• piątek, 19 października 2018 r.

Wyzwolenie. Podsumowanie Wratislavii Cantans 2018

 

Parę dni temu skończył się 53. Międzynarodowy Festiwal Wratislavia Cantans. Wratislavia to zawsze wielkie muzyczne święto, jedno z największych w naszym kraju i w tej części Europy. Nie pamiętam Wratislavii, która by mną nie poruszyła, nie skierowała moich uszu w ciekawą stronę, nie skłoniła do rozmyślań. Wybudowanie Narodowego Forum Muzyki nadało Wratislaviom nowego rozmachu. Niektórzy wprawdzie żałują, że już nie wszystkie koncerty odbywają się w pięknych wrocławskich zabytkach, ale sale NFM zapewniają nie zdarzającą się gdzie indziej akustykę i doskonałość odbioru muzyki. Zwłaszcza duże zespoły orkiestrowe nie brzmią jak kakofonia złożona z ech i wystrzałów, ale tak jak trzeba. Co ciekawe, jakby pod wpływem doskonałości sal NFM, organizatorzy zaczęli częściej wykorzystywać te zabytkowe wnętrza, gdzie z akustyką też jest całkiem całkiem – mieliśmy na przykład sporo koncertów w kościele św. Krzyża, który dobrze służy muzyce, natomiast żadnych w kościele św. Marii Magdaleny, zasłużonym dla poprzednich Wratislavii jak mało który gotycki gigant z Wrocławia, lecz pod względem akustycznym dla wielu świetnych zespołów straszliwym.

 

Tuż przed tegoroczną Wratislavią Radiowa Dwójka puściła jeden z najlepszych koncertów Wratislavii poprzedniej, czyli muzykę Benevolo pod batutą Herve Niqueta. Znajdziecie mój wywiad z maestrem na naszym portalu. Zatem Wratislavie żyją długo jeszcze po końcu samego festiwalu, czasem, tak jak Benevolo, mimo absencji większości krytyków spoza Wrocławia i mimo niesprawiedliwie małej ilości transmisji na żywo w tejże Dwójce. Mam nadzieję, że moje ulubione radio w końcu się zreflektuje i będzie aktywniej obecne na Wratislavii. To nie jest do końca normalne, że poświęca się więcej uwagi jakiemuś konkursowi, gdzie przyjmuje się na przykład do rywalizacji siedem kwartetów, po czym, po „ostrej selekcji” zostaje z nich pięć, aby w ostatnim etapie wygrali z tej siódemki „absolutnie najlepsi”, czyli cztery. Może za rok ja też się zgłoszę jako kwartet? Ale może lepiej nie, bo wtedy cały dzień mówiono by o mnie zamiast o Gardinerze czy Graindelavoix. Dobrze, że przynajmniej Król Roger tegoroczny doczekał się transmisji na żywo.

 

 

Podobnie jak w zeszłym roku, tak i w tym miałem szczęście być słuchaczem wszystkich koncertów Wratislavii które odbywały się we Wrocławiu. Na pewno natomiast umknął mi Vivaldi grany przez Giovanniego Antoniniego, gdyż ten wielki muzyk i szef artystyczny Wratislavii zdecydował się ambitnie nie powtarzać tego samego programu w innych niż Wrocław miastach regionu. Był też bardzo ciekawy koncert Sen Scypiona z Wrocławską Orkiestrą Barokową, na którym prezentowano muzykę Hassego i Bacha. On w ogóle ominął Wrocław, ale pewnie będzie powtórzony w sezonie. Poza tymi dwoma wyjątkami słyszałem jednak niemal wszystko i zachęcam Was do przeczytania moich recenzji. Wpiszcie w wyszukiwarkę nazwisko wykonawcy bądź kompozytora i voila!

 

Kilka osób prosiło mnie o niemodnie wartościujące omówienie tegorocznego festiwalu. Jako że lubię nie ulegać modom, uczynię to z wielką przyjemnością, zwłaszcza, że poziom wszystkich koncertów był wysoki. Nie zabrakło też muzycznych odkryć.

Najbardziej zachwyciły mnie trzy koncerty. Pierwszy z nich to Media Vita in Morte Sumus, na którym Graindelavoix wykonał dzieła renesansowe. Dawno nie odbyłem tak cudownej i onirycznej podróży po arcywyrafinowanej i zaskakującej muzyce doby odrodzenia. Co ciekawe, bałem się trochę tego koncertu, gdyż wcześniej słyszałem w radiu transmisję z innego programu Graindelavoix, gdzie wydało mi się, że w renesansie ten zespół jednak tak nie zachwyca, jak w muzyce gotyku. Wielka indywidualizacja głosów tego zespołu, oraz odnoszenie się do różnych dawnych tradycji wokalnych zdawało się nie sprzyjać muzyce bardzo homogenicznej (przynajmniej momentami), jaka panowała w XVI wieku. Nic bardziej mylnego – może przez radio nie usłyszałem wtedy dostatecznie istotnych detali, które w koncercie na żywo były na wyciągnięcie ręki. Drugim obiektem mojego bezwarunkowego urzeczenia był koncert Haydnowski Giovanniego Antoniniego, na którym obok Symfonii Pożegnalnej i Mszy z Uderzeniem w Kotły pojawiły się elementy operowej spuścizny Haydna. Antonini spogląda na dzieła Haydna w porywająco świeży, barwny i żywiołowy sposób i jego Haydnowskie projekty są jednymi z istotniejszych muzycznych przedsięwzięć naszych czasów. Cieszę się, że Chór NFM włączył się w tą muzyczną podróż. Trzecim mocnym punktem Wratislavii był koncert Enrico Onofriego wraz z zespołem, prezentujący muzykę skrzypcową przełomu renesansu i baroku, czyli swego rodzaju poranka skrzypiec. Wczesny repertuar skrzypcowy często grywany jest jak ten XVIII wieczny, co sprawia, że utwory z przełomu XVI i XVII wieku wydają się niewydarzonymi drobiazgami z epoki Bacha i Vivaldiego. Onofri nie tylko odnalazł klucz do tej archaicznej dla skrzypiec muzyki, ale też pokazał wielką i subtelną wirtuozerię. Co dla serca wrocławianina miłe, wszystkie dzieła pochodziły z Bilblioteki Uniwersyteckiej UWr.

 

Kolejne dwa koncerty i fragment trzeciego zaliczyłbym do grupy rewelacyjnych i porywających, pod niektórymi względami lepszych jeszcze od wspomnianej przed chwilą trójki. W ich wypadku jednakże zachodziło też zjawisko szoku, obok ewidentnej doskonałości miały one w sobie elementy, które w moim subiektywnym odczuciu były dość kontrowersyjne. Najpierw muszę oczywiście wspomnieć o Requiem Verdiego z Gardinerem. Niebywała doskonałość Monteverdi Choir oraz Orchestre Revolutionnaire et Romantique zapewniła mi i wielu innym osobom wrażenia trudne do opisania. Dyrygentura Gardinera przywołała na myśl legendarnych mistrzów przeszłości, z Toscaninim na czele. Ale dziki, dynamiczny, ekstrawagancki obraz dzieła Verdiego zostawiał gdzieś z boku pewne aspekty jego muzyki, do których jestem przyzwyczajony. W tej wersji Requiem pojawiły się rzeczy nowe i frapujące, ale nie do końca odnalazłem w niej owo unoszenie się na fali melodii, które charakterystyczne dla całej włoskiej opery doprowadził Verdi do formy ostatecznej, najdoskonalszej.  Ciężko to opisać słowami, ale posłuchajcie sobie choćby ansambli w Rigoletcie czy Trubadurze, lub ostatnich scen Aidy. Tego w tym Reqiuem trochę zabrakło, choć moim zdaniem to w nim jest. Lecz możliwe, że nie mam racji. Moje porównanie Gardinera z Toscaninim ma pewne znaczenie. Toscanini był blisko czasowo i zapewne estetycznie Verdiego. On również obierał ultraszybkie tempa, które przekształcały najgłębszy nawet romantyzm w iście modernistyczną orgię muzycznej maszyny. Rodziły się z tego niekiedy owoce bezbrzeżnie ekscentryczne, ale jednak nieodparcie wciągające. Znów odwołam się do przykładu – posłuchajcie I Koncertu fortepianowego Czajkowskiego z Toscaninim i Horowitzem (ten drugi zresztą nie był szczęśliwy z modernistycznej rewolucji swojego, jakby nie było, teścia). Drugi koncert rewelacyjny, ale i nieco kontrowersyjny to Monteverdi z La Compagnia del Madrigale. Wciąż o nim myślę, nabyłem zresztą Piątą Księgę Madrygałów Luci Marenzia z tymże zespołem, aby myśleć jeszcze intensywniej. Subtelność, zgranie całego zespołu, niebywała dbałość o detale, widoczna miłość do tej muzyki – to czyni wykonania Monteverdiego La Compagni wielkim przeżyciem. Jednak w VIII księdze madrygałów Monteverdiego zabrakło mi konstruktywizmu, monumentalizmu oraz ostrych kontrastów w wymiarze muzycznego czasu i dynamiki. Wciąż wracam myślą do Wratislavii dwa lata temu, gdzie za parę madrygałów z VIII księgi wziął się Vaclav Luks ze swoim Collegium 1704.  Choć wspaniali Czesi nie skupiali się dotychczas na Monteverdim, było to dla mnie wykonanie idealne, na miarę architektury Berniniego. Lecz kto wie, może jednak Monteverdi w swych późnych madrygałach był jednak bliżej Tycjana, jak chce La Compagnia del Madrigale. Trzecim orzechem do zgryzienia, jaki pozostawiła mi ostatnia Wratislavia Cantans jest wykonanie Kwartetu Debussiego przez Quartetto di Cremona. Doskonałe brzmieniowo, barwowo i wyrazowo, idące jednak momentami (a może momentami nie idące) w stronę muzyki komponowanej wiele dekad po śmierci autora Preludium Popołudnie Fauna. Tym niemniej była to fascynująca interpretacja.

 

Jako, że obchodzimy stulecie odzyskania Niepodległości, mieliśmy też na tegorocznej Wratislavii wspaniałe wykonania utworów polskich. Szczególnie piękne było odkrywanie twórczości częstochowskiego kompozytora z przełomu baroku i klasycyzmu, Marcina Józefa Żebrowskiego. Adwokatami tego ciekawego twórcy byli Andrzej Kosendiak, Wrocławska Orkiestra Barokowa, Chór NFM i soliści. Andrzej Kosendiak nie tylko na Święto Niepodległości dokonuje wykonawczych cudów dla niesłusznie zapomnianych dzieł polskiej muzyki dawnej. Wratislavię otwierał Król Roger Szymanowskiego z Wrocławskimi Filharmonikami i Chórami NFM pod batutą Jacka Kaspszyka. Byli sławni śpiewacy, których zdaniem niektórych melomanów Kaspszyk za mocno przygniótł gęstą magmą orkiestry Szymanowskiego. Ja odniosłem inne wrażenie. Kaspszyk starał się kosztem niektórych z pozoru oczywistych zabiegów dyrygenckich nadać spójność wszystkim aktom Króla Rogera. I udało mu się, co ma ogromną wartość. Na Wratislavii Cantans wykonano też drugą polską operę, a mianowicie Madame Curie Elżbiety Sikory. Dyrygował Marek Weiss, grali Wrocławscy Filharmonicy, obok solistów śpiewał Polski Chór Kameralny Schola Cantorum Gedanensis. Anna Mikołajczyk przedstawiła tytułową rolę w sposób fascynujący i piękny. Muzyka Polska stanowiła też część dwóch koncertów chóralnych. Wpierw Szymańskiego oraz Góreckiego zaśpiewał estoński chór Collegium Musicale. Piękne brzmienie Estończyków uczyniło z ich interpretacji In Paradisum i Szerokiej Wody jedne z ciekawszych wśród znanych mi wykonań. Estończycy zaśpiewali też dzieła swoich twórców, ogromne wrażenie na słuchaczach zrobiło Requiem Tüüra. Dzieła Góreckiego wybrał też do prezentacji Narodowy Chór Ukrainy Dumka. Z Pieśni Maryjnych op.54 uczynił niezwykłą, rozwiniętą w czasie medytację. Ciekawe też były ukraińskie dzieła zaprezentowane w drugiej części koncertu.

 

Na koniec wśród rzeczy, które zrobiły na mnie największe wrażenie, wymieniam ukazanie na tegorocznej Wratislavii trzech ciekawych dzieł, gdzie koncertowy teatr łączy się z recytacją, zaś muzyka nie zawsze jest na pierwszym planie. Wykonanie Historii Żołnierza Strawińskiego przez Ensemble1918 z pewnością należy do ciekawszych ujęć tego olśniewającego utworu. Intrygujące też było potraktowanie dzieła jednego z największych muzycznych nowatorów w sposób historycznie poinformowany. Claudia Gambino opowiadała dzieje żołnierza po prostu wyśmienicie, doskonale aktorsko, korespondując z muzycznym pulsem utworu. Nie zabrakło też Ody do Napoleona Schönberga, z cenionym za muzyczną recytację Davidem Mossem, Quartetto di Cremona i pianistą Andreą Lucchesinim. Prawie że czysto teatralny okazał się Der Tribun Mauricio Kagela. Wiesław Cichy, aktor i też reżyser tego przedstawienia, oddał sarkazm, bunt i zaangażowanie kompozytora w sposób porywający. Zespół instrumentalny NFM z dużym polotem odegrał nieliczne elementy muzyczne u Kagela, nawiązujące do muzyki marszowej.

 

Tegoroczna Wratislavia Cantans, dedykowana 100 Rocznicy Odzyskania Niepodległości, okazała się zadziwiająco ambitna. Sporo było muzyki współczesnej, a i wśród muzyki dawniejszej nie brakowało bardzo ambitnych i odważnych ujęć utworów, wystarczy wspomnieć Johna Eliota Gardinera, La Compagnia del Madrigale czy Quartetto di Cremona. Wykonane były też utwory ważne, a nie za często wykonywane w Polsce, jak choćby Oda do Napoleona Schönberga, Requiem Verdiego, czy Missa In Tempore Belli Haydna. Jak co roku Wrocław gościł najsławniejszych wykonawców, oraz ciekawe projekty lokalnych i polskich muzyków, których  wysoki poziom artystyczny w ostatnich latach zadziwia, a raczej przestaje zadziwiać, lecz staje się czymś najzupełniej normalnym. Na przykład Wrocławska Orkiestra Barokowa  stała się jednym z wiodących zespołów muzyki dawnej w Europie i słuchanie jej obok innych świetnych zespołów jest czymś naturalnym, niezależnym od tego, czy jest to nasz festiwal, czy festiwal w Dreźnie, Berlinie czy Londynie. Żałuję, że na tę Wratislavię nie wzięto Ars Cantus, którego recital z muzyką Mikołaja z Radomia wstrząsnął mną w sierpniu na NFMowym Forum Musicum. Chciałbym, aby zagraniczni goście Wratislavii mogli zapoznać się z takim kunsztem wykonawstwa muzyki późnego średniowiecza i z tak ciekawym polskim twórcą z tego okresu.

 

 

Jacek TabiszStudiował historię sztuki. Jest poetą i muzykiem. Odbył dwie wielkie podróże do Indii, gdzie badał kulturę, również pod kątem ateizmu, oraz indyjską muzykę klasyczną. Te badania zaowocowały między innymi wykładami na Uniwersytecie Wrocławskim z historii klasycznej muzyki indyjskiej, a także licznymi publikacjami i wystąpieniami. . Jacek Tabisz współpracował z reżyserem Zbigniewem Rybczyńskim przy tworzeniu scenariusza jego nowego filmu. Od grudnia 2011 roku był prezesem Polskiego Stowarzyszenia Racjonalistów, wybranym na trzecią kadencję w latach 2016 - 2018 Jego liczne teksty dostępne są także na portalach Racjonalista.tv, natemat.pl, liberte.pl, Racjonalista.pl i Hanuman.pl. Organizator i uczestnik wielu festiwali i konferencji na tematy świeckości, kultury i sztuki. W 2014 laureat Kryształowego Świecznika publiczności, nagrody wicemarszałek sejmu, Wandy Nowickiej za działania na rzecz świeckiego państwa. W tym samym roku kandydował z list Europa+ Twój Ruch do parlamentu europejskiego. Na videoblogu na kanale YouTube, wzorem anglosaskim, prowadzi pogadanki na temat ateizmu. Twórcze połączenie nauki ze sztuką, promowanie racjonalnego zachwytu nad światem i istnieniem są głównymi celami jego działalności. Jacek Tabisz jest współtwórcą i redaktorem naczelnym Racjonalista.tv. Adres mailowy: jacek.tabisz@psr.org.pl

Podobne materiały

Zostaw komentarz

Wpisz kod antySPAMowy *