• środa, 26 lipca 2017 r.

Postmodernizm, liberalizm, religia. Krótka polemika

1. Rozpocznę od żartu, który opowiadam studentom. Mówię im mianowicie, że mnie nie ma, gdyż jestem bytem sprzecznym. Przylgnęła do mnie bowiem łatka postmodernisty, a uważam, że postmodernizm nie istnieje.

Chcę w ten sposób zwrócić uwagę na to, że „postmodernizm” nie jest klarownym pojęciem. Stanowi raczej – a w Polsce przede wszystkim – epitet, stosowany głównie po to, by coś lub kogoś zdyskredytować. Niezbyt często na naszym podwórku odróżnia się od siebie postmodernizm w muzyce (można do niego zaliczyć Krzysztofa Pendereckiego, dość powszechnie, choć nie przeze mnie, uznawanego za najwybitniejszego żyjącego polskiego kompozytora) od postmodernizmu w literaturze czy architekturze. W odniesieniu do filozofii, czy szerzej – do nauk humanistyczno-społecznych wrzuca się do jednego worka poststrukturalizm, dekonstrukcję, koncepcje płynnej nowoczesności, drugiej nowoczesności, nadnowoczesności, hipernowoczesności itd. itp., tworząc z nich pojęciowy produkt urabiany na ogół z powodów ideologicznych.

 

2. W kształtowaniu polskiego obrazu postmodernizmu niebagatelny wpływ miały środowiska katolickie. Doskonale pamiętam wykłady w jednym z kościołów, które mijam w drodze do pracy. Straszono tam postmodernizmem jako grzesznym nihilizmem. Postmodernizm ma bowiem tę właściwość, że niszczy wszelkie wartości, odrzuca skale aksjologicznych miar, stosuje socjolingwistyczną manipulację czy kapituluje przed pluralizmem światopoglądowym twierdząc, że wszystko, a więc także barbarzyństwo, jest równie dobre. Opinie tego typu wciąż przeczytać można na stronach Radia Maryja. Z obsesją godną lepszej sprawy postmodernizmem jako socjalizmem (w sumie w tym dyskursie za jednym i drugim stoi… Kartezjusz!) promuje Henryk Kiereś z KUL i Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej. Na listach postmodernistów znaleźć można Lyotarda, Foucaulta, Derridę pod rękę z Habermasem (mimo jego wyraźnej krytyki ponowoczesności), Bataille’em, Fishem, Rortym czy Applem. A więc wszystko to, co komu niemiłe. Bo – w dużym skrócie – próbujące uniknąć fundamentalizmu.

 

3. Jeśli – na rzecz polemiki – mam posłużyć się słowem postmodernizm, to w sensie „oświeconej nowoczesności”, czy oświeconego oświecenia. Refleksję skojarzoną z postmodernizmem uważam bowiem za samoświadomość nowoczesności, próbę uchwycenia założeń, stojących w tle racjonalizmu, demokratyzacji, idei praw człowieka, laicyzacji, współczesnej postaci nauki itd. A także jako namysł nad regułami budowania konsensu w społeczeństwach, które nie mogą już z dawną pewnością odwoływać się do absolutów, czy będzie to Bóg czy uniwersalne, niezależne od kontekstu i dziejów prawo moralne czy niezmienna, raz na zawsze rozpoznana Prawda. Sądzę przy tym, że nie chodzi tu o relatywizowanie czegokolwiek. Zgadzam się z Agnes Heller, że „o <relatywnym> ktoś może mówić tylko wtedy, jeśli już wcześniej uznał Absolut. […] Detotalizowanie” – Heller mówi o prawdzie, ale sądzę, że można odnieść to do detotalizowania po prostu – „podważa jednak to, co względne, wraz z tym, co absolutne”.

Od myślicieli wiązanych z postmodernizmem Zachód otrzymał bardzo cenne lekcje.

Po pierwsze, zostaliśmy zmuszeni do refleksji nad warunkami brzegowymi naszej kultury, w tym także demokracji liberalnej.

Po drugie, nauczyliśmy się diagnozować tzw. wielkie narracje, czy systemy, które pretendują do całościowego wyjaśniania świata i układania nam życia.

Po trzecie, odkryliśmy głosy wykluczonych – ludów skolonizowanych, wykluczanych mniejszości itp., dzięki którym lepiej można było zrozumieć znaczenie praw człowieka i zobaczyć negatywne skutki euroazjatyckiej ekspansji (i nie tylko jej).

Po czwarte, odkryliśmy, jak zwodniczy jest urok opozycji. Świat nie jest biało-czarny, a najwięcej zagrożeń leży między jednym członek opozycji a drugim.

Po piąte, staliśmy się świadomi zarazem pozytywów, jak i negatywów globalizacji. Wystarczy wspomnieć choćby o pracach Arjuna Appaduraia.

Jeśli miałbym jednak dyskutować z oponentami, to nie o postmodernizmie w ogóle, ale o Welschu, Lyotardzie, Derridzie, Rortym. Zmiksowanie ich w figurę Postmodernisty jest zwyczajnie nieuczciwe.

 

Brak absolutności – rozumu, prawdy czy Boga – nie powoduje, że wszystko wolno. Pozwala za to dostrzec społeczne uwarunkowanie norm i wartości, a więc odsłonić odpowiedzialność ludzi za sposób stanowienia przestrzeni normatywnej, za jej kształt i zasady wprowadzania norm. Wspomnę tu choćby o prawach człowieka, które, o ile nie wiszą zawieszone w jakimś absolutnym boskim świecie, muszą być przedmiotem naszej troski i odpowiedzialności. Mówiąc inaczej – jeśli odeślemy je w zaświaty jako byty idealne, ale nie będziemy ich realizować, strzec i poszerzać, pozostaną martwe. Z takiej perspektywy nie da się choćby uzasadnić łamania praw człowieka w imię „zanoszenia ich pod strzechy”. Jednym z nurtów wyliczanych w ramach postmodernizmu znajduje się choćby etnocentryzm. Pozwala on bronić rozwiązań demokratyczno-liberalnych jako najlepszych, ale nie pozwala uznawać świata Zachodu za twór idealny, zaświatowo/uniwersalnie najlepszy, funkcjonujący poza kontekstem, który winien być misyjnie (często zbrojnie) propagowany.

Musimy też pamiętać, że filozofia czy humanistyka z naukami społecznymi znajdują się dziś już poza postmodernizmem. Traktując serio wiele rozpoznać dokonanych przez osoby z postmodernizmem wiązane proponuje się inne perspektywy badawcze i sposoby konceptualizowania świata (ANT, szeroko rozumiany posthumanizm, refleksja zmagająca się z materialnością rzeczy itd.).

 

4. Dlaczego nie jestem (neo)liberałem?

Powodów można wymieniać wiele. Tutaj wspomnę tylko (nomen omen) o jednym.

Appadurai zauważa: „Z pewnego punktu widzenia dla teorii liberalnej najważniejszą liczbą jest liczna jeden , która stanowi liczbowe oznaczenie jednostki. Ponieważ jednostka stanowi normatywne centrum liberalizmu, wspólny grunt nawet dla liberalizmów wobec siebie konkurencyjnych, liczba <jeden> jest najmniejszą  liczbą ważną dla liberalizmu. […] myśl liberalna, w zakresie teorii reprezentacji, dobra zbiorowego i nauki społecznej, prezentuje zbiorowości jednostek jako twory powstałe przez sumowanie dużych zbiorów liczby jeden. Inaczej rzecz ujmując, pojawienie się zbiorowości jest w głównych tradycjach myśli liberalnej kwestią agregacji interesów jednostkowych i aktorów, poszukujących rozwiązania w sytuacji, w której muszą oni wchodzić ze sobą nawzajem w interakcje”.

Mam wiele teoretycznych wątpliwości, czy społeczeństwa resp. wspólnoty daje się uznać za agregaty złożone z wyidealizowanych jednostek. Ów element wyidealizowania, widoczny choćby w założeniu o racjonalności jednostkowych wyborów i decyzji, (na czym przejechała się ekonomia) sprawia, że perspektywa neoliberalna wymaga dla mnie korekty.

Bez względu na to bycie liberałem nie uprawnia, w moim odczuciu, choćby do takiej uwagi poczynionej przez Jacka Tabisza: „Zastanawiałem się właśnie, czy pisać o Rwandzie, ale stwierdziłem, że nie. Jaki jest procent chrześcijan mieszkających w Rwandzie w stosunku do wszystkich chrześcijan i jaki jest procent muzułmanów popierających penalizację kobiet za kontakty z obcymi mężczyznami w stosunku do wszystkich muzułmanów? Na tym się skupmy”.  Źródłowa dla liberalizmu wartość jednostki, jej normotwórczy charakter i godność nie pozwalają na bawienie się w takie statystyki. Nie umiem – z punktu widzenia praw człowieka i przekonania o wyjątkowym charakterze jednostki ludzkiej – ważyć, czy gorsze jest religijnie motywowane pozbawianie kobiet praw czy wymordowanie ludzi w imię religijnych przekonań. Jedno i drugie zasługuje na taką samą, zdecydowaną krytykę.

 

5. Liberalizm ma u swych fundamentów nie tylko przekonanie o wyjątkowej roli jednostek, ale także ideę wolności religijnej. Z tej perspektywy wyrasta przekonanie, że państwo winno być świeckie, a do praw człowieka należy swoboda w wyznawaniu lub niewyznawaniu religii. Można by więc argumentować, że liberalizm jest stanowiskiem neutralnym względem religii, o ile jej wyznawanie nie koliduje z prawem i nie narusza wolności innych osób. Nie sądzę zatem, żeby liberalizmem dało się motywować ateizm, a już na pewno nie ateizm misyjny. Argumentacja liberalna sprzyja raczej pluralizmowi, skoro stawia na normatywność odmiennych od siebie jednostek szukających konsensu. Nakłada to na liberałów obowiązek oddzielenia krytyki religii od religiofobii. A więc – jakbym chciał to rozumieć – precyzyjne nazywanie problemów, ważenie racji i niepozbawianie innych do religijnego lub niereligijnego samostanowienia w ramach państwa prawa. Za religiofobią, tak samo jak za dyskryminacją ateizmu (ateizmofobią) stoją przekonania absolutystyczne. Ich praktyczna realizacja prowadzi do zniesienia społecznego pluralizmu i zapanowania jednej słusznej ideologii.

Pascal mawiał, że les extremes se touchent.

Absolutyzm religijny używa podobnych argumentów antypostmodernistycznych, jak absolutyzm racjonalistyczny. Tak samo jest w przypadku krytyki religii. Na naszym polskim podwórku widać to na przykładzie islamu. Jeśli uznany, że prawa człowieka możemy łamać po to, by gdzieś je wprowadzić, jesteśmy sojusznikami Sławomira Cenckiewicza, który mówi, że prawa człowieka przesłaniają nam zagrożenie islamskie. Jeśli przyjmiemy cytowaną wyżej „logikę statystyki” (muzułmanie vs Rwanda), usprawiedliwimy każdą zbrodnię. Dla mnie jednakowo naganna jest masakra w Srebrenicy, w Gujaracie, Rwandzie czy rzezie tzw. Państwa Islamskiego. Pamiętam przy tym, że islamiści z PI są bezlitośni w stosunku do muzułmanów „innego nurtu”. Nie oznacza to jednak dla mnie, że wszyscy muzułmanie są zbrodniarzami, tak, jak nie każdy ksiądz katolicki do pedofil, a nie każdy ateista to osoba moralnie nienaganna. Mogą śmieszyć mnie religijne rytuały, ale chcę żyć w kraju, w którym można je celebrować. O tyle, o ile religia nie pożre świeckiej przestrzeni państwa i nie będzie dyktować politykom i obywatelom jedynej słusznej perspektywy aksjologicznej. Nie chcę także żyć w kraju, w którym takie warunki dyktować będzie ateizm – Albania stanowi tu dla mnie wymowny przykład niegodziwości zadawanej w imię ateizmu państwowego. Nie chcę w końcu usprawiedliwiać kolonizatorów twierdząc, że nieśli ze sobą tę absolutnie pożądaną kulturę.

 

6. Krytyka religii jest potrzebna, ale nie każda jest dobra. W głoszeniu antyislamskiego dżihadu przoduje u nas prawica. Myślę, że dokonując krytyki islamu z perspektywy ateizmu racjonalistycznego trzeba brać to pod uwagę, unikając stereotypów, nieostrożnego zbywania niewygodnych kwestii statystyką, dbając o szczegół. Od racjonalistów oczekuję dyskursu opartego na argumentach, a nie na erystyce i uproszczeniach (dlatego obce jest mi wyzywanie innych od sekciarzy i inne formy emocjonalnego rzucania rękawicy). I trzeba się zastanowić, czy misyjnie walczy się o ateizm czy o państwo demokratyczno-liberalne. Bo to nie to samo.

 

Podobne materiały

12 komentarzy

  1. Piotr Napierała
    Piotr Napierała
    18 lipca 2015 at 18:19 - odpowiedz

    No ja walczę o liberalizm. Postmodernizm nie mówi że wszystko wolno ale że wszystko jest mniej więcej równie sensowne. Czyli postmodernizm to jedna wielka bzdura niestety

    • Marcin Bogusławski
      Marcin Bogusławski
      19 lipca 2015 at 10:53 - odpowiedz

      O ile się nie mylę, postmodernizm nic nie mówi. Mówią konkretni postmoderniści. Może – Panie Doktorze – jakieś konkrety zamiast ogólników?

      • Piotr Napierała
        Piotr Napierała
        19 lipca 2015 at 12:50 - odpowiedz

        Postmoderniści mimo roznic mają cechy wspólne jak powstrzymywanie się od sądów wartościujących oraz myślenie antropologiczno-dekonstruktywistyczne. Już za to nie da się ich lubić. Polecam krytykę Neila Postmana

        • Tomasz Markiewka
          21 lipca 2015 at 12:47 - odpowiedz

          A to ciekawe, w odpowiedzi na zarzut o brak konkretnych przykładów Piotr Napierała podaje książkę Postmana – kolejnego krytyka postmodernizmu, który ma kłopot z podawaniem przykładów. Postman pisał mądre rzeczy o kulturze medialnej, ale o postmodernizmie nie miał zielonego pojęcia.

          Cechą wspólną postmodernistów ma być powstrzymywanie się od sądów wartościujących? A to dobre. Przykłady poproszę. I co jest ta postawa antropologiczno-dekonstruktywistyczna? Poproszę o przykłady.

      • Piotr Napierała
        Piotr Napierała
        19 lipca 2015 at 12:54 - odpowiedz

        Najciekawszym postmodernistą jest Foucault z jego krytyką rzekomo medycznej władzy oświecenia zupełnie abstrahuje on on tego ze wariaci są po prostu niebezpieczni. Albo ten solipsysta Derrida który de facto jest nihilistą

  2. Piotr Napierała
    Piotr Napierała
    18 lipca 2015 at 18:26 - odpowiedz

    Liberałowie nie uznają bytów idealnych. Cały język liberalizmu to język lepiej i gorzej, więcej i mniej. Np liberalne USA nie jest idealne ale jest lepsze niż Np Rosja. Liberalizm szuka celu ale drogi mogą być różne. Nie za bardzo rozumie pan chyba czym jest liberalizm

  3. Jacek Tabisz
    Jacek Tabisz
    19 lipca 2015 at 03:20 - odpowiedz

    Dziękuję za, jak zwykle, ciekawy artykuł. Jak znajdę chwilkę, chętnie się odniosę.

  4. Wojciech Krysztofiak
    Wojciech Krysztofiak
    19 lipca 2015 at 13:18 - odpowiedz

    Piotr Napierała ma rację. Kłopotem postmodernizmu jest nieodróznianie sensu od bezsensu (bełkotu semantycznego) – to pięknie pokazali Sokal i Brickmont. Postmodernizm nie jest więc racjonalnym relatywizmem – dopuszczającym wielość konkurencyjnych punktów widzenia, perspektyw epistemicznych czy paradygmatów (respektujących wymogi logiki – oczywiście w szerokim rozumieniu; w tym znaczeniu,ze nie ma tekstu bez zadanej mu logiki; a problemem jest wyłacznie to, którą z logik wybrać). Logicznosć przekazu stanowi minimum, jakie musi respektować tekst, według relatywizmu racjonalistycznego. Liberalizm logiczny zobowiązuje nas do wyboru jakiejś logiki; rzecz jasna – liberałowie dopuszczają prawo do bycia nielogicznym (a wiec do produkowania bełkotu), ale jednoczesnie domagają się od producenta bełkotu uczciwosci, czyli wyrazenia metainformacji tekstowej – „tak mój tekst jest bełkotem”. Postmoderniści tego nie robia. I to jest ich grzech; dlatego my liberałowie okreslamy ich mianem krętaczy.

    • Marcin Bogusławski
      Marcin Bogusławski
      21 lipca 2015 at 08:51 - odpowiedz

      Sokal i Bricmont w znacznej mierze pokazali własną indolecję, bo ich tekst nie jest ani rzetelny, ani uczciwy. Co nie zmienia faktu, że część z ich argumentów podzielam. Podobne ogólnikowe zarzuty można stawiać tylko i wyłącznie z jakiegoś nad-punktu widzenia, z którym polemizuję w swoim tekście. Ale jak widać, ogólniki zawsze bardziej kuszą anty-postmodernistycznie nastawionych czytelników niż szczegóły. Jako że w sieci nie widzę dostępnego tekstu Barbary Tuchańskiej, wrzucam link, w którym jest referowany.

      https://tekstywdzialaniu.wordpress.com/2014/08/07/sokal-i-postmodernistyczne-bzdury/

      • Piotr Napierała
        Piotr Napierała
        21 lipca 2015 at 09:47 - odpowiedz

        Dla mnie ich książka to krytyka obniżania przez postmodernizm jakości dyskursu społecznego i naukowego ale już Np do Foucaulta by się ta krytyks nie aplikowała bo on jednak mimo bełkotliwego słownictwa coś do powiedzenia miał. Gorzej z Derridą ale Sokal walił głównie w postmodernizm jako intelektualną czy też pseudointelektualna szeroką mode

  5. Marcin Bogusławski
    Marcin Bogusławski
    21 lipca 2015 at 08:54 - odpowiedz

    Polskich liberałów proszę zaś o nie tworzenie bełkotu w postaci jakiegoś „liberalizmu logicznego” – nie sądzę, by miało jakikolwiek sens poza erystyką przenoszenie doktryny antropologiczno-polityczno-ekonomicznej w sferę ekonomii. Mówy o racjonalizmie, którego dla mnie najlepszą postacią jest racjonalizm krytyczny. Tego zaś uświadczam niezbyt często.

    PS. Rorty to i postmodernista, i liberał. Mogą mi Panowie powiedzieć, jak to możliwe? I jakim cudem był intelektualistą tak dużego formatu?

    • Piotr Napierała
      Piotr Napierała
      21 lipca 2015 at 09:43 - odpowiedz

      Liberalizm jest logiczny i jest to myśl społeczna a nie ekonomiczna. Korzysta jednak z etyki i logiki ogólnej nie tworząc własnego kościoła jak marksizm lub niektóre przykłady postmodernizmu

Zostaw komentarz

Wpisz kod antySPAMowy *