Mendelssohn staje się jednym z głównych artystycznych bohaterów Narodowego Forum Muzyki. Całkiem niedawno pisałem o znakomitej płycie z Eliaszem romantycznego kompozytora współwydanej przez NFM. Za twórczość Mendelssohna sięga też często Orkiestra Leopoldinum.

 

Ekspresja Mendelssohna pozostaje enigmą dla wielu współczesnych melomanów. Koloryt jego muzyki jest jasny, pastelowy, narracja baśniowa i pełna oczarowania, które nie jest przytłaczającym do ziemi emocjonalnym uderzeniem sztormowej ulewy, jaką znamy z Brahmsa czy nawet Schuberta. Nie przypadkowo Mendelssohna docenili najbardziej Anglicy, on zaś uczynił jednym z głównych ośrodków swoich muzycznych reform i odkryć Birmingham. Im bardziej o tym myślę, tym bardziej sądzę, że Mendelssohn jest w swej muzyce ogrodnikiem –czyni ją zjawiskiem analogicznym do romantycznych ogrodów, których idea powstała w Anglii. Aby odczuwać świat wraz z Mendelssohnem powinniśmy wyruszyć na spacer po zarośniętych rozłożystymi drzewami alejkach jego wyobraźni, które wiją się tajemniczo odsłaniając nam nowe widoki na starannie zakomponowane grupy zieleni. Nie spotka nas na tym spacerze rozpacz, ekstatycznie radosny triumf czy szaleństwo,  natomiast dotknie nas zamyślenie i oczarowanie. Znajdując zieloną, żeliwną furtkę do zaczarowanego ogrodu zorientujemy się może, że Mendelssohn miał swoje własne oczekiwania wobec romantyczności i były one niekiedy bliższe twórcom późnego baroku i wczesnego klasycyzmu, gdzie sentymenty były delikatne, zamglone, obliczone na trwanie a nie na piorunujący efekt.

 

Królowa Wiktora i książę Albert spędzają czas wraz z Mendelssohnem

 

 

Koncert Orkiestry Leopoldinum otwarł Oktet smyczkowy Es-dur op. 20. To dzieło kameralne, ale też na swój sposób monumentalne. Mendelssohn życzył sobie, aby grać je jak symfonię, z całą przynależną do tego gatunku wielką muzyczną przestrzenią. Soliści Leopoldinum zagrali to dzieło po mistrzowsku, łącząc wertykalną złożoność z linearną płynnością wspaniałych melodii. To wręcz zadziwiające, w jaki sposób w tym dziele, należącym do najbardziej udanych, Mendelssohnowi udało się złączyć gęstą złożoność głosów z wrażeniem śpiewnej lekkości. To prawie niemożliwe powiązanie jest wielkim wyzwaniem dla wykonawców, a NFM Orkiestra Leopoldinum nie tylko sprostała mu, ale zaproponowała interpretację silną wyrazowo, oryginalną, mieniącą się barwami i pełną swobody, odważnie stosując delikatne opóźnienia, podkreślając rozgadany nagle koloryt i na powrót zatapiając się w homogenicznym skupieniu. Druga część oktetu nosi w sobie echa tematów Beethovenowskich – z Eroici i z późnych kwartetów. Inspiracją do napisania trzeciej części (Scherzo) była scena Nocy Walpurgii z Fausta Goethego

„Zwały chmur i mgły wśród drzew

Rzedną już pomału

Podmuch w trzcinach, w liściach wiew  

Wszystko się rozwiało”

 

Ten fragment poezji Goethego dobrze tłumaczy żywioły, którym Mendelssohn pozostawał wierny nie tylko w tym dziele. Świat o zatartych konturach, który mieni się w blasku słońca, częściej jeszcze księżyca, po czym rozwiewa się, lub też balansuje na granicy rozwiania się. Ruch u Mendelssohna oznacza tajemnicę, nie jest gwałtowny (choć finałowe Presto Oktetu czy szybka część Symfonii Włoskiej są naprawdę szybkie i wirtuozerskie). Dynamizm u Mendelssohna nie jest poruszeniem w pejzażu, ale poruszeniem samego pejzażu. Stąd zapewne te niezwykłe labirynty znakomitego Oktetu, osadzone jednak w mocnych i pewnych siebie łukach wpadających w ucho melodii.

 

Park Szczytnicki we Wrocławiu, jeden z pierwszych romantycznych ogrodów poza Wielką Brytanią

 

Jak zapowiedział nam program i koncertmistrz Orkiestry Leopoldinum, druga część koncertu pokazała nam innego Mendelssohna, czyli genialne dziecko. Usłyszeliśmy Koncert skrzypcowy d-moll, napisany przez geniusza, gdy ten miał 13 lat i X Symfonię na smyczki h-moll napisaną w tym samym okresie życia twórcy.

 

Koncert skrzypcowy d-moll to nie jest ten najbardziej znany koncert Mendelssohna, który należy do grona pięciu albo dziesięciu najbardziej popularnych i cenionych koncertów skrzypcowych muzyki klasycznej. Koncert dziecięcy odkrył dla świata wielki skrzypek, znany z natury badacza i odkrywcy Yehudi Menuhin. Po odnalezieniu rękopisu w Londynie w 1951 roku Menuhin odkupił prawa autorskie od spadkobierców kompozytora, opublikował utwór według własnej edycji i wykonał go 4 lutego 1952 roku w sławnej Carnegie Hall. W ten sposób Menuhin spłacił dług wobec Mendelssohna, który zaciągnął przy okazji legendarnego wykonania Koncert skrzypcowego e-moll pod batutą Wilhelma Furtwänglera, którego wielu melomanów (w tym całkiem sporo japońskich) uważa za największego mistrza batuty w dziejach fonografii. Podczas II Wojny Światowej Furtwängler nie zdał do końca egzaminu moralnego, w związku z czym zgoda młodziutkiego wtedy Menuhina na stworzenie nagrania z dawnym Kapelmistrzem III Rzeszy miała też wymiar polityczny. Ale o tym napiszę więcej przy innej okazji.

 

Koncert d-moll posiada pierwszą część bardzo analogiczną do stylistyki C.P.E. Bacha. Słyszymy w niej te same kontrasty, pokrewne estetyce Burzy i Naporu. Schodkowate i energetyczne bloki orkiestrowe rozdzielają wijącą się nieco rokokowo partię skrzypiec. Chrystian Danowicz nadał linii skrzypiec bardzo ciekawy, romantyczny wyraz. Nie był wierny synowi Bacha, lecz raczej rozważał to, kim za parę lat stanie się Mendelssohn, który pisząc ten koncert wiedział o swojej przyszłej twórczości mniej niż my teraz. Bardzo ciekawa była też ostatnia część koncertu – efektowna i nieco zwariowana. Ja uśmiechałem się do siebie, słysząc w niej dzieciaka. Temat który wybrał do finału młodziutki Mendelssohn przypominał nieco dziecięcą wyliczankę. Orkiestra Leopoldinum bardzo profesjonalnie poddała się tej zabawie i ukazała nam twarz genialnego dziecka, które w wieku 13 lat miało artystyczną perspektywę zupełnie nieznaną większości kompozytorów, poza takimi wyjątkami jak Mozart. Aplauz po wykonaniu Christiana Danowicza dosłownie nie mógł się skończyć. Usłyszeliśmy bardzo postmodernistycznego bisa, a nie był to jeszcze koniec koncertu.

 

 

Na zakończenie usłyszeliśmy X Symfonię, dalszą już od świata C.P.E. Bacha niż koncert. Więcej w niej było ech klasycyzmu i – wraz z nimi – Mozarta. Młodzieńcze symfonie Mendelssohna, choć nie są jeszcze tak wspaniałe jak jego dojrzałe utwory, mają w sobie bardzo ciekawy, srebrzysty koloryt i wiele bezpretensjonalności. Jest to muzyka płynąca bardzo naturalnie, jak coś oczywistego. Zdaje się, gdy ich słuchamy, iż nie ma nic bardziej normalnego, niż 12 czy 14 latek komponujące krótkie symfonie w barokowym jeszcze rozumieniu tego słowa. Gdy spotkamy 12 latka, który nie tworzy symfonii – o, to jest dopiero dziwne! Orkiestra Leopoldinum oddała tę całą urokliwą naturalność doskonale, zachowując barwy i proporcje i zostawiając nas w niezwykłym nastroju. Był jeszcze bis, stanowiący inną propozycję spojrzenia na tę młodzieńczą symfonikę.