• czwartek, 5 grudnia 2019 r.

Rozdział 21. Korytarz Mahavidyalayi był pokryty pięknymi, kalejdoskopowymi dźwiękokształtami

Rozdział 21.

 

 

   Korytarz Mahavidyalayi był pokryty pięknymi, kalejdoskopowymi dźwiękokształtami. Boczne odnogi pojawiały się harmonijnie w sferze postrzegania zmysłowego. Posadzka falowała i opadała ku centrum, gdzie było najwięcej kulistych sal. Gauri delektowała się różnymi detalami i kontrastami płaszczyzn. Dawno dokonali już skanu, ale obcowanie z oryginałem miało niepowtarzalny urok. Architektura budowli była piękna, wyrosła z żywieli niczym piana na falach morza, nie była na szczęście „myślana” przez rozochoconych niewolników atawizmu. Ten typ doznań był skrajnie odmienny od czekającego na nich za kotarą sali wykładowej.

Powinniśmy tam wejść – stwierdził z nieskrywanym żalem Ludwik.

Po pierwsze zadajmy sobie jedynie pytanie, które jest istotne – zawołał i wyobraził profesor, – brzmi: „dlaczego nie popełniam samobójstwa”. Skoro życie jest być może bez celowe, skoro „bóg umarł”, o cóż możemy pytać i któż nam udzieli odpowiedzi? Żadne z rzeczy na zewnątrz nie dadzą nam odpowiedzi na to, dlaczego decydujemy się żyć. Co nas utrzymuje w tym groteskowym i tragicznym być może akcie? Żadne tam kwiaty, gwiazdy czy atomy nie mają znaczenie dla tego wzniosłego, heroicznego pytania…

To pytanie jest błędne – zauważył Ludwik. – Samo życie i pojęcie życia wyewoluowało i ma to bardzo wiele wspólnego z atomami i gwiazdami.

 

Ale to jest na zewnątrz, obok, to jest drugorzędne – podkreślił z naciskiem wykładowca, – nie bawmy się w jakieś relatywistyczne gierki, lecz dotknijmy sedna, a ono sprowadza się do słów wymawianych w samotności, które brzmią „dlaczego nie popełniam samobójstwa?”.

Taki system myślenia jest oparty na niewłaściwych przesłankach – dodała i dorysowała Gauri. – Po pierwsze odnosi się do fałszywego modelu religijnego, w którym po śmierci Kuberianina następuje jego wieczna egzystencja w raju. Brak pewności tego modelu jest przyczyną waszego pytania, gdyż sens jest tu jednoznaczny z wieczną egzystencją w raju. W zasadzie wasza postawa jest jedynie odmianą wspomnianego wyżej modelu religijnego. Po drugie pytanie zakłada, iż w Kuberianinie jest stały niezmienny element, niezależny od swoich przyczyn i zewnętrznego świata traktowanego jako tło, zgodnie, najpewniej, z tym samym fałszywym modelem, o którym wspomniałem/wspomniałam w pierwszym zastrzeżeniu.

To co mówicie, też jest drugorzędne – zakrzyknął i namalował triumfalnie wykładowca, – bo przecież żyjecie, nie popełniliście samobójstwa.

Chęć przetrwania jest wpisana w ewolucję białka i kwarcu – zauważyła dziewczyna, – geny nie tworzą swoich maszyn przetrwania po to by się same niszczyły. Chęć autodestrukcji pojawia się na drodze ewolucji idei. Jest już zapisana w błędnych systemach religijnych z wiecznością i rajem. Materia wciąż się zmienia, formy się rozpadają i powstają nowe. Stąd rajskie modele religijne stają się najczęściej przeciwnikami materii. Raj jest w nich inny, zaś Kuberianin wymyśla sobie do niego duszę, która do niego pasuje. Rodzi się potrzeba, by poniżać materialny świat, czynić go czymś złym. Mistyk widzi w sobie przejawy materialnego świata, więc się umartwia. Staje się autodestrukcyjny i uważa to za cnotę. W obrębie tych ram pojawia się nagle postawa zwątpienia o raju, bez jakiegokolwiek podważenia samych ram. Świat materialny jest nadal zły, pozostaje też skłonność do autodestrukcji, oraz stawianie wieczności ponad skończonymi odcinkami czasu. Pozostaje też przekonanie o całkowitej odrębności duszy od otoczenia. Nawet, jeśli zakorzenia się wątpliwość co do nieśmiertelności owej duszy, sama idea trwa nadal. To dusza, która nie ma nic wspólnego z myśleniem i rzeczywistością, decyduje czy chce żyć, choć przecież nie spełnia „swojej podstawowej funkcji”.

Cóż za bełkot! – prelegent, najwyraźniej nieczuły na zmysłowe piękno idealnych modeli Wadż, uniósł macki do góry. Strategia ewolucji zwierząt społecznych zawsze owocuje małym procentem osobników aseksualnych. Są to błędy wywołane przez triumfujący wbrew sąsiadom gen genotypu, lub też finezyjna strategia czekania z boku na partnera zepchniętego przez zaloty innych osobników. – Cóż za bezmyślne i niefachowe pomieszanie różnych systemów filozoficznych. Przecież mój system nic nie mówi o duszy!

Ale ją zakłada – stwierdził i narysował kompozytor.

   W takich momentach rozmowa stawała się bezowocna. Kuberianiści mieli zazwyczaj prosty algorytm myślenia, poza który ani nie chcieli, ani nie mogli wykraczać. Pustkę i prostackość ich modeli przesłaniała jednakże kwieciście rozwinięta terminologia, której nie tłumaczyły Spojrzenia, nie widząc w tym nic potrzebnego do komunikacji. Odnosiło się silne wrażenie, że zarówno humaniści, jak i kuberianiści powinni używać translatorów spojrzeń nawet na swoich rodzinnych planetach. Jeszcze gorzej było na zajęciach z tworzenia dźwiękokształtnych fabuł. Na pierwsze z nich Gauri i Ludwik trafili zachęceni obiecującymi dźwiękokształtami mówcy, które przepływały przez uchyloną kotarę wejścia.

Geny kultury… ewolucja… geny… memy… wpływ… – słyszeli podchodząc z nadzieją do sali oznaczonej symbolem (obraz).

Wyobraźmy sobie przyszłość – prawił dalej wykładowca dyscypliny analogicznej do scenopisarstwa zmieszanego z literaturą symfoniczną. – Okazuje się, że memy jednak istnieją. Emitują je centralne układy nerwowe Kuberian i zwierząt. Na zewnątrz…

Zaczyna się – westchnęła Gauri, – zaraz będziemy mieć duchy i świętość niepowtarzalnych, indywidualnych doznań jednostki. Oparzona macka w dzieciństwie, rodzic nie chce przyjść do dzidziusia. I to wszystko unosi się w powietrzu…

Proszę mówić głośno, uroczy studencie/studentko – wyobraził literat dźwiękowy. – Dobrze ujęliście to co zawsze aktualne w dźwięczącej prozie, kuberiaństwo… Kuberiaństwo… Lecz liczy się forma, ona ma nas pobudzić, dać nowe odcienie samych siebie. Proszę zatem słuchać mojej futurystycznej fabuły. A więc, emitowane na zewnątrz memy również ewoluują, tworząc Obszar Myśli. OM. OM ewoluuje. Być może obejmuje wszystko wszechświadomością. Okazuje się, że nie podlega prawom fizyki, bo niby dlaczego…? Badacze zwołują konferencję. Wysnuta zostaje teoria, że Wielki Wybuch jest zjawiskiem cyklicznym. Nie obejmuje jednak OM. To ono dba o to, by wszechświat zrodził centralne ośrodki nerwowe, które będą ją sycić. Tak ustala się jego fizyczność. Pojawia się pytanie, kto był pierwszy – fizyczny wszechświat, czy OM? Pytanie o boga, jeśli państwo chcą… Ale to nie wszystko. Mamy bohaterów, których tak jak nas pożera nowoczesność. Eksperymentując z genami niektórzy z nich stają się przez przypadek telepatami. Tymczasem memy się nasilają, a wkraczają w każdy organizm pełnią pamięci, częścią lub całością osobowości. Opisujemy też unikającego innych telepatę, w którym ktoś zakochał się na odległość. Przyjeżdża, nie mogą znieść swoich myśli. Wszystko jest cierpieniem, embriony, obrazy dzieciństwa, złe i dobre intencje różnych osób zmarłych i żywych, rzucają się na przechodzących. Duchy, opętania, dusze – wszystko to znajduje swoją bazę, uzasadnienie. Zadbajmy, by bohaterowie wśród władz utracili swoją duchową czystość. Opętani przez fragmenty OM, starając się wykorzystać OM przeciw wrogom, a później po prostu ocalić państwo przed chaosem, odkrywają siebie. Bliskość. Emocjonalność. Irracjonalne uniesienia wiary. Uczyńmy głównym bohaterem upadłego na niższy szczebel polityka. Niech będzie cyniczny, ale nie pozbawiony pewnego uroku. I niech wśród tej całej apokalipsy budzi się w nim Kuberianin, który czuje na sobie dotyk macki drugiego Kuberianina. Niech pośród płynów organicznych, pośród jatki, w morzu chaosu dusz, odrodzi się Kuberianin!

To wszystko jest okropne – zauważyła Gauri, – po co pisać literaturę dźwiękową i fantastyczną, jeśli się jedynie okrasza panujące dogmaty. Dusza i materia, Kuberianin i tło świata? Cóż to zresztą za naginanie nauki. Memy istnieją, lecz o ileż są ciekawsze jako funkcje kultury, jako boczna odnoga zmienności genów. Gdy teraz rozmawiamy, wyrażamy odziedziczone przez siebie geny. One nas określają. Gdybyśmy je zdjęli, nie zostałoby nic. One nie należą do nas, ani nie płyną z jednego miejsca. We mnie i w was istnieje przypadkowe ich zetknięcie. I dodajmy to co najważniejsze. Sam model umysłu, sam model takiego, a nie innego kuberiaństwa również jest memem. To nie jest tak, iż on jest podstawą wobec jakiegoś tła. Tła nie ma, a on jest zmienny i w dużej mierze błędny. Nie ma w nim też nic indywidualnego. Jest cechą rasową, religijną, w głębszej zaś strukturze gatunkową, w jeszcze głębszej zwierzęcą. Nie ma też żadnego powodu, by memy pływały wokół nas w wymyślonym metafizycznym eterze.  To tylko stara, błędna koncepcja religijna w nowym przebraniu, bardziej modnym… Podobnie memy to nie są nasze myśli, ani też nie są osobowymi wspomnieniami z dzieciństwa. Nie są żadnymi duchami, tak jak geny nie są duchami. To nasze złudzenia o sobie są snami płynących genów. Memy to ramy tych snów. Po co zatem pisać takie rzeczy? Dla pochlebienia gustom bezmyślnego tłumu i zarobienia muszelek? Dla onanizowania się wspaniałością bogopodobnego Kuberianina? Skoro wszystko jest takie oczywiste, skoro nikt nie wątpi w centralną lokalizację kuberiańskiej duszy wobec wszystkiego innego, po to co w nieskończoność okraszać tak wszechpotężny i wypowiedziany już tyle razy truizm? Po co w ogóle literatura dźwiękowa?

Zupełnie nie rozumiem – zasępił się wykładowca. – Przecież taki jest cel literatury. Odkrywać wciąż na nowo odwieczne prawdy o Kuberianinie. Z tego co jest cnotą, wy czynicie zarzut? Może fantastyczna proza dźwiękowa nagina trochę naukę, ale przecież nie o naukę w niej chodzi. Nauka jest tylko naszym narzędziem, źle jeśli zaczyna nami kierować, to jak kaleczyć się o własny nóż. O tym właśnie jest scenariusz państwu przedstawiony – wszyscy prawdziwi studenci powitali te dźwiękokształty z ogromnym entuzjazmem.

Odkrywanie „na nowo” odwiecznych prawd nie jest zadaniem sztuki, ani w ogóle czynnością o której warto mówić – rzekł i ukazał Ludwik. – Przetłumacz Wadż: (gdy w jelitach zgromadzą się gazy i później uchodzą, jest to właśnie odkrywanie na nowo odwiecznych prawd, z tym że bardziej pożyteczne) – Wadż przetłumaczyła.

To było bezcelowe – rzekł kompozytor do Gauri, – ale czułem, że trzeba coś powiedzieć. Nie dla nich, lecz chyba dla Natury, która nie słucha, nie ocenia, lecz jest, jakby nie było, naszą matką. Wybacz mi też wulgarne słowa panienko, doprowadzony do pasji Austriak musi odwołać się do… nieco dosadnych metafor.

Wręcz przeciwnie, świetnie to ująłeś Ludwiku  – pochwaliła go dziewczyna, – nie znoszę wulgarności nieuzasadnionej, ale w odpowiednim momencie jest ona niemal poezją. Wciąż jeszcze dusi mnie smród ich trawiących własne opary „dusz”… Ale nasza żywiel nie jest lepsza, a zważywszy na to, że tutaj nie widać gwiazd nocnego nieba, tego wezwania kosmicznych dali, to oni są lepsi. Aż strach pomyśleć, do jakich gorszych jeszcze ewangelii i puran doszliby Austriacy, czy Hindusi, gdyby nie oglądali ogni dalekich światów.

Ha! – kontynuował tymczasem literat dźwiękowy. – Taki scenariusz daje nam możliwość poszatkowania i wymieszania jaźni. Cały wszechświat jest w nim mozaiką poszatkowanych osobowości, które się przenikają, nachodzą… Wspomnienia z dzieciństwa przekładane nocami poślubnymi, ha! – Gauri odbijała się od obrzydliwej banalności kuberianistycznej wizji i schodziła w głąb dźwiękokształtów języka. Spędzili już na księżycu wiele tygodni i od czasu do czasu lubiła częściowo rezygnować ze wsparcia tłumacza Spojrzenia. Język, sposób komunikacji, był dużo ciekawszy od tego, co wyrażał. Melodia słów była interesująca. Powstał jak wszystko na drodze ewolucji, był jednak czystszy, bardziej estetyczny od szaleństwa zapatrzonej w „swój świat duchowy” żywieli. – Tu i tam – ciągnął dalej wykładowca. – Tam i tu. Między wytryskami pofalowanych gejzerów emocji i wspomnień porusza się nasz szeryf ratując kraj. Wie, że nie otrzyma nagrody, stara się być cyniczny jak inni, lecz rozpalają go ideały. Och, jakże to wielki kontrast, gdy wpada na osobowość żula, wydalającego płyny organiczne byle jak, o zalepionych mackach… Ha!

Swoją drogą Wadż – rzekła w myślach dziewczyna, – po tej Angielce ciężko ci będzie stworzyć nową nimfę potrzebną do zakładu z Czandrą…

Wiem – zaśmiała się Wadż, – ale lubię wyzwania.

Szeryf, smagany pejczami żołnierzy, brodzący w kałużach drapieżnych emocji OM, niesie w rękach swoją/swojego ukochaną/ukochanego – mówił i wyobrażał prelegent. – Choć zdradzony, cyniczny, to jednak niesie ją/jego mimo ewidentnych aktów destrukcyjnej zdrady. Lecz ona/on zginie, heros zwycięski będzie herosem tragicznym. Zostanie poniesiona ofiara.

A jednak podświadomie wciąż lubię się ograniczać jak ten szaleniec – zauważyła dziewczyna, – tym nie mniej nie zrozum mnie źle, Wadż. Twoja Angielka była tak idealna wobec marzeń indyjskiego chłopca, że nie wiem, co po niej wymyślisz… Natomiast nie szukam i nie czczę miłości jako świętego Graala człowieczeństwa…

Ha! – wypowiadał i rysował rzeźbiarz prozy. – Nawet jeśli kawałek organelli żującej kochanki/kochanka oderwany pejczem bezmyślnie okrutnych straży zostanie w nim, on nadal, kuberianistycznie, będzie ją niósł przez szeregi zbrojnych…

Jakie to wszystko romantyczne – zauważyła dziewczyna.

Jakie słodkie – dodał Ludwik.

Wątek miłosny musi być – kontynuowała Gauri.

Zwłaszcza gdy sięgamy zagadki kuberiaństwa – rysował i opowiadał kompozytor.

Ha! – zakrzyknął i chlapnął wykładowca. – Otóż to!

Może jednak nie jest to wyróżnik niczego? – zauważyła dziewczyna.

Zwłaszcza, gdy służy niczemu? – ciągnął Ludwik.

Jak to niczemu? – zdziwił się prozaik pieśni.

A po co ma się mnożyć gatunek niemyślących myślicieli? – spytali obydwoje chórem. Ten niezwykły sposób prowadzenia dyskusji był spowodowany tym, że Ludwik również zszedł bliżej słabiej tłumaczonej dźwiękokształtnej zgadywanki.

Miłość, wyznacznik kuberiaństwa, nie służy tylko rozmnażaniu – wyraził swoją radość prelegent. Oglądając urodę nowych uczestników warsztatów miał nadzieję, że jego zawoalowana propozycja zostanie wysłuchana i może znów podejmą ten temat poza murami Mahavidyalayi.

A czemu służy? – zapytała dziewczyna.

Miłości, byciu razem, roztopieniu się w sobie – rozmarzył się wykładowca.

Jakie ma znaczenie to, co myślą zakochani, co widzą w otaczającym ich świecie? – zaciekawiła się Gauri.

Żadne – wyjaśnił literat dźwięków, – to najlepszy sposób na transcendencję i wyznacznik metafizyki Kuberianina. Wszyscy biegniemy przez oddziały wojska, niosąc w mackach ukochaną/ukochanego. Urzeczywistnionego, lub w sferze tęsknych marzeń.

A nie jest tak, że niekiedy niesiemy lustro w którym ładnie wyglądamy? – zapytała dziewczyna – I patrzymy tylko w nie, co chroni nas przed rozejrzeniem się wokół siebie. Co odsuwa nas od powitania prawdziwego świata, nie zaś tego, którego uczy nas kuberianizm.

Świat, albo miłość? – zdziwił się wykładowca. – Oczywiście miłość.

A nie jest tak, że prawdziwa miłość jest odbiciem radości ze świata? – zapytał retorycznie Ludwik, który po napisaniu swojej VII Symfonii był zapewne jednym z większych specjalistów w tej dziedzinie u istot posiadających rozmnażaniu płciowe.

Radości ze świata? – zdziwienie literata brzmień narastało. – Cóż to w ogóle znaczy? To, te ściany, ta ziemia, te ławy i radość, którą nazywacie dźwiękiem dla echa miłości…?

Kto nie kocha ojca Kubery (czyli matki Ziemi), kto szuka metafizycznej ucieczki przed źródłem własnego początku tak pełnym tajemnic, jak może w ogóle mówić o miłości? – oznajmiła Gauri.

Brawo! Va! – pochwalił ją kompozytor.

Ucieczka od samotności i utwierdzanie się w wielkości własnego gatunku to żadna miłość – dodała dziewczyna. – Pociąg do płodzenia dzieci, gdy jest ich zbyt wiele, to żadna miłość. Gdy ktoś nie czuje się miło będąc synem Kubery, nie będzie czuł nic wielkiego wymacując sfery erogenne kochanka/kochanki. Przyjemność. Nie pozostanie z niej nic i nic wraz z nią nie przyjdzie. Chyba tylko utwierdzenie się we własnej kuberiańskości, czyli onanizm duchowy. A to nie potrzebuje raczej partnerów…

   Upłynął korzeń, lub dwa i wykład szczęśliwie się skończył. Ludwik i Gauri zagłębili się w labiryncie korytarzy Mahavidyalayi, nagabywani ostrożnie, acz konsekwentnie przez podnieconych studentów, zwłaszcza tych, którzy nie założyli jeszcze zeszytowego małżeństwa. Przybysze z Wadż nie zatrzymywali się jednak, lecz zagłębiali się w dziedzińce, gdzie chodnik zanurzał się przyjemnie w  ciepłej wodzie i prowadził jakiś czas pod nią. Tu znajdowały się sale używane zwykle przez biologów, lecz po kilku próbach Gauri i Ludwik postanowili, że zrezygnują z dalszego badania stanu nauk przyrodniczych na Kuberze. Ciężko było bowiem słuchać biologów, którzy celowo negują mechanizm ewolucji, uważając go jedynie za sztuczny model umożliwiający klasyfikację. Nie przeszkadzało się to rozwijać genetyce użytkowej, choć oczywiście medycyna i psychologia ewolucyjna nie istniały. Sytuacja była w sumie dość podobna jak na Ziemi, gdzie większość biologów była na tyle religijna iż nie wierzyła w ewolucję naturalną, choć jej mechanizmem się posługiwała.

Inny scenariusz – rzekł po przerwie wykładowca, patrząc na swoje notatki i przysłuchując się im, oraz dotykając ich faktury. – Wyobraźmy sobie, że zaistniała sztuczna inteligencja. To oczywiście niemal niemożliwe, ale na bazie tego karkołomnego założenia będzie można zrealizować opowieść o charakterze wzniosłej przypowieści. Akcja dziać będzie się gdzieś w przyszłości i obsługiwać nas będą cyborgi, po części inteligentne. Do sprzedaży wejdzie jednak nowy model. Małe elektroniczne dziecko, mające umilić życie rodzinom nie mogącym mieć dzieci z uwagi na prawo. A prawa w przyszłości będą surowsze, z uwagi na przeludnienie. Trójka rodziców elektronicznego maleństwa przywiązuje się zatem do niego, zaś ono do nich. Iluzja jest na tyle silna, że momentami zapominają niemal, iż jest to tylko zabawka, nie zaś prawdziwy Kuberianin. W pewnym momencie sytuacja się zmienia. Jeden z małżonków, z uwagi na swe zasługi, wywalcza dla rodziny prawo do prawdziwego dziecka. To wkrótce się pojawia. Elektroniczny „pierworodny” czuje coraz silniejszą zazdrość, gdyż rodzice zapominają o nim coraz bardziej, jest ewidentnie istotą drugiej kategorii. Wreszcie staje się nerwowy, jak prawdziwy Kuberianin i rodzice mają go wyłączyć i skasować pamięć. Losują, który z nich to uczyni, trafia na najbardziej wrażliwego, w związku z czym elektroniczne dziecko nie zostaje „zabite”, lecz wywiezione daleko od domu i tam porzucone. Tymczasem okazuje się, że w głuszy grasują bandy robotów chroniących się przez złomowaniem i w ramach utrzymania porządku Kuberianie je wyłapują i niszczą, czasem w widowiskowy sposób, gdyż mało jest już grzeszników do torturowania w państwie (obraz), zaś akcja odbywa się w podbitym przez nas rejonie tego państwa. Inny robot pomaga malcowi uciec z miejsca jatki podzespołów i od teraz trzymają się razem. Gdzieś tam znajdują historię, o stworze, który chciał posiąść rzecz najcenniejszą we wszystkich światach, czyli Kuberiaństwo. To tylko bajka, nie można przecież ot tak zdobyć rzeczy bezcennej. Jednakże okazuje się, że bajka ma swoje odbicie w rzeczywistości. W różnych miejscach pozostawione się informacje o tym, jak trafić do magika, który zmienia elektrycznych chłopców w prawdziwe dzieci. Nasi bohaterowie szukają zatem i wreszcie elektryczny chłopiec trafia w miejsce, gdzie stoją całe serie tożsamych z nim produktów. Zaczyna je niszczyć krzycząc, iż tylko on jest prawdziwy i wtedy wkracza szef firmy (obraz) zadowolony, iż model jest udany. Okazuje się, że rodzice elektrycznego chłopca dostali egzemplarz prototypowy, przypominający z zewnątrz starsze modele. Od tej pory można snuć opowieść dalej, wciąż szukając kuberiaństwa dla chłopca.  Kuberiaństwa…

Ja chciałem/chciałam tylko zauważyć, że wszyscy jesteśmy efektem produkcji seryjnej i od samego początku nic nie dzieli od nas owej sztucznej inteligencji – wtrąciła Gauri.

Wierzycie w ewolucję? – zdziwił się literat dźwiękowy. – Przestańcie. Ekscentryczne teorie naukowe są dobre może do jednego scenariusza, nie do wszystkich.

To co to ma być w takim razie? – podniósł swoje macki kompozytor.

Pytanie o duszę, na ile kopia nas samych może posiąść ów niezwykły, unikatowy skarb? – zauważył wykładowca.

Nie może, bo i my, na szczęście, nie mamy czegoś równie głupiego – zauważyła dziewczyna.

Proszę sobie nie żartować – obruszył się prelegent, – ale może rzeczywiście, całkiem możliwe, że nie może. Lecz w naszym scenariuszu możemy ukazać łaskę boga. Oto model, dzięki swemu oddaniu idei kuberiaństwa, zyskuje jednak duszę. W końcu sam bóg też był oddany idei kuberiaństwa…

I w ten sposób zyskał duszę? – zapytała Gauri.

Czasem, gdy was słucham, mam wątpliwości, czy fundamentaliści z państwa (obraz) nie mają racji w karaniu heretyków – westchnął prozaik brzmień.

Ohyda – stwierdził kompozytor, gdy wrócili już na stację kosmiczną.

Poproście Wadż, żeby mi odpowiedziała – rzekł Czandra, który czekał przy stole laboratorium na moment aż porzucą spojrzenia.

Co ma ci odpowiedzieć? – zdziwiła się dziewczyna.

Jasnowłosa nic nie pamięta, budząc się rano wszystko zapomniała – zmartwił się młodzieniec.

I co, poszła sobie? – pytała dalej Gauri.

Nie – odparł Czandra, – dalej jest bardzo miła, ale nic nie pamięta.

Dobrze – zainteresował się Ludwik, który zaczął pisać antybalet o Pinokio. – Jaki to jednak ma związek z Wadż?

Ona nie chce sprawić, żeby Jasnowłosa pamiętała – oznajmił zmartwiony młodzieniec.

Tak jest lepiej – odezwała się Wadż, – przecież taka nimfa, obdarzona pamięcią, mogłaby poczuć się bardzo nieszczęśliwa po kilku dniach swojego życia, zwłaszcza, gdyby jej ukochany odszedł.

Ja bym nie odszedł – zaprotestował Czandra.

To zaraz zobaczymy – zaśmiała się Wadż, – natomiast nimfa, podobnie zresztą jak większość przedstawicieli gatunku, który w sobie odbiła, nie uczy się całościowych danych o świecie, ani się nimi nie interesuje. Pamięć służyłaby jej tylko do rozmnażania się, troski o potomstwo, a jest bezpłodna, bo  nie chcemy tu chyba przedszkola.

Ja chcę! – zaprotestował młodzieniec. – Niech będzie pamięć i przedszkole.

Dzyń! – dobiegł zza murów pawilonu dźwięk dzwonków i złotych obręczy. – Dzyń! Dzyń!

Chyba zwariowałaś Wadż! – zakrzyknął oburzony młodzieniec, który wyszedł przed pawilon. – Chyba nie sądzisz, że zadurzę się w takim ciemnym stworzeniu, kiedy mam moją Jasnowłosą. My Hindusi tęsknimy za jasną cerą, to jeden z głównych odcieni urody. A jak pachnie…

Ona nie będzie ładnie tańczyć – zauważyła Wadż w myślach Ludwika i Gauri, – zakochać się w sztuce tańca to nie jest żaden atawizm. Zakład to zakład i chodzi w nim o inne rzeczy. Wyjdźcie przed ganek i patrzcie. Może też się czegoś nauczycie.

   Nowa apsarasa była zupełnie odmienna od Jasnowłosej. Miała w sobie coś ciężkiego, hebanowego i ziemistego. Zdawało się, że płodne fluidy strzelają z jej palców, włosów i wielkich kształtnych piersi. Jej biodra kołysały się jak wielki okręt na falach upalnego dnia. Była w stroju tancerki, jej biust owijał dość skąpy pas materiały, z którego zwisały przejrzyste, jedwabne wstęgi. Pod nagim, pięknie rzeźbionym, ciemnym brzuchem zapięte była krótka spódniczka z cienkiego materiału, pod nią wyrastały mocne i kształtne uda, kolumny bogini Matki, którymi zachwycał się Gaudi konstruując w barcelońskim parku Guel pawilony wsparte na takich organiczno – erotycznych kolumnach. Czandra nie znał zabytków Barcelony. Czuł jednakże zapach wprawiający go w niepokój i ekscytację. Kształtne nogi Płodnej lśniły hebanowo w słońcopodobnym świetle dnia na stacji kosmicznej. Płaszczyzny wilgotnej skóry, podobne do liści jakichś egotycznych palm, migotały w mózgu młodzieńca nawet gdy nie patrzył na swoja kusicielkę. Zadźwięczały obręcze na ramionach i nad stopami płodnej. Jej palce były mocne, pięknie rzeźbione i dojrzałe. Apsarasa zdawała się być przepełniona kształtem. Wszystko w niej było okrągłe i silne. Linie wykraczały w przestrzeń, falując przed oczami Czandry, który chciał ją wzgardliwie minąć. Oczy Płodnej otwarły się i zabłysły w nich głębokie oceany źrenic, skrywające pustkę głębszą od nocy, nakaz kontynuacji, drogi, płodzenia i kontynuacji. Brwi były rozległe jak ramiona horyzontów. Twarz słodka i twarda zarazem, podobniejsza do rzeźby niż żywej istoty. Młodzieniec zadrżał, poczuł się niczym żołnierz stojący na baczność przed swoim dowódcą, słynącym surowości. Apsarasę otulały włosy podobne do nocy, zdawały się być wszędzie, lśnić ciemnością głębszą od cienia. Pępek na środku jej brzucha był niczym kwiat rozchylonych przestrzeni. Kroki bosych, idealnie kształtnych stóp dudniły uderzeniami serca Czandry.

   Płodna zauważyła go dopiero teraz. Na jej twarzy przemknął grymas drapieżnego skupienia, przez moment była tygrysicą, której mięśnie falują niczym liście targane wiatrem, w chwili gdy czeka napięta przed skokiem na swoją ofiarę. Dzyń – zadźwięczały z powagą mosiężne bransolety. Ręka apsarasy uniosła się w górę i dotknęła twarzy młodzieńca. On tymczasem opadł w nicość, przerażony i pełen szczęścia. Uniósł głowę, spojrzał na stopy swojej niszczycielki i nie mógł się oprzeć chęci dotknięcia kształtnych palców, podobnych do płatków boskich lotosów. Poczuł mleczny i soczysty żar, Płodna po chwili odsunęła się zdziwiona, on zaś chwilę pełzł za nią, zanim wstał na nogi.

   Apsarasa zaczęła się przechadzać tanecznym krokiem. Było w nim coś mechanicznego i organicznego zarazem, naturalnego i skrajnie irracjonalnego. Płodna odwracała się czasem tyłem do młodzieńca i mógł on wtedy podziwiać jej niezwykle kształtne plecy opadające na pewne i napięte podstawy pośladków. Pozbawiony woli, zgodnie z wpisanym w jego umysł programem, Czandra podszedł do apsarasy i objął ją od tyłu. Miał ochotę zniknąć w jej ciele, lecz ściana ognia, którą miał przed sobą, nie pozwalała mu przejść. Miał ochotę znaleźć jakieś przejście w tym murze, wnękę lub zagłębienie. Z trudem znalazł się przed Płodną, poczuł na swojej twarzy jej spalający go na popiół, wonny oddech. Opętany ekstazą zagłębił się w bramie jej ust. Miękkie i twarde zarazem, idealnie kształtne ramiona ujęły go. Wszystko go paliło, nie wiedział, czy jeszcze istnieje. Jedyna jego wiedza była prawdą na temat smaku ust ukochanej, niezwykłych drgnień i napięć jej warg i języka. Czandra czuł, że musi wejść jak najgłębiej w Płodną, stać się z nią jednością. Żałował, że nie jest olbrzymką, która mogłaby go wchłonąć jednym rozkosznym kęsem. Już nie pamiętał o Jasnowłosej, nie winił się za to, gdyż został pożarty. Jednocześnie jedna z jego rąk opadła z pleców apsarasy i ocierała się o lśniące, wężowe kształty ud. Niekiedy trafiała w przestrzeń między nimi i czuła, że tam właśnie jest brama, w której można zniknąć bez reszty. Palce bezwiednie dotknęły otworu przeznaczonego dla innych posłańców. Wydał im się wielki, bardzo wielki. Czandra zadrżał i Płodna zadrżała.

  • Dzielny kochanku – rzekła głosem podobnym do melodyjnych dźwięków budzącej się do dnia dżungli. – Powiedz „Wadż, znów wygrywasz zakład” a pójdziemy razem w tę słodką podróż do źródeł czasu, tam gdzie wystrzeliwują w górę fontanny pokoleń…
  • Ładne – zauważyła Gauri, która siedziała wraz z Ludwikiem na ławie przed pawilonem i przyglądała się scenie. – Masz talent Wadż, naprawdę ładne…
  • Ja stworzyłam apsarasę wedle obliczeń atawizmów Czandry i tych ogólno gatunkowych – rzekła Wadż. – Metaforę o źródłach czasu wygenerowała przypadkowa moc obliczeniowa Natury… Zdarza się, a wypowiedziała się przecież na temat… bardzo naturalny. Sama jestem zaskoczona. Jak widać warto prowadzić eksperymenty, nawet takie…

   Tymczasem Czandra wiedział już, że zaraz powie to, co musiał powiedzieć. Milczał, gdyż delektował się chwilą oczekiwania na podróż w krainę niewyobrażalnej upajającej rozkoszy. Milczeniem oglądał bramę czarodziejskiego ogrodu,  elewację pałacu Erosa. Płodna oddychała wolno i miarowo, ściskał ją tak mocno, że opadał w nią jak statek osuwa się w falujące morze. Apsarasa była mocna jak skała, wiedział, że może ją ściskać z całą spragnioną mocą zjednoczenia. A jednak hebanowy mur ekstazy miał wnękę. Upewnił się w tym, jakby chciał wiedzieć, że to nie sen, po czym rzekł.

Wadż, znów wygrywasz zakład – ledwo te słowa zostały wypowiedziane, apsarasa i Czandra opadli na ziemię i zaczęli wnikliwiej badać źródła czasu. Ludwik i Gauri, z uwagi na inną, mniej atrakcyjną, perspektywę, weszli z powrotem do laboratorium.

Jakkolwiek by nie było, to potrafi wyzwalać – zauważył kompozytor. – Casanova był ponoć wybitnym intelektualistą, nie sądzę też, żeby to przypadkowo memy religii aż tak gorliwie zajmowały się życiem erotycznym swoich owieczek.

U nas bywali tantrycy – zauważyła dziewczyna, – traktowali tego typu przygody jako  rodzaj medytacji. Niestety, memy religii zepsuły ją tworząc mit o żywotnych właściwościach spermy i późni tantrycy dbali o to, by mimo rozkoszy zaznawanych w ramionach kurtyzan nie stracić nasienia. Tymczasem, gdy ktoś idzie tą drogą, musi go stracić, lub wchłonąć bardzo wiele, by oderwać się od dogmatu własnego gatunku i konieczności potomstwa. By spojrzeć rzeczywiście poza własną skórę, poza ród, kochankę i gatunek…

   Ludwik i Gauri wyszli z pawilonu drugim wyjściem i udali się do salonu muzycznego. Małe papużki przekomarzały się na gałęziach drzew. Woda sadzawek przyjemnie chłodziła powietrze. Odbijały się w niej gwiazdy i zrąb Kubery, oraz Lanki. Gdy dotarli już do celu, dziewczyna zaczęła swoją lekcję. Kompozytor uderzył dźwięczny akord na fortepianie, zaś Gauri ujęła strunę winy i wygięła ją w potoczystym mindzie. Ludwik nie był wprawdzie specjalistą od muzyki hindustańskiej, lecz dzięki swojemu talentowi czuł się na siłach uczyć także tego. Gauri, dzięki dżwiękokształnemu postrzeganiu, robiła szybkie postępy. Zaczęli śpiewać razem jej wiersz, każde na swój sposób, lecz dzięki zabiegom kompozytora ta różnorodność harmonizowała ze sobą.

 

Ogarniają cię cienie las wznosi gałęzie

Zgubiłaś się w przestrzeni ciszy jego wzrostu

Wiatr zgarnął liście drzew i przyczaił się w szumie

Nosiciel gwiazd spojrzał przed siebie uważnie

 

Wszystko jest wezbranym nurtem rzeki ruchu

Wszystko jest gorącym od przemian podmuchem

I nie ma dróg trwałych gdyż one drżą w swym locie

Nie zgubiłaś się teraz jesteś zagubieniem

 

Stań na brzegu skały i utoń w jej echach

Napełń nimi usta nie ma innej mowy

I do wielkich słońc dalekich ciągle wołaj

 

Ta noc jest podróżą objęła planetę

Tylko w niej żyją roje płodnych stworzeń

Widzę i jestem jedną pośród wielu

 

   Dzięki umiejętnościom Ludwika mariaż fortepianu i winy brzmiał bardzo dobrze. Kompozytor zostawił miejsca na drobne kadencje tej indyjskiej cytry, zadbał też, by tonalność utworu nawiązywała do ragi Bhairavi. Jego nowa studentka robiła szybkie postępy i był bardzo zadowolony.

   Nazajutrz ponownie zasiedli przy kamieniu teleportacyjnym. Zmiany metabolizmu nie były już dla nich tak męczące, nabrali w tym wprawy. Jak zwykle zbudzili się na cmentarzu zbierając przymarznięte muszle. Podejrzewali, że Wadż mogłaby ich zaopatrywać w środki finansowe prostszą drogą, lecz najwidoczniej bawili ją przerażeni obecnością upiorów Kuberianie.

  • Ciekawa jestem, jakby wyglądał duch stacji kosmicznej? – zapytała, gdy wychodzili już z cmentarza.
  • Sprawdź wszystko, co masz o „Latającym Holendrze” – zaproponowała Gauri.
  • Urocze – orzekła Wadż, której sprawdzanie archiwów nie zajmowało wiele czasu. – Ale jest kapitan.
  • Możesz to związać z „Domem Usherów”  E.A. Poe – stwierdziła dziewczyna, – on potrafił do pewnego stopnia nadawać życie temu, co ludzie nazywają miejscem. W ten sposób, zapewne zupełnie niezamierzenie,  ukazywał płynność granic między tym, co ludziom jawi się jako „żywe”, a tym, co zdaje się im „martwe”.
  • Dom oddycha, rozpada się, krzyczy – zastanawiała się Wadż, – coś w tym jest, rzeczywiście.

   Weszli przez jedną z wielu bram Mahavidyalayi rozmieszczonych na kilku osiach symetrii założenia. Studenci spojrzeli na nich z uznaniem i onieśmieleniem. Wadż wciąż dopracowywała drobne szczegóły, dbając jednakże o to, by uroda spojrzeń była subtelna, nie zaś wyzywająca.

Dziś prosty scenariusz – zawyrokował literat dźwięku. – Prosta sytuacja. Społeczność uwięziona przez program, lub kacyka w wirtualnym świecie. Lub w świecie ograniczonym murami, których tabu nie pozwala przekraczać.

To jest dosyć realistyczne – zauważyła Gauri. – Żyjemy w takim społeczeństwie.

Ależ mamy demokrację, monarchię konstytucyjną, moi ciepli!  – zdziwił się wykładowca. – Lecz zgoda, wiadomo, zawsze są jakieś mniejszości spychane na margines i przejawy działalności kuberiańskiej zbyt ograniczone przez prawo.

W takich scenariuszach zawsze interesuje mnie to, co następuje po wydostaniu się z owej totalitarnej klatki – namalowała i rzekła dziewczyna.

Wiadomo co następuje – wyraził swoją radość prelegent/prelegentka. – Następuje wolność!

A nie jest to tak, że istniejemy w biernej klatce naszego niepodważalnego kuberiaństwa i religijnych oczekiwań z nim związanych? – ciągnęła niestrudzenie Gauri.

Religijny to ja wcale nie jestem – zauważył pisarz tonów. – Do świątyń nie chodzę. Wiem tylko, że każdy z nas jest wyjątkowy i wolność jest eksplozją owej wyjątkowości.

Owo przekonanie o wyjątkowości jest jak najbardziej religijne – wtrącił Ludwik. Gauri zaś przytoczyła swój wieczorny wiersz, gdyż Wadż uznała, że może go przetłumaczyć.

Jak to nie ma innej mowy, niż echa w skałach? – spytał zaszokowany wykładowca. – Przecież każdy z nas ma swój niezależny rozum. To co mówimy jest jedyne w swoim rodzaju, zaś literatura rzeźbiona jest spotęgowaniem tej wielkiej i wzniosłej zasady.

Otóż nie – zaprzeczyła Gauri, – składamy się z powtarzalnych elementów i nie tworzymy ich w żaden sposób. Wszystko powtarzamy jak te przedrzeźniające stworzenia z plaż lawowych. Istnieje pewien zasób powtórzeń, dlatego nie każdy powiela dokładnie to samo. Każdy ma jakąś część owego zbioru, jednak każdy z jego elementów występuje w milionach Kuberian. Nie ma zatem ucieczki z totalitarnej klatki, gdyż najbardziej totalnym zniewoleniem jest sama kuberiańskość przyjmowana jako paradygmat bez zastrzeżeń, jako rzecz święta. Wszelkie mury totalitarnych utopii składamy z nas samych. To dlatego osobniki zdawałoby się tak miłe, łagodne i życzliwe przy odpowiedniej stymulacji łatwo tworzą upiorne więzienie. Ono już tu jest i nosi nazwę „kuberiaństwo”.

Ależ tego nie można podważać, gdyż jest podstawą – oburzył się literat dźwiękowy. – To z tego w ogóle wypływa proza tonów i wykłady o niej. Gdybyście mieli rację, to spotkanie byłoby zupełnie bez sensu.

I tak właśnie jest – zauważył kompozytor. – To co wy tutaj czynicie nie ma żadnego związku ze sztuką. To narcystyczny onanizm. Mówicie teraz o wyzwoleniu pozornym, zakreślanym w literaturze brzmień tylko i wyłącznie po to, by dokonywać apoteozy prawdziwego zniewolenia.

Ludwiku! – wtrąciła Wadż. – Ja się na nic nie skarżę, ale jak możesz, unikaj takich słów jak apoteoza. Pamiętaj, że ja to ciągle tłumaczę. Wewnętrzny tłumacz Spojrzenia nie dałby sobie rady z niektórymi elementami waszych rozmów.

Gdybyście tylko byli moimi stałymi studentami, z pewnością bym was oblał, mimo waszej czarującej powierzchowności – zauważył prelegent. – Chyba że… – dodał wyraźnie zmieszany i nie dokończył. – O co w ogóle chodzi z tymi grzybami unoszącymi grzybnie i falującymi od trzęsień ziemi – dodał, aby zamazać swoją niezręczność.

Wadż, czy to jest karkołomne tłumaczenie pierwszych wersów? – upewniła się Gauri.

A czy widziałaś tu las, cienie i gwiazdy? – spytała retorycznie Wadż. – Starałam się zachować sens i odniesienia do przyrody.

Wiem i bardzo ci dziękuję, ale nie wiem, jak odnieść się do tak zmienionego utworu – przeprosiła ją dziewczyna.

Odnoś się do swojego tekstu, a ja przełożę te odniesienia – zaproponowała Wadż. – W sumie wreszcie mam jakieś wyzwanie natury intelektualnej…

Dobrze Wadż – ucieszyła się Gauri, po czym zaczęła wyobrażać kształty dostrzegalne dla Kuberian. – Las jest metaforą ewolucji naturalnej, jej dynamizm jest jedyną przyczyną istnienia podmiotu lirycznego wiersza.

Pola grzybów – ukazywała Wadż przerobione obrazy, – są symbolicznym odniesieniem do reinkarnacji naukowej opartej na teorii atomistycznej. Dynamizm pierwiastków opartych na kumulatywnych przekształceniach jest rodzicami tego, kto przemawia w tym artystycznym dźwiękokształcie hymnicznym.

To są jakieś bzdury – orzekł i zakreślił prozaik melodyczny. – Przecież w tym w ogóle nie ma jakiegokolwiek pytania o kuberiaństwo. O Kuberiaństwo. To w ogóle mnie nie rusza i nie poruszy nikogo. Odarte z głębi i emocji. Suche porzekadło niemodnej i błędnej filozofii przyrody…

Gauri, chcesz zobaczyć przekaz z mniejszym udziałem tłumaczenia? – zapytała retorycznie Wadż.

Nie, dziękuję i doceniam twoją pracę – odparła dziewczyna, po czym znów zwróciła się do zgromadzonych w sali. – A czym waszym zdaniem są uczucia?

Och, są skarbem, istotą kuberiaństwa – rozmarzył się wykładowca, niechcący spoglądając ze zbytnim uczuciem na przyszywanego/przyszywaną studenta/studentkę.

Wszystkie? – upewniła się Gauri.

Te najgłębsze i bezbrzeżne – niemal zaśpiewał malarsko pisarz melodii.

A może one jednak dokądś prowadzą? – dociekała dziewczyna. – Ciekawość, zachwyt rzeką przemian, z której wyszliśmy na chwilę. To są moim zdaniem najgłębsze uczucia, jakie dzielą żywe istoty między sobą.

Znów ta nieszczęsna filozofia przyrody – załamał się prelegent. – Uczucia są do nas i o nas. Jeśli ktoś wierzy, to do podobnego nam boga. Nie do jakichś bzdur. Ja chcecie, kochajcie się w skałach i grzybach…

   Studenci i wykładowca wyrazili chórem obrazów i dźwięków wspólną i nieokiełznaną radość. Gauri poczuła, że niemal współczuje tej bezpłodnej i zamkniętej w kratach swej mentalność żywieli. Ale czy był tu jakiś podmiot, ktoś kto mógłby wysłuchać tego nagłego żalu? Nie. Dziewczyna otrząsnęła się. Miała już gotowy test na znalezienie przyjaciół mądrości.

(193)

 

Następny rozdział

Poprzedni rozdział

Wszystkie rozdziały

Ciekawość GauriPowieść Ciekawość Gauri jest eksperymentem mającym na celu badanie granic poznania i tego, co jeszcze możemy nazwać "bytem". Eksperymentalny charakter ma wpływ na strukturę powieści, która pod niektórymi względami celowo staje się antypowieścią. Autorem powieści jest Jacek Tabisz.

Podobne materiały

Zostaw komentarz

Wpisz kod antySPAMowy *