• wtorek, 22 października 2019 r.

Rozdział 13: Oratorium Żywiel

Rozdział 13.

 

Oratorium „Żywiel” na chór, orkiestrę, bas, sopran i tenor.

Kompozytor – geniusz Ludwika, libretto – geniusz Ludwika we współpracy z Gauri Sharmą.

Bas – kosmita spojrzenie Słoneczny.

Tenor, sopran, orkiestra  – stacja kosmiczna Wadż.

Chór – robot TY9087.

Dyrygent – geniusz Ludwika.

Miejsce prapremiery – stacja kosmiczna Wadż, górny pokład, ogród w stylu mogolskim, pawilon koncertowy.

Data – 6 maja 2219 wedle miary ziemskiej, (1001 100101010100010101110 00).

 

 

 

 

   Z milczenia podnosi się głęboki dźwięk smyczków. Powoli zabarwia się rytmem, realizowanym początkowo przez flety, do których dołącza cała sekcja dęta orkiestry. Ludwik wymachuje batutą w skupieniu, nie stroni jednak od gwałtownych gestów obnażających jego rewolucyjny temperament. W swoich ostatnich symfoniach kompozytor zaczął już eksperymentować z politonalnością i polirytmią, tym razem jednak zdecydował się na formę zachowawczą, w pełni klasycystyczną, przypominającą jego czwartą symfonię. Do instrumentów dołącza wyłaniający się z przestrzennej pustki chór, realizowany przez robota TY9087, którego codzienne zajęcia na stacji obejmują również obsługiwanie pawilonu mieszkalnego. Chór jest w oratorium kolektywnym głosem „Ciszy”.

 

 

Cisza:

Rosną melodie początku, on swoje prawa otwiera,

Jestem drogą jego przemian, która biegnie i dojrzewa,

Z prostej geometrii odbić rodzi się wielość bezbrzeżna

I zaraz się skupia w kształtach, w barwnych krainach istnienia.

 

Rzeka przegląda się w sobie, ujrzane staje się myślą,

Elementy wciąż się budzą oraz łączą się z siłą

I z prostych dźwięków atomów powstają zdania i żyją,

Nie wiedząc, że są tak proste, tego co bliskie nie widzą.

 

Czas już im wcale nie sprzyja, staje się chorobą rzeźbiarz,

Który naciska formuje, aż rozpoczyna śnić ziemia;

Dziś sny stały się ciężarem, wpatrzone w swe głodne trzewia,

Widzą w nich, że świat posiadły i ponad nim kreślą nieba.

 

   Prostota poezji służy muzyce. W niej zaś płynąca, mieniąca się złotem wysokich tonów melodia ilustruje rzekę przemian. Czas jest kotłującym się w jej wnętrzu elementem rytmicznym, gdzie Ludwik wykorzystał swoje doświadczenia polirytmiczne, decydując się jednakże na jednowątkowy, bardziej tradycyjny rytm. Gauri poprawia się w swoim krześle, Czandra spogląda na otwory okienne, gdzie ptaki i wiewiórki kotłują się w dziwaczny sposób, jakby pokłóciły się przed wejściem na koncert. Chór tymczasem milknie. Muzyka nie jest już podzielona na numery, lecz podobnie jak u Wagnera, czy Ryszarda Straussa stanowi „wieczną melodię”. W ten sposób geniusz kompozytora ukazuje, że ścieżki rozwoju muzyki po jego śmierci nie były sprzeczne z jego eksperymentami, które przerwała śmierć w 1827 roku, czyli prawie 400 lat temu. Stacja kosmiczna Wadż, która utworzyła w sobie wirtualną orkiestrą, o składzie analogicznym do Filharmoników Wiedeńskich około 1860 roku, wyprowadza teraz na podium dla solistów swoją sopranistkę, obdarzoną idealnym, czystym i mocnym głosem.

 

Płodność:

 

Chcę aby było mnie więcej, chcę trwać w powodzi pokoleń,

Nie wiem dlaczego tak pragnę, skąd jest we mnie płodny ogień,

Który mnogość nazwał szczęściem, a trwałość uczynił bogiem,

Ach! Kimże jest ten wielki bóg, dla którego ciągle rodzę.

 

   Słychać wyraziste motywy melodyczne, wiedzione przez samotne dźwięki oboju i fletu. Ponownie odzywa się chór, zaś zwierzątka za oknem powoli wskakują przez okna kamiennego pawilonu. Słoneczny zaczyna śpiewać głębokim basem.

 

Wiara:

 

Witaj moja miła córko, zapomnij o sobie zaraz,

Aby tym bardziej pomyśleć, jak wielka jest twoja chwała.

Wiedz! Jesteś wybranką boga, bo jego chęć cię rozpala,

Czy gdyby jego nie było, tak głośno być go wzywała?

 

Płodność:

 

Cóż mówisz głosie tak pewny, jakby wiedział naraz wszystko,

Chociaż chyba rzeczywistość biegnie dla wiedzy zbyt szybko!

Gdzie ujrzałeś tego boga, moje oczy go nie widzą,

Zda się, że świat jest odmienny, a zaś głupcy łatwo giną.

 

   Wiarę ilustruje oczywiście melodia chorałowa, ponura i pełna wewnętrznych, słabo widocznych dysonansów. Słoneczny doskonale ilustruje uprzejmość przebranego w owczą skórę inkwizytora, czyli złowrogą przymilność potrzebną do tej partii. Śpiewak wskazuje Czandrze, żeby nie otwierał ust. Jest to konieczne, gdyż najwyraźniej chore ptaszki i wiewiórki za wszelką cenę chcą rozpocząć podróż do żołądków Gauri i Czandry. Chuć wiecznego istnienia jest również ilustrowana przez wirtualnego wirtuoza wygenerowanego przez Wadż. Tym razem jest to tenor.

 

Chuć wiecznego istnienia:

 

Giną!? To słowo przeraża, nie mów go śmiało i głośno.

Lecz pomyśl jak go uniknąć, gdyż nie chcesz chyba zatonąć,

W przeklętym morzu zmienności, nieporuszonym twą formą,

Która jest dla nas tym wszystkim, marzeniem, łodzią i trwogą.

 

Mówisz, że głupcy odejdą, czy jednak mądrzy przetrwają?

Nie, ich dni szybko przeminą, na próżno więc świat badają.

Ty pragniesz, więc pragnień słuchaj, co zaś usłyszysz zwij prawdą,

Inaczej nie znajdziesz szczęścia, w rozpaczy staniesz się starą.

 

Cisza:

 

Głupcy nie słyszą piękna zmian, z którego wszystko wciąż wstaje

I w którym ciągle zanika. Ono jest harmonią zdarzeń.

Jej muzyka jest zaś słodka, ona każdą radość daje,

Jak stroik dla zmysłów i zdań, dla żagli myśli jest wiatrem.

 

Dla nich ważne jest trwanie, a pięknym zwą co je wspiera,

Innej rozkoszy nie znają, nic poza nich nie wybiega,

Jak zatem mogą znać piękno, które żądzy nie spełnia,

Tej która mami się rajem i tej co gatunek wspiera.

 

   Heroiczny tenor Chuci zachwyca Gauri bez reszty. Nic równie dobrze nie wyraża metalicznej, automatycznej i bezmyślnej arogancji tego zjawiska. Dziewczyna mocno zaciska usta, do których wciąż podlatują gołębie i papużki. Czandra ma większe problemy ze skupieniem, gdyż ogon wiewiórki zakrywa mu nozdrza. Na jego rozpaczliwe spojrzenia Słoneczny odpowiada kładąc palec na kamiennych ustach. W tej części oratorium drapieżną i żywiołową partię Chuci ujmuje Ludwik w karby goniącej, nie znającej rozwiązania fugi. Jej nagły ruch rozpływa się w idyllicznych harmoniach Ciszy, w której rozbrzmiewają też tęsknie i pytająco rogi. 

 

Chuć wiecznego istnienia:

 

Jakże mogłoby być piękne to co mnie nie służy wcale,

Na siebie patrzeć zezwala, na drodze śmierci nie staje?

 

Wiara:

 

Posłuchaj mnie moja miła, a wieczne zamieszkasz gaje,

Dobry bóg chce twojej wiary, więc za zasłoną zostaje.

 

Chuć wiecznego istnienia:

 

A jeśli masz całkiem umrzeć, to jaki wszystko ma sens?

Że cały świat jest dla ciebie, to chyba wiesz jak się zdaje!?

 

Płodność:

 

Rozumiem to bardzo dobrze, gdy pośród dzieci wciąż wstaję,

Tylko trwaniu mych  pokoleń święte znaczenie przyznaję.

 

Wiara:

 

Więc wierz w to dalej i mocniej, że bóg był dzieckiem zobaczysz

I pląsał w twym tańcu miłym, by do wieczności cię zbawić.

Niech tylko słodkie dzieciaki i moi wielcy kapłani,

Będą przez ciebie goszczeni, będą twoimi myślami.

 

Płodność:

 

Cóż jednak czynić ze światem, którego wielkość olśniewa,

I czyni mnie bardzo śmieszną, ślepą na prawa istnienia,

Na czasu sale rozległe, skarby rozsiane w przestrzeniach,

Na prawa ciszę zdobiące, na których byt się rozściela?

 

Wiara:

 

Zajmę się tym moja córko, ujrzę skąd mogą się budzić.

Może to boga zasłony, w których chciał się zgubić,

Aby tam dyskretnie, cicho, nam z dumną radością służyć,

A może to dzieło złego, któremu dał nas kusić.

 

Chuć wiecznego istnienia:

 

Ja chcę jedynie trwać zawsze, na co mi kusiciel srogi,

Który tworzy nie na temat, niech weźmie swój świat złowrogi.

 

Wiara:

 

I tak się stanie ma siło, wszechświat utraci swe drogi,

Ty zaś pozostaniesz wieczna, jako byt dobry i błogi.

Jednakże twoim legionom potrzebny jest jasny sprawdzian,

Aby już żadna wśród istot mych dobrych rad nie rzucała.

 

   Do sali wkraczają kuliste stwory, które Słoneczny nazywa maskotkami. Pośród zwierząt rzucających się na usta słuchaczy koncertu dochodzi do wyraźnej przemiany. Odstępują od swoich autodestrukcyjnych zamiarów i kierują się ku oknom. Kuliste zwierzęta są jednak szybsze, zaś mali mieszkańcy ogrodu nieruchomieją, gdy napastnicy są już blisko. Po chwili z wiewiórek i małych ptaszków zaczyna wydobywać się dym. Tymczasem muzyka oratorium szczęśliwie unika elementów groteski, którą nasuwałoby libretto. Zamiast tego pojawia się melancholia, wyrażana powłóczystą melodią prowadzoną przez smyczki. Jest ona na próżno agitowana przez na poły heroiczne wejścia kotłów oraz trąb. Partia wokalna Wiary staje się coraz bardziej niepokojąca i posępna, co jest zrealizowane zarówno subtelnymi, jak i prostymi metodami. Wśród tych ostatnich wrażenie robi dudniące schodzenie w dół oktawy, Słoneczny rodzi sobie z tym zadaniem wyśmienicie.

 

 

Płodność:

 

Od dziś będę ci posłuszna, gdyż słuszna jest twoja sława!

 

Chuć wiecznego istnienia:

 

Tu wszystko dzieje się dla mnie, materia to tylko sprawdzian,

Wszystko jest tylko teatrem, w  którym dojrzewa ma sława.

 

Wiara:

 

Gdy jest was więcej ja rosnę, niech zatem mkną tu was stada,

Tylko mnie znana jest prawda, taka której myśl nie zbada.

Wpierw byłam trochę niepewna i wiele rzeczy zmyślałam,

Lecz teraz sama w nie wierzę, zatem to musi być prawda!

 

Płodność:

 

Poczekaj, ja znowu wątpię, nic się z twą wiedzą nie zgadza!

 

Wiara:

 

To wielka ma tajemnica, żem głucha na ład natury,

Tym bardziej musisz mi wierzyć, wspominać me wielkie cudy.

 

Płodność:

 

Żadnego z nich nie widziałam, znam je tylko z literatury.

 

Wiara:

 

Tak właśnie jest dużo lepiej, fantazja przenosi góry.

 

Chuć wiecznego istnienia:

 

Porzuć już swe słowa puste, lecz wierz z zapałem i ogniem,

Wszystko jest dla mej wieczności, to dla niej są stada stworzeń,

Które karmią mój gatunek, który ziemię również orze.

Po śmierci zaś każdy oracz zasiądzie wnet w bożym dworze.

Nie myśl już i wierz bez reszty! Dla mnie są wszystkie owoce,

Dla mnie są wszystkie pejzaże, wszystkie ich dnie oraz noce.

Lecz to tylko nędzne cienie, znikną gdy stanę wśród raju!

Ucz więc swe dzieci starannie, nadziei oraz jej braku,

Niech powtarzają dość wiernie, to co je chroni od strachu,

Jeśli się jeszcze nie boją, przestrasz je nie szczędź im gwałtu.

I niech nie myślą zbyt wiele, szkodzi to mi oraz tobie,

Niech jedną rzecz dobrze znają, niech inne będą im obce,

Byleby jeść i mieć dzieci, i świątynie stawiać mocne,

Dla boga, wiary i dla mnie, w nich palić kadzidła wonne…

Niech powtarzają prawdy ksiąg, lub niech płoną w ogniu stosów,

Cel uświęca wszystkie środki, celem zaś jest rajski ogród,

Gdzie będę zawsze i zawsze, na byt nie trzeba doktorów,

On siebie zna bardzo dobrze i tylko tym cieszyć się gotów.

Ja jestem jego wiecznością, niech dzieci tylko to wiedzą

I powtarzają bez przerwy, niemych niech ognie wnet zjedzą!

 

Wiara:

 

O tak! Już zbieram gałęzie, niech na nich obcy mi siedzą,

Gdy ich już  trochę podręczę, przyłożę pochodnię świętą.

O inne dzieci ja zadbam, dam im mą miłość wspaniałą,

Sprawię aby były proste, przejęte płodnością, wiarą

I niczym więcej, na boga, gdyż tylko na tym zyskają!

 

Płodność:

 

Ta droga mnie się podoba, gotuję więc młode łona,

Niech mój gatunek urośnie, niech wie, że myśl jest bezpłodna,

Zaś dzieci są słodkie jak miód, zwłaszcza gdy wiara tak mocna,

Nigdy w ich myślach nie patrzy, nie pyta o światło słońca,

O wielkie dalekie światy i małe okruchy cząstek,

To wszystko jest im już obce, zaś bliskie są drogi płodne,

Krzyk niemowlaków radosny, ich buzie od mleka mokre.

I tylko to jest istotne, dla tych buź wszystko stworzone.

 

Cisza:

 

Wśród bezmiernych obszarów dnia urosły wnet ludne miasta,

Jednak w cieniu stromych ulic nikt nie mieszka, pustka włada!

Są tylko żałosne cienie, które wyrzekły się prawa,

Jakim jest młoda ciekawość radosna światów zagadka.

Stanę się dla nich milczeniem, w dali obojętna, cicha,

Nie zabłysnę barwną tęczą, którą wciąż piękno oddycha

I przez stwarzanie, niszczenie, z pustki dźwięk wzniosły dobywa!

 

   Przez jakiś czas wielobarwny dym mieni się w powietrzu, zaskakując dwoje Hindusów najbardziej niespotykanymi odcieniami. Po chwili jednak, wbrew sobie, ściągany jakąś tajemniczą siłą kulistych stworzeń dotyka ich i w nich zanika. Gdy ostatnie wstęgi substancji opuszczają ciałka pochodzących z Ziemi stworzeń, padają one na wykładaną barwnymi płytami posadzkę sali koncertowej. Gauri podchodzi do nich na palcach, by nie zagłuszać dzieła Ludwika. Jej bose stopy są miękkie i bezgłośne, prawie jak łapki kotki. Dziewczyna zauważa, że zwierzęta żyją, zbiera je więc do podsuniętego przez Słonecznego pudła. Przez ogród pospiesznie przemyka robot funkcyjny stacji i wziąwszy leśny bagaż, znika jak widmo. Tymczasem melancholia zawarta w muzyce zaczyna zalewać agresywne partie wokalistów. Na próżno coraz bardziej mechaniczne fugi starają się zetrzeć w pył rozległą, kanoniczną strukturę rozpościerającą się z coraz większą siłą pod nimi. Siła agresorów wygasa, lecz ich głosy, nie widząc swojej przegranej, w coraz bardziej minimalistyczny sposób powtarzają swój materiał, coraz bardziej bezwładny i bezkształtny. Ostateczny kres zadaje im chór, wiążący się płynnie z wielką kanoniczną strukturą i wzmacniający ją w wyższych oktawach za pomocą eleganckich tym razem partii trąbek i całego drewna orkiestry. Chór szybko zakańcza swoją partię, lecz nie odchodzi. Jego temat, pozbawiony słów, staje się tym bardziej szlachetny i przemienia się w rozległe, symfoniczne allegro, najpiękniejszą część oratorium, trwającą niemal tyle, co śpiewana część początkowa. Ludwik uzyskuje tu najbardziej wdzięczną z możliwych harmonii, świeżą jak otwierający się kwiat i zwinną jak szukająca nektaru pszczoła. Na sam koniec, gdy wszystkie instrumenty wspinają się na szczyty finałowego forte, włącza się znów chór.

 

Cisza:

 

Piękny jest twórczy ruch czasu i piękna trójdźwięczna przestrzeń,

Radosne są gwiezdne pieśni, których świt wielość wciąż sieje!

Nie zamykajcie swych zmysłów, lecz w wielką podróż je weźcie

Gdyż tylko ona jest matką, waszym pragnieniem i sercem!

 

  • Co to było? – zdziwił się Czandra wskazując na turlające się po posadzce kuliste stwory.
  • Bądź cicho – upomniała go Gauri, gdyż po wybrzmieniu ostatniego akordu delektowała się pięknem oratorium. Libretto było bardzo proste i twardo ciosane, ale takie też ilustrowało zjawisko. Natomiast rozwijający się majestatycznie temat harmonii wszechświatów był całkowicie upajający.
  • Mnie też się podobało – wyszeptał szczerze zawstydzony młodzieniec.
  • Pora zejść na Kuberę – przerwał oficjalnie pokoncertową ciszę Słoneczny.
  • Wszystko wygląda zupełnie inaczej niż w książkach – zamyślił się Czandra, zapominając przy tym, że wyraża swoje refleksje głośno.
  • Co masz na myśli? – spytał uprzejmie kompozytor, który również na długo przed śmiercią miał problemy z kontrolowaniem swoich myśli zgodnie z własną wolą. Wpływ na to miała oczywiście głuchota i sławne zeszyty konwersacyjne, mające teraz ponad czterysta lat, jeśli tylko na Ziemi istnieją nadal muzea i ludzie słuchający muzyki.
  • Nie ma przygód i zielonych handlarzy pirackim rumem latających w spodkach – wyjaśnił nieco zmieszany młodzieniec. – Za to słuchamy twoich kompozycji wyrażających spostrzeżenia z badań.
  • To chyba dobrze..? – włączyła się do rozmowy Gauri. – Jaki byłby pożytek z nowo napotkanych rzeczy, gdyby nie były ujęte w próby jak najgłębszego zrozumienia? Jeśli droga do zrozumienia staje się bazą dla sztuki, zaczyna się wtedy prawdziwa podróż, której standardowym mózgom wpatrzonego w siebie gatunku nie zapewnią żadne silniki ani najbardziej błyskotliwe technologie.
  • Aby zobaczyć jedną z nich, musicie się udać wraz ze mną do laboratorium – zachęcił ich Słoneczny, tak jakby istnienie ogrodu mogolskiego zawieszonego w bardzo odległym od Słońca miejscu nie było jaskrawym wyrazem triumfu technologii. Posłusznie skinęli głowami i ruszyli wraz z nim. Wnętrze pawilonu laboratorium nie zmieniło się w żaden istotny sposób. Jedynie na stole znajdowały się dwa niewielkich rozmiarów przedmioty. Jednym z nich był dziwnie ciosany krystaliczny kamień, mieniący się tajemniczo rozmaitymi odcieniami barwa znanych i nieznanych. Od owego pryzmatycznego zjawiska dziwniejszy był jeszcze kształt kamienia, który zdawał się urągać z euklidesowej matematyki, by zupełnie otwarcie zawierzać widzom doznania o jakich nie śnili jeszcze ziemscy matematycy. Drugi przedmiot nie miał aż tak egzotycznej natury. Był zupełnie zwyczajnym kubkiem wypełnionym po brzegi żółtawymi pastylkami.
  • To zapewne jest konieczne do naszej podróży – zauważył domyślnie Czandra.
  • Owszem – przytaknął Słoneczny. – Kuberianie mają dużo szybszy od waszego metabolizm. Różnica jest rzędu 20 razy. Oznacza to, że jedna minuta waszej percepcji stanowi dla nich ekwiwalent 20 minut. To urządzenie swobodnie tłumaczy tę odmienność w odczuwaniu upływającego czasu, jednakże myślenie i reagowanie w tak szybkim tempie będzie dla was oczywiście męczące. Pora zatem zaczynać.

   Posłuszni jego słowom Ziemianie zasiedli przy stole, zażyli pastylki i zaczęli się wpatrywać w kryształ. Przez dłuższą chwilę nie zauważyli niczego szczególnego. Gdy zaczęli już wiercić się niespokojnie na swoich miejscach, spostrzegli, że zarysy mogolskiej komnaty bledną i stają się coraz bardziej przejrzyste.

–   Oczywiście, ważne jest, byście pojawili się w żywieli w miarę dyskretnie – rzekł coraz mniej widoczny kosmita. – Niezbyt miła przygoda Wysoskacza dała nam okazję korzystania z jego domu, która nie powinna być często odwiedzana przez innych Kuberian. Są na to dostatecznie mocno zabobonni… Będziecie wyglądać jak on i członkowie jego rodziny.

    Ostatnie słowa dolatywały do nich już z bliżej nieokreślonego miejsca. Na coraz bardziej oniryczne zarysy laboratorium zaczęły nakładać się ściany innego pomieszczenia, o dziwacznym kształcie i jeszcze bardziej niesamowitych pasach fresków, czy też płaskorzeźb. Kryształ był nadal dobrze widoczny, lecz zdawał się wisieć w powietrzu, w jakimś zupełnie niemożliwym do określenia punkcie przestrzeni. Z pewnością przyziemne słowa, takie jak „blisko” i „daleko”, były zupełnie bezbronne wobec poczynań urządzenia produkującego Spojrzenia. Kryształ emanował już nie tylko barwami, lecz także dziwnym, zupełnie nieziemskim rytmem, pełnym napięcia i niepokoju. Czandrę ogarnął nagle strach.

–   Nie martw się – uspokoił go nagle płynący znikąd głos Słonecznego. – Tak naprawdę jesteś ciągle na Wadż. Myśl o Spojrzeniu jak o oknie, albo jak o kamerze.

   Czandra usiłował skinąć głową, gdy wtem uświadomił sobie, że nie posiada już takiego organu. Czuł, że jego umysł przybywa w środku, albo też na brzegach jakiegoś obłego, amebowatego tworu. Doznania zmysłowe falowały wokół niego wraz z miarowymi ruchami jego własnych macek. Do jego mackowatych smakonozdzry docierał nad wyraz przykry odór, połączony niestety ze smakiem. Jednakże całe ciało Czandry odbierało ów koszmarny fetor jako przyjemność. Młodzieniec nie wiedział czym patrzy na otaczające go kształty. Z pewnością to co widział nie było dziełem najbardziej nawet fantazyjnych i wyuzdanych oczu. Każdy obraz składał się z tysięcznej sieci dotknięć. Albo też to, czego dotykał było również obrazem. Widział, lub też dotykał na wszystkie strony. Nie było w tym tyłu, ani przodu, góry ani dołu. Również każdy z obserwowanych przedmiotów malował się w jego mózgu ze wszystkich stron naraz, tak jakby śmiałe pomysły Picassa były na Kuberze czymś powszechnym. Czandra stał się jednocześnie krótkowidzem. Dalsze zakamarki widocznych przez dziedziniec domu pomieszczeń były przedwcześnie zamknięte zasłoną, za którą nie było niczego, ani miejsca, ani jego braku. Wystarczyło jednakże, by Czandra poruszył jakąś trudną do określenia częścią swojego korpusu, a owa ostateczne granica przesuwała się bez protestu, ujawniając bez wstydu rzeczy, które jeszcze przed chwilą zdały się nie istnieć.

    Ludwik i Gauri pojawili się w dawnym domu Wysoskacza w postaciach Przylawy i Czerwieńwczerwieni. Czandra jednakże widział wokół siebie dwie, identycznie potworne amebowate istoty. Wrzasnął, wrzasnął jeszcze raz, lecz nie rozwiało to obrazu rodem z nocnych koszmarów. Kuberianie podobni byli nieco do stworzeń z głębin ziemskich oceanów, jednakże ich obcość była jeszcze wielokroć razy większa. Choć Czandra o tym nie wiedział, lęk przed stworzeniami z głębin był bardzo starym atawizmem, dziedziczonym przez ludzkość wprost od jej prapradziadów. Nie znając przyczyny zjawiska, Czandra musiał stanąć do nierównej walki z silniejszymi od świadomych myśli odczuciami. Nie miał nadziei na zwycięstwo, więc wrzasnął jeszcze raz. Próbował poruszyć swoim ciałem, lecz bodźce z mózgu adresowane do nóg pozostały bez odpowiedzi. Mimo to Spojrzenie, w którym przebywał, posłusznie wyskoczyło w powietrze i opadło na posadzkę trochę dalej, przelatując nad ustrojoną w Przylawę Gauri. Czandra chciał zwymiotować, ale nie miał dla tego zadania ani odpowiedniego żołądka, ani tym bardziej przełyku i ust. Czandra spojrzałby w górę, żeby skłonić Słonecznego do jakiejś pomocy, lecz nie mógł tego zrobić, gdyż patrzył na wszystkie strony. Nagle jakiś szal owinął postać Gauri – Przylawy i uformował się przed nią w coś na kształt planu miasta. Ziemskiego miasta. Później na ulicach modelu miasta pojawił się radosny pochód niosący posągi Ganesi, Konfetti i skoczne dźwięki ludowych piosenek wypłynęły z wyczarowanej przez Gauri atrapy i opadły na amebowaty korpus Czandry.

   Młodzieniec poczuł bezbrzeżne zdumienie, silne na tyle, by wydostać się jakimś cudem z jego niechcianego ciała i zmienić się w małego pieska obszczekującego z przerażeniem fale wielkiego oceanu, z którego (o czym pies nie wiedział) wypełzł skrytobójczy krab by dziabnąć czworonoga w nader wrażliwy nos.

– Co ja tu robię? – myślał Czandra bardziej po ludzku. – Przecież wiem, że kuberiańska cywilizacja jest bardzo podobna do ludzkiej. A jednak poczucie obcości jest tak potężne, że miałbym ochotę natychmiast się zabić. To jest nie do zniesienia! Tak jakby nagle pustka potężnej przepaści otwarła się w moim sercu. Jakby pochłonął mnie bez reszty pejzaż i to pejzaż pełen popiołów i fabryk, pejzaż obrzydliwy, taki jak choćby przemysłowe dzielnice przedmieść Delhi, Gurgaonu, lub Noidy. I to czuję po zetknięciu się z czymś bardzo pokrewnym… Co się stanie, gdy znajdę się na przykład na planecie Słonecznego?

– My nie mieszkamy na planetach – wtrącił nieco złośliwie kosmita, który wciąż ich obserwował.

   Czandra nie miał jednak siły by zareagować na wypowiedź przewodnika. Zorientował się, że cały czas przeszywa go jakiś miarowy, rozedrgany i bardzo obcy dźwięk. Nie wiedział, czy był to efekt działania niewidocznego już kryształu, czy też coś innego. Być może każda planeta miała jakąś swoją pieśń wynikającą z jej budowy i drogi we wszechświecie. Pieśń, na którą nie zwracało się uwagi, gdy wyrosło się w danym miejscu. Młodzieniec zdumiał się, widząc swoją myśl żeglującą między nim, a postacią Przylawy. Ujrzał glob, który jednocześnie był pudłem rezonansowym sitaru. Wielkie, podobne do ogonów komet struny drżały, poruszając wiatrami barw i promieni niewidocznej gwiazdy. Tymczasem Gauri wysłała ku niemu obraz otwierających się drzwi i popłynęła gdzieś posuwistymi, aczkolwiek niezbyt wprawnymi susami. Czerwieńwczerwieni dołączył do niej i po chwili obydwoje zniknęli za bezwzględną ramą percepcji Czandry.

   Młodzieniec, chcąc nie chcąc, spróbował do nich dołączyć. Oczywiście spowodowało to kolejny atak mdłości spowodowany nagłą nieobecnością mięśni, kości i nóg, do których mózg Czandry adresował swoje coraz bardziej beznadziejne rozkazy. Tym nie mniej Spojrzenie posłusznie zrealizowało ów nakaz i po chwili Czandra ujrzał i dotknął ponownie swoich przyjaciół. Po drodze ogarnął swoimi bliżej nieznanymi zmysłami dekoracje na ścianach. Nie wiedział gdzie są i czym są. Umieszczenie ich na murach budynku było bowiem wyłącznie protestem umysłu przeciwko nieokiełznanej wyobraźni. Całkiem możliwe, że wypływały z nich podobne do głosów muzycznej fugi wizerunki Kuberian. Było też prawdopodobne, że każda z kompozycji posiadała jakiś punkt centralny, który nie był wcale miejscem w przestrzeni. Był raczej głośniejszy od pozostałych punktów, albo wyższy, bardziej przenikliwy.

   Drzwi na zewnątrz były otwarte, co Czandra przyjął z ulgą, gdyż nie wiedział czym i jak mógłby dokonać tej prostej w normalnych warunkach czynności. Lecz to, co czekało nań na zewnątrz sprawiło iż zapomniał o swoich poprzednich problemach. To co się stało mógłby nazwać wiatrem, chłodnym, albo raczej rozżarzonym powiewem skrajnie chaotycznych doznań, które rozdzierały bez litości złudzenie jego jestestwa. Teraz bowiem wiedział doskonale, że jestestwo, że „ja” jest tylko złudzeniem. Któż mógłby opisać tę orgię rozwrzeszczanych kształtów i nagłą ścianę ograniczającą je w sposób przyprawiający o palące ukłucia lęku? Nawet najbardziej szalony poeta musiałby odłożyć swoje pióro w wyrazie natychmiastowej i bezwarunkowej kapitulacji. Nawet gdyby jednak stanął ów poeta do tej beznadziejnej walki, pokonałyby go dalsze obrazy, płynące zza nicości. Były to rzeki lawy i dalekie światła wyżej położonych dzielnic miasta. Ich kształty wisiały w niczym, dźwięczały w niczym, paliły swoją materią, której nie było i która zarazem była.

  • I pomyśleć – dumał młodzieniec, – że jeszcze tak niedawno czułem się mądry. Po wysłuchaniu oratorium Ludwika wydawało mi się, że zasłona spadła z moich myśli, że zacząłem się naprawdę cieszyć tą nieoczekiwaną i wielką podróżą. Teraz wolałbym umrzeć, niż być tutaj. Obcość, chaos i szaleństwo, to wszystko co można powiedzieć o moich pierwszych krokach w innym świecie, bo przecież uprzednio, dzięki technologii i cierpliwości Słonecznego nie doznałem czegoś rzeczywiście obcego. Wszystko do tej pory było na ziemską modłę, wszystko było kopią znanego mi pejzażu, obyczaju i zasad komunikacji. Teraz minąłem brzeg przepaści i wiem, że nie ma powrotu. Zginąłbym już dawno, gdyby tylko gmach wszechświata w swoim okrutnym ogromie miał jakieś dno – z jego myśli, niczym tuman pyłu podniósł się obraz, będący też dźwiękiem. Jednakże Gauri i Ludwik nie zwrócili uwagi na ten nagły przejaw natchnionego przez chwilę abstrakcjonizmu.

 

Następny rozdział

Poprzedni rozdział

Wszystkie rozdziały

Ciekawość GauriPowieść Ciekawość Gauri jest eksperymentem mającym na celu badanie granic poznania i tego, co jeszcze możemy nazwać "bytem". Eksperymentalny charakter ma wpływ na strukturę powieści, która pod niektórymi względami celowo staje się antypowieścią. Autorem powieści jest Jacek Tabisz.

Podobne materiały

Zostaw komentarz

Wpisz kod antySPAMowy *