedem kilometrów. Wokół nas wciąż nie pojawiało się nic, co można by nazwać zabudową miasta wielkości Agry, czy Łodzi. I tak było niemal do samego końca, jeśli nie liczyć kilku zrujnowanych kamieniczek, zapełnionych hotelami i zdumiewającą ilością bankomatów. Przed dworcem czyhali tylko taksówkarze chcący wziąć do Mussoorie. Byliśmy zatem na dobrym tropie, choć za późno, by dziś złowić naszą zwierzynę. Dwa autobusy stały, czekając najwyraźniej poranka. Nie pozostało nam nic innego, jak udać się do hotelu. Długo szukaliśmy jakiegoś za godziwą cenę i nie znaleźliśmy. Za żenujący standard proponowano kwoty, za które w Delhi i Agrze można by znaleźć czysty i pełen luksusów pokój z balkonikiem. Wszystkie hotele prowadzili Sikhowie. Zorientowałem się, iż padamy ofiarami zdzierstwa na pielgrzymach. Współwyznawcy właścicieli hoteli zapewne hojnie szastają pieniędzmi, aby nadać powagi swej odbywanej raz w życiu pielgrzymce do świętych miejsc. „Nie wypada się przecież targować, gdy chodzi o zbawienie” – myślą sobie naiwni pielgrzymi i nie tak już naiwni właściciele hoteli. Gdy układając się do snu spoglądaliśmy przez obskurne okno na obskurny widok suteren drogich hoteli, zły byłem na Dehra Dun. To piękne ponoć miasto, słynące z ogrodów, nie pokazało się nam od najlepszej strony. Z tym miastem, zdaniem jednego z przewodników, związany był nawet wielki sitarzysta Vilayat Khan.  To miasto było bramą na Himalaje… Choć patrząc z drugiej strony, wszędzie można mieć podobnego pecha. Nawet przepiękne Delhi nie zachwyci, gdy ograniczymy je tylko do przydworcowej ulicy, co większość turystów robi.

   Rano udaliśmy się w poszukiwaniu jakiegoś centrum, aby coś zjeść. Na hotelowe restauracje staraliśmy się nawet nie spoglądać. Ruch panujący na naszej pustej ulicy wskazywał na obecność dużego ośrodka miejskiego. Lecz nie znaleźliśmy go tym razem. Wróciliśmy na Mussoorie Bus Station i weszliśmy do autobusu, gdzie dowiedzieliśmy się, iż trzeba wpierw kupić bilet w dworcowym okienku. Rzecz to w Indiach rzadka, gdyż zwykle nabywa się bilety w pojeździe. Nie tylko my byliśmy tym zdumieni. Ustawiliśmy się zatem w kolejce. Kaja w żeńskiej, ja w męskiej. Jak zwykle kobiety miały lepiej, gdyż mniej ich podróżuje. W pewnym momencie autobusy ruszyły i przestano sprzedawać bilety. Sprzedaż postanowiono wznowić, gdy przyjadą nowe. Ogólnie do Mussoorie autobusy jeździły dwójkami, jako, że były mniejsze od typowych tego typu pojazdów. Kolejka i kasy nie były złym pomysłem, zważywszy na to, iż zasada „kto pierwszy ten lepszy” była dość trudna dla nieprzyzwyczajonych do niej osób, do których wciąż, mimo usilnych starań, należeliśmy (podobnie jak całkiem spora część łagodnych i życzliwych Hindusów). Tym niemniej murek przy kasach został uznany nocą przez podróżnych za toaletę, co nie uprzyjemniało stania w kolejce, na co wszyscy narzekali. Czyli jednak w tym wypadku granice anarchii zostały zdaniem indyjskiej społeczności przekroczone… Można sikać w miejscach publicznych, lecz bez przesady, nie aż w tak publicznych… Przecież gdzie indziej też są mury. Mury są, tak poza tym, wciąż w powszechnym użyciu nie tylko dlatego, iż brakuje szaletów publicznych. Te ostatnie zdarzają się niekiedy obficiej niż w naszym kraju. Lecz, jeśli nie są płatne, nawet bardzo dzielny hinduski mężczyzna nie jest w stanie niekiedy do nich wejść. Nie sprząta się ich bowiem, popełnia się też rażące błędy w dziedzinie zapewnienia odpływu z nich ludzkich odchodów. Chyba nawet muchy boją się do nich niekiedy wlatywać…

    W końcu zasiedliśmy na naszych miejscach, po napiciu się czaju. Kaję zirytowała zeuropeizowana indyjska studentka, z rodzaju osób, którym wszystko się należy. Wpierw starała się uporczywie wepchnąć do kolejki (a wyglądała jak sympatyczna intelektualistka, drobna, o ładnej twarzy, w okularach, nieco tylko otyła), później, nie posiadając biletu, robiła ogromne zamieszanie w autobusie. Indyjskie kobiety zazwyczaj są słodkie, ale zdarzają się niekiedy prawdziwe babsztyle, które wszyscy powinni omijać szerokim łukiem. Być może jest to kwestia wychowania. Kobieta w bogatej rodzinie jest dowodem pozycji społecznej. Rodzice sprzedają córkę godnemu tego rodowi, a ona, przechodząc z rąk do rąk, ma wrażenie, że samym swoim istnieniem stanowi najwyższą cnotę. Taka osoba nigdy nie gotuje, nigdy nie sprząta, gdyż od tego jest służba. Jeśli coś studiuje, to na zasadzie ozdoby podkreślającej jej wspaniałość. Pracować nigdy nie będzie, bo nie wypada. Jedynym wysiłkiem jest w jej wypadku urodzenie dziecka (wiadomo, następca rodu), lecz później owym dzieckiem zajmuje się mamka i służba. Zatem takiej osobie wszystko się należy. Jeśli zaszczyca swoją obecnością niegodny autobus, pytanie o bilet jest z jej perspektywy obelgą.

   Nie zdążyliśmy nic zjeść w Dehra Dun, na szczęście czaj poprawił nam humory. Autobus, klekocząc niedokręconymi blachami, z których w całości się składał, ruszył w głąb Dehra Dunu. Zaczęliśmy dostrzegać wyższą zabudowę, liczne galerie handlowe, jakieś instytucje pogrążone w zieleni. Nie było to jeszcze nic szczególnego przy innych znanych nam w Indiach miejscach, ale miasto prezentowało się zdecydowanie lepiej, porównując z ulicą przydworcową. Jak zwykle patrzyłem na zdobiące nasz pojazd inskrypcje w języku hindi. Cały czas dziwi mnie to, że zarówno plansze na autobusowych dworcach, jak na i w autobusach pisane są ręcznie. Tak jakby pismo dewanagari nie dorobiło się własnej typografii użytkowej. Choć przecież wydaje się liczne gazety w hindi…  Po przeciśnięciu się przez zatłoczone ulice centrum czekałem momentu, kiedy wreszcie zaczniemy wjeżdżać w górę. Pamiętałem przesadne relacje o położeniu Haridwaru w górach, kiedy to z ledwością widać z niego wątłe wzgórza. Może i górskość Mussoorie jest przesadzona? Minęliśmy wielką świątynie Sziwy, i autobus, jakby chciał odpowiedzieć moim myślom, zaczął piąć się w górę. Ale jak! Nie ma chyba w Europie tak stromych dróg. Niemal po chwili zaczęliśmy wić się serpentyną ponad zapierającymi dech w piersiach urwiskami. Mijanie się z samochodem nadjeżdżającym z naprzeciwka było coraz bardziej karkołomne. Autobus leciał niemal w powietrzu. Rzeźba gór była tak stroma jak w Wysokich Tatrach, choć z uwagi na tropikalny klimat, niezłomne drzewa upodobniały pobliskie szczyty do Tatr Zachodnich. Wysokość szczytów była również tatrzańska – od 2100 do 2600 metrów nad poziomem morza. Dehra Dun położone chyba było niżej niż Zakopane, więc wysokość względna była najpewniej jeszcze większa. Nie było tu wiele domów, głównie drzewa i skały. Czułem się tak, jakbym podróżował autobusem po tatrzańskich graniach, gdyż droga wcale nie trzymała się przełęczy. Niekiedy tuż za moimi oknami migał szczyt jakiejś pomniejszej góry, po chwili widziałem go już z lotu ptaka. Nasz autobus, dzieło koncernu Tata, jak niemal wszystkie pojazdy dwuśladowe w Indiach, dawał sobie z tym radę zadziwiająco sprawnie. Miał też świetne hamulce, gdyż nieraz zatrzymywaliśmy się jednym kołem nad przepaścią, aby wyminąć się z innym, nadjeżdżającym z naprzeciwka pojazdem. W tej podróży było coś niesamowitego, przypomniał mi się przepiękny opis Lovecrafta przedstawiający podróż przez strome, choć nie tak wysokie, góry Bostonu. Tę drogę też najpewniej wytyczyli zresztą Anglosasi. Spojrzałem na twarze podróżnych, i niektóre z nich były nieco zielone. Hindusi, mężni w wielu sytuacjach, żyją przeważnie na terenach nizinnych (choć nie brak w ich kraju gór). Niziny są po prostu tak gęsto zaludnione, że indyjscy górale toną, niczym kropla w morzu, w ogromnych rzeszach mieszkańców takiego choćby gigantycznego Uttar Pradesh, płaskiego niemal jak stół. Dla nich choćby Gowardan, znajdujące się nieopodal Vrindavan wzniesienie, które wedle legendy miał podnieść młody bóg Kriszna, jest górą. Nawet najniższe wśród Wzgórz Trzebnickich śmiało mogą konkurować z Gowardanem… Nam z Kają też robiło się trochę nieswojo, gdy po swojej stronie autobusu widzieliśmy tylko kilkudziesięciometrową przepaść, a autobus zjeżdżał jeszcze trochę w tę stronę, by przepuścić jakąś karłowatą, ale masywną jak czołg ciężarówkę.

   Po połowie podróży zjechaliśmy z głównej drogi do Mussoorie, aby zahaczyć o inną, ujętą w rozkładzie jazdy, miejscowość. Tu mogliśmy odczuć czym się różni droga lokalna od krajowej. Stromizny były jeszcze większe, droga mniejsza, asfalt z niej schodził obnażając co rusz połacie zdradliwej ziemi. Mijaliśmy jakieś brytyjskie i tybetańskie domostwa, wpierw widząc je od dołu, zaraz później oglądając ich dachy. Autobus zatrzymał się tam pod kątem 60 stopni, zaś ludzie wchodzili do niego, jak do przewróconej łodzi podwodnej. Za tą miejscowością wjechaliśmy znów na drogę główną i zobaczyliśmy na najwyższej grani rozrzucone bryły większych budynków. Było to Mussoorie. Po doświadczeniach z Dehra Dun zaczęliśmy wypatrywać jakieś zwartej zabudowy, lecz wciąż mijaliśmy tylko pojedyncze domy i żyjące swoim wewnętrznym życiem hotele. Zaczęliśmy się martwić o pieniądze, gdyż aby je pobrać potrzebowaliśmy bankomatu, a nie zanosiło się na razie na to, aby były tu jakieś.  Na zboczach drogi pojawiły się piękne, żeliwne altanki, stanowiące punkty widokowe. Była to pozostałość pobrytyjska, wyglądająca niezwykle pośród tych leśnych pustkowi. Gdzieniegdzie, prawie bujając się nad przepaścią za pomocą swojej drewnianej budki, ktoś sprzedawał czaj. Tak zapatrzeni wjechaliśmy na niewielki placyk, będący dworcem autobusowym Mussoorie.

 

Ciąg dalszy nastąpi…   

Zobacz inne opowieści z Indyjskiego dziennika – kliknij tutaj

Dziennik IndyjskiDziennik Indyjski to opowieść z rocznego pobytu w Indiach i na Sri Lance poświęcona badaniom kultury i codziennego życia. Nie znajdziecie w tej historii idealizacji Indii ani "turystyki slumsowej". Zobaczycie natomiast sceny z życia artystów i normalnych ludzi. Jacek Tabisz pisał ten cykl indyjskich obrazów w trakcie badań muzyki indyjskiej osiem lat temu. Od tego czasu zmienił poglądy na różne sprawy, więc nie pod wszystkimi poglądami wyrażonymi w tekście podpisuje się obecnie. Ciekawość wobec Indii i zamiłowanie do indyjskiej sztuki mają się jednak nadal dobrze.

Podobne materiały

Zostaw komentarz

Wpisz kod antySPAMowy *