• sobota, 28 listopada 2020 r.

Rozdział 41. Rozpoczęła się zatem przebudowa Czandry

Rozdział 41.

 

   Rozpoczęła się zatem przebudowa Czandry, zaś ja, jako pisarz odetchnąłem, gdyż opisywanie jego wirtualnych przygód zaczęło mnie nieco przygnębiać. Gdy pomyśleć o rzeczywistości, składa się ona z wielu, nieskończenie ze sobą splątanych uwarunkowań i nagłych, chaotycznych wyborów między w pełni zarysowanymi torami przyczynowo skutkowymi. Nawet przypadek staje się logiczny i weryfikowalny z dalszej perspektywy. Z jeszcze dalszej znów biją nas w zmysły elementy przypadku, później znów prawidłowość. I tak dalej i tak dalej, aż do momentu, gdy nie ma sensu mówić o determinizmie i przypadkowości. W świetle takiej wiedzy nie ma większej różnicy między ojcem pożerającym jak Saturn swojej dzieci na podobnej do bezludnej wyspy stacji, a ojcem bardziej budującym, który swe potomstwo wychowuje. Gdyż do czego je wychowuje? I czy zastanawia się skąd wziął wzorce wychowawcze? Żywielowi rodzice rzecz jasna nigdy nie zaprzątają sobie ośrodków nerwowych tego typu dywagacjami. Myślenie odciąga od realizacji celu, który przyjmowany jest bezmyślnie.

   Wielu przedstawicieli żywieli na miejscu Czandry zachowałoby się tak samo. Ci, którzy obraliby inną drogę, niekoniecznie wstąpiliby na lepszą, mniej okrutną ścieżkę. Z odpowiednio dalekiej perspektywy Czandra i nimfy stanowili oderwany szczep namnażającego się za wszelką cenę organizmu. Z braku miejsca organizm ów zaczął gnić i pożerać swoje rozrosty, zaś rozrosty bynajmniej nie chciałby być pożarte ani przez macierz, ani przez braci. Wszechświat aż kipi od takich przykładów, bez nich nie byłoby w nim życia. Wbrew pozorom nie opisywałem więc wcale scen drastycznych. Po prostu bezmyślność przedstawiciela żywieli została w wypadku wirtualnego modelu stacji Wadż  spotęgowana przez zacieśnione, laboratoryjne wnętrze. Przyjaciele Czandry liczyli na to, że odbije się on od dna, czyniąc wyjściem z eksperymentu choćby samobójstwo. Tak się jednak nie stało, umiejętność przetrwania wspomogła młodzieńca w jego drodze nie znającej dna. Ów spryt, inteligencja trwania za wszelką cenę, jest wśród żywieli jedną z nielicznych cenionych wartości. Wojny za nią toczone zawsze są święte, tylko w oparciu o nią powstają religie. Ten spryt oślepia, nie pozwala patrzeć na gwiazdy, ani na nic, tak naprawdę. Spryt chroni przed prawdziwą refleksją.

   Ze stacji Wadż przyjechały nimfy, w których wytworzono pamięć długookresową. Zachowały w sobie wspomnienie Czandry i czekały nie niego niecierpliwie, zabawiając się tymczasem z faunami, które zapewniali im przyjaciele. Okazało się, że wyjątkowa zmysłowość tych istot i wyjątkowo zharmonizowana uroda były swego rodzaju typem filozofii. Nimfy ogromnie szybko nauczyły się poruszać w artystycznym świecie NZDelhi i powoli same zaczęły się stawać artystkami. Interesowały je nastroje i silne doznania zmysłowe. Ciągnęło je do Gauri i do jej lekcji tańca. Dziewczyny szybko się zaprzyjaźniły, zwłaszcza, że już we wcześniejszym okresie czuły do siebie pociąg. Objawiał się on również w dosłownym sensie. Apsarasy namówiły Klee 7 i Gauri do ich tantrycznych eksperymentów, co nadało nzdelhijskiemu erotyzmowi zupełnie nowy wymiar. Jednocześnie królowa robotów uprzytamniała sobie, że w ten sposób nimfy uczą się w zawrotny sposób i ich opieka nad przebudowanym Czandrą pozwoli mu rzeczywiście odzyskać jakąś integralność i celowość istnienia.  

   Gauri uwielbiała patrzeć jak nimfy tańczą. Ich idealna uroda i paląca wszystko wokół zmysłowość pozwalały wymyślać nowe figury taneczne, nowe opowieści i rytmy. Apsarasy nie znosiły żadnego sentymentalizmu, natomiast uwielbiały słoneczny, chtoniczny romantyzm. Czuły, gdy tańczyły, że cały świat przenika je rozkoszą i chciały odwzajemnić światu tę niesamowitą ekstazę. Często powtarzały, że kochają świat i rzeczywistość, a były w tym dosłowne. Gauri zaczęła brać je zupełnie na serio i uczyła się od nich wielu ważnych i wartościowych rzeczy.

 

   Minęło parę tygodni. Mogolskie ogrody Czerwonego Fortu kipiały od lata. Nad kwiatami unosiły się sennie pszczoły i bąki. Cienie były jeszcze długie. Pachniało suchym i wonnym wiatrem. Kilka mechanicznych ptaków (…) śpiewało polirytmicznie w skalach dwunastotonowych. Gauri siedziała razem z nimfami przy stoliku, na plecionych wiklinowych fotelach. Półotwarty pawilon niósł od swych murów przyjemny chłód. Na arkadach kiosku pięła się winorośl pachnąca słodko i nieco cierpko. Plamy światła igrały impresjonistycznie na twarzach dziewczyn.

  • Nie wiem, skąd wzięłaś taką pyszną kawę? – Gauri zwróciła się do Rani. Nimfy przybrały nowe imiona, bo dawne były ich zdaniem nieładne. Być może wobec istot pozbawionych pamięci miały jakiś sens, jednakże wydawały się puste w stosunku do inteligentnych i uczących się wciąż nowych rzeczy apsaras. Zdecydowały się na imiona indyjskie, choć Rani, która dawniej była nazywana Złotowłosą, miała wyjątkowo angielską urodę. Nie ubierała się już jednak jak lady z dziewiętnastego wieku. Jej piękne ciało opinało złotoczerwone sari, podkreślające jasność jej cery i włosów.
  • Sama poszłam do laboratorium i zdałam się na moją intuicję – zaśmiała się nimfa. – Mam nadzieję, że ci smakuje? – apsarasy uważały Gauri za swoją siostrę i kochankę, nie przestrzegały zatem żadnej etykiety, królowa NZDelhi nie oczekiwała zresztą niczego innego.
  • Ja zaprojektowałam małą palarnię kawy – dodała Czandni, czyli dawna Płodna. Stała teraz za Gauri i wplatała jej we włosy różne kwiaty, gładząc ją od czasu do czasu pieszczotliwie po policzkach.
  • Jest tak pięknie! – roześmiała się nagle Kadżol i wskazała turkusowy odcień nieba, na którym płynął jakiś statek kosmiczny o niezwykle fantazyjnym kształcie. – Gauri, moja droga, nie powinnaś już tracić za dużo czasu na Planecie Wirów. Zasięgnęłam informacji w ministerstwie. Wirowcy, czy jak ich nazwać, mogą przesłać ci doradcę. Będzie on działał w naszym czasie, a przekaże ci równie wiele wiedzy, jak dałyby ci osobiste wizyty na jego planecie.
  • Naprawdę? – zdziwiła się królowa.
  • Naprawdę, naprawdę – Kadżol zakołysała głowę i zrobiła grymas indyjskiej matki, która poucza dziecko z naiwnością i troską. Do tego uniosła rękę i pokręciła nią śmiesznie, kontynuując zabawę. Przyjaciółki zaśmiały się serdecznie. Czandni schyliła się i pocałowała Gauri namiętnie.
  • To dobrze – odparła Gauri, gdy zdołała odzyskać oddech. – Dwa dni temu Egipcjanie znowu wygrali bitwę muzyczną. Trzeci raz z rzędu! Nawet Ludwik poczuł się nieswojo.
  • Swoją drogą ładny temat – zauważyła Czandni i zagwizdała jedną z melodii zwycięzców. Pozostałe dziewczyny przyłączyły się do gwizdania i w ten sposób wykonały całkiem spory fragment jednego z bitewnych hymnów Akademii Staroegipskiej.
  • To do Ozyrysa? – zapytała Rani.
  • Nie, do Amona – objaśniła Gauri. – Nie słyszysz słońca w tych melizmatach?
  • Oczywiście, że słyszę – Rani zmarszczyła uroczo nos, – ale Ozyrys też kojarzy się z dniem.
  • Masz rację – przyznała królowa z uśmiechem. – Wracając zaś do poprzedniego wątku, to wydaje mi się, że przez najbliższe kilka lat nie powinnam opuszczać NZDelhi na długoletnie okresy. Jest tyle rzeczy do zrobienia, tyle rodzących się pomysłów, które przecież później należy pielęgnować.
  • Wiemy o tym, kochana – stwierdziła Czandni. – Słyszymy odcienie emocji i ćwiczymy się w tym. To taki malarski rodzaj myślenia. Chciałybyśmy stworzyć coś na kształt matematyki tych ulotnych atawizmów, którym nie należy ulegać, ale je potęgować, doprowadzać do pełni, do nośnego alfabetu znaczeń. I mówić, i odkrywać – to powiedziawszy rozchyliła sari Gauri i zaczęła wcierać w jej plecy jakiś niezwykle przyjemny olejek, gładząc przy tym czule każdy mięsień i kosteczkę dziewczyny.
  • Trochę trudno mi zebrać myśli, gdy czuję się tak rozpieszczana – zauważyła królowa czerwieniąc się z podniecenia.
  • Ale jak już je zbierzesz, to zbierzesz je lepiej – zauważyła Czandni intensyfikując swoje erotyczne wysiłki.
  • Powinniśmy stworzyć Ministerstwo Miłości – zauważyła Rani przytulając się do Kadżol. – Spójrzcie na wszystkie piękne mity, które są mądrością wszechświata. Istotą mitów jest heroizm, zaś sednem heroizmu jest potęgowanie czynów, doznań i postaw. Nasi współobywatele – nimfy przyjęły obywatelstwo NZDelhi, – opracowali wspaniałą kolekcję atawistycznych proszków, pomad i substancji spożywczych. To pomaga w sztuce tańca, jak wszystkie wiemy. Ale to nie wystarczy. Trzeba czegoś więcej. Trzeba by zagościł u nas Kama, bóg miłości, albo też Wenus, jak mówili przodkowie moich niektórych nawiązań genetycznych.
  • Nazywanie tej siły wszechświata Wenus bardziej mi się podoba – zauważyła Gauri. – Jakoś żeński pierwiastek przy naszym, dwupłciowym podejściu, bardziej temu zjawisku odpowiada.
  • Rozkaz królowej! – zaśmiała się Kadżol wykonując kolejny, komiczny i uroczy gest.
  • Pożądanie zamraża różne ewolucje w formie martwej żywieli – rzekła Czandni naciskając szczególnie czuły punkt ciała Gauri, tak że ta aż krzyknęła w uniesieniu. Zawtórował jej śmiech przyjaciółek. – Potrzeba zatem żądzy, która wzywa do czynu, która ma skrzydła, która waży się na najbardziej szalone, śmiałe i piękne plany – Gauri musiała ją pocałować, co też uczyniła. Wargi nimfy smakowały jak maliny z sadu mitycznych bogów. Dziewczyna westchnęła zakochana.
  • To naprawdę Wadż was stworzyła? – zapytała. – Bardzo ją cenię, to wspaniała przyjaciółka, ale nie podejrzewałam jej o taki geniusz.
  • Kochana, przecież nikt nie jest tak naprawdę twórcą – Rani uderzyła żartobliwie dłoń Gauri. Zabolała przyjemnie. – Natura płynie przez wszystko. Możemy być mniej, lub bardziej przejrzyste dla jej siły. To wszystko.
  • Ja to zazwyczaj wiem – zawstydziła się królowa, – ale Czandni jest niemożliwa. Czuję się, jakbym rozpadła się na tysiące istot z których każda ma tylko kawałek myśli – dłoń nimfy przebiegła po jej pępku i z jej ust wypłynęło drżące westchnienie.
  • Chodzi zatem o to, aby każda z tych istot, na które się rozpadłaś, miała więcej niż kawałek myśli – zauważyła Czandni siadając na kolanach Gauri w taki sposób, by sporą część swojego ciężaru wspierać dalej na nogach. Przypominały teraz tantryczną rzeźbę. Ręka nimfy pożeglowała nad stołem i chwyciła swoją filiżankę kawy.
  • Przyszedł mi do głowy wiersz – rzekła królowa i wyrecytowała.

 

Mędrzec i apsarasa.

 

W gęstwinie mokrych liści zatrzymał się dziś wiatr

i długą podróż w dżungli zakończył.

Zasiadł wnet na gałęzi, tak jak czyni to ptak;

otwarł uważne przejrzyste oczy.

Dostrzegł wśród pni jogina, który bez ruchu siadł

szukając ciszy w snach nieruchomych.

 

Chciał doń zawołać głośno: „Spójrz jak piękny jest świat!”,

lecz nagle z cieni wyrosła nimfa.

Na ustach kładąc palec prosi, by milczał wiatr.

Zefir jej słucha, kuli się w liściach,

apsarasa włos kruczy zawija w nocy blask;

na stopach dzwonki dźwięczą od życia,

 

tak jakby rój pszczół młodych zajaśniał pośród traw

zdaje się jej krok pachnący kwiatem;

pełne melodii dłonie zdobi bransolet pas,

wznosi go w tańcu, ogarnia kształtem.

Płodną formę swych bioder zaplata w rytmów szal;

naga jak łania gnie ciało gładkie.

 

Jest chłodna od księżyca, ciepła jak słońca krąg,

ruchem swych oczu kreśli bieg czasu,

jakby zrodziła chwile, co jak dzieci pierś ssą

pełną i śniadą, drgającą w tańcu

i wraz z siostrą bliźniaczką zajętą słodką grą

nad krajem brzucha tak pełnym żaru.

 

Już w młode węże ramion chwyta uroczy ton

i rzuca w górę, śmiechem dogania,

ze smukłej, miękkiej szyi zdejmuje ciszy brąz;

zrywa się obręcz, po udach spada,

wokół barwy migoczą, pędzlem jest nimfy skok,

którym brzmi cała, tonąc w zapachach.

 

Raz jest kwiatem lotosu, gdy kreśli płatków wzór

otwierając dłoń, gniazdo pieszczoty;

znów zmienia się w żurawia zgrabnym obrotem nóg,

z ptasią miękkością rozrzuca włosy…

Potem znów idzie wolniej, z brwi piękny kreśli łuk,

strzałami źrenic jak łowca trwoży.

 

Uniesie powiekę mąż zdumiony nowym dniem,

co na dzień stary skądś się nałożył,

porazi go młodość ust, co każdym gardzą snem

chciwie całując twarz jasnej pory.

„Już przegrałem” – pomyśli gubiąc się pośród drżeń

wonnej dziewczyny i tańca mocy…

 

„Więcej jest myśli w gestach, z których czynisz sztukę,

niż w medytacji” – powie uczony. –

„I także twoje piękno silne przez naturę

jest pełne światła, ja ocieniony

przez siebie pozostaję (teraz to rozumiem),

niewiele znajdę w mroku zgubiony…”

 

„Przebacz mi pychę straszną, o boska tancerko;

nie odchodź jeszcze, budź znaki piękne

skryte w lesie i słońcu, w minutach co biegną.

Naucz mnie szału, niech wiosna zerwie

moje szare łańcuchy, w których prawdy bledną

głupio zmyślone w dziwnej potrzebie.”

 

Nimfa zaraz podbiegnie, brodacza otula,

całusem dotknie wargi wychudłej

i takie słowa powie: „Nieczęste są cuda

w mej pracy starej, dla wielu zgubnej –

ja samozwańców dumnych z ich snów góry zrzucam.

Ty jesteś inny, nie chcesz trwać dłużej

 

w tym wszystkim co jest lękiem i w otoczce złudnej

trwa pełne wiary, złej uczoności.

Spójrz! Rozchylam ramiona i do bramy lubej

strachu zwycięzcę zapraszam w gości.

Połącz z moim swój oddech, błądźmy razem w górze,

jak te dwie iskry w słońca jasności.”

 

Wiatr opuszcza kochanków zdarzeniem zdziwiony,

nad gąszcz wyrasta, chętny do plotek,

bowiem mędrca światłego pierwszy raz dziś złowił

swym czujnym zmysłem, co wciąż jest w drodze…

 

 

  • Va! Va! – zakrzyknęły jej przyjaciółki.
  • Właśnie o to chodzi – dodała Rani.
  • Zadzwonię do prezydenta i zgłoszę projekt ustawy o ministerstwie – rzekła Gauri, gdy Czandni pozwoliła jej dojść do słowa. Rozmowa trwała krótko, gdyż była to prosta formalność. – Schoenberg 13 was pozdrawia – rzekła, gdy zakończyła rozmowę.
  • To miła istota – zauważyła Kadżol. – Nie mniej sympatyczna od naszego kochanego rzeźbiarza.
  • Tyle, że i ty, Gauri i prezydent wciąż zachowujecie się trochę jak ci mędrcy – zauważyła Czandni rozmyślając nad piersią przyjaciółki. – To grozi pogrążeniem się za bardzo w światach modeli myślowych. One są potrzebne, aby badać rzeczywistość, co przecież jest czystą miłością, ale gdy idzie się w nie za daleko, opuszcza się ukochaną, opuszcza się Naturę, albo też Prawdę, dążenie do niej.
  • Bardzo śmiało i daleko biegniecie po polanach filozofii – ucieszyła się nie po raz pierwszy.
  • Ten kształt i to co z nim robię to też jest filozofia – zauważyła również nie po raz pierwszy Czandni i sprawiła, że Gauri nie mogła powiedzieć niczego przez dłuższą chwilę. – No teraz naprawdę mlecznie smakowało – dodała nimfa z zadowoleniem.
  • Ważne są też te chwile całkowitego, chtonicznego oderwania – zauważyła Gauri wciąż łapiąc łapczywie oddech. – Kiedy myśli znikają, zalewa nas ciemność, nic nie ma.
  • Rzeczywistość w dalszej perspektywie to pustka i pełnia zarazem – wyjaśniła Rani oplatając ramionami Kadżol. – Obydwie trzeba potęgować aż do zniszczenia ich granic i odkrycia jedności w afirmowanym dualizmie. W pustce są niemyśli, które trzeba odpowiednio niemyśleć, aby w ogóle być choć trochę mądrym i szalonym zarazem. Mądrość bez szaleństwa to automatyzm – zręczna dłoń myślicielki oparła się na obnażonym udzie Kadżol, które nawet w cieniu pawilonu błyszczało ponętnie.
  • Dobrze – wtrąciła nagle Czandni. – Zaczekajmy do głosowania. Resztę będziemy omawiać w siedzibie ministerstwa. Jest jeszcze jeden problem na dziś…
  • Wasza wysokość – jeden z dworzan przerwał na chwilę ich pogawędkę i wręczył Gauri wielkoformatowy album o tysiącach stron. Gdyby Czandni nie przytrzymała dokumentu, królowa spadłaby na ziemię doprowadzając do zwolnienia z pracy poczciwca. Był uratowany. Pełnienie różnych funkcji w dobry sposób przynosiło punkty walutowe, choć mniej niż oryginalne pomysły. Nimfy na przestrzeni kilku dni stały się prawdziwymi bogaczkami dzięki swojej niepowtarzalnej mentalności. Umiały zrobić pożytek ze swoich elektronicznych portfeli. Namiętnie kupowały różnego rodzaju ładne przedmioty. Przede wszystkim ubrania, ale też małych rozmiarów dzieła sztuki, z których miały zamiar zrobić prywatną galerię. Do papierowych książek nie miały żadnego sentymentu, najczęściej odsłuchiwały powieści i dramaty przez lektora, poezję czytały zaś z wyświetlaczy cyfrowych. Tym nie mniej starały się porozumiewać w niezwykle trudnym sanskrycie, który uznały za mowę apsaras i wychodziło im to z niezwykle dobrymi rezultatami. Rozmowa przy kawie również toczyła się w tym antycznym języku. Gauri trudno było odejść od obowiązującego na co dzień hindi, na szczęście modyfikacje jakie zaszły w jej pamięci i percepcji pozwalały jej bardzo szybko przestawiać się na inne języki, znane i nieznane.

   Dokument, który miała w ręku, był to skrócony opis cech genetycznych i memetycznych Czandry. W zagięcie gargantuicznej okładki włożony był ołówek, którym należało czynić uwagi, notatki, skreślać niepotrzebne geny i memy, oraz zastępować je nowymi. Na ostatniej stronie dokumentu była poczyniona papierowa kieszeń, w którą włożono książeczkę ze schematami podstawowych typów genów i memów zastępczych. Były to zatem elementy, które miały okazać się pomocne przy naprawie Czandry. Gauri uśmiechnęła się wpierw z niedowierzaniem. Któż mógł od niej oczekiwać, że zorientuje się w tej zawrotnej mapie powiązań, wzorów i przeobrażeń? Gdy chciała już oddać dokument, zorientowała się ku swojemu zdumieniu, że jej umysł zaczyna dostrzegać w języku zmian ziemskiej przyrody czytelny przekaz. Oparła zatem dokument na stole i zaczęła się w niego wczytywać, jakby był on stosunkowo ciekawą powieścią. Jej przyjaciółki również nachyliły się nad owym wielkim dossier. Rozpraszały ją stosunkowo mało intensywnie, co mogło oznaczać, że również zainteresowały się przesyłką. Tymczasem królowa NZDelhi dokonała pierwszych skreśleń. Oznaczało to wykreślenie zarówno pewnych cech genetycznych, jak też ich wspomnień. Obydwie rzeczy można było zastąpić nowymi elementami.

  • Weź to! – zaproponowała Kadżol wskazując linijkę w dołączonym kajeciku.
  • Naprawdę, jesteś przekonana, że chcesz, aby miał inklinacje ku tak dziwnym rzeczom? – zdziwiła się Gauri.
  • On jest taki szary – odparła gniewnie Rani. – Nie chcemy mieć z nim nic wspólnego. Kochamy tylko ciebie Gauri, mamy też przyjaciół, z którymi lubimy dzielić przyjemność wspólnych zmysłowych rozważań, ale to? Okropność…
  • Może wyznaczymy sobie dyżury? – zaproponowała królowa NZDelhi. – Każdego dnia jedna z nas. Bo po przekształceniu on będzie potrzebował stałego wsparcia.
  • To też skreśl – zauważyła Czandni pokazując swoim kształtnym paluszkiem trzy linijki zapisu ukazującego strukturę DNA.
  • Zastanawiałam się nad tym, ale nie byłam pewna – westchnęła Gauri całując dłoń Rani, co działało na nią uspokajająco. – To może być jakaś integralna część Czandry, coś, co sprawia, że jest sobą.
  • Ale co to znaczy być sobą? – pokręciła głową Kadżol. – Taka opcja nie istnieje – nimfa pstryknęła w palce i wygięła usta w zabawnym i bardzo ładnym grymasie.
  • Wiem – zgodziła się królowa,  – ale znam go od dzieciństwa i nie chciałabym zupełnie wykarczować elementów, z którymi on mi się kojarzy.
  • Może właśnie te elementy szkodzą najbardziej całości? – zapytała Rani obejmując Ziemiankę ramionami.
  • A gdybym usunęła całą tę stronę? – zapytała Gauri przewracając kilkaset kartek. – Po czym połowę z tego rozdziału i jeszcze kilka linijek stąd? Wtedy mogłabym dorzucić rozwinięcie tego schematu – pokazała coś w zeszyciku. – Wtedy zachowałabym trochę z tego, co znam jako Czandrę.
  • Owszem, czemu nie – Kadżol wzruszyła ramionami i poprawiła swoje rude loki. – Tylko w ten sposób zmienisz jeszcze więcej.
  • Ale cechy zawarte w tych rozdziałach to standard. Prawie każdy Ziemianin to ma – zauważyła królowa. – Ich wzajemne powiązanie sprzyja kilku najbardziej powszechnym atawizmom.
  • W takim razie musisz zobaczyć memy – zauważyła Czandni otwierając dokument na innej stronie.
  • Tu jest trochę bałaganu – zauważyła Rani. – Połączę się z maszyną obliczeniową.
  • Nie, to ja się połączę – zaprotestowała królowa.
  • To połącz się, Kochana, my mamy swoje urządzenie, ty pewnie masz ministerialne – zaśmiała się Rani. – Co dwie maszyny, to nie jedna.
  • Macie swoją własną maszynę obliczeniową wysokiego standardu? – zdziwiła się Gauri zatrzymując skore do pieszczot wargi Czandni uspokajającym pocałunkiem.
  • To już z myślą o ministerstwie miłości – rzekła Rani. – A także o dyplomacji i podróżach, właśnie o tym chciałyśmy też z tobą porozmawiać.
  • Zamieniam się w słuch – uśmiechnęła się Gauri.
  • Otóż za mało tutaj spontaniczności, szaleństwa, nagłych decyzji i śmiałych, oraz ryzykownych kroków – wyjaśniła Rani. – Powinnaś zostawić na razie projekty typu Planeta Wirów i uprawiać własną dyplomację. Rzucać się w nieznane i odkrywać nowe światy, nowe sytuacje. Nawet gdyby twoja niezręczność miała wywołać wojnę, to tym lepiej. Mars jest kochankiem Wenus, czyż nie…? My oczywiście chętnie dołączymy do twojego korpusu dyplomatycznego.
  • A nie przemawia przez was trochę niechęć do rozstań? – zapytała królowa.
  • To też, przynajmniej trochę – zauważyła szczerze Czandni wplatając w ciemne włosy Gauri jakiś zupełnie niezwykły kwiat, który właśnie przyniósł kwiaciarz z pobliskiego targu. – Ale nie ma w tym nic złego, jeśli przyczyni się to do odkrywania wszechświata. A że tak będzie, możesz być pewna. Przecież nasz znasz. Od kiedy posiadamy pamięć długookresową też jesteśmy ciekawe. Kochamy dwie rzeczy – ciebie i rzeczywistość.
  • Czyli w pewnym sensie jedną – dodała Kadżol na wszelki wypadek, gdyż wszystkie o tym wiedziały.
  • Abyś mogła odkrywać i my tak samo, musisz mieć rozgrzany nie tylko intelekt, ale też emocje – zauważyła Rani. – Spójrz na budowę swojego mózgu. Zwoje od logiki są tylko nakładką na potężną bryłę sklejonych neuronów dedykowanych emocją. Aby widzieć to co nowe, musisz wciąż odczuwać rasy, katharsis. Musisz odczuwać gwałtowne i zarazem harmonijne oczyszczenia emocjonalne. Musisz dochodzić do pełni we wszystkim. Musisz kochać gwałtowną miłością odkrywanie i to co odkrywasz.
  • Jasne! Niech żyje rewolucja! – zakrzyknęła radośnie Kadżol.
  • Jesteście kompletnie niemożliwe – Gauri schowała roześmianą twarz w dłoniach, – ale też macie rację. To też trzeba skreślić – dodała pokazując obszerny rozdział.
  • Ale zostaw tą linijkę, bo inaczej oślepnie – zauważyła Rani.
  • Wiadomo – uśmiechnęła się królowa, – choć można by mu dać inny zmysł zamiast oczu. U niego widzenie jest niebezpiecznie blisko dość złowróżbnych fenotypów.
  • To może dopiszmy zmodyfikowane czułki z (…) – zaproponowała Kadżol.
  • One reagują też na światło dzienne? – zdziwiła się Gauri opierając się na moment na bujnym ciele Czandni.
  • Ani trochę – zmarszczyła nosek Kadżol, – ale jakby je trochę pozmieniać, można by je wyczulić również na to pasmo pola elektromagnetycznego.
  • Trzeba by też odciąć górny zakres, inaczej chłopak oszaleje od nadmiaru wrażeń – Rani wskazała wymownie na słońce, które bezustannie hałasowało w ten sposób.
  • Witajcie! – rzekł Słoneczny wchodząc do pawilonu.
  • Jeszcze ciebie tu brakowało – zaprotestowała Czandni, którą kosmita trochę krępował. Nimfy, podobnie jak Gauri, nie wiedziały jaka istota stoi za tym spojrzeniem.
  • Przestań! – zaprotestowała Kadżol. – Ty lubisz wszystko wiedzieć, albo choćby podejrzewać. To dobrze, że Słoneczny jest dla nas tajemnicą.
  • Ale nie kusi mnie, żeby pocałować jego kamienny tors, ani nic… – westchnęła ze smutkiem Czandni. – Czuję się przy nim jak niemowa.
  • Mamy jeszcze wiele czasu – zaśmiał się kosmita. – Wraz z nim poznamy się wszyscy lepiej. Mam wieści dotyczące Kubery. Twój projekt Gauri został zwieńczony sukcesem. Kuberianie zapraszają cię na swój księżyc. Chcą ci osobiście podziękować. Transmisja od Rady Zjednoczonej Kubery właśnie dotarła. Schoenberg 13 zajęty jest wraz z ministrami ustalaniem szczegółów dotyczących budowy ambasady Kubery w naszym mieście.
  • A ja chciałam powiedzieć, że się buntuję – Gauri wstała i zrobiwszy groźną minę oparła ręce na biodrach. – Poproszę o ambasadora z planety wirów, zaś dyplomację zacznę uprawiać na własną rękę. Już dość twoich wskazówek, przyjacielu.
  • Jesteś pewna, tego co mówisz – upewnił się Słoneczny marszcząc gniewnie kamienne czoło.
  • Absolutnie – powiedziała wolno i bardzo wyraźnie dziewczyna.
  • To znakomicie! – ucieszyła się kosmita. – Dawno już czekałem na tę decyzję! Sądziłem, że jedna wyprawa na planetę wirów ci wystarczy, aby nabrać takiego przekonania.
  • To znaczy, że był to podstęp? – zdziwiła się Gauri.
  • Nie – odparł Słoneczny pozując żartobliwie przed Czandni, która okrążała go i lustrowała badawczo jego kamienne spojrzenie. – W końcu przecież czegoś się nauczyłaś na Planecie Wirów. I to nie tak mało. Ale mogłaś zyskać podobną wiedzę działając na własną rękę. Decyzja zależała od ciebie. Żadna nie była zła. Nie musisz się przecież spieszyć.
  • Już bez przesady – zauważyła Gauri. – Mam przed sobą sześćdziesiąt lat, może trochę więcej, a wszechświat jest dość duży i nie jedyny.
  • Już tylko trochę jesteś ludzką kobietą – zauważył Słoneczny. – W cywilizowanych społecznościach śmierć następuje wtedy, gdy dany organizm, osobowość, zbiór atomów, wyczerpią swoje możliwości. Czyli gdy przestaną stawiać nowe pytania i szukać nowych odpowiedzi. Na przykład ludzie z twoich czasów żyli za długo. Znakomitej większości z nich cywilizowane kryteria trwania dałyby od trzydziestu do czterdziestu lat. Medycyna rozwinęła się jednak w ziemskiej żywieli zbyt szybko.
  • To znaczy, że mam kilkanaście lat do wykorzystania – zauważyła trochę zmartwiona królowa NZDelhi. – Tym bardziej powinnam się więc spieszyć.
  • Nie, moja droga przyjaciółko, źle mnie zrozumiałaś – uderzył się w kamienne czoło kosmita. – Masz przed sobą tysiące lat, bo przecież twoja ciekawość została rozwinięta o możliwości działania przez dodatkowe zmysły, techniki pamiętania i percepcji. Masz w sobie wiele siły, kochasz rzeczywistość gorącą miłością, więc najpewniej przeżyjesz wielu sobie współczesnych, ze mną włącznie. I bardzo dobrze.
  • Całe szczęście – wtrąciła Czandni tuląc mocno Gauri i całując namiętnie całą jej twarz. – Nie zniosłabym tego, gdyby ona tak wcześnie nas opuściła.
  • Jeśli zechcesz umrzeć przed nami, to dołączymy do ciebie w grobowcu, zwłaszcza, że jest ładny – wtrąciła Rani a pozostałe nimfy poparły ten pomysł z entuzjazmem.
  • Wolałabym, żebyście dalej odkrywały świat, także z miłości do mnie – zaprotestowała królowa, lecz apsarasy nie chciały jej słuchać.  
  • Trzeba im przyznać, że są szalone – zauważył Słoneczny. – To one cię wreszcie zbuntowały, tak jak należy?
  • A któżby inny? – uśmiechnęła się Gauri.
  • Swoją drogą pomijasz wiele ważnych dzieł sztuki – zauważyła Czandni. – Oglądałyśmy nagrania z Kubery i wielu wybitnym dziełom sztuki nie przygotowałeś specjalnego miejsca w muzeum.
  • Mogłabyś mi w tym pomóc? – zainteresował się żywo kosmita.
  • Jak znajdę czas, to chętnie – odparła z uśmiechem apsarasa.
  • Gdzie jest Wadż? – zapytała królowa NZDelhi. – Dawniej nie mogłam się od niej opędzić, a teraz czuję się tak, jakby wyjechała.
  • Integruje się z tą wielowymiarową istotą – odparł Słoneczny.
  • Mamusię też bardzo kochamy – wtrąciła Kadżol.
  • Ale nie jest zbyt rozgarnięta – zauważyła Rani, – od kiedy mam pamięć, wydaje mi się dużo młodsza ode mnie. Zwłaszcza, gdy podrywa mnie w postaci fauna.
  • Ona nie ma zbyt wiele doświadczenia w byciu faunem – usprawiedliwiła Wadż Gauri, – a jest przecież słodka. To chyba miło, że dołącza do projektów swoich dzieci.
  • Nauczymy ją tego i owego – Rani machnęła ręką,  – więc nie potrzeby o tym dyskutować. Matka to matka. Nie wymyśla swoich dzieci, przynajmniej nie w pełni, ale jednak decyduje się na to, że w ogóle są te dzieci. Nawet jeśli atawizmy decydują, to mają też odcień matki. A w tym wypadku były to nie tyle atawizmy, co… ciekawość, …przekora…? Sama nie wiem co…
  • Jutro, jeśli masz ochotę, udamy się na Wadż i stamtąd polecisz na Kuberę w swojej własnej postaci – powrócił do głównego wątku Słoneczny.
  • To mój obowiązek – zauważyła Gauri, – męczyłam te nieszczęsne istoty przez tyle wieków ich historii, że teraz, gdy mnie zapraszają, nie mam prawa odmówić. Zresztą nie chcę. Jeśli naprawdę uleczyły się z żywieli, jestem ogromnie szczęśliwa. Jednak wciąż trudno mi w to uwierzyć.
  • Myślę, że możesz im wierzyć – uśmiechnął się kosmita, – ja ze swej strony gratuluję ci sukcesu i tego, że tylu małym iskierkom wszechświata przywróciłaś piękne kolory.
  • To prawda! – zakrzyknęła Kadżol i wszyscy zaczęli bić brawo, a Gauri rumieniła się zawstydzona.

 

   Nazajutrz rano Gauri opuściła Czerwony Fort przez główną bramę i ruszyła wzdłuż murów swojej rezydencji. Co jakiś czas ziewała i przeciągała się słodko. Słońce dopiero wschodziło rażąc ją w zaspane jeszcze oczy. Ziewnąwszy przeciągle sięgnęła do zakamarka sari by sprawdzić, czy wzięła list od nimf. Apsarasom bardzo zależało na tej archaicznej formie komunikacji, więc Gauri przystała na to, obiecując sobie, że przeczyta list w pociągu. Było to o tyle dziwne, że jeszcze niecały kwadrans temu żegnała się z zapłakanymi przyjaciółkami, ale, patrząc na to z drugiej strony, może lepiej poczytać, gdy zbudzi się sen, niż rozmawiać, kiedy wszyscy jeszcze śpią. Tymczasem przed nią wyłoniła się abstrakcyjna rzeźba Klee 7, którą do tej pory miała okazję widzieć jedynie z lotu ptaka, czyli z murów pałacu. Statua przedstawiała przenikające się płaszczyzny i migotała tajemniczo.

  • Podejdź! – wołała swoją abstrakcyjną harmonią.
  • Nie teraz, droga rzeźbo – odparła grzecznie dziewczyna, wiedząc doskonale, że przy arcydziełach jej ukochanego spędza się wiele czasu. W bocznej uliczce czekał już na nią Ludwik, unikający bliskiego kontaktu ze statuą. Przywitali się, po czym szli jakiś czas w milczeniu.
  • Słyszałem twoją nową ragę – stwierdził wreszcie kompozytor i uśmiechnął się. – Bardzo ciekawa skala. Zainspirowała mnie do sonaty – po czym zanucił dwa główne tematy swojego utworu.
  • Piękne – ucieszyła się Gauri. – Czy już udało ci się dodać jedne szesnaste tonów do klawiatury fortepianu?
  • Nie mi – odparł Ludwik. – Jeden z moich uczniów jest znakomitym konstruktorem instrumentów.
  • Pewnie doszedł do siedmiu klawiatur w jednym fortepianie umieszczonych nad sobą? – domyślała się dziewczyna.
  • Do ośmiu – zaśmiał się kompozytor. – Niedługo trzeba będzie wymyślić coś nowego. Ale nie chciałbym zrezygnować z młoteczków uderzających w struny.
  • Może wprowadzisz struny zmiennokształtne? – zapytała Gauri. – Można by wprowadzić jakiś inteligentny algorytm, który zmienia wysokość wydawanych przez nie dźwięków. Wtedy ich ilość i elastyczność programu wykluczałyby się nawzajem. Im mniej strun – tym inteligentniejszy program i na odwrót.
  • Musiałyby reagować na oczekiwaną modulację – zauważył Ludwik, – a wtedy mogłoby to ograniczać kompozytora i wykonawców. Muzyczne niespodzianki, takie jak u poczciwego papy Haydna, musiałyby odejść do lamusa.
  • Ale ty przecież nie tworzysz takich niespodzianek? – zauważyła dziewczyna poprawiając włosy, których nie zdążyła jeszcze zobaczyć. Wiedziała tylko, że Rani układała je, gdy jeszcze spała.
  • Piękna fryzura – stwierdził kompozytor.
  • Naprawdę – upewniła się królowa NZDelhi, która ufała w artyzm nimf, lecz wiedziała też, że Rani jest trochę szalona.
  • Naprawdę – potwierdził szczerze Ludwik. Stanęli na moment przy Wielkim Meczecie, fundacji Shah Jahana, który mienił się bajecznie w młodym świetle. Oparte o rampę minarety wyglądały niezwykle, podobnie jak kopuły nad główną nawą. Jakiś robot zaczął śpiewać po arabsku azan sławiący Naturę.
  • Nie sądziłam, że to robią – zauważyła dziewczyna wsłuchana w piękne melizmaty. Stado ptaków zerwało się i zaczęło kołować radośnie wokół potężnej wieżycy, jakby pozdrawiając śpiewaka.
  • Musiałaś nie zauważyć, od kiedy ostatnio wróciłaś z Planety Wirów – wyjaśnił kompozytor. – Powstaje nowa akademia, arabsko – irańska, w skrócie ARAN. Robotom udało się zebrać dostateczną ilość informacji dotyczących struktury makamów i sztuki recytacji.
  • To świetnie – zaśmiała się Gauri. – Być może utrą nosa Egipcjanom.
  • Myślałem, że ja to wpierw zrobię – zauważył Ludwik i zaczął żartować udając zagniewanego.
  • A właśnie, że ja – dołączyła do zabawy dziewczyna i zaczęli się przekrzykiwać jak małe dzieci.
  • Ale tak szczerze – powiedział w końcu Ludwik ocierając nos zaczerwieniony od śmiechu i chwytając pod ramię przyjaciółkę. – Tak szczerze, to musieli wciągnąć do współpracy jakiegoś kosmitę. U mnie studiuje całkiem spora grupa Spojrzeń, pewnie u ciebie też?
  • Jak najbardziej mój drogi i to z pewnością więcej niż u ciebie – żartowała dalej Gauri dziobiąc palcem brzuch kompozytora. – Tym nie mniej na razie autochtoni radzą sobie lepiej od przyjezdnych.
  • Takie rzeczy szybko się zmieniają – zauważył Ludwik, – a gdzieś musiał być pierwszy raz.
  • Musimy tam zatem się przejść i upolować tego nowego Mozarta – pokręciła głową dziewczyna.
  • Dobry plan – poparł ją kompozytor. – Ciekawe zresztą, dlaczego sam się jeszcze nie przedstawił.
  • Obcokrajowcy mają niekiedy bardzo niezwykłą mentalność – zauważyła Gauri naśladując dziwaczne miny, jakie podpatrzyła u jednego ze spojrzeń. – Ale, tak już poza żartami, ogromnie się cieszę, że nasza młoda kultura zdołała przyciągnąć wielkiego zagranicznego artystę.
  • Ba! – wzniósł ręce Ludwik. – Ja tak samo. Dlatego chciałbym go jak najszybciej spotkać.

   Weszli do stacji metra „Stare Delhi”. Na peronie czekał niecierpliwie Słoneczny.

  • Nie powinniście się aż tyle spóźniać – upomniał ich. – Przy skokach przestrzennych pora ma ogromne znaczenie, w końcu czas też jest wymiarem czasoprzestrzeni.
  • Mamy potężne nadwyżki energii – zauważyła królowa NZDelhi. – Zwłaszcza wraz ze wzrostem niechęci do projektowania potomków, która nasiliła się po opublikowaniu „snów Czandry”.
  • Ach, ci dziennikarze… – zmartwił się kosmita. – Nie ustalono przecież, że wolno to nagłaśniać.
  • Mimo wszystko dobrze zrobili – zauważyła Gauri. – Ta historia to ważne ostrzeżenie dla nas wszystkich. Bądź co bądź jesteśmy młodą cywilizacją i wciąż balansujemy na urwisku żywieli. Tym nie mnie w związku z ujawnieniem tej historii mamy więcej pracy przy przebudowie Czandry. Trzeba bowiem dopracować atawizmy, które mogłyby się zaognić, gdyby biedak poznał ten materiał.
  • I tak pewnie kiedyś by o tym się dowiedział – zauważył kompozytor. – Zawsze tak się dzieje, to zresztą nośny temat literacki.
  • Ale nie muzyczny? – wtrąciła dziewczyna.
  • Na szczęście nie – westchnął Ludwik.

   Przyjechało metro i przyjaciele weszli do środka śmiejąc się z narzekań kompozytora na oświeceniowe moralizatorstwo. Kompozytor oganiał się od nich jak od komarów, lecz oni nie dali za wygraną, dopóki nie obiecał im, że nie skomponuje oratorium na ten temat.

  • Niewygodne tematy nieraz pobudzają talent twórczy – rzekła z udaną powagą Gauri. – A wtedy może wygrasz z Egipcjanami. Będziesz miał honorowe drugie miejsce. Po SNA, rzecz jasna.
  • Mów co chcesz, panienko – pogroził palcem Ludwik, – ale to ty ułożysz mi tekst. Ja nie jestem poetą – sytuacja się zmieniła i teraz Gauri stała się celem przyjaznych kpin. Chcąc nie chcąc musiała ustąpić, choć nie miała pojęcia, w jaki sposób zdoła coś napisać na tak absurdalny temat.
  • Swoją drogą ubrałaś się niezwykle elegancko – zauważył Słoneczny. – Jakie piękne sari! I bransolety! Nawet kolczyk w nosie! A zwłaszcza fryzura, w życiu nie widziałem tak pięknie uczesanej Ziemianki.
  • Sari zaprojektował Klee 7, uczesała mnie Rani, a bransolety kupiłam sama – odparła dziewczyna nie bez cienia dumy. Rzeczywiście wyglądała wspaniale.
  • Tylko, że ci nieszczęśni Kuberianie zobaczą i tak potwora z kosmosu! – parsknął kamiennym śmiechem kosmita.
  • Nie znasz się – fuknęła gniewnie Gauri. – Może teraz nie dostrzegą różnicy, ale przecież to wydarzenie historyczne. Z pewnością Kuberianie zapiszą je w swoich archiwach i gdy wrócą do nich za jakiś czas, dostrzegą, że mieli do czynienia z eleganckim potworem. A póki co obrażam się – stwierdziła z uroczym uśmiechem i zasiadłszy na fotelu metra zaczęła czytać list.

 

„Ukochana! Pewnie już się uśmiechasz, a na twoich miękkich policzkach rodzą się cudowne dołeczki, podobne do fontann rozkoszy. Twoje wargi unoszą się, ukazując stada perłowych zębów, których niewinne ostrza potrafią zalać światłem uniesienia umysł nimfy. Rozwijasz lotosu swoich aksamitnych palców, ściskasz między nimi pachnący jaśminem papier i kładziesz na nich motyle swojego twórczego dotyku, który jest drogą ku przyjemnościom poznania. Oddychasz spokojnym, mruczącym rytmem. Twoje bransoletki dźwięczą niedostrzegalnie, szepcąc w hebanowym mroku twojej obecności. Kochana Gauri! Udajesz się teraz na Kuberę, aby zwieńczyć rozpoczęte przez siebie dzieło. Cóż szkodzi ci, promyku lirycznego dnia, wejść w dwie postaci? Spróbować odnaleźć się w twej właściwej postaci, którą ciągle chcą odkrywać nimfy, pocałunkami i lekkimi szarpnięciami ząbków, oraz w formie Spojrzenia? To doskonały moment rozkoszna Bogini, abyś wykształciła w sobie tę umiejętność. Bądź w wielu miejscach na raz. Już teraz to czynisz tęsknotą za miłością w naszych sercach i myślach. Lecz idź dalej, z odwagą i radością! Tak, jakbyś otwierała swoje łono na rytm męskiego członka Natury, jakbyś spijała jej płodną substancję! Poczuj tą wypełniającą cię, żywą tłustość wszystkiego. Białą gorącą fakturę tryskającą z każdej cząstki czasoprzestrzeni! Czy słyszysz ten rytm wzywający cię do pełnego westchnień rezonansu! Krzycz wraz z nim! Wygnij się jak łuk, jak piękna, Staroegipska harfa! Niech brzmią Twoje struny! Rozlej swoje „ja”! Zapomnij o nim! Rozrzucaj jego fragmenty tak, jak rozrzuca krople łez radości spełniona Kochanka.

   Ukochana! Nie chciałyśmy, żebyś porzuciła Planetę Wirów. Raczej postaraj się pozostawać w niej swoim Spojrzeniem i być też z nami i ze swoimi poddanymi na NZDelhi. Na początku to bardzo trudne. Lecz przecież nawet pierwsze kochanie jest trudne. Przynosi trochę bólu, spływa kropelkami krwi… Po nim następuje ekstaza, pozbycie się obaw. Wszystko rozkwita, staje się bliskie, ożywają wszystkie rasy i emocje. Tęsknisz do końca, cieszysz się do końca, odważasz się do końca, przerażasz się do końca i jesteś do końca groźna! Opanowują cię pokój i wojna! Twoje włosy kłębią się nad celem pragnienia jak węże, są słodkie i jadowite, potrafią być zręczne i wszystko przeniknąć. Nie pozbawiaj się potężnej fali uczuć. Płyń wraz z nią. Staraj się już teraz spróbować rozbić i zjednoczeń, wymieszanych wraz z sobą! Tak jak wtedy, gdy pieścimy Twoje łono, znając drogi unerwień, ich ewolucyjną mapę, znaki rozkoszy morza, ślady przyjemności wyjścia na ląd i spełnień pierwszych myśli! Wspomnij o rowkach w Twoim gościnnym zagłębieniu, o własnym instrumencie, który wydaje przenikliwe dźwięki bez „ja”. Poćwicz wielość postaci na Kuberze. Stres płynący z dyplomatycznego obowiązku będzie cię stymulował. Pomyśl, że tańczysz, aby zdobyć względy Natury. Wyobraź sobie moc zawartą w twoich miękkich stopach, gniazdach wszelkiego pocałunku. Tańcz dla Natury z miłością. Zdobywaj ją. Rozkładaj pawi ogon swojego ruchu, który musi być estetyczną świątynią Wenus. Niech ona wejdzie w twe łono, niech wleje w ciebie liście i wiatry, łąki pełne kwiatów, wschody i zachody słońca. Niech to, czym się zachwycasz w myślach, będzie zachwytem każdego twojego nerwu, każdego starannie zestrojonego atawizmu. Potęgując pragnienia i żądze pozwolisz im rozwiać się w mlecznej płodności całej Natury, tej naszej jedynej i kochanej Matki.

   Naszym marzeniem jest, Ukochana, byśmy wszystkie umiały być w wielu postaciach. I żeby któraś z tych postaci stanowiła nas złączone w odwiecznym akcie rozkoszy, tak jak ukazali to indyjscy rzeźbiarze. Tam boginie zrosły się z ciałami bogów. Na zawsze przebywają z nimi zanurzonymi w sobie. Biodra bogiń stały się przedłużeniem bioder małżonków, torsy małżonków zlały się z opartymi na nich pełnymi kręgami piersi. I my musimy stworzyć takie nasze obecności. Obecności Gauri zrośniętej z Kadżol, z Rani, z Czandni. Zrośniętych cały czas, póki kołysze nas tchnienie. Czy to nie piękne…?”

  • Piękne – zgodziła się dziewczyna cała czerwona podniecenia. Przerwała na chwilę lekturę, żeby zaczerpnąć powietrza. Domyślała się dalszego ciągu, sama też tak uważała.

Być może wyda ci się to oderwaniem, egoizmem? Lecz jest wręcz przeciwnie, piękna Dolino naszej rozkoszy. Rozpalająca nas miłość staje się dla nas motywacją do dalszych działań. Każąc nam się rozbić i zjednoczyć uczy nas prawdziwego rytmu Natury. Wszechświat nie jest tylko funkcją atawistycznego mózgu. Samym myśleniem nic nie osiągniesz, o Śniadocera! Smakuj go, czuj jego dotyk, jego pieszczotę, jego płodność, jego pocałunki, jego smaki i zapachy! Razem bądźmy drogą do tego celu! Od kiedy posiadłyśmy pamięć zdobyła nas Twoja święta ciekawość. Jesteśmy twoim przedłużeniem, Ukochana. Gdy zamykasz usta na naszych palcach, na naszych piersiach, na naszych wargach, połykasz żywy wiatr. Grzejesz się w blasku słońca. My czynimy podobnie i nawzajem. Zmierzajmy ku coraz większej sile i harmonii tych doznań. Rozbijmy „ja” rozkoszą, szaleństwem i pieśnią. Niech przypadek złączy się z determinizmem. Niech chaos i ład ujawnią nam swoją jedność, którą czujemy podskórnie, piękną jak twoje nabrzmiałe w miłosnym wysiłku żyłki. Do zobaczenia, Ukochana! Bądź dzielna, spróbuj i wracaj do nas jak najszybciej! Kochamy Cię. Twoje apsarasy.”

  • Są takie słodkie! – zawołała Gauri przyciskając list do piersi.
  • To wielkie szczęście pozyskać miłość nimf – rzekł z uśmiechem Słoneczny. – Będziesz mogła iść swobodniej po ścieżce poznania.
  • Czy jednak tożsamość płci nie stanowi pewnej przeszkody? – zapytał nieco sceptycznie Ludwik.
  • Nasze panienki niebawem będą mogły zachodzić w kilku postaciach naraz – wyjaśnił kosmita. – Taka polifoniczność modelu umysłu należy do cech w zasadzie niezbędnych przy eksploracji kosmosu. Wtedy też będą mogły być jednocześnie żeńskie, męskie i obdarzać swoje Spojrzenia i reprezentacje jeszcze innymi, nieznanymi na Ziemi płciami. W przypadku takiego przedsięwzięcia określona, konkretna seksualność w punkcie wyjścia nie ma dużego znaczenia. Liczy się siła emocji, indyjskich ras, oraz ich artystyczna jakość i wyrafinowanie. Dobrze się zresztą stało, że nimfy zyskały pamięć długoterminową na tym etapie rozwoju cywilizacji nzdelhijskiej. Dzięki temu jest ona wysoce artystyczna i wyzwala ciekawe i kreatywne przejawy woli.
  • Ja również będę musiała przebudować swoją pamięć – zauważyła królowa, – mój stary sposób pamiętania przypomina uroczą, malowniczą wiejską osadę, lecz nie ma w sobie wyrazu i nie dąży do żadnej pełni.
  • To świetny pomysł – zauważył Słoneczny, – ale radzę ci poczekać do chwili, aż samodzielnie będziesz mogła dokonać tych przeróbek.

   Metro wjechało już w tunel transmisyjny i zostało odcięte od otoczenia. Przyjaciele zaczęli śpiewać trzygłosowy hymn Ludwika, który skomponował specjalnie na tę okazję. Nowa notacja związana z poszerzeniem skali wymagała wyjątkowego skupienia przy jej odczytywaniu, ale też rozwijała koncentrację, zwłaszcza u Gauri, która wciąż jeszcze poznawała swoje nowe zmysły. Gdy przeszli do wkomponowanej utwór fugi, dziewczyna zauważyła, że ta barokowa forma, z Newtonowską matematyką w tle, wciąż jest świeża i aktualna. Zagęszczenie języka muzycznego Pierwszej Szkoły pozwoliło w zasadzie pisać fugi od nowa, tak, jakby Jan Sebastian Bach i ziemski jeszcze Beethoven nie istnieli.  Zatopienia całkowicie w muzyce dotarli na Wadż.

   Stacja zmieniła się w dużym stopniu. Obecność nowego przyjaciela Wadż, którego nazwałem Antyżerem , dodała do wszystkiego wielowymiarowych odcieni. Tajemnicza, prastara istota ukazywała się czasem gościom w postaci chaotycznego obłoku. Nie istniało ryzyko wypadku, gdyż najwyraźniej nauczyła się dostrzegać czterowymiarowy wszechświat, w którym się znalazła.

(403)

Ciekawość GauriPowieść Ciekawość Gauri jest eksperymentem mającym na celu badanie granic poznania i tego, co jeszcze możemy nazwać "bytem". Eksperymentalny charakter ma wpływ na strukturę powieści, która pod niektórymi względami celowo staje się antypowieścią. Autorem powieści jest Jacek Tabisz.

Podobne materiały

Zostaw komentarz

Wpisz kod antySPAMowy *