• środa, 19 września 2018 r.

Obudź się i graj! Dziennik indyjski 28

Aby wyobrazić sobie izolację niektórych miejsc na Sri Lance, wypada wspomnieć też o pociągach. Oczywiście nie wszędzie istnieją linie kolejowe, lecz ich sieć jest całkiem gęsta, choć z biegiem lat zanika. Gdy jechaliśmy naszym superszybkim autobusem do Hatton, widzieliśmy w dużym stopniu zarośnięty trawą pojedynczy, szeroki jak w Indiach tor. Oglądaliśmy też dworce kolejowe, przy malowniczych zakrętach linii, której szyny niemal tonęły w mokradłach, kamieniach, albo korzeniach drzew. Wiedząc, że przejażdżka koleją może być malownicza, zaproponowałem Nalinowi powrót tym środkiem transportu. Powiedział mi jednak, iż pociągi się spóźniają, zaś trasą Hatton – Colombo (niecałe 180 km) jedzie się planowo 12 godzin.

 

   Wróćmy do Mocha Estate. Zajęcia z dziećmi zaczął Akila, który specjalizuje się w teatrze akcji. W sztukach Akademic Players odgrywa zawsze heroldów, żołnierzy etc., czyli role wymagające dużo ruchu. Rozgrzewka była ułożona trochę w stylu wojowniczego tańca ludowego, w którym dzieci miały śpiewać (albo raczej krzyczeć jak w wojsku po tamilsku). W przeciwieństwie bowiem do swoich rodaków z północny Lanki, „plantacyjni” Tamilowie wstydzili się swoich korzeni. Starali się mówić po syngalesku, zaś swój własny język uznawali za poniżające piętno przeszłości. Zresztą, nawet północny, „osiadli” Tamilowie znali syngaleski znacznie częściej niż Syngalczycy tamilski. Nalin należał tu do chlubnych wyjątków. Dla potrzeb tego typu projektów ciągle uczył się tamilskiego, a już teraz w większości wypadków dogadywał się samodzielnie z dziećmi, czasem tylko potrzebując pomocy obecnej wśród nas tłumaczki, która była plantacyjną Tamilką działającą w szeregach stowarzyszenia. Owa miła pani zrobiła mi herbatę, od której wprost nie mogłem się w Hatton oderwać (owa zasada działa też we wszystkich innych miejscach na Ziemi, ale gdy widzi się wszędzie zielone listki dojrzewającej herbaty…) . Po sportowo językowej zaprawie cztery najlepiej tańczące dziewczynki opracowywały układ choreograficzny, którego miały nauczyć później inne dzieci. Były to cztery najbardziej wyróżniające się osoby w grupie, która Nalinowi wydawała się ciężka, gdyż było w niej za dużo dziewczynek, przez co kulało twórcze podejście i inicjatywa. Następnego dnia byłem w grupie zdominowanej przez chłopców i nie zgadzam się z Nalinem – chyba „sfeminizowana” grupa dzieci z Mocha była nawet bardziej twórcza.

   Spróbuję opisać owe cztery klasowe przodowniczki, które przygotowywały wpierw układ dla innych dzieci. Wszystkie oczywiście miały czarne, mocne włosy, jak to Hinduski i wiele mieszkanek Azji. Jedna z nich była w szczególnie barwnym pendżabi, choć widać było, iż to jej jedyny strój na specjalne okazje. Posiadała bardzo ładną, inteligentną twarz, i szefowała grupie. Na zajęcia przybyła z młodszym braciszkiem, którego starała się uwiecznić na moich zdjęciach, podsuwając go w kadr. Kilka innych dziewczynek postępowało podobnie ze swoimi młodszymi braćmi. Druga dziewczynka, najniższa z tańczących, wyglądała wypisz wymaluj ja Radha w dzieciństwie z popularnych przedstawień.  Czyli była swego rodzaju wcieleniem archetypu naiwnej, nieśmiałej wiejskiej dziewczynki o wielkiej wrażliwości, postaci ogromnie ważnej dla indyjskiej sztuki. Dla wielu wyznawców Wisznu bóg oddający się swojej nieskrępowanej niczym zabawie i tylko dlatego działający, największą przyjemność odnalazł właśnie w naiwnej, wrażliwej dziewczynie ze wsi, Radzie. Trzecia dziewczynka jako jedna z nielicznych w całej grupie miała strój europejski, to jest spodnie i bluzkę. Wyglądała na dość zbuntowaną, tańczyła bardzo ładnie, choć jako jedynej miliła jej się lewa strona z prawą stroną. Ostatnia z liderek grupy wydawała się nieco starsza od pozostałych , z pewnością zaś byłą najwyższa. Nie wyglądała już jak dziecko, lecz jak młoda kobieta. Ubrana w biały szarwar, była częstokroć cicha i zamyślona. Zapewne zbliżając się do dorosłości coraz lepiej zdawała sobie sprawę z różnych problemów nurtujących jej społeczność.

   Co ciekawe, układ taneczny łączył elementy tradycyjne z tańcem nowoczesnym. Dziewczynki w tradycyjnych strojach radziły sobie z tym świetnie, choć większość z nich nigdy nie była poza Hatton. No a Hatton, jak można się domyślać, nie stanowi żadnego liczącego się ośrodka kultury. W miejscowości istnieje tylko jedno audytorium, stojące na przysłowiowym „gołym polu”, z górami w tle. Mijaliśmy je rykszą i zdumiony byłem izolacją tego miejsca. Zapewne jakiś radny miejski miał dobry pomysł i zdołał go zrealizować tylko w części. Jakkolwiek by nie było, sala istniała, co kusiło Nalina do snucia różnych projektów z nią związanych.

   Brak prądu oznaczał niemożliwość robienia zdjęć moim aparatem w telefonie. Liczyliśmy z Nalinem na to, iż w ośrodku uda nam się podładować telefony, lecz nie było tam prądu. Rykszarz Sashin, który z zainteresowaniem i wyraźną radością śledził teatralne postępy swoich młodych współrodaków, zaproponował iż podładuje mój telefon przy użyciu akumulatora rykszy. Wyszliśmy i zaczęliśmy realizować ten szalony zamiar, lecz – nie wiedzieć czemu – nam nie wyszło… Sashin postanowił więc poszukać kogoś kto ma prąd w domu. Zależało mu na tym, aby uwiecznić tamilskie dzieciaki. Dałem mu telefon i ładowarkę, po czym ruszył w drogę. Gdy po rykszy został tylko kurz, z zainteresowaniem przyjrzałem się zrujnowanym, kamiennym konstrukcjom wyrastającym z trawy w tym idyllicznym pejzażu. Były to spore, kamienne grobowce opisane po syngalesku. Czy zostawili je jacyś schrystianizowani tubylcy? Dlaczego tutaj? A może istniał tutaj kiedyś jakiś buddyjski aśram, w którym w ten sposób uwieczniono zmarłych nauczycieli? Podobne konstrukcje widziałem w hinduistycznych aśramach, pomimo tego, iż ciał się w tej religii nie grzebie, lecz podobnie jak w buddyzmie spala i rozrzuca (albo próbuje spalić i nadpalone wrzuca do rzeki…). Spojrzałem na spokojne fale herbaty, na szczyty nade mną tonące we mgłach. Niedaleko znajdowała się Sri Pada, alias Adam’s Peak, najświętsze miejsce Sri Lanki. Tutaj, jak wierzyli buddyści, Budda odcisnął swoją stopę. Szczyt miał 2243 metry i gdybym znał drogę, mógłbym zapewne wdrapać się na niego w jakieś 5 – 6 godzin. Całkiem możliwe, iż owe konstrukcje miały związek z pielgrzymującymi w to miejsce. Jakby dla potwierdzenia moich przypuszczeń, w kałuży pod moimi stopami znalazłem dwie stare kamienne inskrypcje zapisane pismem syngaleskim.

 

   Wróciłem do dzieci. Nadeszła moja kolej, zagrałem im zatem trochę średniowiecznych improwizacji, ubierając je w rozpoznawalne dla Hindusów historie. W ten sposób hymn wojenny przeniósł się z Francji i Jerozolimy do mitycznego świata Ramajany, natomiast Wenecji nie musiałem zmieniać, gdyż położone na morzu miasto o złotych pałacach stanowiło wątek zrozumiały dla dzieci, choć większość z nich nie widziała na własne oczy oddalonego od 180 km oceanu. Następnie postanowiliśmy wciągnąć dzieci w grę o zdobywaniu twierdzy i jej obronie. I tu okazało się, iż Nalin miał trochę racji. Dzieci rzeczywiście miały problem z wyobrażaniem sobie różnych uczuć i nastrojów, z odegraniem czyjejś innej roli. Uświadomiłem sobie, iż wcześniejsze ćwiczenia miały za zadanie powtarzanie pewnych sekwencji ruchów i to dzieciom z plantacji szło znacznie łatwiej. Udała nam się natomiast rytmiczna improwizacja. Zaczęliśmy z Akilą i Nalinem, którzy na moją prośbę zagrali na skleconych doraźnie perkusjach rytm na trzy. Okazało się, iż Akila jest całkiem niezłym perkusistą. Grając dyrygowałem też zmianami rytmu i dzieci w naturalny sposób włączyły się w tę zabawę klaszcząc, całkiem nieźle zresztą. Jakby zapewne powiedział Reymont, słychać było miarowy rytm ziemi, który od niemowlęctwa szeptał owym młodych ludziom swe baśnie do snu.

   Dlatego następne ćwiczenia opierały się na powtarzaniu, z pewnym zaproszeniem do odgrywania innej osoby. Akila i Nalin ustawili się obok siebie i jeden musiał powtarzać gest drugiego. Dzieci zgromadziły się wokół nich zaciekawione. Następnie zostały ustawione w pary i zaczęły się tak bawić między sobą. Robiły to dość nieśmiało i z pewnym zdziwieniem, najlepiej rzecz cała wychodziła dziewczynce w kolorowym pendżabi i jej bratu.  W tym czasie Sashin naładował już mój telefon i oddałem się robieniu zdjęć, co wcale nie było proste, gdyż w pozbawionej elektryczności salce panował półmrok, ja zaś nie miałem w swoich rękach aparatu fotograficznego. Szukając dobrych ujęć zauważyłem, że na szarym suficie sali wisi mały papierowy latawiec z Buddą.

   Zajęcia trwały wiele godzin, co jakiś czas więc wychodziłem na chwilę, aby spojrzeć na nieziemskie widoki rozpościerające się wokół domku w Mocha Estate. Za którymś razem wyszedł ze mną Sashin i pogadaliśmy sobie wesoło. Koniecznie chciał mi pokazać swoje ulubione miejsca w Hatton, a przynajmniej te z nich, które były nam po drodze. Postanowiliśmy też zobaczyć jakąś okazałą świątynię hinduistyczną. Niestety, w przyszłości deszcz miał pokrzyżować nam plany. Póki co zamilkliśmy i zastanawialiśmy się nad porozrzucanymi kamiennymi językami w języku syngaleskim. Jak bardzo były stare? Lankijczycy, w przeciwieństwie do Hindusów cenią i znają swoją historię, całkiem możliwe, iż tylko dzięki lankijskim kronikom wiadomo cokolwiek na temat wielu południowoindyjskich królestw.  Zastanawialiśmy się zatem, czy warto o tym zawiadomić jakiś urzędników i czy to możliwe, iż oni o tym jeszcze nie wiedzą. Miejsce było na tyle odcięte od wszystkiego, iż mogli nie wiedzieć. Z drugiej strony, na tej niezwykłej herbacianej hali w wysokich górach, otwierającej się na rozległe jezioro, pełnej wielobarwnych chmur, wszystko się wydawało możliwe. Machnęliśmy więc ręką na rzecz tak prozaiczną, jak edykty jakiegoś starożytnego władcy, i wróciliśmy do dzieci.

   Tymczasem Akila i Nalin dodali do zabawy w lustra mimikę. Gdy prezentowali swoje miny, dzieci wpierw zaczęły umierać ze śmiechu, ale później, gdy zobaczyły iż robi się zbyt trudno, spoważniały. Zatem pełen energii Nalin zaczął żartować i ustawiać dzieci w pary. Wspólna zabawa zaczęła je wciągać, w sali zaczęły się rozlegać nieśmiałe śmiechy. Gdy przestały narastać, niestrudzony Kaal ustawił je w szereg i wybierał po jednym dziecku, aby nadawało ton wszystkim innym. Z zaciekawieniem patrzyłem, jak wydobywa to z niektórych młodych osób własną ekspresję i pewność siebie, a o to przecież chodziło. Niestety, wiele dziewczynek powtarzało jedynie gesty z opracowywanej wspólnie choreografii.

 

    Przyszła więc kolej na następne ćwiczenie. Nalin podzielił dzieci na trzy grupy i kazał im powtarzać bezsensowne i trudne do wymówienia słowa. Brzmiały one „spania, kompania”, było też trzecie z „nia”, którego nie pamiętam. Słowo „spania” było zainspirowane nazwą Hiszpanii, jak wyjaśnił dzieciom Nalin. Grupowe powtarzanie słów na komendę bardzo wciągnęło dzieci. Nalin kazał im to robić w różnym tempie, aż wreszcie doprowadził do hałaśliwej kulminacji wszystkich dziecięcych głosów. Następnym etapem w ćwiczeniu było opracowanie przez grupy dzieci wspólnych sekwencji ruchów, które miały być wykonywane wraz z tajemniczymi i zabawnymi okrzykami. Sekwencje okazały się naprawdę ciekawe i zabawne, zaś kolejna kulminacja przysporzyła wszystkim jeszcze więcej radości.

   Kolejny punkt programu trochę zestresował dzieci. Miały bowiem zadanie domowe polegające na przygotowaniu piosenki po tamilsku. Prezentujący się śpiewak stawał na podwyższeniu, zaś wszyscy zgromadzeni słuchali go. Okazało się jednak, iż wiele dzieci śpiewa naprawdę dobrze, choć Nalin i Akila byli przeważnie niezadowoleni z poczucia rytmu u młodych aktorów. Zachęcali ich też, aby odgrywali gestami to co śpiewają, gdyż – bądź co bądź – są to warsztaty teatralne. Tylko jeden chłopiec zaczął rzeczywiście ilustrować gestami i ruchami całego ciała treść swojej piosenki. Dopiero, gdy cała grupa zaczęła śpiewać najbardziej znane z przygotowanych piosenek, niektóre dziewczynki zaczęły tańczyć i robiły to naprawdę znakomicie.

   Minęło już siedem godzin i animatorzy byli zmęczeni, ale nie dawali tego po sobie znać. Wręcz przeciwnie, wydawało się, że nie mają dość. Dzieci natomiast przejawiały niespożytą energię. Rzadka to była dla nich okazja, w której coś się działo w ich wiosce i ktoś z bardzo daleka przybył, aby się z nimi bawić. Żadne z ćwiczeń nie wydawało im się nudne, co najwyżej nie umiały sprostać niektórym aktorskim wyzwaniom. Ale koniec musiał kiedyś nastąpić. Ostatnie zadanie było dość niezwykłe na swój sposób. Otóż Nalin i Akila kazali opisać dzieciom impresje wypływające z zajęć. Po półgodzinie dzieci przyniosły swoje zeszyty. Niektóre z nich były ozdobione w pełen radości, bogaty sposób, co już samo w sobie świadczyło o pozytywnych wrażeniach. Tym niemniej Akila i Nalin sprawdzali przede wszystkim notatki i surowo patrzyli na tych, którzy napisali mało, albo wcale (zwykle zdobiąc w zamian jeszcze ładniej zeszyty – bardzo prawdopodobne, iż nie wszystkie dzieci radziły sobie dobrze z pisaniem). Zdziwiło mnie, że notatki sprawdza również Akila, który nie znał tamilskiego. Spytałem o to Nalina, na co on stwierdził, iż również on nie potrafi czytać pisma tamilskiego. Bądź tu mądry… Lecz jak przypuszczam, ktoś umiejący czytać po tamilsku również kiedyś zajrzy do tych notatek.

   Na koniec dzieci podziękowały mi za koncert i wspólną zabawę i jak to bywa również w Indiach, niby już się pożegnaliśmy, ale przez najbliższe czterdzieści minut nikt się nie rozchodził. Nie spieszyło się nam na lunch, gdyż dostaliśmy go w formie na wynos z hotelu. Był to oczywiście ryż i curry. Przy okazji dowiedziałem się, iż wiele dzieci ma zawsze nadzieję, że dostanie coś do jedzenia w ramach warsztatów, lecz stowarzyszenie celowo unikało tego typu działalności. Nie chodziło o jałmużnę, lecz o obudzenie inicjatywy i twórczego podejścia do życia. Tym niemniej na herbatę z mlekiem dzieci rzuciły się niecierpliwie. Tym razem nie było ciastek, które Nalin i Akila starali się niekiedy przemycić za plecami swoich szefów.

 

   Gdy wracaliśmy, zachmurzyło się i rozpadał się deszcz. Nie mogłem więc zrobić już zbyt wielu udanych zdjęć. Sashin mimo to uczynił specjalną konstrukcję z gumowych, przeciwdeszczowych zasłon na boki rykszy (zwykle są otwarte), abym mógł próbować robić zdjęcia niezbyt moknąc. Widoki nadal były rewelacyjne. W pewnym momencie, jeszcze na górskiej drodze, natknęliśmy się na orszak idący z arti (ogniem ofiarnym). Była to zapowiedź Pongal, ważnego solarnego święta, obchodzonego szczególnie przez Tamilów, a mało znanego na Północy Indii. Nasz rykszarz zatrzymał się oczywiście i przyjął na swe czoło tikę z popiołu.  Zachęciłem siedzących ze mną chrześcijanina i buddystę, aby też skorzystali, gdyż ku mojemu zdumieniu pierwszy raz w życiu widzieli arti i malowanie kropki na czole. Ciekaw byłem swoją drogą, co myślą o kwestii Ramy i Rawany mijający nas ludzie. Ten, który niósł arti mógł być braminem. Było ich na wyspie bardzo niewielu, w większości dominowały warny wajśjów (czyli chłopów) i siudrów (czyli wyrobników). Tej ostatniej warnie, tradycyjnie, przysługiwał bardzo ograniczony dostęp do wiedzy wyższych warn. Podobny podział obowiązywał wśród lankijskich buddystów. Wprawdzie Budda zniósł bramiński podział na kasty, lecz ta zasada działała bardzo krótko.

   Patrząc na chmury zanurzające się w wielkim górskim jeziorze, myślałem dalej o Lance i Rawanie. Coraz mniej rozumiałem, dlaczego popularna wśród hinduistów teza wskazująca na Lankę jako miejsce mitycznych wydarzeń z Ramajany jest tak stanowczo odrzucana przez zachodnich indologów. Skoro sławny cesarz Asioka wysłał w III w. p.n.e. na Lankę swojego syna – misjonarza, zaś powstanie Ramajany datuje się najczęściej na okres pomiędzy I w. p.n.e. a I w. n.e., cóż szkodziło jego autorowi, Walmikiemu, znać Lankę? Chyba jedynym argumentem, który może wszystkiemu przeczyć, jest pojawienie się streszczenia Ramajany w innym wielkim indyjskim eposie Mahabharacie, starszym i nowszym zarazem od opowieści Walmikiego. Mahabharata powstawała najpewniej na przestrzeni, bagatela, 1200 lat, od VI w. p.n.e. do VI w. n.e. Gdyby fragment o Ramie został dodany do eposu już w VI w. p.n.e. moglibyśmy założyć, iż wówczas Lanka mogła być nie znana, choć też nie jest to oczywiste.

   Po drodze Sashin zdołał pokazać mi tylko jedno ze swoich ulubionych miejsc, czyli wiszący drewniany most ponad większą górską rzeką. Szły po nim akurat zbieraczki herbaty. Gdy mnie ujrzały, uśmiechnęły się do mnie przyjaźnie i złożyły ręce. Most w dużej mierze nie posiadał desek, po których można by iść. Zdziwiłem się, że grupa nie tylko młodych kobiet, objuczonych worami z herbatą, przeszła po nim jakby nigdy nic. Ja doszedłem tylko do połowy, gdyż moja stopa zaczynała wyglądać coraz paskudniej i nie mogłem z niej robić pełnego użytku. Zaczęło padać coraz mocniej, więc zasunęliśmy bardziej gumowe zasłony i pogrążyliśmy się w muzyce filmowej. Sashin miał w swojej rykszy wyjątkowo dobre głośniki obudowane deskami, jak także odtwarzacz CD obudowany ładnie zdobioną, szklaną gablotką przypominającą ołtarzyk. Górne partie rykszy przyozdobione były malowidłami, oraz girlandami kwiatów. W górnej części szyby naklejony był długi rząd bogów indyjskich.

 Gdy wróciliśmy do hotelu, szef stowarzyszenia wziął nas do drugiego biura położonego w odnowionym, pobrytyjskim bungalowie. To pachnące starym drewnem miejsce miało ciekawy nastrój. Wyglądało jak ukryta na stromym stoku wśród wysokich drzew siedziba tajnej organizacji, której członkowie działają w pełnej konspiracji, lecz lubią jednak wygodę. Jako, że już zasłynąłem w Hatton z mojego przywiązania do herbaty, otrzymałem nawet w prezencie napój herbaciany zrobiony przez jakiegoś niszowego wytwórcę z najlepszej cejlońskiej herbaty. Deszcz padał coraz mocniejszy, zaś ciemność na zewnątrz stała się smolista. Gdy zasypialiśmy, potężna nawała waliła w blaszany dach hotelu i niemal ogłuszała. Nalin tłumaczył mi, iż tego typu opady to standard na Sri Lance. Następnego dnia jednak, gdy jedliśmy śniadanie, w telewizji pokazywano widoki zalanych ulic. Potężny deszcz objął całą Lankę i spowodował 300 ofiar śmiertelnych.

 

 Gdy wyruszaliśmy do kolejnej grupy dzieci, nadal padało, choć nie aż tak mocno jak w nocy. Okazało się, iż drugi estate nie jest w aż tak izolowanym miejscu jak Mocha. Jakieś kilkaset metrów od niego znajdowała się droga z przystankiem autobusowym. Po burzliwej deszczowej nocy dzieci przychodziły stopniowo, bardzo spóźnione. Niektóre odprowadzali wychudzeni ojcowie o sympatycznych twarzach, trzymając nad głowami swoich pociech parasolki. W tej grupie niektóre zajęcia wyszły gorzej, inne zaś lepiej. Nie było w zasadzie tańca, za to do piosenek dzieci tworzyły znakomity akompaniament na wszelkiego typu talerzach, puszkach etc. Jako, że w grupie dominowali chłopcy, treningowa rozgrzewka była dużo bardziej sportowa, mniej natomiast miała elementów poetycko – wokalnych.

   Zabawy w lustra, oraz w dziwne słowa, chłopcy wykonali mniej ciekawie niż dziewczynki. Całkiem możliwe, iż zajęcia psuł deszcz i związane z nim problemy. Wysoce było prawdopodobne, iż niejedno dziecko pomagało w nocy rodzicom uchronić dom przed podmyciem. Wszyscy byliśmy zmęczeni, lecz Nalin wręcz fanatycznie śmiał się i budził dzieci z deszczowego letargu. W jego zaangażowaniu w tę trudną pracę krył się także wątek osobisty. Nalin był synem rybaka z położonej 35 km na północ od centrum Colombo miejscowości Negombo.  Koło Negombo znajduje się międzynarodowy port lotniczy, który miałem okazję zwiedzać próbując odzyskać słuch. Lecz główną ikoną Negombo są najsmaczniejsze na całej Sri Lance ryby i zdolni rybacy, bez których kuchnia Lanki nie byłaby sobą. Pomimo jednak, iż rybacy pełnią tak ważną funkcję w lankijskim społeczeństwie, są oni uważani za niską kastę przez innych Syngalczyków. Nalin był pierwszą osobą z tego sławnego miasteczka, która dostała się na uniwersytet. Obecnie w ślad za nim poszły dwie inne osoby. Rozumiał zatem bardzo dobrze problemy tamilskich dzieciaków.

   Problemy związane z pochodzeniem ciągnęły się za moim przyjacielem cały czas. Nawet związek z Takshilą nie został początkowo przyjęty przez jej rodziców, należących do wyższej warny.  Jest ona odpowiednikiem tamilskich wajśjów i zwie się „goyigama”. Podobnie jak w Indiach, w lankijskich gazetach pojawiają się ogłoszenia typu „syngalescy goyigama buddyści poszukują do swojego syna (córki) osoby wyznającej buddyzm, najlepiej wywodzącej się z Kandy lub nizinnych buddystów, obdarzonej głębokim zakorzenieniem w tradycji goyigama”. Zatem Nalin, będący jednym z najzdolniejszych studentów Uniwersytetu Kelaniya, wielokrotnie nagrodzonym, zarówno za grę aktorską, jak i za reżyserię, musiał dokładać wszelkich starań, aby przekonać do siebie farmerów goyigama, buddystów etc. Oczywiście Takshila, jak i jej siostra Kowshalya, pomagały mu z całych sił, lecz z pewnością bywało to frustrującym zadaniem.

   Dzieci ożywiły się najbardziej, gdy odprowadziły nas na przystanek autobusowy. Autobus spóźniał się bardziej niż bardzo, zatem zadawano mi liczne pytania o różne rzeczy. Nalin nie nadążał z tłumaczeniem ich wszystkich. Dzieci bardzo się cieszyły, iż mają tak egzotycznego przyjaciela i z zaciekawieniem dotykały mojej twarzy, rąk etc. Zapewne pierwszy raz w życiu widziały białego człowieka poza telewizją. Podobała im się moja muzyka, co jakiś czas pytały mnie więc o europejskich rycerzy itd. Gdy zobaczyły, że znam się na hinduizmie, zaczęły bić brawo ucieszone. Nie po raz pierwszy zauważyłem, iż bezkreśnie bogata mitologia religii Hindusów zapewnia mocne podstawy ich wyobraźni, nawet jeśli nie mają szczęścia do żadnych przyzwoitych szkół, oraz muszą siedzieć przez całe życie w jednej miejscowości. Tym niemniej rodziny tych dzieci były bardziej kosmopolityczne. Dowiedziałem się, iż dwie z ich matek przebywają w Jordanii, gdzie służą za pomoce domowe. Nie było to bynajmniej wyróżnienie losu, gdyż dzieci zostały tylko z zapracowanymi ojcami i widać było, iż brakuje im bardzo matczynej dłoni.

   Przyjechał autobus. Mieliśmy jechać do miejscowości Avissavella, znajdującej się jakieś sto kilometrów od nas. Co ciekawe, również ten dystans wymagał od autobusu czterech godzin. Nie było niestety już żadnego bezpośredniego połączenia ze stolicą, gdyż minęła już trzecia po południu w niedzielę. Gdy autobus ruszył, zrozumiałem, dlaczego tyle to będzie trwać. Mieliśmy do czynienia z wolnym, zatrzymującym się wszędzie pojazdem. Przypominało to wyprawę w dal zwykłym, miejskim autobusem. Żółwie tempo tłumaczyła też w mniejszym stopniu górzystość terenów. Tym niemniej nadmierne tracenie czasu usprawiedliwiały wspaniałe widoki. Jechaliśmy zupełnie inną drogą niż poprzednio. Gdy wyjechaliśmy poza obszar plantacji herbaty, trafiliśmy w eleganckie górskie kurorty zamieszkiwane przez bogatych Syngalczyków. Na prawym, przednim siedzeniu, zarezerwowanym dla mnichów (a nie dla inwalidów, czy kobiet w ciąży…), wpierw usiadł starszy mnich, który miał oczywiście wygoloną głowę, lecz za to odsłonięte tradycyjnie prawe ramię miał włochate jak u małpy, lub włoskiego kucharza. Gdy wsiadłem i nie mogłem sobie dać rady z plecakiem, potrąciłem go chyba kilka razy przypadkiem. Wszyscy ludzie w autobusie popatrzyli na mnie ze zgrozą, ja zaś wybrnąłem jakoś z tego wszystkiego tylko i wyłącznie dzięki pomocy dzielnego Nalina. Udało mu się wpakować mój bagaż na skrzynię silnika i przywiązać, aby nie wypadł na górskich zakrętach. Ja zaś patrzyłem na góry, na coraz bardziej zaborczą przyrodę, na wille bogatych „Sinhala Goyigoma Buddhist”, no i na mnicha, wpatrzonego w jakiś punkt przed sobą, obojętnego na widoki za oknem.

   „Pewnie wraca z Adam’s Peak” – zauważył Nalin, który używał tej angielskiej formy nazwy świętej góry (muzułmanie i chrześcijanie uważają, iż to Adam odcisnął swój ślad na górze). „Jak on tam doszedł?” – zdziwiłem się patrząc na wpatrzonego przed siebie mnicha. Później jednak zacząłem myśleć o tym, iż może jednak jest on jakimś wybitnym myślicielem, z którym rozmowa stanowiłaby wspaniałą przygodę. Albo dobrym człowiekiem, który pomaga swojej społeczności. Dowiedziałem się wcześniej, iż większość lankijskich mnichów nie mieszka w odizolowanych klasztorach, lecz pracuje jako nauczyciele, lekarze etc. Jednocześnie, zupełnie inaczej niż w Tajlandii na przykład, gdy ktoś zostaje mnichem, to czyni to na całe życie. Nie ma zwyczaju odbywania kilkuletniego mnisiego stażu i powrotu później do normalnego życia.

(ciąg dalszy nastąpi)

 

Zobacz inne rozdziały Dziennika indyjskiego

Dziennik IndyjskiDziennik Indyjski to opowieść z rocznego pobytu w Indiach i na Sri Lance poświęcona badaniom kultury i codziennego życia. Nie znajdziecie w tej historii idealizacji Indii ani "turystyki slumsowej". Zobaczycie natomiast sceny z życia artystów i normalnych ludzi. Jacek Tabisz pisał ten cykl indyjskich obrazów w trakcie badań muzyki indyjskiej osiem lat temu (2010-11). Od tego czasu zmienił poglądy na różne sprawy, więc nie pod wszystkimi poglądami wyrażonymi w tekście podpisuje się obecnie. Ciekawość wobec Indii i zamiłowanie do indyjskiej sztuki mają się jednak nadal dobrze.

Podobne materiały

Zostaw komentarz

Wpisz kod antySPAMowy *