Festiwal Noworoczny to ciekawa idea pozwalająca na huczne wejście Narodowego Forum Muzyki w nowy rok. Tym razem było naprawdę ciekawie. Koncert, który odbył się 5 stycznia posiadał ciekawy i ambitny repertuar, nie „upupiający” noworocznych melomanów, jak to się czasem na świecie zdarza. Podobnie zresztą było z koncertem sylwestrowym, gdzie zamiast muzyki tanecznej otrzymaliśmy świetne wykonania koncertu skrzypcowego Mendelssohna i Suitę Carmen Bizeta/Szczedrina.

 

Szefem artystycznym Festiwalu Noworocznego został libańsko – polski dyrygent Bassem Akiki, związany poprzez swoją edukację i aktywność z wieloma miejscami w Polsce i na świecie, lecz szlify dyrygenta orkiestrowego posiadający wrocławskie. W naszym mieście również Akiki debiutował i to Traviatą Verdiego w zabytkowym gmachu opery, co miało pewien związek z koncertem Noworocznym, gdyż Bassem Akiki prowadził na nim całkiem sporo muzyki Verdiego.

 

Joanna Moskowicz / fot. Małgorzata Chrastek

 

Doświadczenie operowe Bassema Akiki, który nie tylko debiutował w Operze Wrocławskiej, ale i prowadził jej orkiestrę od roku 2013, dało o sobie znać na koncercie zarówno od strony znakomitego akompaniamentu dla występujących śpiewaczek, jak i w aspekcie doboru repertuaru. Ten poświęcony był czarodziejkom i czarownicom występującym w operach, głównie u Verdiego, Mozarta, Pucciniego i Bizeta. Głównymi bohaterami koncertu, obok dyrygenta i Wrocławskich Filharmoników, były zatem trzy śpiewaczki – sopranistki Joanna Moskowicz i Ewa Majcherczyk, oraz mezzosopranistka Anna Borucka. Joanna Moskowicz robiła ogromne wrażenie wcielając się między innymi w groźną i tajemniczą postać mozartowskiej Królowej Nocy. Śpiewała dobrze ułożonym, pełnym głosem, dodając do trudnych koloraturowych arii wirtuozowskie zdobienia z rozmachem i bez wysiłku. Artystka związana przez swą edukację z Łodzią i z Wrocławiem, ma już na swoim koncie wiele ról i sukcesów. W 2007 r. otrzymała Złotą Maskę w kategorii „Najlepszy debiut sezonu” za rolę Rozyny w Cyruliku sewilskim G. Rossiniego wystawionym w Teatrze Wielkim w Łodzi. W latach 2008  – 2017 była solistką Opery Wrocławskiej, gdzie debiutowała jako Królowa Nocy w Czarodziejskim flecie Mozarta i wystąpiła też między innymi w partiach Olimpii w Opowieściach Hoffmanna J. Offenbacha. Świetną arię z Opowieści Hoffmanna mogliśmy też usłyszeć na koncercie. Artystka wykorzystała swój świetny głos, aby w komiczny sposób przedstawić ożywanie mechanicznej piękności w osłoniętych magicznymi okularami oczach poety.  

 

Mezzosopranistka Anna Borucka, która wzięła na siebie między innymi wspaniałą rolę Cyganki Azuceny z Trubadura, oraz wielokrotnie Carmen, znana jest z wielu przedsięwzięć w Polsce, ale też w 2017 roku zadebiutowała na deskach Semperoper w Dreźnie. Na wrocławskim Festiwalu Noworocznym żywioł czarodziejski jej przypadł najmocniej w udziale. Nie dość, że ożywiała na naszych oczach wspaniałe i na modłę romantyczną malownicze postaci Verdiańskich Cyganek, to jeszcze przyniosła nam wiecznie żywą Bizetowską Carmen. Aby nie było żadnych wątpliwości co do czarów u Bizeta, przedstawiła między innymi wraz z sopranistkami scenę wróżenia z kart z opery Francuza. To piękny, wstrząsający obraz, w którym przyjaciółki Carmen widzą w kartach nadzieję na przyszłość, zaś Carmen za każdym razem wychodzi śmierć. Ale, skoro jesteśmy przy romantyzmie, muszę wspomnieć o prowadzących koncert od strony sztuki słowa dwojgu redaktorach Radiowej Dwójki – Agacie Kwiecińskiej i Marcinie Majchrowskim. Byli świetni. Pełni humoru sprzedawali dobrze wymierzoną dawkę wiedzy o muzyce. Wcześniej NFM próbował zabarwić noworoczne koncerty bardzo znanymi aktorami, ale było to dość słabe ze strony tychże aktorów. Nic nie zastąpi bowiem pasji do muzyki. Po raz kolejny jednak mam pewną uwagę dotyczącą opinii wygłoszonej przez Marcina Majchrowskiego. Otóż zgodnie z dość popularnym stereotypem przedstawił on treść mrocznej arii Cyganki (Romki?) Azuceny jako jeden ze szczytów absurdu, jeśli chodzi o operowe libretta. Oto Cyganka, widząc śmierć na stosie swojej matki, postanawia się zemścić i kradnie hrabiemu – lokalnemu prawodawcy, niemowlęcego synka. W ramach zemsty ma zamiar go dorzucić do stosu. Okazuje się jednak, że ma ze sobą dwoje dzieci – to porwane i to własne. Przez pomyłkę wrzuca do ognia dziecię własne, zaś to mające ulec zagładzie wychowuje w ramach odżałowania pomyłki na prawego człowieka, głównego bohatera opery Trubadur. Pewnie was nie przekonałem, że Trubadur ma świetnie libretto? Ale nim przyznacie rację Marcinowi Majchrowskiemu, którego redaktorowanie swoją drogą ogromnie cenię i lubię, pomyślcie, że nie tylko realizm rządzi sztuką. Trubadur to, moim zdaniem, operowe wcielenie powieści gotyckiej, gdzie makabra, groteskowość i surrealistyczna nastrojowość zachwycają prawdziwych miłośników literatury romantyzmu, do których z pewnością zaliczał się Verdi, chętnie sięgający także po Szekspira, bożyszcze romantyków przybyłe do nich z dawnych czasów. Z kolei redaktorka Kaja ma do libretta Trubadura inny trop, też całkiem przekonywujący. Otóż w takich scenach jak ta z przybraną matką Trubadura odzywa się język ludowych baśni, w których lubowali się romantycy, z braćmi Grimm na czele. Cyganka, stos, dziwaczne pomylenie niemowląt, nagłe zamienienie zemsty w wychowawczą czułość – to język hiszpańskiej baśni. To również język powieści łotrzykowskiej, również chciwie czerpiącej z kolorytu prowincji i wyobraźni ludu. Tak więc będę bronił Trubadura jako jednej z najwspanialszych romantycznych oper (obok arcydzieł Wagnera) i tak, uważam, że jest on jeszcze lepszy od oper Verdiego opartych na Szekspirze. Myślę, że co do doskonałości muzyki Trubadura nikt zdrowy na umyśle nie ma wątpliwości, natomiast libretto nie jest wcale takie złe. Gdy ktoś ceni powieść gotycką, a jest ona przecież korzeniem romantyzmu, łatwo mu uznać libretto Trubadura za bardzo dobre, a nie tylko „nie będące rażącym absurdem”…

 

W Verdim, jak i repertuarze francuskim zabłysła trzecia śpiewaczka, sopranistka Ewa Majcherczyk. Na przykład przepiękna modlitwa Desdemony domyślającej się niesprawiedliwego gniewu męża Otella, mającego ją zabić jeszcze tej samej nocy, wykonana była przez Majcherczyk niebywale stylowo i wzruszająco.

 

Na sam koniec koncertu były też cztery ensemble musicalowe, też świetnie wykonane (bo musical to pestka dla świetnych artystek operowych…). Ale mnie w uszach pozostały wspaniałe postaci operowych bohaterek i – oczywiście – ich muzyczne portrety. Jak wstrząsająca była Liu z opery Turandot Pucciniego! Albo czarownica z opery Dworzaka Rusałka! Wrocławscy Filharmonicy byli w operowym akompaniamencie po prostu błyskotliwi. Doskonała wyrazistość frazy, akcenty kładzione ostro i dramatycznie. Klasa sama w sobie. Być może tylko słynne Der Hölle Rache Królowej Nocy zgrane zostało nieco zbyt wolno i za mało groźnie, ale i tak znakomity sopran Joanny Moskowicz nadał tej genialnej arii należytą ekspresję. To był piękny koncert, pięknie jest wkraczać w nowy rok z NFM!