Feliks Janiewicz bez taryfy ulgowej

Nizioł, Kosendiak i Wrocławska Orkiestra Barokowa

Płyta Feliks Janiewicz – Complete Violin Concertos, wydana przez Narodowe Forum Muzyki i CD Accord, jest wydarzeniem znacznie ważniejszym, niż mogłoby się wydawać przy pobieżnym spojrzeniu na nazwisko kompozytora. Oto bowiem otrzymujemy pierwszą publikację fonograficzną obejmującą komplet pięciu koncertów skrzypcowych Janiewicza, a zarazem premierowe nagranie II Koncertu E-dur, który dotąd nie był dostępny na płycie. Wykonawcami są Bartłomiej Nizioł, Wrocławska Orkiestra Barokowa grająca na instrumentach z epoki oraz Andrzej Kosendiak jako dyrygent. Obecność Bartłomieja Nizioła bardzo mnie ucieszyła. Niedawno skończyła się Wratislavia Cantans w trakcie której był jednym z najczęściej powracających wykonawców i zachwycał swoją wiolinistyką.

Ale już po Wratislavii. Wracam do płyty. Już sam fakt powstania płytowego kompletu koncertów skrzypcowych. ma wagę repertuarowego odkrycia. Feliks Janiewicz nie jest kompozytorem, któremu trzeba przykładać taryfę ulgową, bo „nasz”, „polski”, „zapomniany” albo „historycznie ciekawy”. Przeciwnie: ta płyta pokazuje, że mamy do czynienia z muzyką bardzo dobrą, świetnie skonstruowaną, komunikatywną, pełną pięknych tematów i zaskakująco atrakcyjną narracyjnie. Jeśli czegoś tu potrzeba, to raczej odwagi instytucji i wykonawców, aby Janiewicza traktować jak normalnego europejskiego klasyka, a nie jak narodową ciekawostkę odzyskaną z przypisu.

Bartłomiej Nizioł gra te koncerty znakomicie. Jego skrzypce mają świetlistość, ale nie są cienkie ani wyłącznie srebrzyste. W dźwięku pozostaje przyjemna masa, pewien szlachetny ciężar, który pozwala muzyce oddychać pełniej. To bardzo ważne, bo Janiewicz nie potrzebuje ani romantycznego przeciążenia, ani laboratoryjnie odchudzonego klasycyzmu. Nizioł znajduje drogę pośrednią: gra nowocześnie w sensie technicznej perfekcji, intonacyjnej pewności i wyrazistości frazy, ale jednocześnie stara się wejść w styl epoki. Nie jest to udawanie osiemnastowiecznego skrzypka, lecz świadoma próba pogodzenia dzisiejszego warsztatu z klasycystyczną retoryką.

To szczególnie cenne w muzyce, która wyrasta z przełomu XVIII i XIX wieku, z czasu, gdy koncert skrzypcowy stawał się przestrzenią coraz bardziej wirtuozowską, ale jeszcze nie romantycznie rozbuchaną. CD Accord pisze o pięciu koncertach Janiewicza jako o jednych z najcenniejszych osiągnięć polskiej muzyki przełomu XIX wieku i jednych z wczesnych przykładów stylu brillant w europejskiej literaturze skrzypcowej. To określenie dobrze pasuje do wrażeń z płyty: techniczna błyskotliwość jest tu stale obecna, lecz rzadko staje się czystą sztuczką. Wirtuozeria niesie narrację.

Bardzo szczęśliwym wyborem okazała się Wrocławska Orkiestra Barokowa pod dyrekcją Andrzeja Kosendiaka. Zespół powstał w 2006 roku z inicjatywy Kosendiaka i jest rezydencką orkiestrą Narodowego Forum Muzyki, specjalizującą się w grze na instrumentach historycznych. W koncertach Janiewicza właśnie taki aparat wykonawczy ma ogromny sens. To nie jest muzyka wymagająca symfonicznej masywności późniejszego romantyzmu. Potrzebuje przejrzystości, pastelowej barwy, giętkości akcentu i elegancji. Wrocławscy muzycy dają jej dokładnie to: lekkość bez słabości, barwę bez przesady, klasycystyczną powściągliwość bez nudy.

Ten aspekt płyty wydaje mi się szczególnie ważny. Oświecenie, w swoim najbardziej pogodnym i społecznym wymiarze, zalecało muzykę dla zdrowia, rozumu, harmonii i przyjemności — niekoniecznie dla wstrząsu, rozpaczy i egzystencjalnego samospalenia. Koncerty Janiewicza dobrze wpisują się w ten ideał, ale nie są przez to płaskie. Ich ekspresja jest stonowana, a jednak żywa. Części szybkie mają energię i wdzięk, wolne — szlachetność i kantylenową urodę, finały — taneczność i błyskotliwą radość instrumentu.

W tym sensie wykonanie Nizioła i Wrocławskiej Orkiestry Barokowej pięknie przywraca proporcje. Solista nie próbuje przerobić Janiewicza na Paganiniego, choć momentami można poczuć, że jesteśmy już na drodze prowadzącej ku dziewiętnastowiecznej wirtuozerii. Orkiestra nie przykrywa solisty, nie zamienia klasycystycznej faktury w miękką romantyczną poduszkę. Kosendiak pilnuje pastelowej przestrzeni, w której skrzypce mogą świecić, ale nie muszą walczyć o przetrwanie.

Janiewicz naprawdę zaskakuje jakością inwencji. Wiele tematów zostaje w uchu natychmiast, lecz nie w sposób banalny. Słyszymy kompozytora, który znał scenę koncertową od środka: wiedział, kiedy dać skrzypkowi efektowną figurację, kiedy poprowadzić melodię, kiedy zbudować napięcie przejściem harmonicznym, kiedy odpocząć w przejrzystej frazie. Te koncerty nie sprawiają wrażenia muzealnych dokumentów. One działają. I to działają tym bardziej, im mniej słuchacz spodziewa się po Janiewiczu.

Dlatego nie zdziwiłbym się, gdyby dokładniejsze porównania repertuarowe pokazały, że koncerty skrzypcowe Janiewicza należą do ścisłej czołówki utworów tego typu ze swojej epoki — niekoniecznie w sensie wpływu historycznego, bo tu zadecydowały także zapomnienie, emigracja i brak stałej obecności w kanonie, lecz w sensie wartości muzycznej. W ostatnich latach widać zresztą wyraźny powrót zainteresowania jego twórczością. Narodowy Instytut Fryderyka Chopina rozwija własny projekt nagraniowy koncertów Janiewicza z Chouchane Siranossian i {oh!} Orkiestrą; ukazały się już albumy z I, III i V Koncertem, a recenzenci zagraniczni pisali o Janiewiczu jako o prawdziwym odkryciu tych płyt. Również koncertowo nazwisko Janiewicza pojawia się coraz częściej: w 2024 roku Bartłomiej Nizioł grał V Koncert e-moll w Poznaniu, a podczas festiwalu „Chopin i jego Europa” wykonywano IV Koncert z Chouchane Siranossian.

W tym kontekście album NFM i CD Accord ma przewagę szczególną: nie daje fragmentu projektu, lecz cały cykl. Można wreszcie spojrzeć na Janiewicza szerzej, jako na twórcę, który w obrębie jednego gatunku rozwija własny język, testuje proporcje między śpiewnością i popisem, między klasyczną architekturą i zapowiedzią brillant. To ogromna zasługa wydawnictwa i wykonawców. Płyta jest jak zawsze w przypadku CDAccord/NFM pięknie wydana. Niestety, jest łyżka dziegciu. Płytę wyciągamy z tekturowych okładek, które każdorazowo niszczą ją i rysują. Do tej pory CDAccord/NFM wydawało płyty z plastikowym dnem i zaczepem. Rozumiem względy ekologiczne, ale trwałość płyty to nie tylko radość słuchania, ale i pełne wykorzystanie tego nośnika.

Osobny temat to biografia Janiewicza, niemal gotowa na powieść. Urodził się w Wilnie w 1762 roku, działał jako skrzypek w kapeli królewskiej Stanisława Augusta Poniatowskiego, potem podróżował po Europie, trafił do Wiednia, Włoch, Paryża, Wielkiej Brytanii, Liverpoolu i Edynburga. Książeczka płyty określa go jako skrzypka, dyrygenta, kompozytora, pedagoga i organizatora życia muzycznego. W Anglii funkcjonował często jako Felix Yaniewicz, polsko-litewski wirtuoz i człowiek wielkiej energii organizacyjnej.

Najbardziej kuszący, ale też najbardziej niepewny jest wątek jego rzekomego pochodzenia od Stanisława Augusta Poniatowskiego. Plotka o tym, że Janiewicz miał być nieślubnym synem ostatniego króla Polski, krążyła w różnych opracowaniach. Wiadomo, że w Anglii, zgodnie z prawdą, uważano go za polskiego szlachcica, ale o jego rodzinie wiadomo niewiele, a pogłoska o nieślubnym synostwie Poniatowskiego wydaje się całkowicie bezpodstawna. Znacznie pewniejszy jest fakt patronatu królewskiego: Poniatowski dostrzegł talent młodego skrzypka i sfinansował jego wyjazd za granicę. Źródła szkockie i brytyjskie także podkreślają, że król umożliwił mu podróż do Wiednia, gdzie zetknął się z Haydnem i Mozartem.

Czy Janiewicz sam kładł nacisk na królewskie pochodzenie? W wiarygodnych źródłach, które znalazłem, nie widać mocnego potwierdzenia, by świadomie budował własną karierę na tej plotce. Dużo wyraźniej widać coś innego: podkreślanie związku z polską kapelą królewską, z patronatem Poniatowskiego i z europejskim obiegiem arystokratyczno-koncertowym. W XVIII wieku taka informacja sama w sobie była znakomitą rekomendacją. Nie trzeba było dodawać niepewnej genealogii. Wystarczał fakt, że młody skrzypek był protegowanym króla i muzykiem o talentach dostrzeżonych przez największe środowiska Europy.

Bardzo ciekawy jest także wątek Haydna. Źródła podają, że Janiewicz przebywał w Wiedniu około 1785 roku i miał kontakt zarówno z Haydnem, jak i Mozartem; Polska Biblioteka Muzyczna ostrożnie pisze, że miał podobno przez krótki czas pobierać u Haydna lekcje kompozycji. Culture.pl dodaje, że jedne źródła mówią o krótkiej nauce u Haydna, inne o planach lekcji, do których mogło nie dojść. Zatem nie należy robić z Janiewicza „ucznia Haydna” w twardym, szkolnym sensie bez zastrzeżeń. Można jednak mówić o kontakcie, inspiracji i obecności w środowisku, które było dla jego stylu zasadnicze.

Styl Janiewicza rzeczywiście ma wiele punktów wspólnych z późnoklasycznym idiomem wiedeńskim. Słychać w nim przejrzystość formalną, pogodny napęd, elegancję frazy i umiejętność budowania tematów, które nie są ani zbyt rozgadane, ani zbyt suche. Blisko mu do świata Mozarta i Haydna, choć z oczywistym przesunięciem ku skrzypcowej wirtuozerii. W Paryżu z kolei Janiewicz występował w Concert Spirituel (były to po prostu prekursorskie koncerty otwarte dla szerokiej publiczności, nie było na nich „duchów”), a francuskie źródła z epoki kojarzyły go także z Giovannim Mane Giornovichim / Jarnoviciem, słynnym skrzypkiem i kompozytorem koncertów skrzypcowych. To ważny trop stylistyczny: Janiewicz nie wyrasta tylko z Wiednia, ale z kosmopolitycznego świata wirtuozów skrzypiec, koncertów publicznych, Paryża, Londynu i muzyki, która musiała być zarazem elegancka i efektowna.

Można go więc postawić obok takich twórców jak Giornovichi, Viotti, Kreutzer, Rode czy Baillot — kompozytorów i skrzypków, którzy rozwijali koncert skrzypcowy między klasycyzmem a romantycznym stylem brillant. Janiewicz ma z nimi wspólny świat: koncert jako scena dla pięknej kantyleny, biegłości technicznej i publicznej elegancji. Ale ma też coś własnego: polsko-litewską tożsamość, pamięć kapeli królewskiej, a także elementy idiomu polskiego i ludowego stapiające się z klasyczną formą. British Music Society napisało nawet, że jego twórczość łączy wpływy Haydna i Mozarta z elementami polskiej muzyki ludowej. I rzeczywiście. Klasycyzm mocno przetwarzał ludowe wątki, nie są one łatwe do odczytania. I Janiewicza z pewnością usłyszymy ukraińską dumkę, a gdy posłuchamy z uwagą, znacznie więcej.

Bardzo poruszający jest brytyjski, a zwłaszcza szkocki rozdział jego biografii. Po wybuchu rewolucji francuskiej Janiewicz przeniósł się do Wielkiej Brytanii; źródła łączą jego przyjazd z działalnością Johanna Petera Salomona, tego samego impresaria, który sprowadzał do Londynu Haydna. Janiewicz występował, prowadził działalność wydawniczo-handlową w Liverpoolu, organizował koncerty, współtworzył życie muzyczne. Larousse przypomina, że w 1794 roku brał udział w tych samych koncertach co Haydn, w 1803 roku założył bibliotekę muzyczną, czyli skład muzyczny w Liverpoolu, a następnie przyczyniał się do organizowania festiwali muzycznych, w tym edynburskiego.

W Edynburgu jego znaczenie było ogromne. W 1815 roku współtworzył pierwszy Edinburgh Music Festival, a później stał się jedną z centralnych postaci koncertowego życia miasta. Strona projektu Felix Yaniewicz przypomina, że po przejściu Corriego na emeryturę w 1816 roku Janiewicz został najważniejszym edynburskim promotorem koncertowym, organizując poranne koncerty kameralne dla zamożnej publiczności. National Trust for Scotland podkreśla, że przy 84 Great King Street w Edynburgu znajduje się upamiętniający go napis, a w 2022 roku w Georgian House zorganizowano wystawę o jego roli w kulturze muzycznej georgiańskiego Edynburga.

Czy Szkoci o nim pamiętają? Odpowiedź brzmi: zaczynają pamiętać, choć długo była to pamięć niszowa. W 2021 roku powstała inicjatywa Friends of Felix Yaniewicz, wspierana przez środowiska polsko-szkockie i polskie instytucje, której jednym z celów było sprowadzenie do Edynburga fortepianu należącego niegdyś do Janiewicza oraz przypomnienie jego dziedzictwa. Polski serwis rządowy pisał wprost, że był muzykiem ogromnie zasłużonym dla szkockiej sceny i współzałożycielem pierwszego festiwalu muzycznego w Edynburgu, ale jego twórczość pozostaje w Szkocji praktycznie nieznana. To zdanie jest bolesne, ale prawdziwe: pamięć instytucjonalna wraca, lecz repertuar dopiero musi wrócić na estrady.

Dlatego płyta NFM ma znaczenie nie tylko polskie. To nagranie może być ważne również dla Brytyjczyków i Szkotów, jeśli zechcą usłyszeć w Janiewiczu kogoś więcej niż postać z historii migracji i georgiańskiego życia muzycznego. Bo przecież jego koncerty skrzypcowe nie są dodatkiem do biografii. Są jej muzycznym centrum. Jeśli ktoś w Edynburgu ma dziś wspominać Janiewicza jako współtwórcę życia koncertowego, powinien móc usłyszeć, że ten organizator był także rasowym kompozytorem skrzypcowym. Dodam raz jeszcze. To jest świetna muzyka, nie dzieli jej przepaść od koncertów Haydna czy Hummla. Nawet ciężko powiedzieć, że jest gorsza.

Nagranie Nizioła, Kosendiaka i Wrocławskiej Orkiestry Barokowej bardzo pomaga w ewentualnym powrocie koncertów Janiewicza. Nizioł daje Janiewiczowi powagę i blask. Nie przesadza z romantycznym ciężarem, ale też nie traktuje tej muzyki jak porcelanowej miniatury. Jego ornamentyka, artykulacja i kantylena sprawiają, że styl brillant nie jest tylko błyskotką, lecz językiem. Zresztą, Janiewicz naprawdę nie jest pusty nawet w elementach stylu brillant, który był taką pustą wirtuozerią stale zagrożony. Kosendiak i Wrocławianie dają muzyce właściwy oddech epoki: pastelowy, klarowny, umiarkowany, a jednocześnie wystarczająco żywy, by nie popaść w muzealność. Nagranie jest też produkcyjnie bardzo dobre — z tą charakterystyczną dla wydań NFM dbałością o jakość dźwięku, przestrzeń i okładkową elegancję.

Najważniejsze pozostaje jednak odkrycie samego Janiewicza. Słuchając tych koncertów, trudno pogodzić się z tym, że przez tak długi czas pozostawały na marginesie. Być może zawiniła biografia emigranta: za mało „polski” dla polskiego kanonu, za bardzo polski dla brytyjskiego, zbyt klasycystyczny dla romantycznego kultu wielkich cierpień, zbyt wirtuozowski dla podręcznikowych opowieści o symfonicznym postępie. Ale te kategorie dziś przestają wystarczać. Janiewicz wraca, bo jego muzyka po prostu ma siłę.

I może właśnie w tym tkwi największa wartość tej płyty: nie w patriotycznym geście odzyskania zapomnianego rodaka, ale w spokojnym stwierdzeniu, że oto mamy świetne koncerty skrzypcowe. Dobre tematy, dobrą konstrukcję, szlachetną formę, wciągającą narrację, błyskotliwość bez pustki. Nizioł i Wrocławska Orkiestra Barokowa mówią: posłuchajcie tego normalnie, bez apologii i bez protekcjonalności. I gdy słuchamy normalnie, okazuje się, że Janiewicz naprawdę zasługuje na miejsce znacznie bliżej centrum.

O autorze wpisu:

Studiował historię sztuki. Jest poetą i muzykiem. Odbył dwie wielkie podróże do Indii, gdzie badał kulturę, również pod kątem ateizmu, oraz indyjską muzykę klasyczną. Te badania zaowocowały między innymi wykładami na Uniwersytecie Wrocławskim z historii klasycznej muzyki indyjskiej, a także licznymi publikacjami i wystąpieniami. . Jacek Tabisz współpracował z reżyserem Zbigniewem Rybczyńskim przy tworzeniu scenariusza jego nowego filmu. Od grudnia 2011 roku był prezesem Polskiego Stowarzyszenia Racjonalistów, wybranym na trzecią kadencję w latach 2016 - 2018 Jego liczne teksty dostępne są także na portalach Racjonalista.tv, natemat.pl, liberte.pl, Racjonalista.pl i Hanuman.pl. Organizator i uczestnik wielu festiwali i konferencji na tematy świeckości, kultury i sztuki. W 2014 laureat Kryształowego Świecznika publiczności, nagrody wicemarszałek sejmu, Wandy Nowickiej za działania na rzecz świeckiego państwa. W tym samym roku kandydował z list Europa+ Twój Ruch do parlamentu europejskiego. Na videoblogu na kanale YouTube, wzorem anglosaskim, prowadzi pogadanki na temat ateizmu. Twórcze połączenie nauki ze sztuką, promowanie racjonalnego zachwytu nad światem i istnieniem są głównymi celami jego działalności. Jacek Tabisz jest współtwórcą i redaktorem naczelnym Racjonalista.tv. Adres mailowy: jacek.tabisz@psr.org.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

17 − piętnaście =