• piątek, 20 stycznia 2017 r.

Tim Farron nowym liderem Liberalnych Demokratów

farronWynik majowych wyborów do Izby Gmin był dla Liberalnych Demokratów katastrofalny. Elektorat okazał się nader krytyczny względem rezultatów koalicji z konserwatystami (moim zdaniem całkiem niezłych, dodających ludzkie oblicze torysowskiemu naciskowi na ekonomiczną efektywność). Parlamentarna reprezentacja partii skurczyła się z pięćdziesięciu siedmiu do zaledwie ośmiu posłów. Z mandatami pożegnało się kilkoro ministrów oraz wieloletnich parlamentarzystów.

Stojący dotąd na czele LibDemów Nick Clegg co prawda obronił miejsce w Parlamencie, ale (zgodnie zresztą z brytyjskim obyczajem politycznym) wziął odpowiedzialność za klęskę na siebie i nazajutrz po wyborach ustąpił ze stanowiska przewodniczącego. Zaistniała zatem konieczność wyboru jego następcy. 16 lipca Tim Farron pokonał w głosowaniu Normana Lamba. Do tego czasu władzę w partii tymczasowo sprawowała członkini Izby Lordów, baronessa Brinton, wybrana naprędce na wiceprzewodniczącą, jako że i na tym stanowisku zaistniał wakat.

Zgodnie z wewnątrzpartyjnymi przepisami, kandydaci do przywództwa musieli zdobyć poparcie co najmniej 10% reprezentantów LD w Izbie Gmin (co nie jest obecnie trudne, jako że jeden poseł wystarcza z nawiązką) oraz co najmniej 200 członków z nie mniej niż 20 lokalnych partii (odpowiednik kół). W głosowaniu obowiązuje teoretycznie system głosu alternatywnego, ale ponieważ jest tylko dwóch kandydatów głosowanie było po prostu większościowe.

45-letni Timothy James (posługujący się zdrobnieniem Tim) Farron ukończył nauki polityczne na Newcastle University, karierę zawodową związał z edukacją. Do Partii Liberalnej wstąpił w wieku 16 lat. Do Izby Gmin wybrany został w roku 2005, była to czwarta jego kampania parlamentarna (oprócz tego dwukrotnie był radnym, startował również w wyborach do Parlamentu Europejskiego). Był sekretarzem ówczesnego lidera Menziesa Campbella, a także rzecznikiem partii w obszarach spraw wewnętrznych oraz środowiska. W latach 2011-2014 sprawował funkcję przewodniczącego (president – zwracam uwagę, że jest to zupełnie inne stanowisko niż leader) Liberalnych Demokratów.

58-letni Norman Peter Lamb to prawnik po University of Leicester. W roku 1981 zaangażował się w działalność polityczną zawiązanego wówczas sojuszu Partii Socjaldemokratycznej i Liberalnej, z połączenia których powstali później Liberalni Demokraci. W latach osiemdziesiątych był radnym w Norwich. Podobnie jak Farron o miejsce w Izbie Gmin ubiegał się od roku 1992, cel udało mu się osiągnąć o wybory wcześniej niż późniejszemu konkurentowi, w 2001 r. W swej karierze parlamentarnej Lamb pełnił funkcję rzecznika partyjnego w kilku obszarach (rozwój międzynarodowy, handel, zdrowie, ekonomia) oraz sekretarza byłego lidera LD Charlesa Kennedy’ego i ostatnio wicepremiera Clegga. W rządzie koalicyjnym zajmował stanowiska ministerialne (Minister of State – pamiętajmy, że nie chodzi tu o szefa resortu), odpowiadając za sprawy zatrudnienia oraz opieki zdrowotnej.

Obydwaj kandydaci zdobyli poparcie prominentnych Liberalnych Demokratów – byłych i obecnych posłów do Izby Gmin czy Parlamentu Europejskiego lub też członków Izby Lordów oraz zgromadzeń lokalnych. Farrona popierali m.in. lord Steel (David Steel, ostatni lider Partii Liberalnej przed powołaniem LD), były wiceprzewodniczący LibDemów Simon Hughes, była posłanka (i następczyni Lamba jako minister ds. zatrudnienia) Jo Swinson, a także liderzy szkockiej i walijskiej gałęzi partii. Poparcie Timowi Farronowi udzieliły też redakcje Guardiana i The New Statesman (prasa brytyjska bowiem, w odróżnieniu od strojącej się nieraz w piórka udawanej bezstronności polskiej, nie waha się zajmować oficjalnych stanowisk w wielu spornych politycznie sprawach). Za Lambem opowiedzieli się zaś m.in. byli liderzy partii Paddy Ashdown i Menzies Campbell, baronessa Bonham Carter (kuzynka znanej aktorki, pochodząca zresztą z zasłużonej dla brytyjskiego liberalizmu rodziny – prawnuczka premiera Asquitha) czy były eurodeputowany (znany federalista) Andrew Duff.

Za faworyta w wyścigu o przywództwo od początku uchodził Farron. Różnice programowe między kandydatami były dość subtelne, ale jednak pewne dało się zauważyć. Tim Farron był kandydatem kojarzonym raczej z lewym, socjalliberalnym skrzydłem partii. Lamb miał być zaś przedstawicielem tzw. Orange Bookers, bardziej centrowych, skupionych na wolności ekonomicznej. Różnica ta przekładała się też ma na to, że Lamba postrzegano jako kandydata kontynuacji i obrony dorobku koalicyjnego rządu, jego rywal zaś miał być popierany przez bardziej lewicujących działaczy, którzy związkowi z torysami od początku byli niechętni. Należy jednak zaznaczyć, że takie podziały są umowne i nie ma tutaj żadnych prostych zależności, o czym świadczy choćby poparcie Farrona przez eksminister Swinson.

Ciekawym aspektem związanym z osobą Tima Farrona jest jego głęboka religijność, co w brytyjskiej tradycji nie stanowi najdrobniejszego dysonansu z zaangażowaniem politycznym po stronie liberalnej. Sam mówi, że nawrócenie w wieku osiemnastu lat było najważniejszą decyzją w jego życiu (co zdaje się wskazywać na przynależność do nurtu „born again Christian” choć w łonie Kościoła anglikańskiego). Nie są to czcze deklaracje, wiara rzeczywiście zdaje się kształtować sumienie tego polityka. Choć deklaruje poparcie dla dostępności aborcji, nieraz wytyka mu się nieobecności lub wstrzymywanie się od głosu podczas głosowań w sprawach z tym zagadnieniem związanych. Farron nie uchodzi też za czempiona praw osób LGBT – choć głosował za małżeństwami jednopłciowymi, był przeciw nakładaniu na właścicieli prywatnych przedsiębiorstw sankcji za dyskryminację na tle orientacji seksualnej. Część zwolenników Lamba (zaznaczmy, że przy jednoznacznej dezaprobacie samego kontrkandydata) w dość nieelegancki sposób atakowało Farrona za jego jakoby nieliberalne poglądy. Zwróćmy jednak uwagę, że polityk ten nie sprzeciwia się ani legalnej aborcji, ani małżeństwom homoseksualnym. Zarzuca mu się głównie to, że prywatnie ma o tych zjawiskach negatywne zdanie. Głosowanie przeciw „antydyskryminacyjnemu” Equality Act z 2007 świadczyło raczej o obronie pewnej wykładni liberalnych pryncypiów przybierającej postać skrajnej wolności słowa (z tych samych powodów nowe prawa krytykowane były przez satyryków i komików, w tym Rowana Atkinsona). Podobne motywy kierowały Farronem, gdy głosował za uchyleniem kar za bluźnierstwo.

Osobiście w wyścigu o przywództwo nad partią Liberalnych Demokratów kibicowałem Timowi Farronowi. Jego nieco lewicujący, uwrażliwiony społecznie liberalizm jest bliższy moim obecnym poglądom niż rynkowy technokratyzm Orange Bookersów. Nie podobało mi się też egzaminowanie Farrona przez co bardziej sekularystycznie usposobionych kolegów partyjnych i część mediów, czy dostatecznie podobają mu się pewne, jak ujmuje to jeden z polskich prawicowych tygodników „postępy postępy”. O liberalnej i tolerancyjnej postawie świadczy moim zdaniem to, że akceptuje się pewne zjawiska, niekoniecznie będąc samemu ich entuzjastą. Nie rozumiem, czemu miało służyć naciskanie w wywiadach kandydata, by przyznał że osobiście uważa homoseksualizm za grzech (gdy było dość oczywiste że tak uważa), skoro był to jego prywatny pogląd, który jak deklaruje nie ma wpływu na kształt proponowanej przeciw niemu polityki. Nie jestem też zwolennikiem karania za słowa, choćby i nienawistne i uważam że właściciel (właściciel, nie ekspedient z własnej inicjatywy) ma prawo odmówić obsłużenia kogokolwiek z jakiegokolwiek powodu (co najwyżej, wskutek rozmaitych bojkotów, odbije się to negatywnie na firmach dyskryminujących różne grupy – tak działa rynek) – zatem ten aspekt zarzutów wobec Tima Farrona nie zrobił na mnie większego wrażenia. Poza tym Farron naprawdę imponuje mi tym, jak w swym sumieniu godzi wierność liberalnym pryncypiom i głęboką wiarę chrześcijańską. Myślę, że żyjąc w kraju w którym jedną z głównych osi podziału politycznego jest ostatnio stosunek do zagadnienia in vitro, polityk który narażając się na dylematy sumienia i liczne ataki na siebie stara się rozdzielać sacrum i profanum powinien budzić w nas zainteresowanie. A pozwolę sobie dodać, że i szacunek. Partia polityczna powinna być zbudowana wokół pomysłów na urządzenie świata doczesnego, łączących jej działaczy niezależnie od ich wiary lub jej braku. Liberalni Demokraci są taką partią – poprzednikiem gorliwego chrześcijanina Tima Farrona w funkcji jej przewodniczącego był ateista (dawny sekretarz Hitchensa) Nick Clegg, a jeszcze wcześniej np. praktykujący katolik Charles Kennedy.

Przed nowym liderem Liberalnych Demokratów, stoi trudne zadanie ponownego przekonania do partii wyborców. Może Farronowi uda się przyciągnąć umiarkowanych zwolenników lewicy? Wydająca się być kontynuatorką idei New Labour Tony’ego Blaira Liz Kendall nie ma niestety zbyt dużych szans na objęcie przywództwa w Partii Pracy. Ale o tym napiszę już innym razem…

Pierwotna wersja tekstu ukazała się w serwisie UKpolitics po polsku

Michał GadzińskiHistoryk i politolog, student prawa. Interesuje się historią XIX i pierwszej połowy XX wieku. Pasjonat historii, kultury i polityki krajów anglosaskich. Pracę magisterską poświęcił stosunkowi brytyjskich intelektualistów i opinii publicznej do wojny domowej w Hiszpanii, obecnie pracuje nad doktoratem poświęconym postrzeganiu innych państw w Wielkiej Brytanii podczas I wojny światowej. Ma eklektyczne, jednak generalnie okołoliberalne, poglądy polityczne. Jest osobą wierzącą, identyfikuje się z ewangelikalnym protestantyzmem.

Podobne wpisy

Jeden komentarz

  1. Piotr Napierała
    Piotr Napierała
    10 sierpnia 2015 at 22:19 - odpowiedz

    Nieważne czy wierzy czy nie byleby uważal wiarę za sprawę prywatną

Zostaw komentarz

Paste your AdWords Remarketing code here