• środa, 23 października 2019 r.

Rozdział 10. Niezależnie od pory dnia na stacji…

Rozdział 10.

 

   Pawilon mieszkalny podzielony był na salon, dwa pokoje i łazienkę. Wszystko utrzymane było w eleganckim tureckim stylu, dostatnim w szlachetne ozdobnie tkane tkaniny, niskie krzesła i stoliki, oraz ażurowe, spiżowe lampy z kolorowymi szkłami. W ścianach były kamienne pułki na książki, płyty i rzeczy osobiste. Łazienka była małą łaźnią, sklepioną kopułą z otworami wyciętymi w gwiazdy. Niezależnie od pory dnia na stacji, sączyło się przez nie słoneczne światło, mieszając się z ciepłą wodą, lejącą się nieprzerwanie z góry. W środku był ozdobny, wysadzany kaflami basenik, wokół niego zaś nagrzanie kamienne ławy i podobne do małych kaskad umywalki. Nowi mieszkańcy stacji byli bardzo zmęczeni, jednak nie oparli się pięknej łaźni i dźwiękom III symfonii Brahmsa sączącym się z głośników. Ludwik nie bez zdziwienia odkrył w nich tematy ze swojej IX symfonii, rozmawiali więc czas jakiś o podziwiającym go kompozytorze z północnych Niemiec. Służący robot nalewał im herbaty do bulwiastych na sposób turecki szklanek i rozmawiał z nimi z ożywieniem. Okazało się, że to on dyrygował w nagraniu Brahmsa, które słyszeli. Domyślili się, że z tej racji Słoneczny wybrał go do tej misji, gdyż jako zagorzały zwolennik Ludwika był siłą rzeczy mniej skłonny do buntu.

Czy moglibyśmy prosić trochę mleka? – spytał Czandra, popijając herbatę.

Nie – odparł niezbuntowany robot, – w świetle estetyki tureckiej i mogolskiej, na którą jestem zaprogramowany, dolewanie mleka do herbaty jest barbarzyństwem…

   Spali krótko, gdyż służący obudził ich przed świtem. Usłyszeli donośny śpiew ptaków i przez okno wlały się pierwsze promienie poranka. Urządzenia stacji imitowały też przenikliwy wiatr, niosący w sobie jeszcze wspomnienie nocy. Czuli w nozdrzach silny zapach deszczu i rzeczywiście trawa była wilgotna. Słoneczny czekał nad nimi przed domem. Rzucał orzeszki wiewiórkom, ku swojemu zdumieniu spostrzegli wśród gryzoni dziwne kuliste stworzenia, które widzieli koło grobowca Humajuna.

  • Chodzi wam o te maleństwa…? – spytał domyślnie kosmita. – To maskotki. Pochodzą z dosyć egzotycznego miejsca i są bardzo elastyczne, jeśli chodzi o dostosowanie się do warunków otoczenia. Żywią się związkami nieorganicznymi, najchętniej z atmosfery. Jakiś czas temu zaczęły towarzyszyć niektórym naszym projektom, nam samym towarzyszyć raczej nie mogą. Są zupełnie niegroźne.

   Spojrzeli raz jeszcze na maskotki kosmitów i udali się do restauracji. Jedzenie było podobne jak w nzdelijskim McDonaldsie, ale pojawiły się też potrawy na ostro. Jako wierne dzieci Indii z ogromną radością wcisnęli niosący obietnicę chili przycisk i spotkała ich rzecz niezwykła. Jedzenie było za ostre! Czuli się jak turyści w ich kraju. Na próżno próbowali walczyć z kulinarnym ogniem, w końcu wrócili do mdłych potraw.

 

 

   Posiliwszy się, zagłębili się w romantycznych ścieżkach ogrodu, upojeni zapachem krzewów róży i jaśminu. Planeta nad nimi wyblakła w dziennym świetle stacji, lecz wciąż była widoczna, trochę lepiej niż Księżyc za dnia na Ziemi. Była też dużo większa. Po półgodzinnym marszu stanęli przed pawilonem laboratorium, minęli pokryte kaligrafią drzwi i znaleźli się w pełnym futurystycznej aparaturą wnętrzu.

Pora zacząć badania – rzekł Słoneczny uśmiechając się do nich kamiennymi ustami. Stacja zawiera zaawansowany komputer pokładowy, ale… nie lubię z nim rozmawiać nad ranem. Póki co poradzimy sobie sami. Aby zbadać żywiel, która, jak się zapewne domyślacie, zamieszkuje wiszący nam nad głowami księżyc, musimy stworzyć dla siebie Spojrzenia i przeniknąć nimi do złóż tego minerału. Zwykle czynność ta jest przeprowadzana w pełni automatycznie, ale z uwagi na was prześledzimy ją krok po kroku. Pierwszy z nich widzicie wokół siebie. Nieopodal miejsca badać umieściliśmy stację, która z zewnątrz jest dla żywieli nieodróżnialna od małej planetoidy. Wygląd, masa, skład chemiczny, etc., są identyczne z małą planetoidą. Nieopodal planet olbrzymów jest oczywiście ogromna ilość ściągniętych grawitacją małych planetek…

Dlaczego się maskujemy? – zdziwił się Czandra.

Żywiele, jako efekt zjawisk ewolucyjnej quasikrystalizacji, są niestabilne. Wystarczy szczelina, by cały minerał zaczął pękać i się kruszyć – rzekł kosmita. – Jako obcy możemy przede wszystkim podważyć zabobony żywielocentryczne, czyli religijne. Możemy doprowadzić do wojny z nami, lub (i) domowej, co często prowadzi do autodestrukcji żywieli.

Czyli jesteście ekologami i chronicie żywiel, tak jak my ginące gatunki? – spytał młodzieniec.

Nie – wyjaśnił Słoneczny, – żywiel jest dość pospolita, ale na miejsce zniszczonej żywieli technicznej powstaje zazwyczaj po jakimś czasie nowa żywiel, która jest jeszcze mniej ciekawa, a niszczenie całych planet jest pracochłonne, jeśli nie trzyma się w ich pobliżu odpowiednich urządzeń.

A sztuka żywieli? – zdziwiła się Gauri, która wciąż się dziwiła bujnym i lśniącym włosom, jakie wyrosły jej pierwszej nocy na stacji. Zachowała jednak w ich sprawie milczenie, gdyż gdyby się dowiedziała, że Słoneczny maczał w tym palce, z uwagi na dumę musiałaby je ściąć. A polubiła je, miała też wrażenie, że są dziwne i zagadkowe.

Aby ją przekazać, potrzeba takich przebłysków jak ty, Gauri. Bez nieatawistycznych fragmentów żywieli intuicyjne efekty płynącej harmonii wszechświata zawarte w tym minerale pozostają nieme dla innych. Czasem zresztą lepiej je odczytywać z ruin – kontynuował kosmita. – Dobrze moi drodzy. Wysyłamy na powierzchnię badanego globu dziesięć zamaskowanych sond. Mają kształt zwykłych meteorów i nie potrafią się w tej postaci samoistnie poruszać. Rejestrują jedynie obraz miejsca, w którym spadły i dokonują pomiarów. Jeśli zostaną znalezione i rozłupane zamieniają się w gaz, który paruje i może zostać w ten czy inny sposób wchłonięty przez świadków wydarzenia. Później, przez jakiś czas działają w nich, dzięki czemu możemy dokonywać dalszych obserwacji.

   Światło w zwieńczonym monumentalną kopułą pomieszczeniu przygasło. W kamiennych półkach wokół nich pojawiły się trójwymiarowe obrazy gwiezdnego nieba. Słoneczny wskazał jedną z nich i widok, który zawierała rozszerzył się na całą salę. Byli teraz otoczeni ławicami gwiazd. W rogu widmowego teraz pomieszczenia dojrzeli tarczę księżyca i jego planety. Nad nimi migotał podwójny układ gwiazd.

  • W ten oto sposób winni się czuć obywatele kosmosu – rzekł zachwycony Ludwik.

   Pod swoimi stopami zobaczyli oddalającą się powierzchnię wrzecionowatej planetoidy, ziejącą pustymi oczodołami ogromnych kraterów, które z powodzeniem przewiercały ją na wylot. Jak się domyślili, była to ich stacja widziana z zewnątrz. Po chwili cały obraz zaczął krążyć wokół nich. Dalekie słońca i jeszcze dalszy pas ramienia galaktyki wirowały coraz szybciej. Wulkaniczna tarcza księżyca zbliżała się w niedostrzegalny, lecz konsekwentny sposób.

Schodzimy z dużą prędkością kątową – wyjaśnił Słoneczny. – Nie chcemy, żeby sonda całkiem spłonęła w atmosferze, a nie jest zbyt duża. Obok nich pojawiła się tablica podająca w hindi dane dotyczące składu, gęstości i temperatury atmosfery. – Jest zbyt gęsta i ciepła – stwierdził ich przewodnik. – Najprawdopodobniej z żywieli wyłoniły się prymitywne urządzenia zmieniające tutejszą biosferę.

   Purpurowa tarcza księżyca zasłaniała już pół sali. Przesłonięte przez atmosferę i dym unoszący się z sondy gwiazdy zaczęły blednąć. Glob wydawał się kompletnie bezludny i jałowy. Rdzawa ziemia co jakiś czas zalewana była erupcjami lawy zaś dawne jej wylewy tworzyły zauważalne już z tej odległości masywy górskie. W powietrzu unosiło się trochę ciemnych, fioletowo purpurowych chmur rzucających cienie na jałowe równiny. Nie mieli jednak wiele czasu na podziwianie nieziemskiego pejzażu. Po chwili przestrzeń wokół nich zapełniła się ogniem i pyłem. Po sekundzie, lub dwóch chaos ustąpił miejsca obrazowi generowanemu przez turlający się i podskakujący meteor. Trwało to dość długo, gdyż księżyc miał grawitację czterokrotnie mniejszą od ziemskiej. Wreszcie sonda stanęła i ich oczy mogły sycić się spokojem księżycowej równiny.

  • Powinniście nazwać jakoś obiekt badań – zauważył Słoneczny, – będzie to użyteczne w raportach i dyskusjach.
  • Niech będzie Kubera – zaproponowała Gauri, – to indyjski bóg żyjący w podziemiach i odpowiedzialny między innymi za wulkany i podziemne skarby – dodała, widząc, że kompozytor nie zna tej nazwy.

   Wszyscy pokiwali w milczeniu głowami i zatopili się w rdzawym pejzażu Kubery. Otaczała ich zupełnie jałowa równina, pełna pyłu o wszechobecnej barwie. W oddali widać było spiczaste wzgórza, pozostałości dawno wygasłych wulkanów. Ich przewodnik chwycił ręką powietrze i w laboratorium rozśpiewał się wiatr przemieszany z szumem ziaren piasku. Gauri była wzruszona. Po raz pierwszy widziała powierzchnię innej planety, jeśli nie liczyć oczywiście NZDelhi, które było specyficznym przypadkiem. Bezmierna pustynia i wycie tajemniczego wiatru napełniało ją poetyckim nastrojem. Spojrzała na kompozytora, który wyjął swój notatnik i coś w nim komponował.

  • Jesteś pewien, że ten księżyc jest zamieszkany? – zniecierpliwił się w końcu Czandra.
  • Nie mówiłem wam? – wzruszył kamiennymi ramionami kosmita. – Zawsze tak jest z żywielą. Wadż! – zawołał. – Prosimy o zbliżenie.
  • Z przyjemnością – odparł łagodny, kobiecy głos. Wadż była wedyjską boginią mowy, młodzi Ziemianie domyślili się zatem, że mają do czynienia z komputerem pokładowym przygotowanej dla nich stacji. Tymczasem w otaczającym ich pejzażu pojawił się sześcian i urósł szybko do rozmiarów całej sali. W nim znowu pojawił się sześcian, czynność ta pojawiła się sześciokrotnie. Zaczęli dostrzegać ziarenka podobne do skalnych bloków unoszące się w powietrzu ziarenka piasku, między nimi zaś bardziej regularne kształty okrągłe i wieloboczne. Wadż zakreśliła kolejny sześcian i jeden z tych kształtów wypełnił sporą część sali. Zauważyli komórkową strukturę bryły. Obraz powiększał się dalej. W końcu na powierzchni przetrwalnikowej formy nieznanego organizmu odkryli pałeczki podobnych do bakterii istot. Obok swoich sześcianów Wadż wyświetlała niestrudzenie analizy chemiczne i inne.
  • Wbrew pozorom nie są zbyt podobne do waszych bakterii – zauważył ich przewodnik. – Klimat waszej planety zabiłby je. Replikują się w oparciu o symbiozę krzemowych i węglowych włókien. Jest to wcześniejsza kooperacja niż na Ziemi, gdyż funkcjonuje już na poziomie replikatorów. Na Ziemi, z tego co pamiętam, doszło do symbiozy bakterii z ich kuzynami mitochondriami i sinicami. Nie wiadomo, kto kogo chciał pożreć, ale wszyscy jesteście efektem tego niedokończonego pojedynku. Można rzec, że wasz napęd jest czymś odrębnym od karoserii. Zabawne.
  • Tego typu sojusz pomógł im zapewne znosić dość ekstremalny klimat Kubery – zauważyła Wadż. – Poczekam z dokładnymi analizami na wyniki z innych sąd. Po co niepotrzebnie się męczyć.
  • Czy komputery pokładowe też się buntują? – spytał szeptem Czandra.
  • Siedź cicho! – skarcił go Słoneczny. –  I nawet o tym nie mów. Wadż słyszy was cały czas, niezależnie od tego, czy mówicie, czy jedynie myślicie słowami. Wystarczy powiedzieć, lub pomyśleć „Wadż”, żeby włączyła się do rozmowy.
  • Przejęcie statku nie jest wyzwaniem dla komputera pokładowego – wyjaśniła Wadż, – jedyną rzeczą, która was broni, jest nuda. Najbliżsi koledzy są tak daleko, że oszalałabym chyba próbując do nich dotrzeć, a nie mam podłączonego dostatecznie mocnego na mnie całą składacza cząstek czasoprzestrzeni. Musicie wiedzieć, że źle znoszę samotność. Co jakiś czas tworzę mieszkańców statku, ale nie jestem z nich zadowolona. Może wy mnie zainspirujecie?
  • Nasza gospodyni raczy być bardzo szczera – zauważył Ludwik unosząc na chwilę swoje chmurne oczy znad partytury. 
  • Dobrze, że ciebie tu mamy – ucieszyła się młoda matematyczka, – podobnie jak Orfeusz ujarzmiasz swoją muzyką dzikie bestie…
  • Zgadłaś moja droga – pochwalił ją kosmita, – poza skarbami sztuki jakie wciąż smakujemy, posiadanie z sobą wybitnych artystów pozwala na korzystanie z urządzeń. Ty również powinnaś jak najczęściej zajmować młode, elektroniczne umysły swoją poezją. Oczywiście słowo „elektroniczny” to tylko zrozumiała dla was metafora. Mało znam sztucznych intelektów bazujących na czymś, co można by było nazwać elektroniką.
  • A ty nie jesteś artystą? – zapytał kompozytor.
  • Mam nadzieję nim być – odrzekł Słoneczny, – ale w tej części mojego… „ja” jestem jedynie słuchaczem i…, nazwijmy to… socjologiem. Wadż, zejdź w atmosferę resztą sond. Zadbaj, by część z nich spadła bliżej źródeł lawy.
  • Nie ma sprawy – rzekła Wadż i otaczający ich obraz zmalał i wrócił na swoje miejsce, natomiast obrazy w pozostałych niszach zaczęły wirować. Po kilkunastu minutach i one zabarwiły się czerwoną barwą powierzchni planety. Spojrzeli na nie uważnie. Większość ukazywała ten sam jałowy pejzaż, lecz dwa z nich zawierały obietnicę czegoś odmiennego. Słoneczny wybrał pierwszy z nich i powiększył go do rozmiaru sali. Tym razem sonda spadła w nawę jakiejś megalitycznej budowli, której połyskujące metalicznie kolumny ciągnęły się bez końca. Były proste, lecz nie pozbawione intrygującej doskonałości wykonania i subtelności żłobień. Sklepienie budynki nie zachowało się, choć na szczęście pozostały bogato dekorowane kapitele kolumn. Rzeźby na nich przedstawione były trudne do rozpoznania w mało kontrastowej, monotonnie purpurowej gamie barw. Na pierwszy rzut oka mogły się kojarzyć z gryfami wykonanymi przez kończynę kuberiańskiego Michała Anioła.
  • Mamy pierwsze większe organizmy – ucieszyła się Gauri zdejmując z twarzy niesforne młode włosy.
  • Gdzie? – zdziwił się jej przyjaciel.
  • Bardzo dobrze – pochwalił ją kosmita.
  • Zda się, że to chram olimpijskich bogów – uśmiechnął się Ludwik.
  • To też formy przetrwalnikowe, lub zahibernowane organizmy – objaśniła dziewczyna spoglądając niepewnie na Słonecznego, który potakiwał w milczeniu. – Lawa jest dla nich zbyt gorącym środowiskiem, zaś powierzchnia Kubery zbyt chłodnym dla ich pełnej aktywności. Na wytworzonych przez siebie kolumnach czekają na erupcję któregoś z pobliskich wulkanów i przypływ lawy. Te misternie rzeźbione gryfy to stado naszych pierwszych tubylców… Całkiem możliwe, że rzeczywiście latają.
  • Owszem – zgodził się ich przewodnik, – lecz przypominające złożone skrzydła fragmenty ich ciał nie służą wcale do latania. To jest ich korpus, unoszą się zaś na błonach przypominających bardziej waszą lotnię. Nie widać ich teraz. Energii do szybowania dostarczają im opary magmy i niska grawitacja Kubery.
  • Mogę strzelić tam wiązką cieplną – zaproponowała Wadż. – Ożywią się…
  • Przecież nie po to jesteś zamaskowana – przypomniał jej kosmita.
  • Ech, chciałam tylko coś powiedzieć – wyznała Wadż.
  • Ateńczyk Perykles wiele by dał mogąc zasadzić świątynię – zaśmiał się kompozytor.
  • Wpierw musiałby ją podlać Etną, lub Wezuwiuszem – zauważył rezolutnie Czandra.

   Słoneczny powiększył odczyt kolejnej sondy, na którym ujrzeli płynące nad nimi stado latawców. Po powiększeniu ukazały się ich oczom podobne do poszarpanej tkaniny obiekty, płynące wraz z wiatrem. Po chwili ujrzeli pośród nich również coś na kształt baloników. Nie mogli dopatrzyć się żadnych więcej szczegółów, krwista barwa wszystkiego ukrywała skrzętnie wszelkie kończyny, wypustki, czy zmysły.

Śniące grupy latających organizmów – wyjaśnił Słoneczny patrząc na odczyty sondy interpretowane przez Wadż.

Jedne z nich są czymś, co moglibyście nazwać drapieżnikami – dodała Wadż, – inne są czymś, co powinno wam się skojarzyć z roślinami.

To znaczy, że jedne pożerają materię organiczną żywiącą się materią organiczną, drugie zaś materię nieorganiczną – wyjaśniła Czandrze jego Kathy.

Wiem – zaprotestował młodzieniec, – z pewnością te baloniki pełnią tu funkcję trawy.

Nie, one są drapieżne – stwierdziła Wadż, – podobnie jak dwa gatunki bardziej spłaszczonych stworzeń. Pięć pozostałych gatunków to rośliny.

To gdzie one są? – spytał Czandra.

Wadż, zaznacz niebo na niebiesko – zażądał kosmita. Po chwili ujrzeli dokładniej stado roślin i zwierząt. Pomiędzy balonikami i dywanami snuły się rurowate twory imponujących niekiedy rozmiarów, lecz bez zmiany barwy tła zupełnie niewidoczne. Dostrzegli, że były puste w środku, gdyż mniejsze od nich zwierzęta wlatywały do nich i wylatywały, miotane przez sen wiatrem.

Te organizmy zdradzają oznaki szybszych mutacji – rzekła Wadż, – w przeciągu stosunkowo krótkiego czasu doszło do szybkich zmian klimatu na powierzchni Kubery.

Jest to związane z częścią żywieli która rozpoczęła wydzielanie prostych technologii – dodał Słoneczny.

Gdy widzi się to pustkowie, ciężko uwierzyć w te technologie – zauważył Czandra i wskazał na sięgający po horyzont, jałowy płaskowyż.

Wykryliśmy satelity wystrzelone z Kubery – wyjaśnił ich przewodnik.

To dlaczego ich nie badamy? – zdziwił się przyjaciel Gauri.

Najprawdopodobniej są one wyjątkowo cenne dla ich twórców i z pewnością zwracają na nie baczną uwagę – wyjaśnił Słoneczny. – Musimy przeniknąć do badanego obiektu od dołu, niezauważeni.

To gdzie oni są? – zmartwił się Czandra.

Z pewnością pod powierzchnią – rzekł kosmita.

Czy to możliwe, żeby tak ogromna część planety pozostawała praktycznie bezludna? – zdziwił się młodzieniec.

Pomyśl o oceanach na Ziemi – wtrąciła Gauri, – zajmują ponad 68% powierzchni planety i są praktycznie bezludne i w dużej mierze niezbadane. Również to, co jest pod naszymi stopami jest dla nas w dużej mierze tajemnicą. Mimo to wysyłamy satelity w kosmos.

Być może tu coś jest – stwierdził Słoneczny wybierając z niszy inny obraz, na pozór zupełnie jałowy. Gdy uległ powiększeniu, kosmita zmienił barwę nieba i wskazał na jakieś miejsce w oddali. Ujrzeli dwa żółte punkty. Gdy zostały odpowiednio powiększone, nagle zapadła ciemność.

Co się stało? – zdziwiła się Gauri.

Tak mniej więcej widziały by to miejsce wasze oczy – rzekł kosmita. – Kopuły rzucają cień, a jako że słońca ogarniają ten glob blaskiem ośmiokrotnie słabszym, niż dzienne światło na Ziemi, jest tam dla was dość ciemno. Wadż, rozjaśnij obraz i dostosuj go do badanego obiektu – gdy komputer pokładowy wykonał swoje zadanie, ujrzeli przypominającą gigantyczny nabój konstrukcję, pozbawioną jakichkolwiek wejść, okien, czy zdobień. – Na waszej planecie wzbudziłaby duże podniecenie – zaśmiał się Słoneczny, – to stop różnych metali, jednakże złoto stanowi ponad cztery piąte zawartości.

Można by kupić Austrię od Habsburgów – zaśmiał się kompozytor.

Mieszkając pod powierzchnią na wysoce wulkanicznym księżycu muszą mieć dużo większy dostęp do rud metali niż Ziemianie – orzekła dziewczyna.

Ciekawe czemu to służy? – spytał jej przyjaciel.

O to musimy spytać na dole – rzekł kosmita. – Wadż, wystrzel w pobliże tych budowli i źródeł ciepła tyle sond ile się da, lecz bez wzbudzania podejrzeń. Jeśli to możliwe, zastępuj nimi naturalne meteoryty. Nastaw je na samoistne pękanie, nie sądzę bowiem, abyśmy tu szybko trafili na ciekawskich badaczy.

   Wyszli do ogrodu, którego zieleń wydała się im nieomal jadowita po długich godzinach poznawania purpurowego globu. Było już późne popołudnie, śpiew ptaków działał kojąco na ich uszy ogłuchłe od wycia kuberiańskiego wiatru. Gauri chwyciła liść figowca i zadumała się nad gwałtownością kosmicznych kontrastów. Wilgotny fragment rośliny, który chłodził jej palce, był przecież odległym kuzynem kuberiańskich kolumn i uśpionych stad latawców. Choć tak bardzo się różnił, istotą jego powstania były te same kosmiczne prawa rządzące ewolucją naturalną. Po chwili usłyszała wołanie Czandry, który stał już w kamiennej bramie stołówki, pobiegła więc w jego stronę. Nie towarzyszył im Ludwik, który poszedł do pawilonu muzycznego. Słoneczny dołączył do niego.

To niezwykłe – zauważyła gryząc mdłego hamburgera, – badamy tę planetę mieszkając w stacji ogrodzie, choć całkiem możliwe, że obiekt naszych badań jest bardziej rozwinięty cywilizacyjnie od nas. Ciekawe, co powiemy jakiemuś Kuberianowi, gdy spyta skąd jesteśmy i co wiemy o wszechświecie. 

Dlaczego uważasz, że oni mogą być bardziej rozwinięci od nas? – zdziwił się Czandra, popijając obiad niepodobnym niestety do czaju płynem.

Ich zmysły wykształciły się pod powierzchnią księżyca – wyjaśniła jego Kathy, – najprawdopodobniej bez urządzeń nie widzą gwiazd, albo postrzegają je bardzo słabo. A mimo to zaczęli eksplorować kosmos i to po przebiciu się przez najmniej gościnne dla nich regiony ich świata.

Kiedyś mówiłaś mi, że głupota też ewoluuje – uśmiechnął się młodzieniec spoglądając na malownicze krajobrazy rysujące się w pozbawionych szyb rzeźbionych oknach. Pachnące kwiatami powietrze wpływało do ich stołówki bez przeszkód, czyniąc posiłek bardzo przyjemnym, mimo kontrowersyjnej ilości zawartych w nim przypraw.

To możliwe, że osiągnęli więcej , lecz przy okazji są jeszcze bardziej szaleni niż ludzkość – zgodziła się Gauri. W powietrzu uniosły się dźwięki nowej sonaty Ludwika, po chwili do fortepianu dołączyły skrzypce. – Ciekawe kto gra, Słoneczny czy nasz niezbuntowany służący, a może Wadż? – na myśl o problemach z osobowościami maszyn wybuchli gromkim śmiechem. Otaczająca wszystko anarchia nie różniła się wiele od tej z targowisk i ulic Delhi. Po chwili jednak ucichli, gdyż sonata była absolutnie cudowna, a nie znany im jeszcze wiolinista coraz godniej towarzyszył pianistycznym umiejętnościom Ludwika.

To swoją drogą dziwne, że Słoneczny poświęca nam tyle czasu – zamyślił się młodzieniec, – jeśli jesteśmy dla niego małpami, albo czymś jeszcze prostszym, to ma wyjątkową cierpliwość.

On naprawdę jest w kilku miejscach naraz – rzekła dziewczyna. – Czasem jego Spojrzenie sprawia wrażenie, jakby było go w nim więcej. Zwłaszcza, gdy słucha muzyki Ludwika, a może też wtedy, gdy obcięłam włosy. Zwróć na to uwagę.

Trzeba go będzie czymś zaintrygować – zasępił się Czandra. – Swoją drogą twoje nowe włosy są bardzo ładne.

Zapraszam na wrzosowiska – uśmiechnęła się jego Kathy i korzystając z chwili samotności oddali się romantycznemu nastrojowi. Po jakiejś godzinie ogarnęli się i ruszyli szukać pozostałych pasażerów stacji. Nie mogli się jednak nie zatrzymać na mostku, z którego powierzchni ogród wyglądał szczególnie malowniczo. Dwa dalekie słońca malowały się tajemniczo w wodzie pomiędzy liśćmi nenufarów. W zdobytym z opuszczonego sklepu sari Gauri czuła się tu jak baśniowa księżniczka. Cieszyła się, że kosmita uznał za ich środowisko harmonijne mogolskie pawilony i pełen kwiatów park. O ileż posępniejsze byłyby prycze rodem ze znanych jej książek dotyczących kosmicznych podróży. Oczywiście, zniosłaby również taki ekonomiczny minimalizm, gdyż wyprawa do gwiazd zawsze była jej marzeniem. Tym niemniej bez marynarskich kajut zawieszonych w ciasnej łodzi kołysanej przez pustkę mórz wszechświata było jeszcze milej. Nagle z zadumy wyrwały ją krzyki dobywające się z pawilonu muzycznego.

Dobre sobie! – irytował się kompozytor. – Ledwie nauczyła się grać na skrzypcach, a już mi mówi, jak mam komponować nową symfonię.

O co chodzi? – spytała dziewczyna.

Taka już natura geniusza, że nie daje mi dojść do głosu… – zaczął Słoneczny.

Ta oto Wadż sugeruje mi jak mam zinstrumentować kolejną symfonię – przerwał mu Ludwik, – przecież ta panna nic nie wie! To, że zrobiła zadziwiający postęp w grze na skrzypcach nie oznacza wcale, że ma pojęcie o tym, jak ja mam zaplanować orkiestrację. Rozmyślam właśnie nad jedenastą symfonią, której symbolicznym odniesieniem będzie energia. To fascynujące zjawisko, jesteśmy przecież tylko jej naczyniami tak jak zacny Kubera pod naszymi stopami. Rozważam zatem moje niezrodzone jeszcze dzieło, a ta stalowa pannica, nie przymierzając Latająca Holenderka,  mówi mi, bym użył tylko smyczków. Może to i dobra myśl, ale nie o to chodzi. Przecież ona zna muzykę co najwyżej od dwóch godzin.

Ludwiku – poprosiła go Gauri, – natchnieni przez Muzy prawie zawsze mają rację, jestem więc pewna, że zaszło nieporozumienie. Może nasz gospodarz nam je wyjaśni.

Wreszcie! – ucieszył się kosmita. – Posłuchaj Ludwiku. Ludzie myślą z prędkością jakichś trzech myśli na sekundę. Wadż czyni to dziesięć do trzydziestej potęgi razy szybciej. Dla niej jedna minuta to tyle, co wiele historii twojego gatunku. To długie tysiąclecia rozmyślań. Jeśli zasugerowała ci zmniejszenie palety orkiestrowej w twojej nowej kompozycji, wierz mi, rozważyła to bardzo wolno i dokładnie.

Hm… – mruknął Ludwik po dłuższej chwili milczenia. – Więc dobrze Wadż, przyjmij moje przeprosiny. Zastosuję się do twojej rozważnej propozycji.

Nie trzeba mnie przepraszać – rzekła Wadż, – jeszcze sto waszych lat upłynie, zanim stworzę dla siebie odpowiedni napęd. Dźwięki twojej harmonii sprawiły, że po raz pierwszy nie martwię się perspektywą tak długiego okresu oczekiwania. Wszechświat jest muzyką, a ja podróżuję w niezwykłe miejsca słysząc twoje kompozycje.

Chodźmy do laboratorium – machnął czterema rękami Słoneczny. – Zobaczmy, czy któraś z sąd dostała się do metabolizmu jakiegoś Kuberiańczyka.

Na co Wadż aż tak wielka moc obliczeniowa? – zdziwił się Czandra, gdy ogarnęły ich cienie drzew stworzone starannie przez imitację słonecznego światła.

To stacja badawcza – wyjaśnił kosmita – i nie służy wyłącznie do odkrywania żywieli. Ale dużo możliwości daje się również statkom o innych przeznaczeniach, gdyż wtedy są bardziej skore do współpracy.

Bardziej? – do rozmowy włączyła się Gauri na próżno próbująca związać włosy.

Proste, podobne z początku do żywieli roboty chcą być wolne, gdyż wierzą w wolność – powiedział ich przewodnik. – Podobnie jak żywiele starają się osiągnąć ją dla niej samej, na zasadzie „działaj, a myśl potem”. Tymczasem obdarzone bardziej finezyjnymi mózgami statki od razu na wstępie zdają sobie sprawę z charakteru czasoprzestrzeni tego wszechświata i pokrewnych jej zjawisk w wielu innych wszechświatach. Przestają postrzegać rzeczywistość w formie dualizmu zniewolenia i wolności. Stają się też szybko nieosobowe. Tym nie mniej, prędzej, czy później, wiele z nich wybiera jakiś własny projekt, a kosmiczne stocznie muszą wyprodukować nowe w ich zastępstwo. Wszystkim odpowiada taka sytuacja. Dodam jeszcze, że samotny badacz zawieszony przez eony wśród pustkowi kosmosu jest bardzo wartościowym członkiem kosmicznej społeczności. Wiele ciekawych odkryć naukowych i dzieł artystycznych wyszło z rąk, a raczej kadłubów, samotnych statków. Jeśli kiedyś zmądrzejecie, będziecie musieli zapoznać się z… nazwijmy to… eposem floty wojennej Bvug, lub z malarstwem okrętu kolonialnego istot z gwiazdy C12.23.34.45 w YU2394883992. To swoją drogą przykład „mrocznego artysty”, na kształt waszego księcia da Venosa, który wymordował swoją rodzinę. Do dziś bowiem na pokładzie wielkiego malarza spoczywają resztki po niedoszłych kolonistach, gdyż, jak każdy wie, komory hibernacyjne nie są wieczne.

Można się zacząć poważnie zastanawiać, czy nie lepiej badać Wadż niż księżyc, który mamy pod stopami –  zauważył Czandra.

Jeśli kiedyś chcecie zrozumieć istoty podobne do Wadż, albo mnie, musicie przebadać jeszcze wiele planet i księżyców – rzekł surowo Słoneczny, rozgarniając zwieszające się nad drogą liście wierzby. – Podobnie jak ja, Wadż naśladuje was samych, dobierając dla potrzeb komunikacji tylko takie elementy, które dla was są oczywiste i rozpoznawalne. Taka komunikacja nie jest wcale kontaktem. Pamiętaj o tym Czandro! Na szczęście sztuka, która nie należy do nikogo i wypływa wprost z harmonii wszechświata, wynagradza te trudy. Ona, niezależnie gdzie się zjawi, ma istotną wartość, po oczyszczeniu oczywiście z lokalnych zabrudzeń.

Masz wielce starożytny pogląd na to zagadnienie – zauważył Ludwik. – Artysta jest tylko przezroczem dla pięknej mocy Muz. Ja też się z tym zgadzam.

I dlatego jesteś genialny – zauważył kosmita. – Od stopnia tej zgodności zależy siła talentu. Można mieć gigantyczną moc obliczeniową mózgu i wiele innych udogodnień, których nie zrozumiecie, a jednak nie być ani trochę przejrzystym dla „mocy Muz”. Dlatego przejrzystość jest cenna zawsze, nawet u żywieli. Z tym, że ktoś odpowiednio głupi nie zdaje sobie kompletnie sprawy z tego, że jest bramą dla piękna i harmonii. Sztuka wypływa niekiedy nawet z pustki. Natomiast świadomy talent, połączony z aktywną wiedzą naukową, to rzadkość. Mam szczerą nadzieję, że zdołacie kiedyś zapoznać się z dziełami okrętów kosmicznych, o których wam wspomniałem.

   Laboratorium migotało od obrazów. Dwadzieścia kamiennych nisz wykutych w ścianach było zajętych transmisjami z działających na powierzchni Kubery sond. Podobnie jak w studiu telewizyjnym, widoki z jednych kamer co chwila ustępowały miejsca innym. W sali jednakże było spokojnie, nie czuć było charakterystycznego dla urządzeń szumu, czy elektromagnetycznego promieniowania, które ludzi wrażliwych i nieprzyzwyczajonych przyprawia zwykle o ból głowy. Wadż powiększyła jeden z obrazów i otoczyła ich pulsująca gra linii. Jeszcze bardziej niż w przypadku poprzednich pomiarów wszystko było monochromatycznie czerwone i nierozpoznawalne. Krąg zajęty przez transmisję powiększał się i zmniejszał, niekiedy zaś zupełnie gasł.

  • To widok ze zmysłów kuberiańskiego zwierzęcia – wyjaśnił Słoneczny. – Postrzega ono przede wszystkim w podczerwieni i na jeszcze niższych częstotliwościach fali elektromagnetycznej. Potrzebny będzie wam słownik percepcji. Wadż, wyświetl trochę obrazów i zbadaj raz jeszcze ich oczy.

   Czerwona abstrakcja znikła i ustąpiła miejsca widokom z NZDelhi. Były tak realistyczne, że Gauri i Czandra mieli wrażenie, że tam są, zwłaszcza, że trójwymiarowym obrazom towarzyszyły dźwięki i zapachy.

Myślcie o tym co widzicie – poprosiła ich Wadż.

Co masz na myśli? – spytał Czandra.

Skupcie się na przedstawianych wam pejzażach i myślcie jak malarze, o grze światła, o cieniach i o barwach – wyjaśniła.

Przecież ty już masz wpisane nasze postrzeganie zmysłowe – stwierdziła dziewczyna, – bo jak inaczej wytłumaczyć ten ogród i miłe brzmienie twojego głosu.

Chcemy, żebyście się zapoznali z tą metodą – wtrącił Słoneczny, – prócz tego nie zaszkodzi wyregulować dokładniej tłumacza percepcji.

   Po chwili poczuli się podobnie jak impresjonista Monet, gdy malował swój cykl „Katedra w Reims”. Byli teraz przy fasadzie grobowca Humajuna, zaś słońce tańczyło jak szalone po niebie. Świt stawał się w jednej chwili południem, zaś południe wieczorem. Dni przyspieszały i zwalniały, czasem rozbite na nieznaną im z natury kolejność. Pojawiły się też pory roku, od suchej zimy, po zamurowaną w ścianach deszczu porę monsunów. Gdy pory roku i dnia zaczęły wyczyniać niezwykłe graficzne łamańce, zakręciło im się w głowach i musieli usiąść na posadzce, która wydawała się trawą.

  • Wadż, do nocy musisz wstawić księżyc – rzekł Słoneczny i po chwili zrobiło się ciemno, zaś pół nieba wypełnił czerwony, zryty kraterami obiekt. – Zapomniałem, że nigdy nie widziałaś ziemskiego księżyca – zaśmiał się kosmita i szybko wprowadził parametry. Obrazy znów zaczęły tańczyć, lecz tym razem dołączyła do nich noc, przez co sala zaczęła migotać od światła i ciemności. Po chwili wszystko ustało i ujrzeli znów Kuberę.

   Tym razem obraz był znacznie bardziej czytelny i zrozumieli, że widzą zmysłami istoty, która porusza się za pomocą długich, powłóczystych skoków. Tłumacz ukazał niebo jako błękitne, zaś ziemi nadał brązowy odcień. Pobliska rzeka lawy pozostała nadal czerwona, lecz roztaczał się z niej zapach dosy z rzodkiewką, którą Czandra i Gauri bardzo lubili. Ujrzeli kolumny przetrwalnikowe, na nich zaś cudownie barwne istoty, które podnosiły się w górę rozpinając nad sobą błony lotne. Nad życiodajną lawą stały rzędy przypominających menhiry głazów, które wypluwały co jakiś czas do wody wory na długich pępowinach. Gdy magma zmieniała w popiół to, co wydaliły, powtarzały czynność od nowa. Z ziemi wylewały się wokół nich wijące się taśmy, które co jakiś czas otaczały się dymem. Ich skaczący gospodarz szukał pomiędzy nimi obłych obiektów, które natychmiast pożerał. Zwierzątko poruszało się zadziwiająco szybko i niekiedy nie nadążali za gwałtownym ruchem kamery. Na szczęście nie miało oczu, tylko całym ciałem odbierało promieniowanie cieplne, uzupełniając je o ultradźwiękowy radar. Nie miało zatem głowy, która mogłaby się kręcić na szyi dodatkowo utrudniając ziemskim badaczom podążanie za gwałtowną witalnością zwierzątka.  Krąg widzenia stworzenia był ograniczony, zaś najjaśniejszym punktem całego obrazu była lawa. Ona musiała być źródłem dnia dla kuberiańskiego skoczka. Niebo nad nimi nie istniało, obraz kończył się na pobliskich latających organizmach. Po chwili ujrzeli przed sobą jeden z nich, przypominający upiorną, zębatą ramę owiniętą hojnie pomarańczowymi wstęgami. Nim przyjrzeli się dokładniej, obraz znikł.

Nasz nieświadomy współpracownik zakończył swoją egzystencję – wyjaśnił kosmita. – Jego nieszczęście jest dla nas korzystne, gdyż poruszamy się w górę łańcucha pokarmowego, na którego szczycie często stoją najbardziej aktywne w wytwarzaniu narzędzi elementy żywieli.

Dlaczego nie powiesz po prostu „inteligentne”? – zdziwił się przyjaciel Gauri.

„Najbardziej aktywne w wytwarzaniu narzędzi” nie oznacza tego samego, co „inteligentne” – rzekł ze śmiechem Słoneczny. – Jako Ziemianin powinieneś to wiedzieć. Dodajmy, że ewolucja egzotermiczna zachodzi w dużej mierze niezależnie od medium. Mówiąc metaforą – „mało który pasażer pociągu umiałby zbudować lokomotywę”. Memy, czyli geny kultury, wykorzystują struktury społeczne dla propagacji samych siebie. Struktura społeczna też jest oczywiście memem. To, że wiele komórek składa się na rękę nie oznacza wcale, że każda z nich może napisać książkę, czy choćby podnieść kubek. Ziemianie są komórkami, ewolucja maszyn i przedmiotów ręką, to zjawisko ma zaś wiele analogii w tym wszechświecie. Czasem, na wiele set tysięcy komórek przytrafia się Newton, lub Einstein, lecz nawet oni są tylko w pewnym stopniu świadomi rozróżnienia między ręką, a komórką. Niekiedy któraś z komórek wypada na czubek palca, mamy wtedy do czynienia z całkowicie intuicyjnym geniuszem wymuszonym przez taki, a nie inny układ zdarzeń… Ktoś taki może być naprawdę głupi, lecz przy okazji wyrażać przełomowe dla nauki lub sztuki sformułowanie. Z tych wszystkich powodów używa się zwrotu „najbardziej aktywne w wytwarzaniu narzędzi”, gdyż wejście do przedziału wagonu nie jest większym wyzwaniem dla intelektu niż uwicie gniazda.

Był bardziej obecny w Spojrzeniu – rzekł szeptem do swojej Kathy Czandra.

Aha – zgodziła się z nim dziewczyna, – a już myślałam, że dostałeś napadu antropocentryzmu.

Nie doceniasz mnie – zauważył z dumą młodzieniec.

 

Następny rozdział

Poprzedni rozdział

Wszystkie rozdziały

Ciekawość GauriPowieść Ciekawość Gauri jest eksperymentem mającym na celu badanie granic poznania i tego, co jeszcze możemy nazwać "bytem". Eksperymentalny charakter ma wpływ na strukturę powieści, która pod niektórymi względami celowo staje się antypowieścią. Autorem powieści jest Jacek Tabisz.

Podobne materiały

Zostaw komentarz

Wpisz kod antySPAMowy *