• niedziela, 19 listopada 2017 r.

Rosjan batalia z Wiecznym Powrotem

 

Na wstępie zaznaczam, że nie będzie to apologia autorytarnego reżimu, który trzyma „za pysk” sto czterdzieści milionów ludzi, a kolejnym milionom grozi wojną, ani też ekspozycja teorii spiskowych Kremlowskich ideologów pokroju Aleksandra Dugina. Jest to raczej próba zrozumienia, postawienia się w sytuacji drugiego człowieka, zastąpienia strachu współczuciem (słowo „empatia” nie zgadza się z moim słowiańskim słuchem). Z pełną beztroską zbywam tezy mówiące o tym, że Rosjan nie da się zrozumieć, że stanowią jakiś inny gatunek ludzi, których historia przemieliła tak dokładnie, że nie mają w sobie tych szczególnych cech, które charakteryzują nas, wolnych i zachodnich Polaków – Europejczyków. Na początek dwie historie:

Niech żyje Car/Król*!

*niepotrzebne skreślić

Sierpień 1610 roku miał być końcem pewnej epoki. Od ponad piętnastu lat młode jeszcze Carstwo Rosyjskie znajdowało się w stanie ciężkiego kryzysu politycznego i (posługując się dzisiejszą nomenklaturą) humanitarnego. W 1584 roku zmarł w podeszłym wieku 54 lat Iwan Groźny, kończąc tym samym czas terroru państwowego niewyobrażalnego w tamtych czasach. Rosja miała za sobą okres wielkiej ekspansji terytorialnej.

W 1552, po ponad stuletniej serii wojen, padł Kazań, zaś Carstwo objęło swoim panowaniem resztki państwa Złotej Ordy, swojego odwiecznego wroga i byłego seniora. Iwan natychmiast zainicjował proces intensywnej rusyfikacji, z masowymi mordami i przesiedleniami włącznie. Tatarska elita była głównym celem prześladowań, lecz terror dosięgnął wszystkich mieszkańców ziem, które miały się stać pierwszą rosyjską kolonią, grodząc bramę Wielkiego Stepu, skąd od wieków wlewały się na Ruś hordy najeźdźców. W 1589 roku Rosjanie zdobyli Kaszłyk, podporządkowując sobie Chanat Sybirski. Rosja stała się wielonarodowym imperium, choć jeszcze słabym.

W 1555 roku Iwan Groźny przyznał przywileje handlowe kupcom angielskim. Powstaje spółka akcyjna Muscovy Company, zajmująca się wymianą rosyjskich futer za angielskie tekstylia przez Morze Białe i port w Archangielsku. Rosja z roku na rok staje się znaczącym eksporterem surowców, przez co włączona zostaje w europejski obieg ekonomiczny. Carstwo otwiera się na świat. Wzrost znaczenia rosyjskiego eksportu budzi niepokój nawet w Rzeczypospolitej.

Władza Bojarów została poważnie nadwyrężona. Iwan im nie ufał i prowadził masowe kampanie ich wyniszczania. Nowo podbitą Republikę Nowogrodu wydzielił jako łup dla swych przybocznych bandytów (Opryczniki), którzy siłą, okrucieństwem i fanatycznym oddaniem, umacniali władzę Kremla. Ci ludzie dopuszczali się zbrodni, które wyróżniały się nawet na krwawym tle epoki. W samym Nowogrodzie zamordowali 60 tysięcy mieszkańców. Nikt do końca nie wie, ile ofiar pochłonął ten carski eksperyment z policją polityczną zanim sam Car zdecydował się go zakończyć. Iwan, jak widać, na długo przed przyjściem Bolszewików przetestował podstawowe narzędzia władzy, jakimi rządy rosyjskie miały się posługiwać w przyszłości.

Po śmierci Iwana carski kołpak przejął jego syn – Fiodor, który okazał się władcą słabym i psychicznie niestabilnym. Bojarzy i byli Oprycznicy zdołali zdobyć znaczne wpływy na Kremlu. Strach przed powrotem kogoś na podobieństwo Iwana Rurykowicza był wciąż żywy. Słaby car został zdominowany przez Borysa Godunowa, jednego z przybocznych Iwana Groźnego i nowo nobilitowanego bojara. Godunow ożenił cara ze swoją siostrą i de facto kontrolował Kreml w jego imieniu, zaś po śmierci Fiodora postanowił przejąć pełnię władzy. Miał ułatwione zadanie, jako że w 1584 roku rozkazał uwięzić brata Fiodora – Dymitra – w Ugliczu, wraz z jego matką i siostrami. Ośmioletni zaledwie następca tronu został zabity w 1591 roku w niejasnych okolicznościach – nietrudno jednak zgadnąć, komu najbardziej zależało na jego śmierci. Powstała legenda carewicza, prawowitego następcy, bożego pomazańca, który w oczach ludu miał być osobą, która przywróci Rosji pokój. Historia jednak potoczyła się inaczej. Godunow został carem.

W 1603 roku w Rosji nastał wielki głód, który spotęgował panujący kryzys polityczny. W 1605, po śmierci Borysa, tron objął jego nastoletni syn – Fiodor II i to właśnie na nim miały zemścić się grzechy ojca. Legenda Dymitra, wciąż żywa, została wykorzystana przez wschodnich magnatów Rzeczypospolitej, którzy wystawili swojego pretendenta do tronu – rzekomo ocalałego z krwawych godów – Dymitra Rurykowicza. W Moskwie doszło do zamachu stanu, zaś Fiodor II został w okrutny sposób zabity. Dymitra Samozwańca („Łżedymitra”) ogłoszono carem przy wsparciu prywatnych armii Mniszchów, Wiśniowieckich i Różyńskich (Król i Sejm Rzeczypospolitej oficjalnie opowiedziały się przeciw tej interwencji), lecz i on miał zostać zgładzony. Rozpoczynają się niesławne Dymitriady – kolejna plaga, którą los rękami kresowych magnatów postanowił zesłać na Rosjan. Nastaje chaos polityczny i gospodarczy, najazdy Szwedów i Polaków oraz klęska głodu. Władze na Kremlu zmieniają się z zawrotną szybkością. Rosja po raz pierwszy od dwustu lat stanęła przed realną perspektywą rozbioru.

Na tym tle, w sierpniu 1610 roku, Hetman Polny Koronny Stanisław Żółkiewski, świeżo po swoim wielkim zwycięstwie pod Kłuszynem, wchodzi do Moskwy i ustanawia polski garnizon, biorąc jednocześnie do niewoli Wasyla Szujskiego, kolejnego z wielu już carów. O ile jednak wcześniejsze interwencje Polaków w sprawy Rosji można było uznać za awanturnictwo polityczne kresowej magnaterii (podobne do ingerencji amerykańskich filibusters w Ameryce Łacińskiej w XIX wieku), to misja Żółkiewskiego nosiła znamiona planu politycznego dla Rosji. Hetman, mając za sobą powagę władzy Rzeczypospolitej, porozumiał się z Bojarami w sprawie elekcji królewicza Władysława, syna króla Polski Zygmunta III, na cara Rosji. Trudno dzisiaj ocenić motywacje misji Żółkiewskiego. Wydaje mi się jednak, że oprócz zwykłego imperializmu, miała ona też pobudki nieco szlachetniejszej natury. Władysław zobowiązał się przyjąć prawosławie i miał poparcie znacznej części Bojarów, zaś stabilna władza carska (choćby wspierana zbrojnie przez wojsko Rzeczypospolitej) dawała nadzieję na zakończenie Smuty i zdobycie poparcia wśród ludu. Na koronację królewicza wyraził też zgodę patriarcha moskiewski Filaret.

Perspektywa unii nie była wcale tak niewiarygodna, jak mogłoby się to wydawać z dzisiejszej perspektywy. Rosja i Rzeczpospolita już wcześniej rozważały możliwość sojuszu (poselstwo Lwa Sapiehy do Iwana Groźnego w 1584 roku). Król Polski, będąc też dziedzicem tronu w Moskwie, miałby zaplecze w walce z nasilającą się ofensywą polityczną Szlachty, zaś rosyjscy Bojarzy mogli liczyć na znaczną autonomię – także religijną, oraz gwarancję, że terror Opryczników Iwana się nie powtórzy. Rosjanie nie mieli wtedy, ani nie mają teraz, natury niewolników.

Plan Żółkiewskiego nie powiódł się. Król Zygmunt, pod wpływem jezuickich wysłanników Rzymu (papież Paweł V żywo interesował się sprawą nawrócenia Moskali), ani myślał pozwolić swojemu synowi na przyjęcie prawosławia. Polska obecność na Kremlu miała być w jego oczach misją chrześcijaństwa łacińskiego na wschód, krucjatą – powracając niejako do schematu Dymitriad. Władysław, albo z własnej inicjatywy, albo w odpowiedzi na presję ze strony ojca, podpisał jako car serię niekorzystnych dla Rosji dokumentów: nawiązał wieczysty sojusz z Rzeczpospolitą przeciw Turkom Osmańskim (co było typowym zagraniem Zachodu – przechytrzyć Cara, aby rękami Rosjan zdobył stary Carogród – Istambuł). Dokument ten stawiał Rosję, zbyt słabą militarnie, w roli mięsa armatniego w planowanych przez Papiestwo i Wazów krucjatach. Kolejną decyzją nowego cara było oddanie Rzeczypospolitej rozległych ziem na pograniczu dwóch państw. To ostatnie byłoby jeszcze do przełknięcia, zważywszy na fakt że moskiewska tam obecność była stosunkowo niedawna, a podboje motywowane przeważnie chęcią zabezpieczenia ziem ruskich przed najazdami oraz uzyskaniem dostępu do morza w celu rozwoju eksportu. W przypadku unii personalnej, granice zachodnie Carstwa byłyby zabezpieczone potęgą polsko-litewskiej armii – nie mającej sobie równej w Europie (reformy wojskowe Gustawa Adolfa w Szwecji miały dopiero nastąpić).

Bojarzy nie mogli zgodzić się na warunki, które postawił car Władysław. Rosja ani myślała stać się przedmurzem nieswojego chrześcijaństwa. Starania Rzeczypospolitej zostały odebrane (słusznie) jako zwykła agresja „łacinników”. Wybuchł kolejny już bunt, tym razem pod przewodnictwem  kniazia Pożarskiego, który po dwóch latach wypędził Polaków z Kremla. Makabryczne relacje z długiego oblężenia polskiej załogi nawet dzisiaj mrożą krew w żyłach. Głód, gwałty, okrucieństwo i kanibalizm – czarna karta historii Polski. Czwartego listopada 1612 roku Polacy skapitulowali, zaś niespełna rok później wybrano nowego cara – Michała Romanowa, krewniaka Pożarskiego i syna patriarchy Filareta. Michał zakończył wojny ze Szwecją i Rzeczpospolitą oraz przywrócił spokój na prowincji uporawszy się z bandami polskich i szwedzkich maruderów. Zakończyła się Wielka Smuta. W Rosji nastała nowa dynastia, która miała rządzić jej ludem żelazną ręką przez kolejne trzysta lat. Carstwo umocniło nimb swojej boskości i na trwałe podporządkowało sobie Cerkiew. Rosjanie zbudowali mit swojej państwowości jako sprzeciwu wobec ekspansji łacinników z Zachodu. Po dziś dzień Rosja jest w swoich własnych oczach „imperium z konieczności”, atakującym tylko po to, by uprzedzić atak; broniącym Rusinów przed Obcymi – czy to Polakami, czy to Niemcami. W takich warunkach niezwykle łatwo jest usprawiedliwić każdą agresję i utrzymywać, że Zachód używa swojej oświeconej retoryki w celu wmanipulowania Rosjan w swoje szemrane interesy.

Stanisław Żółkiewski zginął w 1620 roku pod Cecorą z rąk Turków i Nogajów. Wazowie próbowali jeszcze zmobilizować Rzeczpospolitą do krucjaty przeciwko Bisurmanowi, lecz polsko-litewskie wojska nie dotarły nigdy dalej niż do Mołdawii – nie licząc drobnych łupieżczych wypraw Kozaków Zaporowskich. Na pomniejszych wojnach Turcji z Lechistanem zyskali najwięcej Habsburgowie.

Michail, Michail, ty pastroisz nowyj mir…

…nie anglijskij, nie francuskij, na ty ruskij bahatir” – tak śpiewał Andrzej Rosiewicz o Michaile Gorbaczowie w 1988 roku (”Wieje wiosna ze wschodu”). Gorbaczow, Sekretarz Generalny Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego, zyskał ogromne poparcie zarówno w ZSRR jak i na Zachodzie. Był uosobieniem nadziei narodów Bloku Wschodniego na suwerenność („Doktryna Sinatry”), zaś sami Rosjanie zmęczeni długoletnim kryzysem ekonomicznym, oczekiwali zmian politycznych, które uwolnią gospodarkę przemysłową z dusznych ram systemu nakazowo-rozdzielczego. Poparcie w Rosji nie było rzecz jasna absolutne. Mocno trzymała się nomenklatura partyjna, a wojsko wciąż wysyłało groźne sygnały. Sam Gorbaczow nie był też emanacją cnót liberalizmu – jego reformy (glasnost, perestrojka) motywowane były raczej koniecznością niż jakimś wzniosłym prometeizmem.

Pierwsze (i jak dotąd jedyne) demokratyczne wybory w Rosji odbyły się 12 lipca 1991 roku. Wygrał je Borys Jelcyn zdobywając 57% głosów. O dziwo, kandydat Gorbaczowa Nikolai Ryżkow zyskał zaledwie 16%. Gorbaczow gwałtownie tracił zaplecze polityczne, a już 18 sierpnia generał Janajew wraz z „Bandą Ośmiu” postanowił przy pomocy czołgów przejąć władzę i zawrócić falę zmian. Jelcyn opowiedział się po stronie demokracji i kiedy Janajew zagroził atakiem na Biały Dom – siedzibę rosyjskiego parlamentu – Jelcyn stanął wśród demonstrantów. Pucz upadł po kilku dniach, a Borys Jelcyn stał się bohaterem narodowym. Klęska Janajewa określana jest często przez historyków jako ostateczny upadek rządów Partii Komunistycznej. Gorbaczow, główny demiurg tej transformacji, miał wkrótce stracić funkcję Pierwszego Sekretarza oraz bezpośredni wpływ na politykę Rosji.

W grudniu 1991 roku ZSRR przestał istnieć. Rosja straciła (jeśli słowo jest w ogóle uprawnione w odniesieniu do imperium kolonialnego) połowę swojej populacji oraz najbardziej rozwinięte gospodarczo terytoria. W Azji Centralnej i na Kaukazie „odpadły” ogromne zasoby gazu, ropy i uranu w Kazachstanie i pola naftowe w Azerbejdżanie. Krym, niezwykle ważny strategicznie, trafił w ręce Ukraińców – podobnie jak żyzne ziemie nad Dnieprem. W przeciągu dwóch lat Rosja z imperium została zdegradowana do rangi zwykłego, europejskiego kraju, a wszystko odbyło się bez wojny światowej. Na mapie pojawiło się piętnaście nowych państw, a siedem kolejnych odzyskało suwerenność. Był to tryumf cywilizacji na niespotykaną wcześniej skalę, znak że ludzkość wydoroślała i nie potrzebuje wojen by negocjować granice. Niestety, wielu wpływowych ludzi na Zachodzie pomyliło zwycięstwo demokracji ze zwycięstwem kapitalizmu.

Jelcyn, otrzymawszy od parlamentu możliwość rządzenia przy pomocy dekretu (tzn. bez parlamentarnej kontroli), od razu przystąpił do wdrażania reform wolnorynkowych. Było to dość dziwne posunięcie, zważywszy na to, że dotychczas wydawał się być zwolennikiem stopniowej restrukturyzacji i dążenia do modelu skandynawskiego, nazwanego przez Gorbaczowa „wzorem socjalizmu dla całej ludzkości”. Czasowe zawieszenie demokracji miało się okazać początkiem drugiej Smuty, którą teraz nazywano terapią szokową.

Reformy wolnorynkowe w Rosji wprowadzono szybko i bez jakiejkolwiek kontroli instytucji demokratycznych (oraz wbrew opinii publicznej). Podobnie jak w Polsce, rozpoczęła się restrukturyzacja, będąca w praktyce wielką wyprzedażą majątku państwowego. Minister finansów Jegor Gaidar stał się twarzą Nowych Czasów – neoliberalnej grabieży, która ustanowiła nowy podział klasowy na Wschodzie (w tym także u nas). Zaczęła tworzyć się oligarchia. Rosjanie zostali zaskoczeni i wyprzedani zanim ktokolwiek mógł zareagować. Ćwierć miliona przedsiębiorstw państwowych sprzedano w przeciągu tygodni. Zniesiono całkowicie kontrolę cen, przez co ogromna część populacji znalazła się nagle w stanie nędzy. Na murach w Moskwie pisano: „Dość eksperymentów”. Tymczasem w zachodnich mediach biznesowych pojawiały się artykuły o „inwestycjach” w Rosji przynoszących kilkuset procentowe zwroty. Nic dziwnego, skoro za miliony można było nabyć koncern, który już rok później przynosił miliardowe zyski (np. spółka wydobywcza Sidanko). Jukos został kupiony przez oligarchę Chodorkowskiego praktycznie za pieniądze podatników (niesławne „kredyty za akcje”). Nowe pokolenie post-partyjnych bojarów rosło w siłę, niczym nobilitowani Oprycznicy za cara Borysa Godunowa. „Inwestycje” przynosiły też potężne zwroty dla zachodnich funduszy. Dodatkowo, Royal Dutch Shell oraz BP weszły w układ partnerski z Gazpromem, czego świadectwem jest wschodnie centrum rozliczeniowe Shella pod Krakowem. Pieniądz nie śmierdzi, a demokracja nie jest warunkiem koniecznym aby robić interesy. Oczywiście żeby zarobić, trzeba było mieć już kilka milionów dolarów „na rozruch” co wykluczyło 99,9% społeczeństwa z rosyjskiego „cudu gospodarczego”. Powtórzył się schemat sojuszu bojarów (a u nas – magnatów kresowych) i zachodnich kupców w celu eksploatacji bogactw naturalnych i taniej siły roboczej. Historia zatoczyła koło.

W marcu 1993 roku rosyjski parlament postanowił (zgodnie z demokratycznymi procedurami) odebrać Jelcynowi jego przywileje. Okres rządzenia dekretami się skończył. Gaidar został zdymisjonowany już wcześniej. Podobnie jak Polacy, Rosjanie dość mieli terapii szokowych. Jelcyn jednak nie miał zamiaru ustąpić ani odwołać się do ludu (zwłaszcza, że w Polsce ten „ciemny” lud ukarał Solidarność za terapię szokową Balcerowicza). Reformy musiały zostać utrzymane bez względu na opinię społeczeństwa. Demokracja i „rynkowy bolszewizm” (określenie ekonomisty Josepha Stiglitza) rzadko idą w parze. Mimo decyzji demokratycznie wybranego parlamentu oraz trybunału konstytucyjnego, prezydent (lub może już król „Borys I”) wprowadził stan wyjątkowy. Podobnie jak Janajew w 1991 roku, Jelcyn wysłał wojsko w kierunku Białego Domu oraz odciął Moskwę od reszty kraju. Parlament został rozwiązany, a konstytucja zawieszona. Starcia z wojskiem kosztowały życie ponad 400 osób. Reżim się utrzymał.

Jedenastego grudnia 1994 roku wybuchła pierwsza wojna w Czeczenii. Zastanawiające, że stało się to w samym środku kryzysu. Rosja znajdowała się w głębokiej zapaści. Poziom życia przeciętnego obywatela obniżył się w ciągu dwóch lat panowania Borysa I średnio o 40%. Jednocześnie przybyło miliarderów, często tych samych ludzi, którzy w ZSRR trzymali pod butem resztę społeczeństwa. Rosła plaga pijaństwa, samobójstw i bezrobocia. Wybuchła epidemia AIDS i żółtaczki. Cyniczny obserwator mógłby powiedzieć, że Jelcyn potrzebował szybkiego zwycięstwa, aby wygrać kolejne wybory – coś na wzór Falklandów. Wojna jednak z Blitzkriegu przerodziła się w typowy konflikt partyzancki. Dwór Borysa zdał sobie sprawę z tego, że aby wygrać wybory potrzebował będzie wsparcia – i je otrzymał. Oligarchowie opowiedzieli się za Jelcynem i wsparli jego kampanię kwotą 100 milionów dolarów. Reżim wygrał wybory, co mogło względnie cieszyć, zważywszy że konkurencją dla Jelcyna był komunista Gienadij Zjuganow.

We wrześniu 1999 roku w Bujnaksku, Wołgodońsku i Moskwie doszło do serii zamachów bombowych na bloki mieszkalne, w których zginęło prawie trzysta osób a tysiąc odniosło rany. Rząd za atak terrorystyczny obwinił kaukaskich bojowników z Czeczenii i Dagestanu, gdzie od dwóch tygodni trwała druga już wojna czeczeńska. Jak doszło do zamachów i na czyje polecenie ich dokonano do dzisiaj nie zostało do końca wyjaśnione. Warto jednak zadać pytanie: kto zyskał najwięcej na tych wydarzeniach? Z pewnością nie bojownicy czeczeńscy (z całą świadomością faktu, że nie byli w tym konflikcie aniołami), gdyż światowa opinia publiczna zwróciła się przeciwko nim, zostawiając na łaskę Kremla. Więc kto?

W grudniu 1999 roku Borys Jelcyn podaje się do dymisji. Obowiązki głowy państwa przejmuje premier Władimir Putin, który swoją stanowczością i opanowaniem w obliczu wrześniowych zamachów zyskał sobie sporą popularność. Jednym z pierwszych dekretów nowego prezydenta była decyzja o nadaniu Jelcynowi immunitetu od zarzutów o korupcję w latach jego prezydentury. Wybory w maju 2000 roku wygrał Putin zdobywając 53% głosów. Nastąpiło pokojowe przekazanie władzy przez króla Borysa nowemu carowi. Nowy prezydent wytoczył nieformalną wojnę oligarchom, jednocześnie budując własne zaplecze magnatów. Sprawa Chodorkowskiego dobrze ilustruje tę walkę. W Czeczenii Putin zaprowadził względny „porządek” instalując tam promoskiewskie rządy Alkanowa i Kadyrowa. Zapowiedział też reformy gospodarcze mające na celu wyprowadzenie Rosji z kryzysu.

Panowanie nowego cara (przy pomocy „demokracji sterowanej”) zakłócane było od czasu do czasu przez zamachy terrorystyczne. Zawsze jednak bohaterski Putin wychodził z nich obronną ręką rzucając mocne słowa lub zaostrzając kurs wobec islamistów z Tatarstanu i Kaukazu. Administracja Putina odzyskała względną kontrolę nad rosyjskimi surowcami i po raz pierwszy od prawie dekady mogła stawiać Zachodowi jakiekolwiek warunki. W 2004 roku Dzień Rewolucji Październikowej zastąpiono Dniem Jedności, upamiętniającym wygnanie polskiej załogi z Kremla 4 listopada 1612 roku. Nie był to przypadek, choć nie uważam tego za wyraz nienawiści do Polaków – przynajmniej nie taki był główny cel. Putin wykorzystał raczej mit cara, kreując się na nowego Michała Romanowa, który ma zakończyć nową Smutę – czas, w którym Zachód rękami neoliberalnych reformatorów sprowadził Rosję do roli peryferiów globalnej ekonomii. Kreml zaczął wspierać formację nowego bloku państw, które przeciwstawić się mają dyktaturze IMF i Banku Światowego (powstanie BRICS). Nowy car rozumie jak negocjować z Wielkimi Tego Świata – twardo i z berdyszem w pogotowiu. Putinowska Rosja nie czuje się jednak silna.

Zemsta geografii

Koło, jakie zatoczyła historia staje się jeszcze bardziej wyraźne po spojrzeniu na mapę. Nie licząc Syberii, granice Rosji 2012 niemal nakładają się na te z 1612 roku. Każdy Rosjanin wie, co to oznacza – Rosja jest otwarta na najazd. Niemożliwe? Niewiarygodne? W dzisiejszym zglobalizowanym świecie z otwartymi rynkami? Rosjanom „niewiarygodne” przytrafiło się w XX wieku dwa razy, a wojna to nie jedyne zagrożenie.

Robert D. Kaplan, amerykański neokonserwatysta, mówi o „zemście geografii” (książka „The Revenge of Geography”, 2013), czyli o tym jak położenie, klimat, zasoby i dostępność szlaków komunikacyjnych determinuje w znacznym stopniu politykę państw. Rosja, otwarta ze wszystkich stron na ciosy, z trudnym dostępem do niezamarzających portów (Krym, Murmańsk, Petersburg i Władywostok) oraz nieprzyjaznym klimatem, wydaje się być idealną glebą dla systemu autorytarnego i zmilitaryzowanego, zamkniętego na świat. Krótko: Rosja skazana jest na bycie agresorem zarówno zewnętrznym jak i wewnętrznym. Czego jednak Kaplan nie zauważa (lub zbywa krótką wzmianką) to to, że Rosja w 1991 roku postanowiła wyrwać się spod tego „terroru geografii” i się odsłoniła. Demokracja w Rosji nie otrzymała wtedy szansy – wolnorynkowa terapia szokowa sprowadziła społeczeństwo do roli ludu – bezkształtnej, zdesperowanej i głodującej masy modlącej się o powrót zza grobu silnego, prawowitego (i mitycznego) carewicza Dymitra. Plan Zachodu dla Rosji w 1991 roku był brakiem planu – wiarą w to, że rynek wszystko załatwi i zrzuceniem odpowiedzialności na jakąś metafizyczną siłę samoregulujących się systemów. Zabrakło wtedy na Zachodzie kogoś na miarę Georga Marshalla czy Harrego Trumana. Po raz kolejny Rosja zobaczyła przepaść między zachodnią retoryką, a praktycznymi interesami klas panujących. Zachód, tak jak w 1610, okazał się być manipulatorem. Wtedy chodziło o katolicyzm i wojnę z Turkiem, dzisiaj zaś o wolny rynek i zwykły rabunek. Papieża Pawła V zastąpił w tym schemacie ekonomista Geoffrey Sachs. Tylko Car może obronić Rosjanina przed obcymi czarodziejami (o tym, że Car sam czerpie gigantyczne profity z wyzysku własnych poddanych, jak w przypadku szwajcarskiej spółki Gunvor  – cicho, sza!).

Teoria prymatu geografii jest bliska nie tylko Kaplanowi. Skłania się ku niej także Aleksander Dugin, główny architekt obecnej ideologii wielkorosyjskiej Kremla. Uważa on, że historia najnowsza (ale nie tylko) jest sceną dla zmagań dwóch sił geopolitycznych: Euroatlantyzmu i Eurazjanizmu. Zachód (USA i Europa Zachodnia) to ta pierwsza siła, Rosja zaś – druga. Eurazjanizm jest według Dugina ostatnio w odwrocie, ale nie na długo. Eurazjanizm odrodzi się, jako model społeczeństwa zupełnie różny od tego, który zna Zachód. Religia jest w nim integralnym elementem władzy państwowej zaś prawa jednostki jedynie dodatkiem, oszustwem Euroatlantyzmu – czymś, co można negocjować albo w ogóle odrzucić. Na kartach swojego dziełka „Podstawy geopolityki” (1997) Dugin kreśli plan dla Eurazji, nonszalancko dzieli narody i państwa arbitralnymi granicami niczym Hitler w „Mein Kampf” opisujący plan stworzenia Lebensraum dla Niemców. Jego Narodowy Bolszewizm jest ideologią podboju (choć, jak sam podkreśla, „miękkimi” metodami wywiadu i propagandy) oraz zemsty za to, co nacjonalista Sjergiej Glazjew nazywa „rosyjskim holocaustem”, czyli neoliberalną zbrodnią ekonomiczną wykonaną na Rosjanach w latach 1993-1999, kiedy to populacja Rosji zmniejszyła się o kilka milionów. Narodowy Bolszewizm Dugina króluje obecnie na Kremlu i wśród rosyjskich elit. W nim właśnie tkwią korzenie obecnego kryzysu w Europie Środkowej i nie można zbyć jego wpływów łatką radykalnego marginesu, zwłaszcza że wizja Europy Dugina przypomina piekło rodem ze średniowiecza.

Rosja nie ma zbiorowej mentalności agresora. Jeśli już istnieje coś takiego, jak „zbiorowa mentalność Rosjan”, to jest to raczej mentalność ofiary. Jej składową jest lęk – paniczny lęk przed atakiem, który przejawia się skłonnością do uderzeń uprzedzających oraz irracjonalnym zaufaniem do tyranów. Zezwierzęcony, celowo wyniszczany lud, jest skłonny pokochać swojego oprawcę. Tak jak mużyki Pugaczowa przekonani o tym, że car nie wie nic o ich krzywdach doznawanych z rąk ziemian (wierząc, że Piotr III zniósł poddaństwo), bądź czerwonoarmiści traktujący Stalina jako dobrego ojca, który nie ma bladego pojęcia o zbrodniach NKWD. Na tej iluzji carowie i pierwsi sekretarze, kreując się na obrońców ludu, zbudowali imperium. Teraz przyszedł czas na jego odnowienie – w imię bezpieczeństwa. Tak myśleli Iwan Groźny i Michał Romanow. Tak myśli Władimir Putin.

Свобода, равенство, братство.

Z przytoczonych powyżej dwóch historii (lub może raczej – subiektywnych narracji) można wyciągnąć wnioski zarówno pesymistyczne, jak i optymistyczne. Te pierwsze rysują Rosję jako geopolityczny i historyczny Węzeł Gordyjski, którego przecięcie bądź rozsupłanie jest dzisiaj niemożliwe. Szanse na demokratyczną, łagodną Rosję (samą Rosję, bez imperium i quasi-kolonii) zostały zaprzepaszczone już wiele razy i trudno powiedzieć, że ten tzw. „Zachód” był tutaj całkiem bez winy. Najsmutniejsze jest jednak to, że wystraszony niedźwiedź pożera tych, którzy są najbliżej. Jeśli Rosja skazana jest na Wieczny Powrót, to Polska też od niego nie ucieknie. Oddanie Rosji na pastwę nowego putinowskiego caratu w imię świętego spokoju (oraz interesów koncernów wydobywczych) jest odroczonym wyrokiem na Polaków, Bałtów, Ukraińców i Białorusinów. „Nie ma wolnej Polski bez wolnej Ukrainy” (słowa Donalda Tuska) – zgadzam się wbrew niechęci do autora. Dodam jeszcze, że nie ma wolnej Polski bez wolnej i demokratycznej Rosji.

Pozytywne wnioski? Wśród rosyjskiego ludu istnieją enklawy społeczeństwa. Wciąż jest w Rosji ktoś, kto ma cierpliwość wychodzić na ulice – protestować mimo mrozu, śniegu i białych niedźwiedzi. Istnieje (jeszcze) niezależna telewizja Dożd’ (Deszcz), która z finezją omija nieformalny przymus podlizywania się Kremlowi – czasem nawet zwykłe szoł kulinarno-prawne (tak, istnieje coś takiego!) może być powiewem świeżości w zalewie taniej, prymitywnej propagandy. Wreszcie, nawet w finansowanej przez rząd rosyjski międzynarodowej telewizji Russia Today, tubie propagandowej która miała ocieplić wizerunek Moskwy, bardzo nieśmiało pojawiają się westchnienia za rosyjską demokracją. W RT mają swoje programy Thom Hartmann i, od niedawna, Larry King (ten w szelkach, kiedyś w CNN), co daje kruchą nadzieję, że kultura wolności słowa wkradnie się do Rosji tylnymi drzwiami. Będzie to długi, trudny i delikatny proces, który może zostać w każdej chwili przerwany, jeśli Carat wyczuje zagrożenie dla swojego samodzierżawia. Nie zmienia to jednak faktu, że Rosjanie wciąż i od nowa wysyłają w eter nieśmiałe, ciche sygnały, że oto w Imperium Zła też żyją istoty gatunku homo sapiens sapiens – tak samo jak w innych krajach. Najwyższy czas zacząć z nimi rozmawiać jak równy z równym.

A dla tych, którzy nadal uważają, że jesteśmy gatunkowo lepsi i dojrzalsi od Rosjan mam dwa słowa: Stan Tymiński.

 

Zainteresowanym nową strategią Kremla polecam publikację Jolanty Darczewskiej: http://www.osw.waw.pl/sites/default/files/anatomia_rosyjskiej_wojny_informacyjnej.pdf

Narrację o rosyjskiej terapii szokowej oparłem też w dużej części na książce Naomi Klein „Doktryna szoku”(2007).

Zachęcam do zerknięcia na reportaże i bloki informacyjne Russia Today na YT. Zwracam tylko uwagę, że nie jest to telewizja ani bezstronna ani liberalna. Warto jednak zobaczyć, jak Kreml buduje front informacyjny w świecie zachodnim. Należy ostrożnie podchodzić do informacji zawartych w RT, zwłaszcza jeśli chodzi o Rosję, Ukrainę, Gruzję, LGBT, feminizm i wszelkie zagadnienia, gdzie doraźna polityka Moskwy ma swoje interesy.

Dla zainteresowanych dziejami Dymitriad i Wielkiej Smuty: Janusz Tazbir, „Polacy na Kremlu i inne historyje” – zbiór ciekawych i przystępnych esejów.

 

Podobne materiały

Zostaw komentarz

Wpisz kod antySPAMowy *