• sobota, 21 stycznia 2017 r.

Z kroniki KOD Chicago. Piknik „pod wiszącą skałą”

 

– Po co to robicie? – zapytał. Stanął pod wiatą, na jej skraju. Przy stołach było jeszcze sporo wolnych miejsc. Nigdzie nie usiadł, chcąc podkreślić swoją odrębność. Towarzyszyło mu dwóch narodowców. Trzymali się za nim. On miał przemawiać. To było widać po sposobie, w jaki się wszyscy ustawili. Reszta, może sześciu, siedmiu młodych chłopaków, pozostała w niewielkim oddaleniu od wiaty. Pomimo naszego zaproszenia, nie podeszli. Kilku z nich miało podgolone głowy. Spoglądali w naszym kierunku z obojętnością. Raczej ponuro. Stanęli w rozkroku – gotowi do akcji. Przed piknikiem dotarły do nas groźby, że pojawią się narodowcy z kijami baseballowymi.

– Przecież demokracja w Polsce jest. Mówił w powietrze, w stronę lasu. – Jest rząd, który został wybrany przez ludzi. Przez Polaków. Wszystko legalnie. Tak czy nie? Kto wam za to płaci? Merkel? Ten Żyd Soros? Drżały mu usta. Przyglądaliśmy mu się z zainteresowaniem. Byliśmy ciekawi, jak wygląda narodowiec, gdy nie jest w mundurze, albo w kominiarce. Większość z nas widziała polskich nacjonalistów tylko na migawkach filmowych, jak palą kukły, skandują groźby w kierunku wrogów ojczyzny, albo jak maszerują z chorągwiami. I jak hailują. Miał na koszulce „polskiego” orła. Wyglądał zupełnie zwyczajnie. Niewysoki blondynek. Z kieszonki dżinsów wystawał mu smartphone. Był przygotowany do tego wystąpienia. Chciał przedstawić zarzuty wobec nas właśnie tutaj – na pikniku KOD-u, manifestując swoją brawurę i pewnie też pogardę wobec „zaprzańców”. Miał całą scenę. Nikt mu nie przerywał. Nie tylko przez grzeczność. Poczuliśmy chyba do niego sympatię. Być może dlatego, że był młody i trochę jak każdy chłopak – zbuntowany przeciw światu, ale również dlatego, że mu na czymś zależało. Ale na czym? Nie wiedzieliśmy. Zaczął płynnie. Ale od razu coś mu przeszkodziło. W głosie pojawiła się wątpliwość. Może spodziewał się innej reakcji? Bardziej burzliwej? Był chyba zaskoczony naszym wyglądem, uśmiechami, piknikowym nastrojem. I spokojem. Gdzieś w środku wiaty brzdęknęła gitara. Na moment spojrzał skąd dochodzi dźwięk. Pewnie lubił śpiewać. Może sam grał na jakimś instrumencie? Czekaliśmy jeszcze na dwóch gitarzystów. W planie było wspólne śpiewanie. Przybywali ludzie. Pod wiatą robiło się tłoczno. Rodziny z dziećmi rozkładały się na polanie. Ta atmosfera psuła mu plan. Nie tak wyobrażał sobie ludzi „odspawanych od stołków” i „zdrajców ojczyzny”. – Tylko mieszacie. Po co? – powtórzył, ale już mniej zaczepnie. – Skąd pochodzisz? – Co? Pytanie go zdenerwowało, gdyż zapraszało do rozmowy na mniej ważne tematy. A on nie po to tu przyszedł. Przyszedł na piknik KOD-u w Chicago, żeby nam wytłumaczyć, że źle robimy, że szkodzimy Polsce. Przecież mogą przyjść wszyscy, tak czy nie? Tak mówiliście na fejsie. Zapraszaliście całą Polonię.

Piknik [121098]

 

Zapakowałem ciasto truskawkowe i trochę picia. Ponieważ autostrada była zapchana pojechałem przez miasto. Mijałem dzielnice znane z przemocy i z aktywności gangów. Ale nie mogłem pozbyć się dziwnego uczucia, że największym zagrożeniem jest mój rodak, który uważa mnie za zdrajcę narodu. Co za żałosna ironia! Ta smutna refleksja pojawiła się już podczas marcowej pikiety KOD-u Chicago przy ulicy Michigan. „Prawdziwi Polacy” w liczbie ponad 1000 osób zwyzywali nas wtedy od „czerwonych parchów” i „gnid”. Ze względu na własne bezpieczeństwo, poprosiliśmy policję konną o ochronę. Pośród nas były młode kobiety, dzieci i studenci pochodzenia polskiego, którzy nigdy w życiu nie spotkali się z taką agresją tłumu. Od tamtego czasu zmuszeni zostaliśmy do zapewnienia sobie ochrony. Gdy przyjechałem na miejsce pikniku, nasza obstawa obserwowała samochód wolno jadący przez parking. Ktoś nam robił zdjęcia.

13340203_235718583477358_6630002959306938316_o [121097]

 

– Chcesz piwo? Machnął głową, że nie. A kiełbasę? Też nie. – Dobra. Jak zmienisz zdanie, to piwo jest w lodówce, a kiełbasę bierz z grilla. Nie musisz pytać. Musztarda jest na stołach, a tu masz serwetki. – Z Dębicy – wydusił wreszcie z siebie. Ale był zły. Mówił nie patrząc na nas. Nie było w nim agresji, ale jakiś zawód. Teraz już nawet nie o to mu chodziło, że jesteśmy z KODem. Najbardziej wkurzyło go, że nie potrafił znaleźć w nas nic, co mogłoby uzasadnić jego złość. „Zdrajcy narodu” przecież nie proponują kiełbasy z grilla, piwa i nie zapraszają do swojego grona. Przyszedł, aby zobaczyć „polonijną targowicę”, ludzi pozbawionych honoru i Boga, a spotkał takich jak on Polaków. Byliśmy do siebie podobni. Wszyscy. On też to zauważył. Nasze wzajemne podobieństwo rozczarowało go. Było mu nie na rękę. Nas też zaskoczyło. Być może, gdy byłem w jego wieku, wyglądałem podobnie jak on? Należeliśmy do jednego narodu. I ten fakt, nagle, stał się najważniejszy. – Mógłby być moim synem – ktoś z nas powiedział cicho. Rola wroga, z którą do nas przyszedł, wyraźnie go uwierała. Przestała pasować do scenerii. I to go drażniło. Jak masz na imię? – zapytałem. Nie odpowiedział. Spoglądał w las, chcąc dać nam do zrozumienia, że takie pytania są nie na miejscu. Nie chciał się z nami spoufalać. Nie mógł. Objawy życzliwości z naszej strony irytowały go. Gdyż skłaniały do wzajemności. A on nie chciał się odwzajemniać. Może chciał, ale nie mógł. Ponownie odezwała się gitara. I znowu zadrżały mu usta, ale tym razem twarz wykrzywiła mu się w złości. Wykonał gest zniecierpliwienia, na który zareagowali wszyscy jego koledzy mało widocznym ruchem oczu. To był znak gotowości. Nagle wszystko się zmieniło. Ruszył bez pożegnania w stronę samochodów. – Bierzecie pieniądze – rzucił. Ale nie czekał na naszą reakcję, tylko zaraz krzyknął: widziałem pokwitowania! – Gdzie? – zapytaliśmy. Gdzie widziałeś pokwitowania? – W internecie! Tam wszystko jest! Nie wypierajcie się! – To nieprawda – ktoś z nas zaprzeczył. Ale on nie słuchał. Podniósł tylko rękę jakby chciał powiedzieć: A jednak miałem rację. Ale się nie odwrócił. Byli już wszyscy razem. Szli szybkim krokiem, kilku z nich tyłem, zwróconych w naszą stronę. Na wypadek, gdyby ktoś z nas chciał ich zaatakować.

Dariusz Wiśniewski

Zdjęcia z archiwum KOD Chicago

W polonijnym Chicago prowadzi audycję radiową "Prawy do lewego".

Podobne wpisy

3 komentarze

  1. Piotr Napierała
    Piotr Napierała
    24 czerwca 2016 at 06:51 - odpowiedz

    Bardzo ciekawa relacja oddaje dramatyzm sytuacji

  2. Piotr Napierała
    Piotr Napierała
    24 czerwca 2016 at 06:52 - odpowiedz

    Zdrajcy narodu powinni jeść macewę z napisem soros hehe

  3. Darek
    24 czerwca 2016 at 13:58 - odpowiedz

    Biedny, widocznie uświadomił sobie w którymś momencie, że go nakarmiono kłamstwami. Szkoda tylko, że nie poszedł o krok dalej, widocznie presja kumpli była zbyt duża.

Zostaw komentarz

Paste your AdWords Remarketing code here