• czwartek, 21 czerwca 2018 r.

W drodze do Indii. Dziennik indyjski 1

Jest 19 października 2010 roku. Pora wyruszyć do Indii. Rozklekotany pociąg relacji Wrocław – Warszawa przez Łódź, po ponad siedmiu godzinach czegoś, co można by nazwać „obrazą kolejnictwa”, dotarł w końcu do stolicy. W trakcie podróży pocieszałem się tym, iż ta nieco archaiczna w kraju członkowskim UE podróż będzie stanowić dobrą zaprawę przed Indiami. Nie brak przecież w kraju Bharatów ekspresów pokonujących 200 kilometrowe odcinki przez 5 godzin. Spoglądając na pejzaże okolic Gorzowa Wielkopolskiego zastanawiałem się z sennym rozmarzeniem, czy niebawem moim oczom ukażą się przeludnione pola okolic Delhi. W polskim pociągu było upiornie zimno, dlatego też targałem ze sobą, a raczej na sobie płaszcz, czapkę, solidne półbuty z goratexu. Były to, krótko mówiąc, rzeczy w Indiach całkowicie irracjonalne, chyba że ktoś chce spędzić indyjską zimę w Himalajach. Po długiej, bardzo długiej podróży urocze podziemia dworca Warszawa Centralna przerwały w końcu moje rozmyślania, ubarwiane archaiczną książką „Hinduizm” Andrzeja Tokarczuka. W roku 1987, kiedy wydano „Hinduizm”, ruch „Hare Kriszna” był jeszcze zjawiskiem egzotycznym, wymagającym od autora obszernych wyjaśnień. Cóż, podczas czekającej mnie podróży minę zapewne Mathurę, miasto silnie związane z różnymi szkołami krisznaizmu, gdzie nie brakuje bynajmniej moich rodaków, zaangażowanych w ów indo – amerykański, synkretyczny ruch.

    

   Odpoczynek w Warszawie był krótki, samolot o godzinie 7 nad ranem wymagał ode mnie pobudki o 4. Na lotnisku szybko załatwiłem związane z odprawą sprawy i zorientowałem się, że mogłem zlekceważyć zalecenia związane z „byciem na 2 godziny przed odlotem samolotu”. W między czasie miałem okazję ucieszyć się tym, iż nie lecę z Air France. Znów był strajk w Paryżu, na lotnisku Charla de Gaula i jakiś samolot zwiększał z powodzeniem swoje 2 godzinne opóźnienie. Z rewolucyjnym duchem Francuzów tak mogłaby się zakończyć moja podróż… Tu mogę dodać na marginesie, iż z początkiem września miałem zamiar wrócić koleją francuską z Francji i też był strajk. A w zasadzie był dzień przed strajkiem, co nie przeszkadzało większości pociągów mieć ponad godzinnych opóźnień. Zatem każdy, kto ufa francuskim przewoźnikom w tak dużych przedsięwzięciach, jak przelot na inny kontynent, powinien sobie uświadomić iż bierze udział w swego rodzaju rosyjskiej ruletce. Francuzi mają słabość do kultury Rosji, zatem coś jest na rzeczy…

 

 

   Największych problemów podczas podróży spodziewałem się w Indiach. Uwielbiam ten kraj i szanuję Hindusów, jednakże chaos panujący w ich ojczyźnie pozostaje niezaprzeczalnym faktem. Stało się jednak inaczej. Leciałem Brussels Airlines, zatem przesiadkę na samolot międzykontynentalny miałem w Brukseli, naszej drugiej stolicy jakby nie było. Miałem 50 minut, zatem żyłem z nadzieją zapalenia papierosa przed ośmiogodzinnym lotem. Niestety, jakaś dama w informacji oznajmiła mi tajemniczym głosem, iż mogę nie zdążyć zapalić, gdyż czeka mnie przejście na sąsiedni terminal. Postukałem się w czoło, pamiętając dobrze lotnisko w Zurychu, gdzie nie zajęło to nawet pięciu minut, głównie dzięki wewnętrznej kolejce lotniska. Ale w końcu byłem w stolicy Europy, w kraju nad wyraz bogatym jakim jest Belgia. Oczywiście, w przeciwieństwie do cywilizowanych państw, nie było wewnątrz lotniska strefy dla palaczy. Musiałbym wyjść z lotniska. Mijałem w rzeczy samej jakieś wyjścia, ale postanowiłem na wszelki wypadek zgłosić się w owym terminalu, licząc na to, iż jednak znajdzie się jakaś strefa dla palących. I zagłębiłem się w labirynt przejść i zejść, z piętra na piętro, z tunelu w tunel. Czasem trzeba było wybrać z dwóch przejść znajdujących się obok siebie, mój wybór nie zawsze był najlepszy, bo i informacja na tablicach szwankowała. I tak, pomimo iż szedłem dość szybkim krokiem, minęło półgodziny. Wreszcie trafiłem na odprawę paszportową, gdzie jakiś zupełnie po francusku wyglądający celnik z miłym dystansem rzekł mi, iż powinienem się pospieszyć.

– A co ja robię do tej pory? – odparłem nie kryjąc mojej irytacji. – Poza tym chcę zapalić, czeka mnie osiem godzin lotu i odprawa w Delhi. Ratunku!

– Nie radziłbym panu palić – uśmiechnął się nieco złośliwie frankofoński Belg. – Zostało panu tylko 15 minut.

– Tylko piętnaście minut? – zdziwiłem się. – Przecież to nie jest nic, ile się idzie do tego puton terminalu?

– Wyjdzie panu na zdrowie – zapewnił mnie z pełną jadowitej słodyczy troską. Niestety nie miałem czasu go zwymyślać, bo zacząłem już wierzyć w ową groźbę nie dotarcia do mojego samolotu w 50 minut.

 

   Przeszedłem raptem kilka kroków i natknąłem się na bramki antyterrorystyczne. Kolejka do nich była na tysiąc osób, bramek było pięć, nie szło to za szybko. Po dwunastu minutach zapomniałem już o moim nieszczęsnym nałogu i zacząłem wyobrażać sobie odlatujący beze mnie samolot do Delhi. Z mojego pyska zaczęła wypływać piana słusznej wściekłości. Wrzasnąłem do jednego z kontrolerów, iż mam samolot, a przecież przechodziłem przez bramki w Polsce. Nie mogłem zrozumieć jakim cudem posuwając się tylko i wyłącznie przejściem pomiędzy terminalami wyszedłem poza strefę bramek. Obsługa bramek zapewniła mnie, iż do mojej bramki samolotowej jest niedaleko. Jest tuż za rogiem, poza ci z Jet Airways mogą poczekać kwadrans, nic im się nie stanie. Gdy doszedłem do mojej bramki, pojawiła się awaria pasu transmisyjnego. Mordercze klątwy jakie rzucałem na bramkarzy podziałały i wznowili odprawę, aczkolwiek bez pośpiechu. Pospiesznie wywaliłem wszystkie swoje rzeczy do koszyków i rzuciłem się ku kontroli osobistej. Gdy mój kosz dotarł do mnie, zauważyłem, iż ukradli mi telefon komórkowy.

– No świetnie – pomyślałem, – jak się teraz skontaktuję z Kają, która czeka na mój telefon w szkole na bardzo dalekich północnych peryferiach Agry?

   Zacząłem dochodzenie w sprawie tego jakże dla mnie przykrego przestępstwa, lecz mój samolot wzbijał się już niemal w powietrze, więc nieukontentowany dałem sobie spokój. Moja bramka okazała się być całkiem daleko. Na szczęście po raz pierwszy pojawiły się pasy transmisyjne dla pieszych, lecz musiałem skorzystać z pięciu pasów, co trwało co najmniej dziesięć minut. Na szczęście Hindusi z Jet Airways zaczekali na mnie. Samolot był czyściutki, panowała w nim przyjemna atmosfera, na telewizorku puszczano najnowsze hity filmowe. Pokładowi kucharze rozpieszczali nas do nieprzyzwoitości. Mieliśmy przekąskę, obiad, lody i kolację. Co jakiś czas roznoszono napoje. Czułem się jak w klasie biznesowej. Kuchnia była po indyjsku ostra, lecz przepyszna. Jedynie ciapata (podpłomyk, chleb indyjski) nie była w dobrym delhijskim stylu, lecz znanym z prowincji. Żal po utracie mojego telefonu, na którym miałem wpisane setki numerów telefonów Hindusów z którymi mam się spotkać, osłabił najwidoczniej mój organizm i zbyt dużą część lotu spędziłem w toalecie. Kompletnie rozstrojony żołądek nie stanowił też ułatwienia w dalszych etapach podróży.

– Kto wie, kiedy znów zobaczę toaletę, na której można spokojnie walczyć z tym nieszczęściem? – myślałem sobie w pięknych wychodku jambojeta.

   Większość pasażerów stanowili Hindusi, ale było też trochę obcokrajowców. Ja siedziałem obok Francuzki Sandrine, osoby nastawionej bardzo entuzjastycznie wobec Indii, lecz nie mającej o tym kraju najmniejszego pojęcia (choć była tam już trzeci raz). Sandrine podróżowała do Varanasi, gdzie studiowała jogę „o czym nie wolno mówić”. Nie wiem u kogo studiowała, gdyż nie znała żadnego Hindusa. W każdym bądź razie zdołała dolecieć aż tutaj, mimo strajku obsługi lotniska w Marsylii, więc patrzyłem na nią z niekłamanym podziwem.

   W końcu opadliśmy na ziemię. Pogoda podczas lotu nie była najlepsza, lecz indyjscy piloci imponowali swoją wirtuozerią. Nigdy jeszcze nie przeżyłem tak miękkiego lądowania. Była to całkowita odwrotność tego, co robił przy lądowaniu pilot LOTu obsługujący trasę Warszawa – Bruksela. Miła była chwila, gdy już prawie dotykaliśmy lądowiska i pilot poderwał nagle swoją maszynę w górę. Przeciążenie było całkiem niezłe… Lecz w Brukseli deszcz mieszał się z gęstą mgłą, więc może ów manewr był koniecznością.  

   Wysiadłem z samolotu nieco zestresowany, mając w pamięci belgijskie lotnisko. Ostatnio, gdy lądowałem w Delhi nie było zbyt zabawnie, trzeba było się ustawiać w długich kolejkach w bardzo ciasnych pomieszczeniach. Lecz Hindusi nie próżnowali przez ostatnie trzy lata i powiększyli lotnisko. Jadąc przestronnym i ładnie urządzonym korytarzem zobaczyłem pomieszczenie dla palących. Nie było jeszcze dokończone, ale pomyślałem o tym dopiero po zaciągnięciu się papierosem. Ze mną weszli jacyś Hindusi z Kanady. Opowiedziałem im o moim nieszczęściu i sami zaproponowali skorzystanie ze swoich komórek. Niestety sms który od nich napisałem nie doszedł, jak zresztą wiele smsów pisanych z indyjskiego numeru na polski. Tym niemniej było mi bardzo miło. Gdy pokrzepiony udałem się ku odprawie paszportowej, wszystkie formalności przebiegły zadziwiająco szybko. Główny hall lotniska stał się bardzo ładny, mój bagaż zaś został wyładowany w rekordowym tempie.

 

   Nie mogłem jednak nie spełnić pewnego wymogu tradycji, głoszącej iż osoba przyjeżdżająca do Indii powinna być choć raz naciągnięta przez nie tak licznych, ale znających przecież drogę na lotnisko oszustów. Tym razem atak nadszedł z zupełnie nieoczekiwanej strony. Przy wyjściu z lotniska znajdowało się stoisko firmowe Airtelu, skąd można było zadzwonić. Airtel to jeden z głównych operatorów sieci komórkowych w Indiach. Ufnie więc połączyłem się szczęśliwie z Kają, po czym okazało się, że za 5 minut rozmowy muszę zapłacić 260 rupii, podczas gdy wszędzie indziej da radę zadzwonić na polski numer za około 8 rupii za minutę. 100 rupii to obecnie około 6 złotych, lecz jak na indyjskie warunki ćwierć tysiąca za pięć minut rozmowy to prawdziwe zdzierstwo.

 

   Gdy w końcu wyszedłem z lotniska, w moje nozdrza uderzył żar Indii spotęgowany smogiem wielkiego miasta. Szybko zdjąłem z siebie jesienny płaszcz, w którym zamarzałem w Polsce. Poczułem falę ogromnego wzruszenia. Naprawdę stęskniłem się za Indiami, choć przecież bywają męczące. Odetchnąwszy smogiem skierowałem się w stronę taksówek, starając się przybrać groźną i nieporuszoną minę sprzyjającą negocjacjom dotyczącym ceny przejazdu. Nim jednak dotarłem na pole bitwy, zaczepił mnie ktoś z usługi prepaid. Polega ona na tym, że za przejazd taksówką lub motorikszą płaci się z góry w specjalnym kiosku. Nigdy nie korzystałem z tej usługi, gdyż znajomi Hindusi skarżyli się nieraz, iż zamówiony transport przyjeżdża późno, lub wcale. Ku mojemu zdumieniu taksówka była od razu, lecz za to zapłaciłem dość sporo. Choć zażyczyłem sobie starego poczciwego samochodu marki Ambasador, a nie nowoczesnej rikszy Taty z klimatyzacją, zapłaciłem 310 rupii. Trzy lata temu udawało nam się z Kają wywalczyć cenę 200 rupii, a z 250 rupiami nie było większych problemów. Czyżby rację mieli kanadyjscy Hindusi, którzy mówili mi, gdy paliliśmy papierosa, iż Indie stały się teraz drogie? Taksówkarz wyglądał bardzo zacnie i uczciwie. W końcu doszedłem do wniosku, iż mój przewoźnik idzie uczciwą drogą i płaci za parking tuż pod lotniskiem, oraz obsługę ze strony kiosku Prepaid.

 

   Jakkolwiek by nie było, poczułem ogromną radość na widok Delhi, jednego z moich ulubionych miast. Oczywiście same okolice lotniska nie są zbyt urodziwe, ale i tak z uśmiechem rozpoznałem rampy po których przemieszcza się do dzielnicy Dwarka metro. Przez ostatnie trzy lata, jeśli wierzyć informacjom z sieci, metro urosło co najmniej dwukrotnie. Dotarło do satelickiej Noidy, oddalonej z jakieś 50 km od centrum Delhi. Co jednak jeszcze bardziej mnie zdziwiło, w sieć kolei miejskiej włączono też Faridabad, czego w ogóle nie było w planach trzy lata temu. Niestety, odcinek, który dawniej był najdłuższy, czyli linia do Dwarki, nie został rozbudowany (później się dowiedziałem, że jednak został rozbudowany, ale było to później…). A szkoda, gdyż wtedy za cenę 10 rupii (albo może trochę większą?) dotarłbym do celu, czyli do dość obskurnej, lecz uroczej dzielnicy Pahar Ganj koło stacji New Delhi. Co prawda wcześniej znajomi straszyli mnie, iż sporą część Pahar Ganju zburzono, aby miasto lepiej się prezentowało z okazji Pucharu Narodów Zjednoczonych (w grę wchodzi zapewne krykiet na globalną skalę), lecz taksówkarz nie zdziwił się, gdy usłyszał nazwę „Pahar Ganj”. Jak się okazało, prawda leżała pośrodku. Na Main Bazar, głównej ulicy Pahar Ganju, rzeczywiście pojawiło się trochę nowych budynków. Odniosłem też wrażenie, iż wszystko jest jakby wymarłe, lecz gdy w końcu znalazłem jakiś czasomierz, zorientowałem, iż jest już 23.30. Cóż, Hindusi nie są nocnymi markami i nawet kosmopolityczny z uwagi na przejeżdżających przez Delhi turystów Pahar Ganj przed północą prawie zamiera. Rozglądałem się za znajomymi twarzami, niestety nie znalazłem żadnych, lecz całkiem możliwe, iż tylko ze względu na porę. Pahar Ganj, w momentach, gdy cały jego handlowy gwar zamierał, zawsze wyglądał źle, więc nie byłem w stanie ocenić, na ile modernizacja zaszkodziła, lub też pomogła tej dzielnicy.

 

   Bez trudu znalazłem mój stary hotel, w którym spędziłem tak wiele czasu poprzednim razem w Indiach. Niestety właściciel się zmienił, więc nie mogłem liczyć na specjalne względy, aczkolwiek zapłaciłem raczej umiarkowaną cenę. Zawsze lubiłem ten budynek, który choć zaniedbany, ze swoim wewnętrznym dziedzińcem i swoistą ozdobnością niektórych elementów miał w sobie coś bardzo indyjskiego. Wnętrza trochę odnowiono, co tylko wzmogło zapach wilgoci. W przyziemiu jak zwykle biegały różne zwierzątka. Na korytarzu górnej kondygnacji nadal straszył zardzewiały fragment urządzenia wentylacyjnego. Nad górnym tarasem nadal dominował przepiękny figowiec obejmujący korzeniami przylegającą świątynię Durgi. Z lubością spojrzałem na chaotyczną panoramę Pahar Ganju, na plac gdzie w nocy toczyły się zawsze rozgrywki krów, bezdomnych psów i kotów. Ludzie, których strój szokowałby w Europie, przechadzali się wśród tego nieco uporządkowanego chaosu jakby nigdy nic. Gdy wróciłem do pokoju, zorientowałem się, że jest gorąco, bardzo gorąco. Przeskok klimatyczny był tym razem ogromny, w związku z czym klekoczący wiatrak zdawał się raczej dmuchać na mnie gorącym powietrzem niż chłodzić. W końcu go wyłączyłem i dzięki temu zasnąłem.

   Rano byłem zdeterminowany do walki o bilet kolejowy. Wcześniej jednak właściciel hotelu musiał wykonać ksero mojego paszportu. Gdy w końcu byłem wolny, pognałem w dół Main Bazarem, nie rejestrując zmian. Na dworcu okazało się oczywiście, iż każdy ma swoje zdanie na temat miejsca, gdzie powinienem kupić bilet. Na domiar złego, nie mogłem znaleźć nic do pisania, aby wypełnić potrzebny do rezerwacji formularz. Wpierw chciałem skorzystać z propozycji będącej już w Indiach Kai. To znaczy kupić bilet najgorszej kategorii, po czym zrobić dopłatę w pociągu. Niestety, pani zarządzająca sprzedażą biletów „podstawowych” za wszelką cenę nie chciała, abym narażał się na taką niewygodę. Za to odsyłała mnie do kasy, gdzie bardzo poważna i urodziwa Hinduska twardo odprawiała petentów. Już się prawie ustawiłem w kolejce, lecz wyszedłem z niej, aby wziąć formularz. Później wróciłem do kolejki, lecz znów zabolał mnie brak jakiegokolwiek narzędzia piśmienniczego. Sprawiło to, iż dałem się uwieść na chwilę naciągaczowi proponującemu mi „rządowe biuro podróży”. Ale byłem dzielny i po kilku metrach zapytałem o cenę owego biletu. Gdy padła kwota dwukrotnie wyższa od znanej mi z informacji internetowej, udało mi się dokonać strategicznego odwrotu. W tym samym momencie jakiś życzliwy policjant skierował mnie na rampę nad peronami, wyjaśniając, iż tam jest biuro dla obcokrajowców. Wiedziałem, iż jest to prawda, co oczywiście nie oznaczało, iż sprzedadzą mi bilet na nic nie znaczące, trywialne 200 km dzielące mnie do celu. Przeszedłem bramki antyterrorystyczne, lecz gdy zobaczyłem rampę, stwierdziłem intuicyjnie, iż nie chcę iść tak daleko. Jak w transie podszedłem do młodej bileterki odprawiającej wszystkich z okrutnie uroczą niedbałością.

– Chciałbym kupić bilet Sleeper Class do Agry – stwierdziłem naiwnie. – Nie mam niestety wypełnionego blankietu, gdyż nie mam nic do pisania – dodałem jeszcze naiwniej, gdyż do najbliższego sklepu gdzie były jakieś długopisy było co najmniej 700 metrów z przejściem ruchliwej ulicy.

– Dobrze – stwierdziła urzędniczka, a ja niemal upadłem pod wpływem szoku. – Na 11.30 – dodała niemal rozkazująco.

– Ale wszyscy mi mówili, że trzeba rezerwować minimum na dwie godziny wcześniej – moja podświadomość starała się przekroczyć rekord naiwności. Urzędniczka wykonała złożoną sekwencję ruchów oznaczającą w indyjskiej mowie gestów coś pomiędzy „dajmy sobie spokój”, „a kto to wie?” i „wiadomo jak jest”. Ja i moja podświadomość poczuliśmy, że lubimy tę kobietę. Wypełniłem kartkę, mając za plecami tłum rozgoryczonych nagłą łaskawością kasjerki klientów. Tymczasem ona dyktowała mi numer pociągu. Byłem całkowicie zbity z tropu!

– Trzeba podać jeszcze podać numer paszportu – dodała po chwili. Przyglądałem się dość długo rubryczkom, nie było miejsca na żaden numer paszportu.

– Gdzie mam to napisać? – spytałem, na co znów ujrzałem ową przeuroczą sekwencję gestów. – To nawet zabawne – pomyślałem ze śmiechem i napisałem ów numer byle gdzie. Później nadszedł moment na wpisywanie mojego imienia i nazwiska do komputerowej bazy danych (a może nie komputerowej?) Indyjskich Kolei Państwowych. Po kilku próbach ustalenia poprawnej pisowni tym razem ja wykonałem ową wymowną sekwencję ruchów.

– 11.30 – rzekła urzędniczka podając mi tani bilet na dobre miejsce.

– Wiem, Kerala Express – rzekłem, ciesząc się, że jadę jednym z najszybszych pociągów na tej trasie. Twarz urzędniczki rozjaśnił promienny uśmiech. Zrozumiałem o co chodzi. Po pierwsze sama pochodziła z południa, po drugie doceniła moją naiwność, która wiedziała czego chce.

 Dumnie i radośnie poszedłem na koniec niemal surrealistycznie długiego pociągu, gdzie zasiadłem obok przesympatycznej rodziny kaszmirsko – keralskiej.  Pociąg ruszył o czasie, powoli, dając szansę na wskoczenie spóźnialskim i niezdecydowanym. A ja patrząc przez okno, przecięte charakterystycznymi metalowymi drążkami, nie mogłem uwierzyć w to co widzę. Znalazłem się w Indiach. Naprawdę znalazłem się w Indiach. Delhijskie ogrody przewijały się przed moimi oczami, po ogrodach widać było slumsy, później znów ogrody, później fabryki, slumsy, kawałek śródmieścia. Po jednym z bocznych pawilonów kompleksu Humajuna poznałem stację Nizamuddin. Minęliśmy ją, jechałem rzeczywiście szybkim pociągiem. Chwilowo postanowiłem nic nie jeść z uwagi na żołądek. Lecz nie miałem nic do picia. Czekałem zatem cierpliwie, jak na Wschód przystało, obserwując przechodzących sprzedawców. Były oczywiście kłódki, jak także babcia sprzedająca zabawki dla dzieci, strzelająca w potencjalnych klientów z terkoczącego plastikowego karabinu. Później przybył przenośny kiosk z gazetami w języku tamilskim. Zdumiał mnie obnośny księgarz, który dźwigał we własnych ramionach co najmniej 40 książek. Na samym dnie była mapa Agry, lecz postanowiłem nie torturować tego odważnego człowieka. Lista różnych artykułów nie zmieściłaby się w ramach tego eseju, a co dla mnie ważne, doczekałem się w końcu pysznego czaju (w pociągach robią dobrą herbatę z bawolim mlekiem). Co jakiś czas widziałem ludzi przechodzących z kolejową, uzdatnioną wodą do picia, lecz i w tym wypadku postanowiłem być dzielny i poczekać, aż góra przyjdzie do Mahometa. Oczywiście przyszła, choć gorzkawy smak oczyszczonej H2O stanowił wyzwanie dla kogoś, kto jeszcze wczoraj pił Staropolankę.

   Z zainteresowaniem patrzyłem na moich współpasażerów. Rozbawiły mnie ich miny, gdy indyjscy transwestyci, korzystając z wielowiekowego przesądu, klaskali im rękoma przed nosami, domagając się jałmużny. Tradycja mówiła, iż ich klątwy są wyjątkowo niemiłe. Była to zatem istna gra nerwów. Ubrany w barwne sari mężczyzna klaskał przed nosami moich sąsiadów patrząc gniewnie, oni zaś starali się zachować zimną krew. Trwało to całkiem długo. Mnie nie zaczepili, gdyż założyli widać, iż nie znam tej tradycji. Wszyscy jednak chętnie daliśmy drobne pieniądze młodym licealistkom zbierającym na pomoc dla biednych dzieci.

   W mijanych pejzażach widać było jeszcze ślady wysokiej wody, która zalała przede wszystkim ogromne połacie sąsiedniego Pakistanu. Również płynąca nieopodal trasy mojej podróży Jamuna zalała wiele miejsc, lecz te drobne katastrofy straciły na znaczeniu przy tej pakistańskiej. Mathura, miasto boga Kriszny, ponownie zadziwiło mnie przytorowymi pejzażami. Było widać slumsy, co nie jest dziwne w Indiach przy torach. Lecz poza slumsami wyłaniały się przed nami sztuczne zbiorniki wodne, o nieznanym przeznaczeniu, a sposób, w jaki ludzkie osadnictwo starało się je zaanektować, przypominał surrealistyczne obrazy Dalego. Do normalności przywoływały za to wszystkie murki i mury, na których niestrudzone dewocją ręce wypisały nie kończące się „Radha Kriszna”, na cześć najsławniejszej w Indiach pary kochanków.

 Zbliżaliśmy się do Agry… (ciąg dalszy nastąpi)

 

Dziennik IndyjskiDziennik Indyjski to opowieść z rocznego pobytu w Indiach i na Sri Lance poświęcona badaniom kultury i codziennego życia. Nie znajdziecie w tej historii idealizacji Indii ani "turystyki slumsowej". Zobaczycie natomiast sceny z życia artystów i normalnych ludzi. Jacek Tabisz pisał ten cykl indyjskich obrazów w trakcie badań muzyki indyjskiej osiem lat temu. Od tego czasu zmienił poglądy na różne sprawy, więc nie pod wszystkimi poglądami wyrażonymi w tekście podpisuje się obecnie. Ciekawość wobec Indii i zamiłowanie do indyjskiej sztuki mają się jednak nadal dobrze.

Podobne materiały

Zostaw komentarz

Wpisz kod antySPAMowy *