• poniedziałek, 15 października 2018 r.

Bruch i Sibelius

 

W piątek (26 stycznia 2018 roku) gnałem do Narodowego Forum Muzyki od strony Mostu Uniwersyteckiego. To ciekawa trasa, gdyż mija się po drodze rowerem kilka ciekawych miejsc, gdzie zdarzają się koncerty. Najpierw jest oczywiście Uniwersytet, w którego dwóch aulach goszczą niekiedy także zespoły NFM. Gmach jest barokowy, ale mury pamiętają dawniejsze czasy, między innymi XIV wiek, gdzie zapewne w lewobrzeżnym zamku książęcym występował wraz z zespołem śpiewaków sam Guillaume de Machaut. Później, tuż nad samą Odrą, rowerzysta ujrzy średniowieczny arsenał, gdzie od lat odbywa się ciekawy festiwal muzyki kameralnej. Do NFM można skręcić po kilkuset metrach, ale wygodniej pojechać nieco dalej i minąć kolejne koncertowe niekiedy miejsce, czyli późnobarokowy Kościół Opatrzności Bożej. To w nim na wielu Wratislaviach prezentował muzykę dawną obecny szef NFM Andrzej Kosendiak. Dalej jest Zamek Królewski, zakręt, Plac Wolności i – tuż przy samym NFM – zatrzymuje mnie nowa płyta pamiątkowa poświęcona wielkiemu muzykowi, tym razem nie dyrygentowi czy jazzmanowi, ale skrzypkowi!

 

Czytam inskrypcję, która została odsłonięta tego samego dnia rano na Placu Wolności. Spiżowe litery podają dzisiejszą datę i imię artysty – Krzysztof Jakowicz. Jeden z największych polskich skrzypków drugiej połowy XX wieku, który ukończył z odznaczeniem studia wiolinistyczne pod kierunkiem takich mistrzów, jak Tadeusz Wroński, Josef Gingold, Eugenia Umińska, János Starker, Henryk Szeryng. O jego długiej artystycznej drodze świadczą daty pierwszych zwycięskich konkursów – laureat I nagrody Konkursu im. E. Ysaÿe’a w Warszawie (1959), III nagrody i nagrody specjalnej Henryka Szerynga w IV Międzynarodowym Konkursie im. H. Wieniawskiego w Poznaniu (1962). Krzysztof Jakowicz współpracował ze wszystkimi wybitnymi dyrygentami polskimi, a także z tak świetnymi dyrygentami, jak na przykład Jiří Bělohlávek czy Riccardo Chailly. Artysta nie stronił od muzyki kameralnej i przez dwa lata był pierwszym skrzypkiem słynnego Kwintetu Warszawskiego, od kilkunastu natomiast lat tworzy duet skrzypcowy ze swoim synem, Jakubem Jakowiczem. Wśród wielu polskich nagród, w tym Fryderyka, pojawiają się też zagraniczne – choćby Złoty Stroik, czyli nagroda krytyków francuskich Diapasond’Or (1989) za Łańcuch II Lutosławskiego. Nagranie Partity Lutosławskiego zostało ukoronowane Fryderykiem 1996. Obecnie Krzysztof Jakowicz jest emerytowanym profesorem zwyczajnym Uniwersytetu Muzycznego im. F. Chopina w Warszawie oraz profesorem gościnnym w Soai University w Osace. Natomiast 26 stycznia 2018 roku Krzysztof Jakowicz stał się pierwszym muzykiem klasycznym nie będącym dyrygentem, lecz instrumentalistą, który na stałe wpisał się w NFMową aleję sław. Stałbym nad spiżową płytą długo, gdyby nie fakt, że sam artysta wraz ze swoim synem Jakubem Jakowiczem i Filharmonikami Wrocławskimi czekał na mnie i innych melomanów w środku, gotując się do koncertowania.

Krzysztof i Jakub Jakowiczowie / fot. Sławek Przerwa

 

Na czele Filharmoników Wrocławskich stanął tego dnia znany rumuński dyrygent Horia Andreescu, od lat pełniący najważniejsze funkcje na rumuńskiej scenie muzyki klasycznej, obecnie zaś będący dyrektorem artystycznym i głównym dyrygentem Filharmonii im. George’a Enescu w Bukareszcie.

Koncert zaczął się od I Koncertu skrzypcowego g-moll op. 26 Maxa Brucha (1838–1920), mistrza melodycznej prostoty. Bruch skomponował też wiele innych wspaniałych koncertów, jednak jego pierwszy skrzypcowy przesłonił niesprawiedliwie całą resztę jego intrygującej twórczości, swego czasu atakowanej przez niektórych zwolenników Wagnera za zbytni konserwatyzm. Obecnie Max Bruch to dla większości melomanów przede wszystkim opus 26, na szczęście jednak jego dzieło uchodzi nie bez podstaw za jeden z najwspanialszych koncertów skrzypcowych wszechczasów. Horia Andreescu wraz z Wrocławskimi Filharmonikami dobrze oddał niezwykłą, pełną przestrzeni i powolnego rytmu partię orkiestrową pierwszej części koncertu. Jest w niej wiele mroku i przenikającego go światła. Niezrównany, elegijny nastrój śmiało rywalizuje z koncertami Brahmsa. Część wolna koncertu jest niejako przedłużeniem ekspozycji tematów, zaś w ostatniej części mamy niezwykle wdzięczny taneczny finał niepozbawiony baśniowej aury. Krzysztof Jakowicz zagrał część pierwszą bardzo ciepło. Żarliwość jest oczywistym zabiegiem stylistycznym w tym elegijnym utworze, jednak stopień czułości, ciepła, romantycznego rozmarzenia uczynił interpretację Krzysztofa Jakowicza nad wyraz oryginalną. Niestety, w części trzeciej – Finale: Allegro energico – wiekowy już artysta wpadł w pułapkę błędów intonacyjnych i artykulacyjnych. Nie ostudziło to jednak entuzjazmu jego wiernej wrocławskiej publiczności, zaś część pierwsza koncertu – Prelude: Allegro moderato z pewnością zasłużyła na gromkie brawa.

 

Po Maxie Bruchu nadszedł czas na niebywale wirtuozerską Tzigane Maurica Ravela. Tym razem za skrzypce chwycił Jakub Jakowicz, doskonale znany we Wrocławiu i w Polsce skrzypek, przez wiele lat będący między innymi prymariuszem w Kwartecie Lutosławskiego, którego płyty i recenzje koncertów Wam tu często przedstawiam.  Wrocławscy Filharmonicy i Horia Andreescu dostosowali się najwyraźniej do oryginalnej koncepcji interpretacyjnej skrzypka, gdyż po raz pierwszy w życiu usłyszałem Tzigane niemal wesołą. Zazwyczaj w moim dźwiękowym imaginarium, budowanym przez różne wspaniałe interpretacje, Tzigane jawi mi się jako dzieło mroczne i tajemnicze, pełne modernistycznego zapamiętania. Coś jak miniaturowe Święto Wiosny na skrzypce i orkiestrę. Najmocniej chyba żyje w moim melomańskim sercu wykonanie tego utworu przez obdarzonego potężnym skrzypcowym tonem Leonida Kogana:

 

Tym ciekawiej zatem było usłyszeć Tzigane barwne, bajkowe i pogodne w swoim pełnym skrzypcowych i orkiestrowych fajerwerków finale. Myślę, że porównanie tych dwóch podejść do działa Ravela – Jakowiczowskiego i Koganowskiego może być interesujące dla miłośnika muzyki, zatem powyżej daję linka do drugiego z nich.

 

Na koniec pierwszej części koncertu usłyszeliśmy Navarrę na dwoje skrzypiec i orkiestrę op. 33 Pabla de Sarasate (1844–1908), uroczą miniaturkę z bardzo hiszpańsko potraktowaną partią skrzypiec graną często w unisonie, przywodzącą na myśl korridy i barwne święta iberyjskie. Obaj skrzypkowie, ojciec i syn, spisali się znakomicie, zaś orkiestra wraz z nimi.

 

Na bisy usłyszeliśmy trzy krótkie utwory, lub fragmenty utworów. Najpierw largetto z Sonaty f-moll Vivaldiego, zagrane przepięknie. Później kanon Telemanna, bardzo urokliwy fragment większej całości, który zrobiłby na mnie jeszcze większe wrażenie niż Vivaldi, gdyby nie błąd tekstowy Krzysztofa Jakowicza. Na ostatni bis usłyszeliśmy zaś znakomitą interpretację zadziornie modernistycznego Kujawiaka Grażyny Bacewicz.

 

Horia Andreescu – zdjęcie rumuńskiego radia

 

Drugą część koncertu wypełniła w całości monumentalna I Symfonia e-moll op. 39 Jeana Sibeliusa. Wrocławscy Filharmonicy pod batutą Horia Andreescu stworzyli interpretację bardzo przemyślaną i spójną, rozwijającą się od a do z. Dlatego początek mógł nieco przytłaczać. Plan smyczków został przez rumuńskiego maestro wyeksponowany bardzo mocno, w tej kaskadzie nordyckich tonów niemal tonęły ulotne pasaże drewna, czasem zaś narrację przejmowała majestatyczna blacha, coraz znakomitsza u Wrocławian. Wraz z upływem kolejnych muzycznych metamorfoz fresk zarysowany przez Andreescu stawał się coraz bardziej widoczny i owa mogąca nieco męczyć na początku monumentalność i dźwiękowa gęstość narracji okazała się fundamentem dla świetnej i sugestywnej interpretacji. Wielkie brawa dla rumuńskiego Maestro i naszych Filharmoników! To był naprawdę znakomity Sibelius, którego nie powstydziłyby się najlepsze, zakochane w nim, brytyjskie zespoły. Z ciekawostek wymieniłbym koniecznie brzmienie kotłów i reszty perkusji, które było zupełnie inne niż zazwyczaj. Sądzę, że nawet ten szczegół Andreescu musiał mocno szlifować na próbach. Nie poprawił on znakomitej już i bez tego sekcji perkusyjnej Wrocławskich Filharmoników, ale nadał jej na potrzeby tego wykonania bardzo bojowy, agresywny ton, sprawiając iż był to zaiste Sibelius z pazurem!

Jacek TabiszStudiował historię sztuki. Jest poetą i muzykiem. Odbył dwie wielkie podróże do Indii, gdzie badał kulturę, również pod kątem ateizmu, oraz indyjską muzykę klasyczną. Te badania zaowocowały między innymi wykładami na Uniwersytecie Wrocławskim z historii klasycznej muzyki indyjskiej, a także licznymi publikacjami i wystąpieniami. . Jacek Tabisz współpracował z reżyserem Zbigniewem Rybczyńskim przy tworzeniu scenariusza jego nowego filmu. Od grudnia 2011 roku był prezesem Polskiego Stowarzyszenia Racjonalistów, wybranym na trzecią kadencję w latach 2016 - 2018 Jego liczne teksty dostępne są także na portalach Racjonalista.tv, natemat.pl, liberte.pl, Racjonalista.pl i Hanuman.pl. Organizator i uczestnik wielu festiwali i konferencji na tematy świeckości, kultury i sztuki. W 2014 laureat Kryształowego Świecznika publiczności, nagrody wicemarszałek sejmu, Wandy Nowickiej za działania na rzecz świeckiego państwa. W tym samym roku kandydował z list Europa+ Twój Ruch do parlamentu europejskiego. Na videoblogu na kanale YouTube, wzorem anglosaskim, prowadzi pogadanki na temat ateizmu. Twórcze połączenie nauki ze sztuką, promowanie racjonalnego zachwytu nad światem i istnieniem są głównymi celami jego działalności. Jacek Tabisz jest współtwórcą i redaktorem naczelnym Racjonalista.tv. Adres mailowy: jacek.tabisz@psr.org.pl

Podobne materiały

Zostaw komentarz

Wpisz kod antySPAMowy *