• niedziela, 20 sierpnia 2017 r.

Elity władzy, elity nieodpowiedzialności

Ponad 50 lat temu Umberto Eco wydał znaczącą książkę, stanowiącą zbiór jego wcześniejszych esejów, artykułów, krótkich rozprawek, abstraktów wykładów uniwersyteckich czy referatów konferencyjnych, pod tytułem Apokaliptycy i dostosowani (Mediolan 1964). Jest to opis i zarazem analiza współczesnej – wówczas, ale procesy zdiagnozowane i skatalogowane przez Eco dziś uległy wyostrzeniu, pogłębieniu i określonym (wg prawideł ewolucji oraz zasad wolnego rynku) mutacjom – modernistycznej, konsumpcyjnej i liberalnej kultury Zachodu.

Pragnę zwrócić uwagę jednak na inny, mały element sygnalizowany śladowo w owym materiale, jakże aktualny mimo półwiecza od jego wydania. Ale o tym – za chwilę.

Eco pisząc o „elitach bez władzy” pokazuje jak w świecie zdominowanym przez obraz, telewizję, dziś – iPhona, smartfona, Internet, telewizję satelitarną i nowoczesne (a zarazem – totalne) środki globalnej komunikacji, ikony filmu, celebryci (tak byśmy współcześnie powiedzieli) i ludzie związani z show-bussinesem, pop-kulturą czy reklamą wpływają na świadomość, postawy i system aksjologiczny odbiorców owej kultury. Odbiorców czyli konsumentów. To jest „władza” bez „władzy” jak konkluduje Eco. Coś na kształt „siły bezsilnych” Vaclava Havla. Włoski intelektualista używa dla opisu i charakterystyki tego całego procesu (oraz zagrożeń przez niego niesionych) określenia uniwersum ikonosfery. „Masa biernych obserwatorów będzie świadkiem jak w ciągu kilkudziesięciu lat ujednolicą się standardy kultury i gusty zgodnie z linią uczuciowego i mentalnego promiskuityzmu” ([w]: U.Eco,  dz. cyt.).

Ciemnota z natury żywotna i ekspansywna,

uskrzydlona dziś przekonaniem o swej

demokratycznej legitymizacji do wygłaszania bzdur

bez trudu przenika nawet na uniwersytety.

prof. Karol  MODZELEWSKI

Percepcja otaczającego świata przez jednostkę, mająca zasadniczy wpływ na jej osobowość i świadomość, stała się domeną zmysłów, emocji, afektów i oderwanych od siebie (ze względu na ilość) statycznych klisz (nietworzących w jakikolwiek sposób w miarę jednolitej projekcji). Ów stan – spowodowany ilością newsów bombardujących jednostkę co chwila z różnych stron – potęgowany jest dodatkowo przez chaos i rozproszenie. W takim świecie i w takiej rzeczywistości nie konceptualizm, nie racjonalność, nie pragmatyzm i realizm są determinantami kształtowania osoby, jej mentalności, jej podejścia do życia.

Jak sądzi Neil Postman (Zabawić się na śmierć, Nowy Jork 1985) to media elektroniczne są obecnie ośrodkiem dowodzenia naszym spojrzeniem na otaczający nas świat. Zwłaszcza telewizja. Na koncercie popularnej grupy rockowej U-2 w czasie trasy „ZOO-TV” leader grupy charyzmatyczny Bono krzyczy do mikrofonu: „…Mam wizję, mam wizję”,  a na głośne pytanie o jaką wizję chodzi odpowiada: „…telewizję”. I to jest clou owego dylematu szarpiącego współczesny demokratyczny i wolny świat. Dziś w XXI wieku doszedł jeszcze obraz internetowego przekazu.

Telewizja (i inne środki masowej komunikacji), zwłaszcza mass media publiczne, jeśli mają kształtować pozytywny i racjonalny stosunek do świata – czyli realizować określoną misję oświeceniowo-racjonalno-republikańskiego chowu (a przynajmniej nie proponować irracjonalizmu, magii, pospolitego szamaństwa w złym wymiarze jako sposobu myślenia i postrzegania rzeczywistości jako ekwiwalentnych wobec realizmu czy pragmatyzmu) muszą przestać bezrefleksyjnie podążać za gustami konsumentów (widzów), winny stępić swą predylekcję do bycia „podnóżkiem oglądalności” czy „zwisem u klamki” kapitału. I przeciwstawić się częstemu political correctness.

Tony Judt (historyk angielsko-amerykański, publicysta i wykładowca renomowanych światowych uczelni) tak scharakteryzował funkcjonowanie współczesnej narracji publicznej i relacji elit rządzących z wyborcami, z demokratycznymi obywatelami: „Dziś debata publiczna wygląda tak, że demagodzy mówią tłumowi co ma myśleć. Gdy ludzie odbijają echem ich frazesy oni śmiało i bezczelnie ogłaszają, iż wyrażają tylko powszechne nastroje” ([w]: T.Judt, Źle ma się kraj, Nowy Jork 2010).

Ten chory stan wzmacniają media irracjonalizując debatę publiczną (goniąc za newsem, nie pogłębiając tematów, nie zmuszając tym samym polityków i przedstawicieli elit do analiz, refleksji i wizji) tworząc wrażenie chaosu i posługując się narracją (i argumentacją) zaczerpniętą z wierzeń religijnych.

Jak media potrafią wykreować „nierzeczywistą rzeczywistość” niech posłuży przykład z Iranu. Na przełomie XX i XXI wieku w TV teherańskiej co jakiś czas pokazywano  film o pielgrzymkach wiernych katolików do sanktuarium maryjnego w Fatimie (Portugalia). Społeczny odbiór treści zawartych w owym obrazie przez irańskich szyitów doprowadza do zaskakujących konkluzji. Oni oglądają fragment dziedzictwa swojej religii utożsamiając nazwę Fatimy z imieniem córki Proroka Mahometa, a nie z katolickim miejscem świętym. Autorzy filmu sugerują, że kilkadziesiąt lat temu trojgu portugalskich pastuszków nie ukazała się Matka Boska ale właśnie córka Proroka, Fatima – zajmująca w tradycji szyitów szczególną pozycję. Miejsce to więc jest dość specyficznym miejscem kultu, wpisującym się w tradycję muzułmańską, a pielgrzymi tu przybywający (w tym i papieże), modlą się i proszą łaski nie Maryję lecz Fatimę, córkę Mahometa. Do ambasady portugalskiej w Teheranie zaczęli zgłaszać się chętni Irańczycy po stosowne wizy, pragnący odwiedzić Fatimę i na własne oczy zobaczyć to sanktuarium.  Film i komentarze  telewizyjne (w połączeniu z atmosfera religijnej egzaltacji)  stały się więc dla pobożnych i ciekawych świata mieszkańców Iranu argumentem, żeby udać się na pielgrzymkę do miejsca, gdzie dziś żywa jest tradycja muzułmańska. Wszystko bowiem zależy od kontekstu kulturowego, komentarza, obrazu czy interpretacji zjawiska i od subiektywnego doświadczenia podmiotu doświadczającego.

Obraz jest niezwykle sugestywnym elementem przekazu i narracji. To akt komunikacyjny z fałszywym (na początek) poczuciem uczestnictwa. To uczestnictwo, takie myślenie, takie kształtowanie potrzeb jest stymulowane i ukierunkowywane.

W taki oto sposób tworzy się człowiek zewnątrz-sterowny czyli taki „który żyje w społeczności o wysokim poziomie rozwoju technologicznego i o szczególnej strukturze społecznej oraz ekonomicznej (…), któremu nieustannie podpowiada się za pośrednictwem reklamy, transmisji telewizyjnych, kampanii przekonywania obejmujących wszelkie aspekty życia codziennego czego ma pragnąć i jak ma to osiągnąć, wykorzystując pewne ustalone wcześniej kanały, które zwalniają go z projektowania charakteryzującego się ryzykiem i odpowiedzialnością. W społeczeństwie tego typu już sam wybór zostaje narzucony poprzez ukryte sterowanie możliwościami emocjonalnymi” (U.Eco, dz. cyt.). Polityk też staje się człowiekiem zewnątrz-sterownym co oprócz kompromitacji personalnej wzmacnia tendencje do kruszenia i trywializacji  demokracji traktowanej (wg klasycznego stwierdzenia Abrahama Lincolna) jako „rządy ludu,  sprawowane poprzez lud, dla ludu”.

Ten sam proces przebiega podczas  demokratycznych (ponoć) wyborów do parlamentów, gdzie mówi się wyborcy iż masz głosować na tego i tego bo się ładnie prezentuje, bo ma słuszne (czyli mainstreamowe) poglądy, bo tak myślą, robią wszyscy. Masz nawet tak myśleć jak ci wszyscy. To jest klasyczne political correctness zabijające demokrację. Politycy i elity pozostające we władzy tego myślenia są wiec ubezwłasnowolnieni, a wybory stają się głosowaniem nie na program, nie weryfikacją określonych poglądów politycznych, a plebiscytem jak coroczny konkurs Miss World.  I to zwalania polityków z odpowiedzialności i  racjonalności.

Niezwykle ciekawe wnioski nasuwają się polskiemu komentatorowi i religioznawcy w perspektywie przywołanego przykładu Fatimy. Otóż Europa i katolickie centrum pielgrzymek w Portugalii staje się miejscem uświęconym dla wyznawców islamu, zaś postać Maryi zamienia się w córkę Proroka, Fatimę. Pielgrzymi z krajów europejskich są tak naprawdę braćmi-muzułmanami, chociaż tymczasowo wyznają trochę inną religię. Cały świat podlegając procesowi globalizacji, integruje się więc w płaszczyźnie religijnej także: globalizacji zasad bardzo twórczego informowania o odległych krajach, nieznanych miejscach, dziwnych obyczajach, globalizacji medialnej, która zaczyna przypominać sceny z filmu Matrix. Nie do końca  wiadomo, który element jest prawdziwy, a  który wirtualny, który jest odzwierciedleniem rzeczywistości, a który interpretuje ją w najbardziej fantastyczny sposób. Taki typowy symulakr (mówiąc językiem Jeana Baudrillarda).

A może chodzi o coś zupełnie innego ? O banalną prawdę, że kto kontroluje media, ten kontroluje właściwy odbiór świata. A może jest to po prostu przykład telewizyjnego proroctwa. Takiego trochę przewrotnego, ale proroctwa, że Fatima stanie się za jakiś czas naprawdę muzułmańskim sanktuarium (synkretyzm religijny istnieje na prawdę i religijne wierzenia podlegają tak jak wszystko ewolucji gdyż są tworami człowieczymi). Czyli monoteistyczne religie tak naprawdę niewiele dzieli w ich rudymentarnych założeniach i sposobie sprawowania kultu.

Elity (obojętnie jakiej proweniencji) na takich właśnie sytuacjach żyrują mandat swej władzy wśród mas. Obojętnie czy to w szyickim – i fundamentalistycznie religianckim – Iranie, w demokratycznie zaawansowanych krajach unii czy w …. sklerykalizowanej Polsce (co widać wyraźnie przy udziale Premier Ewy Kopacz w paryskim marszu przeciwko cenzurze i optującym za wolnością słowa, a w kraju tolerującej jako szefowa rządzącej partii i Prezes Rady Ministrów III RP osławiony art. 196 kk. o tzw. „Obrazie uczuć religijnych”). W tym przypadku głos Episkopatu Polski traktowany jest przez elity jako odbicie (o którym mówi cytowany Judt) „powszechnych nastrojów” społecznych. A vox populivox dei.

Rzeczywistość obrazkowo-ekranowa i telewizyjno-wirtualna stawia współczesnego człowieka wobec niezliczonej ilości sytuacji (ciągle zmieniających się i sprawiających przez to wrażenie wspominanego wcześniej chaosu i rozproszenia) z których tak  naprawdę żadna nie jest jego sytuacją, żadna nie jawi mu się szczególną i dlatego pozostaje on w stanie permanentnej niepewności, zagubienia, trwogi i neurozy. Dotyczy to także przedstawicieli elit. Parcie na „sitko” i „szkło” jest często substytutem czy pozorem posiadanej choćby władzy (owym parciem pokrywa się owe stany niepewności i rozbiegania wewnętrznego).

Liczyć się musi w takiej sytuacji forma (nie treść przesłania), słowo, szok i prowokacja (co jest dopuszczalne w świecie sztuki, ale jest karygodne i miałkie w świecie polityki). Szok i prowokacja celem zaistnienia, zwrócenia w taki sposób na siebie uwagi – to jest efekt przeplatania się sfer polityki, celebry, reklamy i telewizyjnych show. Gwiazdorstwo telewizyjne przeniosło się (ze swoją pustką, megalomanią i bezideowością) do świata realnego, świata polityki, świata decyzji o wymiarze państwowym. I tak postępuje alienacja elit z realności i rzeczywistości zwykłego człowieka, obywatela, wyborcy. Znów są ONI i MY. Elity i reszta społeczeństwa.

Wszyscy politycy upodobniają się programowo do siebie. Różni ich tylko retoryka i kosmetyczny stosunek do trzeciorzędnych spraw. Gdy jest brak autentycznego wyboru ludzie pchani są w kierunku apatii i alienacji z zainteresowania sprawami publicznymi albo ku reakcjom skrajnym, radykalnym, często przeradzającym się w terroryzm (T.Judt, dz. cyt.) .

Reklama, ta wszechobecna forma zachęcania do konsumpcji, jest w swym rudymencie przeciwieństwem racjonalnego i zrównoważonego myślenia. Bo żeruje na emocjach. Politycy występują więc na podobieństwo akwizytorów proszku do prania, paraleków na potencję, lokat bankowych czy nowych modeli samochodów. I tak też są traktowani przez społeczeństwo. Powszechność reklamy, jej totalizm, otępia człowieka przez co staje się on biernym (czasem bezwiednie i działającym podświadomie) konsumentem tego co mu wtłacza do głowy ekran telewizora, smartphona czy laptopa. Przenoszenie decyzji z ośrodków politycznych do sfery  bliżej nieokreślonego mainstreamu (medialno-celebrycko-finansowego) gdzie siłą  rzeczy rządzą zasady popytu i podaży, powoduje iż  politycy ochoczo zdejmują z siebie odpowiedzialność za swe decyzje. Pozostaje tylko potok słów wypowiadanych do „sitka” i na „szkle” (ten proces dzieje się bezwiednie, ale elicie politycznej jest on jak najbardziej na rękę bo mogą funkcjonować „od wyborów do wyborów”). Tym samym powiedzenie Saint Justa, iż „nie można rządzić i być bez winy” traci swoją logikę i sens, a jest ono esencją funkcjonowania przestrzeni politycznej gdyż mówi o odpowiedzialności tych co rządzą. Ale ten proces jest o wiele bardziej niebezpiecznym – podkopuje bowiem podstawowe źródła demokracji. Jak mówi Noam Chomsky „…..Najbardziej skuteczną metodą skrępowania demokracji to transfer miejsca podejmowania decyzji ze strefy publicznej do instytucji które nie ponoszą odpowiedzialności”. I wymienia tu kilkanaście przykładów takiego stanu rzeczy.

Ów proces destrukcji tego co zwiemy demokracją przedstawicielską odznacza się m.in. w spadającej ilości obywateli zainteresowanych polityką w ogóle, w obniżającej się frekwencji wyborczej, we wzroście popularności ugrupowań ekstremistycznych i radykalnych, głoszących hasła nacjonalistyczne, ksenofobiczne, agresywne i nienawistne dla Innego. Politycy stali się gwiazdami „sitka” i „szkła”, nie mężami stanu. Emocje i afekty, subiektywne upodobania i fumy (to za Stefanem Kisielewskim, popularnym Kisielem), personalne uprzedzenia i takie kaprysy charakterystyczne dla telewizyjnych show, stoją jak najdalej od racjonalizmu i pragmatyzmu (co było do tej pory immanencją tej działalności człowieka). Stąd podwójna  deprecjacja polityków (a tym samym i polityki) jako poważnej profesji: raz z tytułu ich gwiazdorstwa i nieodpowiedzialności za słowo, czyn, decyzję, upodobniającej ich do telewizyjno-filmowych gwiazdeczek lichej proweniencji, dwa – braku racjonalności, a ponadto owej „sterowalności z zewnątrz” czyli poddawaniu się naciskom różnych lobbies (o pospolitej nieuczciwości i nepotyzmie nie wspominając).

Ten smutny obraz całej tzw. klasy politycznej (i dotyczy to nie tylko naszego kraju bo ów proces – choć w różnym stopniu – obserwuje się na całym świecie) nie napawa optymizmem. Co robić aby to zmienić ? Nie wiem. Może ktoś z Państwa, czytających ten materiał ma odpowiedź.

 

 

 

Podobne materiały

3 komentarze

  1. Piotr Napierała
    Piotr Napierała
    29 stycznia 2015 at 11:37 - odpowiedz

    Ja za Alem Gore jestem za internetem, bo umożliwia on dyskusję obustronną, a TV w obecnej formie niestety nie

  2. Radosław S. Czarnecki
    Radosław S. Czarnecki
    29 stycznia 2015 at 11:56 - odpowiedz

    Ja Piotr pisze en bloc o tzw. „elitach” które są „sterowalne” z drugiego, a często i trzeciego fotela przez gremia, które w żaden sposób nie mają demokratycznego (czyli wyborczego, z racji wrzucania kartek do urny przez obywateli) mandatu, o społecznym nie wspominając. Obywatel, świadomy na dodatek: to zarówno przeciwstawność irracjonalnemu (idącemu za „popędem” reklamy i sugestii obrazkowej jak pokazuję w tekście) popędowi „kupna” (tzw. „zakupizm”) jak antynomia proponowanej wizji człowieka-sterowanego. Człowieka nie-wolnego.
    A jak mu można wcisnać z reklamy materialne „gadżety” (albo się go do tego przyzwyczai) to samo można zrobić z religijnymi ideami i miazmatami.
    Internet – jak wiemy doskonale – też może być wykorzystywany jako manipulacja przez np. zmasowany i jednorodny przekaz różnie danych, ale tych samych w wymiarze podstawym, informacji. Nie przeceniałbym wieć „demokratycznej” władzy internetu !

    • Piotr Napierała
      Piotr Napierała
      29 stycznia 2015 at 15:53 - odpowiedz

      nie przeceniam, ale doceniam. Myśle ze kiedy masy nie mialy swego medium głupota była ukryta, teraz mamay z nią stycznosc i stad czasem uwazamy ze swiat sie stacza 🙂

Zostaw komentarz

Wpisz kod antySPAMowy *