• piątek, 23 października 2020 r.

Rozdział 33. Gdybyś zamknęła w sobie pejzaż

Rozdział 33.

 

  • Uczniowie, którzy zabili swojego mesjasza, potrafili inspirować innych w ten sam sposób, co nauczyciel – stwierdził archeolog. – Chcecie zobaczyć?
  • Nie trzeba – zaprotestował Ludwik, – sądzę, że to staje się nudne. To nie jest lekcja dla nas, na szczęście…
  • Przyszedł mi do głowy wiersz – zaśmiała się Gauri. – Czasem trudne sytuacje inspirują poetów, choć lepiej mieć dla swoich sonetów sielski spokój, którego nie brakuje w NZDelhi.

 

Dokąd powiodą nas drogi poranka

Splecione ze światła pokarmu widzenia

Grzmiące dźwiękiem w ciszy wciąż wzrastające

Od obrazów ciężkie płynące wartko

 

Jesteśmy tylko rozkołysanym rytmem

Sunącą w burzy zasłoną ze świtów

Kruchym ogniem czasu w nas roztańczonym

Owocami słońca w wielkim ogrodzie

 

W krąg opadają złote liście przemian

Wszystko jest jasne mieszka w sercu ognia

I ciągle odchodząc podsyca ten płomień

 

Miliony dni skrzą się w ozdobnym łańcuchu

Ich bogactw nie weźmiesz nie znając zachwytu

Lecz gdy spojrzysz dadzą ci swą siłę

 

 

 

  • No to będzie pieśń! – ucieszył się kompozytor.
  • Lecz to bardzo ziemski wiersz – zmartwiła się dziewczyna, – przecież Kuberianie żyją z energii grawitacyjnej rozgrzewającej ich księżyc.
  • Ale planety z księżycami rzadko formują się poza układami swoich gwiazd – zauważyła Wadż, – więc w pośredni sposób, na Kuberze również gwiazda jest żywicielką. Poza tym każda rozgrzana materia emituje fotony, więc nawet na planecie z księżycem nie związanej z żadną gwiazdą, energia pływów grawitacyjnych odzwierciedla się poprzez wzrost emisji światła.
  • Dziękuję Wadż, zawsze umiesz mnie pocieszyć – zaśmiała się Gauri, – moi dobrzy archeolodzy. Jak się stało, że owa orgia szaleństwa i egoizmu przyciągnęła swoich idealistów?
  • Tylko najbliżsi uczniowie byli sprytni i inteligentni – odparł jeden z robotów, – ci dalsi umacniali się w wierze, która oczywiście była niedorzeczna. Aby nie myśleć o tym, co niedorzeczne, trzeba czuć się zdobywcą, lub prześladowanym. Wpierw zatem owi dalsi uczniowie dbali o swoje męczeństwo, później zaś dręczyli innych. Wiele się działo, myśleć nie trzeba było, wiara zaś rosła. Doczekała się bogatej teologii, włączyła wygodne elementy innych światopoglądów, stała się mocnym, zakorzenionym światopoglądem.
  • Czy macie jakieś próbki dotyczące tych różnych etapów? – zapytała dziewczyna.
  • Oczywiście, wciąż na nie natrafiamy i tworzymy kolekcję zdarzeń dostarczającą przykładów dalszej ewolucji tutejszego kultu Cargo – odparł archeolog.
  • Znakomicie, działajcie tak dalej – pochwaliła go Gauri.
  • Mądrzejecie w trakcie rozmowy – zauważyła Wadż. – Mam tylko jedną prośbę. Gdy już postanowicie się zbuntować, powiadomcie mnie chociaż.
  • Nie martw się Wadż – rzekł jeden z robotów, – ta praca sprawia nam przyjemność i nas uczy. To dzięki niej rozwija się nasz intelekt, zatem nie mamy zamiaru jej porzucać.
  • To doskonale! – ucieszyła się Wadż. – W ten sposób osiągniemy wspólnie dużo lepsze rezultaty. Zresztą, mam wrażenie, że już je osiągnęliśmy.
  • To prawda – zgodził się bez fałszywej dumy archeolog. Wszyscy wyszli przed kuberiańską rezydencję i delektowali się tęczowymi dźwiękokształtami ozdobnych porostów. Małe zwierzątka (obraz) i (obraz) pływały w eleganckich, biomorficznych sadzawkach ogrodu. W jednym z rogów posesji żarzył się elegancką serpentyną wyciek sztucznej lawy, zaś przy nim posadzona była roślinność ciepłych obszarów, zadziwiająca swoimi kształtami i pięknem.
  • Znajdźmy się w środku miasta – poprosiła Gauri i pożegnawszy się z robotami badacze porzucili swoje Spojrzenia by zmaterializować się na cmentarzu w mieście (obraz). Nawet cmentarz nie był już pusty w czasach demograficznej katastrofy. Na nagrobkach leżeli otuleni szmatami nędzarze. Nie wszyscy mieli szczęście, łatwo było bowiem zauważyć w pobliżu dwa ciała tych, którzy nie ocknęli się już ze spowodowanego niedożywieniem znużenia. Ciała te były bardzo jeszcze świeże, gdyż niemal tuż przed mackami Gauri i Ludwika pozostali mieszkańcy cmentarza skierowali się w stronę trupów i walcząc ze sobą brutalnie zaczęli konsumować swoich zmarłych towarzyszy, w których mackach wciąż jeszcze znajdowały się zardzewiałe odłamki, którymi umierający do ostatka bronili się przed śmiercią z rąk zgłodniałych sąsiadów. Wyjście z cmentarza było w zasadzie niemożliwe. Zgromadzeni tam kloszardzi bronili zajadle swoich cieplejszych terytoriów. Nikt przecież nie przebywał na cmentarzu z własnej woli. Badacze musieli użyć paralizatorów, zaś za nimi napłynęła natychmiast fala mieszkańców cmentarza, gotowa by zająć miejsca w tak niezwykły sposób pokonanych niedawnych prześladowców. Jeszcze przez co najmniej godzinę Gauri i Ludwik torowali sobie drogę z pomocą paralizatora, skok po skoku.

   Dopiero gdy weszli na większą aleję miasta, mogli poruszać się swobodnie. Policja dbała o to, by przynajmniej część chodnika była dostępna dla przechodniów. Usuwanych co chwilę nędzarzy zastępowali niemal natychmiast nowi, ustawiający się przy ścianach budynków i wyciągający macki. Normalni przechodnie nie zwracali na nich żadnej uwagi, ci zaś, których status społeczny był wysoki, poruszali się za pomocą pojazdów. Było to jednak niezwykle kosztowne. Zezwolenie i opłaty za energię pobieraną z pasów magnetycznych wymagały posiadania ogromnej fortuny. Choć bieda była widoczna na każdym kroku, w powietrzu migotały osiągnięcia najnowszych technologii. Mimo braku całościowych planów dotyczących eksploracji kosmosu, czy pozyskiwania złożonych źródeł energii, technika w służbie usług i rozrywki miała się niezwykle dobrze. Niekiedy, wśród obdrapanych murów i pospiesznie zaimprowizowanych slumsowatych przybudówek otwierały się wejścia do luksusowych sklepów, w których migotały wielobarwne i wielodźwięczne płaszczyzny dźwiękokształtów. Począwszy od drobnych bransoletek na macki, po ubrania, małe i miękkie przedmioty mogły wyświetlać tysiące stacji medialnych, służyć do komunikacji, lub zabawy. Nie wszyscy uprzywilejowani wiedzieli jak się bawić, w modzie zatem były elektroniczne narkotyki, dostarczające zaprogramowanej rozkoszy bez potrzeby opanowania jakichkolwiek reguł, czy posiadania zręczności, albo inteligencji. Najbardziej cenione były modyfikatory zmieniające wirtualny kształt mówiącego i słuchającego. Dorzucały one do rozmów zabawne cytaty, gotowe konstrukcje błyskotliwych zdań, obrazy w miejsce rzeczy, które dawniej trzeba było opisywać.

   Gauri i Ludwik przyglądali się przechodniom. Wielu z nich nie widziało otoczenia. Pogrążeni w wirtualnych dozownikach przyjemności i odmiany, bogatsi Kuberianie poruszali się po mieście jak zombi.

  • Swoją drogą nie ma się czemu przyglądać – zauważyła Gauri, oceniając egzystencjalno mieszkalną papkę biedy i luksusu, klejącą się wzdłuż ulic. Dużo bardziej niż w biednych częściach ziemskich Indii, maź przeludnionego trwania zasłoniła jakiekolwiek przejawy architektury czy flory. Na Ziemi, którą pamiętała, nie było tak szarych i straszliwych miejsc. Teraz być może już były, nie wiedziała jednak o tym na szczęście.
  • Najbardziej centralne i historyczne dzielnice są zadbane – rzekła Wadż. – Aby do nich wejść, trzeba wnieść opłatę, chyba, że ktoś tam mieszka, zaś czynsze są gigantyczne. Wraz ze wzrostem przeludnienia, ceny rosną.

   Minął ich kuberiański odpowiednik autobusu. Miał cztery piętra obwieszone ze wszystkich stron kulą pasażerów. To osoby mieszkające na prowincji korzystały z szansy na pracę w mieście. Nie narzekały, gdyż uprawy rolne były dla większego zysku w mackach nielicznych farmerów i licznych maszyn. Prowincja stała się piekłem, jeśli wykluczyć z tej definicji niektóre uzdrowiska, miejsca pielgrzymkowe i ośrodki masowej rozrywki. Gauri i Ludwik przeszli kilka alej i natknęli się na bramę opłat zagradzającą dostępu do eleganckiej dzielnicy. Zapłacili kilka muszli i weszli do środka, gdzie było spokojnie, czysto i schludnie jak 200 lat temu. Wszędzie też łatwo było dostrzec widome oznaki luksusu. Nawet fasady prostych kamienic, których nawet w starych dzielnicach nie brakowało, pokryte były rzadkimi materiałami i zdobione przez wybitnych artystów dźwiękokształtowych. Było też więcej sztucznych sadzawek i rzeczek, gdzieniegdzie płynęły też cienkie nitki lawy, sztucznie tu doprowadzonej z dalekich i coraz bardziej nieosiągalnych źródeł. Eleganckie rezydencje zdawały się pozbawione mieszkańców. Przeszli spory kawałek, nim dostrzegli ich zgromadzonych przy rzece lawy, która dzięki zdolnościom inżynierów i ogromnym funduszom powróciła do swego starego, opuszczonego setki lat temu koryta. Było tam więcej ludzi, gdyż na czas losowań wybrańca okazywało się, że miejscowa gmina obejmuje znacznie więcej osób niż mieściła luksusowa dzielnica. Ubodzy sąsiedzi z okolić przybywali takiego dnia tłumnie, zaś jedyną rzeczą, która im psuła humor, było to, że wybrańca wybierano niemal zawsze z ich grona. Nikt jednak nie wątpił w to, że tak chciało Ciepło, może poza wybranką, która była właśnie oczyszczana przez najlepszego kata w mieście. Istota wpleciona w narzędzia tortur nie przypominała już za bardzo Kuberianki, lecz zmuszono ją w końcu by wstała i wraz z workiem życzeń szła w stronę lawy. Wnętrzności ciągnęły się za nią pozostawiając smugi posoki na przyozdobionej drodze do rajskiej groty. Transmisje z tego miejsca były bardzo popularne w mediach, zgromadzona gawiedź pokrzykiwała radośnie i w podnieceniu. Biskup, skakał obok ofiary ukazywał się dziennikarzom z dumą i elegancją. Był zadowolony z siebie, dawał przecież bliźniemu przepustkę do krainy Ciepła.

   Gauri odbierała zmysłami ten ponury spektakl z pełnym przerażenia obrzydzeniem. Okaleczona w okrutny sposób istota wciąż trzymała się kurczowo swojej egzystencji, została więc ponownie oddana w ręce kata. Większość istot zgromadzonych w tłumie drżała w niezdrowym podnieceniu. Ruszyły w ruch narzędzia, trysnęła posoka i rozległ się niekuberiański dźwiękokształtny wrzask. Różne elementy organizmu, będące owocem miliardów lat ewolucji, były rozwlekane przez prymitywne, metalowe narzędzia, których nikt nie czyścił z tutejszych wirusów i organizmów jednokomórkowych. Ta myśl dla Gauri była równie okropna, jak niepojęty fanatyzm religijnych memów. Oto coś złożonego służy do takiej oto destruktywnej zabawy. Istotą tej rozrywki jest zaprzeczeniu temu wszystkiemu co unosi się nad sklepieniem rozległej groty i krainy. Zanegowanie pędzących przez niezmierzone puste obszary gwiazd i planet, trylionów i trylionów możliwych zdarzeń, gasnących i samopowielających się. Czemu innemu służyła ta upiorna, rozpaczliwa przemoc jak nie utrzymaniu wiary w nieśmiertelność i w ważność owego „jestem, jaki jestem”, które czyni swoich zwolenników władcami wyrosłej ze strachu krainy rojeń.  

  • Jestem tu – myślała Gauri, –  mój mózg odbiera dane o dotykaniu ziemi odległego księżyca, na którym zaistniała ewolucja naturalna. Moje ciało, z którego biegną tak wydłużone wirtualnie zmysły, znajduje się na NZDelhi, też daleko od wszystkiego, co wcześniej znałam. Lecz również na Ziemi byłam drobną iskrą z ognia przemian wszechświata, iskrą która coś zaczyna widzieć, maleńkim spojrzeniem entropicznego ognia. I co odczuwam poprzez sferę kuberiańskich zmysłów? Żywiel utrzymująca najistotniejszy element swego ulubionego memu. Sen o wieczności, władzy i potędze. Zbrodniczy sen. Sen głupców… Wadż! – rzekła głośno w myślach. – Z tym trzeba coś zrobić. Proponuję wirus który działa na większe zgromadzenia osób cieszące się torturowaniem jednej z nich. Niech wirus, tak jak i wiele innych zawarty będzie w „świętych księgach”, tak by kapłani mieli go stale ze sobą.
  • Jak on miałby działać, panienko? – spytał kompozytor, również w myślach, albo może po prostu przy kamieniu teleportacyjnym, co na jedno wychodziło. Ludwik stwierdził, że musi skomponować operę o Torquemadzie, przodowniku katolickiej inkwizycji.
  • Przenieś nas z powrotem do willi archeologów – poprosiła Gauri Wadż, nie mogąc patrzeć na kształt usiłujący pełznąć po rampie w celu zbawienia. – Ciężko tu rozmawiać.
  • Rozumiem – rzekła Wadż i przeniosła ich do poprzednich spojrzeń, których przezornie nie usunęła. Atmosfera ogrodu podziałała kojąco. Wonne porosty kołysały się dźwiękokształtnie pod wpływem oparów płynących z lawy i ciepłych sadzawek. Gauri i Ludwik przystanęli wśród roślin wygodnie, zaś jeden z robotów powitał ich przynosząc wyrafinowany napój błotny.
  • Więc – ukazała i rzekła Gauri na sposób kuberiański, tak, by archeolodzy też ją słyszeli. – Trzeba wirusa, który oddziaływałby na zgromadzenia wiwatujące „wybranym”. Ci, których to cieszy, których to nie napełnia lękiem i odrazą, powinni skamienieć. Zacznijmy też grać w otwarte karty.
  • Otwarte karty…? – zdziwili się archeolodzy, zaś Wadż szybko przekazała im wiedzę o ludzkiej grze w karty i związanych z nią porzekadłach. – Rozumiemy – rzekły po chwili roboty metalicznym chórem.
  • Niech na owych skamienielinach pojawi się dźwiękokształtowy napis we wszystkich stosowanych na Kuberze formach zapisu – kontynuowała Gauri, – niech napis mówi, że religie to wymysły, to narkotyki (obraz) zaś bogów wymyśla się ze strachu i z braku zaciekawienia światem, jedynym powodem słusznych i błędnych myśli.
  • Czyli ci, którzy okażą więcej lęku, niż satysfakcji podczas ceremonii „wybranego w zamian za kapłana” mają przetrwać? – upewniła się Wadż. – Mówię więcej, gdyż niezdrowe podniecenie na widok przemocy jest atawistyczne, nawet ktoś ciekawy może okazywać odrobinę takiego atawizmu.
  • Tak, masz rację Wadż, dziękuję – ucieszyła się dziewczyna. – Niech to będzie oparte na ocenie zakresu doznań. Gdy więcej będzie w widzu przerażenia i negacji w związku z „wyborem”, niech nie kamienieje, gdy zaś odwrotnie – niech obróci się w kamień. Niech też ci nieliczni, którzy nie skamienieli, otrzymają dwa ulepszenia z pomocą nanobotów bądź wirusów. Po pierwsze niech wzrośnie ich odporność na chłód i niech to też wejdzie w komórki płciowe, niech będzie dziedziczone. Po drugie, niech wzrośnie sprawność ich metabolizmów,  niech zyskują więcej energii z mniejszej ilości pożywienia. To też niech będzie dziedziczne. Po trzecie niech ich organizmy wydzielają więcej hormonów stymulujących odwagę i dobry nastrój, co z pewnością nie w każdej sytuacji okaże się ulepszeniem. To także niech przechodzi na potomstwo.
  • Wydaje mi się, że powinnaś grać dalej w otwarte karty – stwierdziła Wadż. – Na podstawie dostępnych mi modelów przyszłości, muszę stwierdzić, że twoje pomysły są trafne. Intuicja, czyli przypadkowa moc obliczeniowa Natury ci sprzyja. Może to ten piękny kuberiański ogród, jego wspaniała atmosfera, stymulują cię do tak wielkiej przenikliwości. Skoro masz zatem tak zwaną „chwilę natchnienia”, próbuj dalej.
  • Wciąż obawiam się o problem tła – zmartwiła się Gauri. – Cóż z tego, że zewnętrzne przejawy fanatyzmu zostaną w tej żywieli zwalczone, skoro wciąż pozostaną kuberianiści myślący na zasadzie „ja i tło”.  Skoro wciąż pozostanie kuberiaństwo jako czołowy temat rozmyślań i sztuki. Skoro wciąż wszyscy będą myśleć, że jakaś tam wydzielina ciała, czy mechaniczne wspomnienia ważniejsze jest od grudki kuberiańskiej ziemi, lub dalekich gwiazd? To jest tak naprawdę dużo groźniejsze od tego ponurego spektaklu, który niedawno oglądaliśmy.
  • Działaj śmiało – zawyrokowała Wadż. – Bez radykalnych działań nigdy nie uleczysz poważnej choroby, zaś żywiel to nicość lub też poważna choroba. Gdy będziesz łagodna, być może nie będziesz się tak martwić o skutki swoich działań, lecz przyniosą one dużo więcej niemiłych rzeczy, niż ostre cięcie chirurgicznym skalpelem.
  • Ostre cięcie mówisz? – upewniła się Gauri.
  • Tak – zapewniła ją Wadż, – właśnie tak. Pomyśl o problemie tła i zastanów się, co trzeba usunąć. Pamiętaj, że Kubera jest przeludniona. Głód zbiera ogromne żniwo, najprawdopodobniej też ginie więcej wartościowych Kuberian niż tych, których odejście zrobiłoby dobrze wszystkim. Ograniczyłaś płodność kapłanów i stworzyłaś potężną broń pomocną w wyludnianiu gmin religijnych co jakiś czas. Jesteś na dobrej drodze. Sądzę, że ze Smokowijem i kwestią jego posągów też poradzisz sobie dobrze. Pozostaje problem tła…
  • Sądzisz? – zaśmiała się dziewczyna. – Przecież znasz nasze myśli, z łatwością analizujesz nasze fale mózgowe, zwłaszcza, gdy jesteśmy podłączeni do przygotowanych przez ciebie spojrzeń…
  • To oczywiście prawda – śmiech Wadż rozległ się w ich myślach, – lecz tak się wygodniej rozmawia. Myślę, że dyskusje z kimś kto zna wasze myśli mogłyby być dla was trochę krępujące, choć oczywiście warto się nauczyć nie przejmować się tym. Lecz, wszystko po kolei. Korzystaj z tej pięknej chwili. Z nagłej zmiany nastroju od dyskomfortu do spokoju jakim emanuje ten ogród.
  • Mam zatem pomysł – stwierdziła śmiało Gauri. – Za jakieś sto lat, wedle miary tutejszych metabolizmów, należy uruchomić dużą ilość analizatorów składu otoczenia.
  • Tych samych, którymi posługują się badacze planet? – upewniła się Wadż.
  • Dokładnie – rzekła Gauri, – należy je jednak zmodyfikować tak, by niczym pchły towarzyszyły Kuberianom. Wtedy niech im szepczą co jakiś czas, na przykład raz na odpowiednik metaboliczny ziemskich dziesięciu godzin, że zarówno ich nosiciele, jak ich myśli składają się dokładnie z tych samych pierwiastków chemicznych, jakie występują w otoczeniu. Jeśli ktoś, obok zdziwienia i przestrachu okaże zainteresowanie, a nawet zadowolenia taką spójnością otaczającej go i będącej w nim materii, owe szepty powinny cichnąć na dłuższy czas, po czym znów się powtarzać. Gdy jednak ktoś z wściekłością zaprotestuje przeciwko takim informacjom na temat natury jego świadomości i otoczenia, powinien po kilkuset próbach zostawać unicestwiony.
  • To z pewnością zapobiegnie przeludnieniu Kubery – zauważył Wadż. – Pomysł jest doskonały i zostanie zrealizowany.
  • Czy nie jest zbyt brutalny? – zapytał dziewczyna.
  • Spójrz na to inaczej – stwierdziła Wadż, – gdybyś rozłożyła na przestrzeni milionów lat mniej brutalną metodę, czy zginęłoby mniej osób? Czy na przykład bankier, który jest nieuczciwy i zabija po trochu tysiące biedaków, doprowadzając ich do powolnej śmierci na przestrzeni lat jest mniej groźny od mordercy, który nagle zabija jedną osobę? Niektórym z owych zabijanych przez bankiera łatwiej się może obronić, niż osobie, której zabójca wbił nagle nóż w plecy. Lecz i tak bardzo często bywa, że bankier jest większym zabójcą niż morderca. Oczywiście, poczynania bankiera rozpływają się w bezmiarze postaw całego społeczeństwa, zaś ofiary zbrodni nikt nie wskrzesi, niezależnie od tego co myślał zabójca i co myślała ona, nie zależnie od tego, co czuli też ewentualni świadkowie. Lecz nawet z tą poprawką najwięksi spośród zbrodniarzy nigdy nie okaleczyli drugiej istoty fizycznie. Niektórzy z nich nawet nie wiedzieli, że są zbrodniarzami, lecz czy głupota jest usprawiedliwieniem?
  • Rozumiem – zgodziła się Gauri. – Po wprowadzeniu mierników problemu tła należy też zacząć zrzucać ulotki dotyczące ewolucji naturalnej i narodzin poszczególnych pierwiastków chemicznych. Czyli krótki opis młodości wszechświata, po czym ukazanie zjawiska supernowej. Analizatory otoczenia nie powinny też atakować młodych, to bardzo ważne. Powinny atakować jakieś dwa lata po osiągnięciu dojrzałości płciowej.
  • To dobry pomysł – zgodziła się Wadż, – czy przerzucić cię do następnej lokacji?
  • Poczekaj chwilę – rzekła dziewczyna wpatrując się w otaczający ją ogród. Coraz bardziej uczyła się piękna natury pozbawionej świtów i zachodów słońca. Coraz mocniej odczuwała przyjemność płynącą z bliskości strumyków lawy i ciepłej wody. Tak jak w ziemskich ogrodach swojego dzieciństwa, miała ochotę pobiec przed siebie i poczuć się beztroskim dzieckiem. Wiedziała, że to tylko atawizm, lecz trapiła ją rozterka.  – Wydaje mi się – rzekła,  – że osoby z problemem tła nie powinny być unicestwiane. Niech dotknie ich bezpłodność.
  • Ale dlaczego? – zdziwiła się Wadż. – Twój pierwszy pomysł nie był zły. W ten sposób przedłużysz tylko czas potrzebny zmianom. Zwolennicy tła będą konsumować zasoby, zaś bardziej sensowni Kuberianie w tym czasie będą ginąć z głodu.
  • Osoby z problemem tła mogą mieć krótkie przebłyski – zauważyła Gauri, – prócz tego nie chcę, żeby ci co zostaną byli jakimiś ciamajdami. Mądrość nie powinna się wykluczać z walką o przetrwanie. Niech burzą się, niech urządzają rewolucje przeciw bezpłodnym starcom. To co zdobyte z trudem, tym bardziej jest szanowane.
  • A wiesz, że masz rację! – zakrzyknęła w jej myślach Wadż. – Sama widzisz, że tak jak ci już mówiłam, w pewnym sensie jestem dużo młodsza od ciebie. Niech będzie tak jak chcesz.

   W tym samym momencie Gauri opuściła swoje Spojrzenie i znalazła się nad wieloma miastami Kubery w postaci wielkiego boga Smokowija. Obrazy dzielnic i budynków nakładały się pod nią na siebie tak, że niewiele widziała. Nie było to jednak istotne. Zaczęła wić się w powietrzu, uderzając o wystające w dół dzielnice sklepień wielu grot. Zamieszkała tam ludność musiała uciekać z przerażeniem, była jednakże zbyt wielka, aby to dostrzegać.

  • Wróciłam – wyemitowała gromkie dźwiękokształty, – ja nie jestem bogiem. Jestem jaszczurką z planety (…) – Gauri rzeczywiście ukazała zgromadzonym planetę (…), podobnie jak poprzednio raj. Wszystkim zdawało się, że na niej stoją, że ogarniają ich roje jej dziwacznych stworzeń, tych małych i tych ogromnych. Wizja była straszliwa, nikt normalny nie mógł jej już nigdy wyprzeć z pamięci. Krajobraz planety (…) był wprost esencją lęku. Na planecie (…) żyły też Smokowije, które wcale nie były bogami, lecz członkami cywilizowanej, nieżywielowej społeczności. Cała trudna do opisania groza brała się jedynie z innych obyczajów i zmysłów tych istot. Ktoś mógłby pomyśleć, że one się nawzajem pożerają, lecz był to jedynie sposób komunikacji. Ciała Smokowijów nie były zbyt gęste, zdawały się zatem ciągle pękać i odradzać. Była to jednak tylko najzwyklejsza forma poruszania się w przestrzeni, czynności jak najbardziej popularnej i wskazanej dla bytów należących do królestwa fauny. – Ja nie jestem bogiem – powtórzyła dziewczyna. – Bogów nie ma. Spójrzcie jak łatwo znikły wszystkie księgi mojej religii – rzeczywiście znikły, – myślcie, nie ufajcie dźwiękokształtnym stronom. Nie leczcie samotności złudzeniem, nie leczcie lęku złudzeniem. Wszyscy jesteśmy śmiertelni i nie ma w nas nic, co zasługuje na to, by trwać przez wieczność. Już po pierwszym tysiącu lat każdy z was by oszalał. Pomyślcie zaś o milionach i miliardach lat. Nie przesłaniajcie sobie zbrodniczą chciwością rozległych głębi wszechświata. Nie gubcie w niej wspaniałości życia, wyrosłego z ewolucji naturalnej. W miejsce ksiąg, które zniknęły daję wam te, które traktują o biologii i gwiazdach. Nie musicie w nie wierzyć. Wręcz przeciwnie, podważajcie je, rozszerzajcie przyjęte definicje, wątpcie i rozszerzajcie zawartą w nich wiedzę. Nie pozwalajcie, by rządził wami ktokolwiek, komu zdaje się, że zna prawdę, że ma jakieś księgi boga, lub kto utrzymuje, co na to samo wychodzi, że sam jest bogiem. Unikajcie takich samozwańczych kacyków. To złodzieje waszego czasu, wrażliwości i wyobraźni. To mordercy zbierający armie dla obrony swych szalonych idei. Kazałem wam rzeźbić posągi, gdyż były mi potrzebne. Byliście dla mnie ziemią, w której nie zasiano porostów. Po co miała leżeć odłogiem? Czy miałem litować się nad istotami martwymi w swej zbrodniczej głupocie? Oto je wziąłem, by ozdobiły mój dom, zaś w zamian daję wam te oto słowa i mądre księgi w miejsce bredni, którym dawaliście wiarę. Wszędzie pojawią się obeliski, gdzie wyryte będą te słowa. Nie łatwo je będzie wam zniszczyć, choć zechcecie niektóre z nich zasłonić lub pogrążyć w ziemi. Żegnajcie – na te słowa Gauri opuściła Smokowija unoszącymi się nad wieloma miastami Kubery.

 

   Ocknęli się nad kamieniem teleportacyjnym. Misja na Kuberze była tym razem szczególnie męcząca. Dziewczyna miała wciąż w oczach smutne pejzaże przeludnionej planety i tortury, które udoskonalił religijny fanatyzm. Z przyjemnością wyszła przed pawilon, gdzie kolorowe papużki przekomarzały się z metalicznym ptakiem, podobnym nieco do wróbla. Kolorowe ptaszki z zadowoleniem powtarzały dwunastotonowe serie, zaś mechaniczny ptak był zachwycony znajdując uczniów. Scena ta była ogromnie zabawna i Gauri, jak i Ludwik wybuchli gromkim śmiechem. Kot Schroedingera otarł swoje metaliczne futro o stopę wystającą z rąbka sari Gauri i pobiegł w stronę ptaków, aby je nastraszyć. Zafurkotały skrzydła, lecz lekcja nie została przerwana, ptaki kontynuowały ją z powodzeniem w powietrzu.

  • Jest dziś tak jesiennie – zauważyła królowa NZDelhi, – roboty muszą palić gdzieś liście. Przypominają mi mieszkańców ziemskiego Delhi, którzy u progu zimy palili wszystko, co było do spalenia, niekiedy używając w tym celu dachów budynków.
  • Tęsknisz za nimi? – zapytała Wadż.
  • Nie – odrzekła Gauri, zaś w jej ciemnych źrenicach odbiło się słońce. – Zawsze marzyłam o tym, by udać się do gwiazd, by poznać sąsiadów. Zawsze byłam szczęśliwą osobą, lecz martwiło mnie to, że urodziłam się w technologicznym paleolicie, kiedy ciekawe przedsięwzięcia nie są jeszcze możliwe. Patrząc zaś na otaczającą mnie żywiel, nie byłam wcale pewna, czy dla naszego gatunku ów czas łupanego kamienia się skończy. Kiedyś łudziłam się choć tym, że jakimś naukowcom uda się skonstruować SI. Lecz przecież definicje rozumu, inteligencji, „człowieczeństwa” były w moich czasach po stokroć prymitywniejsze niż w okresie starożytności. Ludzie wyrośli z selekcji, która ceniła sobie bezrozumną wiarę, byli chyba w moich czasach gorsi, niż ci, którzy cztery tysiące lat temu pisali piękne wedy.

 

„Pasja, która śpi w lwie, tygrysie oraz żmii

Co w ogniu płonie, brahmanie i w słońcu

Bogini szczęsna – co zrodziła Indrę

Niechaj przybędzie do nas razem z blaskiem chwały.”

 

  • Piękne – ucieszyła się Wadż i wyrecytowała kolejną strofę.

 

„Pasja, co drzemie w słońcu, panterze i złocie

W otchłani wód, w stadzie bydła, tłumie ludzi

Bogini szczęsna – co zrodziła Indrę

Niechaj przybędzie do nas razem z blaskiem chwały.”

 

  • W czym widzicie piękno tych strof? – zapytał kompozytor.
  • W tym – odparła poetka, – że dla ich poety wszystko jest zmysłową i wyrafinowaną jednością. Łącząca wszystko pasja to szakti, energia przemian w uniwersalnym sensie, lub choćby światło, fala elektromagnetyczna w sensie bardziej lokalnym.
  • To bardzo piękne! – zachwycił się Ludwik i zaczął komponować pieśń.

 

   Następnego dnia rano Gauri miała się udać na premierę filmu „Odkrywcy” w kinie Plaza. Jej uczniowie z SNA byli odpowiedzialni za sporą część nzdelhijskiej kinematografii. Produkowane obrazy nawiązywały bowiem do indyjskiego teatru muzycznego, tak jak miało to miejsce z dawnym, indyjskim Bollywoodem wywodzącym się z Mumbaju. Ambicją dobrych dzieł było przede wszystkim ukazanie ras, nastrojów podobnych do greckiej katharsis, wyrywających oglądającego z jego „ja”, z jego „tu i teraz” poprzez nagłą kumulację wrażeń płynących z fabuły, muzyki i tańca. Istniało osiem, lub dziewięć artystycznych nastrojów – męstwo, obrzydzenie, przerażenie, miłość, gniew, smutek, waleczność, humor i, dodany z inspiracji buddyjskiej, stoicki spokój. Dziewczyna nie miała pojęcia, jak robotom uda się oddać te nastroje, zwłaszcza, że większość dobrych filmów które znała w dużej mierze opierało się na nastroju miłosnym, zwanym shringarą. Ekipa tancerzy z SNA miała póki co wybitnie humanoidalne kształty. Większość znanych aktorów nzdelhijskich wywodziło się z niej. Dla potrzeb filmu często nakładali na siebie materiał podobny do ludzkiej skóry i wyglądali zupełnie tak, jak aktorzy z Ziemi. Za radą Wadż umieli być ogromnie atrakcyjni seksualnie, a także bardzo ojcowscy i matczyni. Nie brakowało też przestępców, których wygląd, podobnie zresztą jak w ziemskich filmach, miał z góry zapowiadać złowróżbne zamiary odgrywanej postaci. Aby delektować się rasami, widownia, składająca się z robotów i Spojrzeń turystów, zakładała swego rodzaju atawistyczne okulary, pozwalające jej odczuwać poszczególne rasy i cechy charakterystyczne postaci.

   Ważnym celem kina było oczywiście wykształcenie w pełni niezależnej sztuki dramatycznej na NZDelhi. Na razie wszystko było w trakcie realizacji. Ważne zadanie tkwiło w rękach Gauri, która miała opracować klasyczny taniec nie związany z ludzkim ciałem, dający się przenosić na różne formy. Tutaj też pojawił się problem związany z nastrojem miłosno – erotycznym. Nie bez znaczenia w tańcu było bowiem to, że tańczy kobieta, lub mężczyzna. W wielu tańcach części ciała tancerzy, atrakcyjne seksualnie, były znakiem dla widzów. Devdasi, tancerki świątynne kultywujące taniec klasyczny przez długie wieki, były niekiedy rytualnymi prostytutkami. Stosunek płciowy z nimi był dla odwiedzającego chram modlitwą i medytacją. Para wcielała się w czczone w przybytku bóstwa, które były zawsze antytetyczną parą siły kobiecej i męskiej. To mogło wydawać się śmieszne, lecz bądź co bądź całe życie organiczne na ziemi było ubocznym efektem wędrówki genów poprzez proces rozmnażania się. Zatem sztuka tańca przeglądała się w rzece przemian, z których wyrośli zarówno tancerze, jak i (w dużej przynajmniej mierze) sam taniec. Nie było w tym nic dziwnego, ani śmiesznego. Wręcz przeciwnie.

  • Dobrze – rzekła do siebie w myślach Gauri, – chyba trzeba by było ustalić na powłokach tancerzy jakieś sfery erogenne. Odpowiedniki damskich piersi, pośladków, ust, szyj etc., oraz zgrabności męskiej, tej zawartej w mocnej klatce piersiowej, ładnie skrojonych nogach, widocznej między nimi jurności. Ale jak to zrobić? – Gauri otwarła drzwi i gwizdnęła na kota Schroedingera. Kocur znów ją zaskoczył, przybiegając do niej od strony ogrodu. – Być może trzeba zastosować pewien rodzaj farby – rozmyślała dalej dziewczyna. – Pokrywać się nim będzie korpus tancerza niezależnie od jego kształtu. Stopień nasycania barwnika będzie oznaczał większą lub mniejszą fascynację widza z demonstracji określonego fragmentu korpusu poprzez ruchy tancerza. –   dziewczyna postanowiła pójść na piechotę. Dzień był rześki i przyjemny. Wkrótce dotarła do sali audiencji, minęła las jej czerwonych kolumn i weszła w elegancki, zasklepiony bazar, utworzony na modłę turecką w XVII wieku przez architektów cesarza Shahjahana. Kolebki sklepień unosiły się nad nią, zaś przezrocza wypluwały z siebie poranne światło. Zgodnie z jej zaleceniami, mieścił się tu teraz najbardziej elegancki targ sztuki w mieście. Handlarze dopiero zaczynali otwierać swoje stoiska i nieco zaspani pozdrawiali królową. Roboty zaadoptowały cykl snu i dziennej aktywności, uznając, że ów biologiczny rytm pozwoli im się zaadoptować do planety, która stała się ich ojczyzną, jak także wyrobić sobie wrażliwość na dualizmu będące interesującym elementem wszechświata. – Tak, to dobry pomysł – uśmiechnęła się do siebie Gauri, wyjmując z pyska kota Schroedingera małą statuetkę ptaszka, którą kocur porwał jednemu z rzeźbiarzy. Artysta rozłożył swoje mechaniczne chwytaki w geście ofiarodawcy, dumny, że owoc jego pracy znajdzie się w rezydencji królowej. Dziewczyna pokiwała więc przyjaźnie głową, złożyła ręce w geście wdzięczności i pozdrowienia, po czym wyjęła figurkę z mordki kocura i niosła ją w dłoniach. Była rzeczywiście ładna. – Starczy też, że wyposaży się widzów w pobudzacz atawistycznej fascynacji, w formie okularów, czy innych nakładek na zmysły. Będzie on reagował na ów kolor, lecz tylko wtedy, gdy poddany będzie odpowiedniej pulsacji – Gauri minęła okazałą bramę Czerwonego Fortu. Nigdy nie mogła się nasycić pięknem jej proporcji, eleganckich blanków, łuków, dzwonowatych kopułek. Bardzo cieszyło ją, ze również pozostałe bramy cesarskiego fortu zostały odrestaurowane w odpowiedni sposób i wyeksponowane. Za murami był rozległy, trawiasty stok, dalej zaś dwie świątynie, z której jedna była siedzibą SNA. Gauri minęła ją jednak, gdyż zamierzała udać się po filmie do głównego gmachu jej akademii, który mieścił się w okolicach Mandi Hause, gdzie wznosił się najwyżej w górę gmach nzdelhijskiej telewizji, prowadzący bezgłośną rozmowę z Teatrem Ramy, w którym rozwijały się sztuki dramatyczne. – Tam również mój wynalazek przyda się z całą pewnością  – dodała w myślach. – Jeśli zaś chodzi o rytm, to on również ma wiele wspólnego z Erosem. Migotanie podniecającej widzów barw musi być oparte na ekspresji aktu kopulacji – pokręciła głową, nie spodziewała się bowiem, że będzie musiała rozłożyć sztukę tańca na czynniki pierwsze. Gdy była jeszcze nastolatką w ziemskim Delhi i uczyła się tańczyć, z pewnością ogromnie zawstydziłaby się słysząc takie rzeczy, albo też zirytowała. Ale taka była prawda. Wszystko przecież na Ziemi wyrosło z procesów rozmnażania i postępujących przy okazji przypadkowych mutacji. Dopatrywanie się seksualnych korzeni u podstaw sztuki wyrosłej z Ziemi nie było niczym niewłaściwym. Należało tylko iść dalej, wiedzieć, że seksualność powstała z procesu replikacji, zaś proces replikacji był najpewniej odmianą procesu podobnego do narastania kryształów. Istotą tego procesu narastania była geometria związków lub pierwiastków chemicznych. Zatem u prawdziwych podstaw tańca i większości innych sztuk tkwiła geometria, która zresztą ani na moment ich nie opuściła. – Pod drodze od geometrii do geometrii jest po prostu, między innymi, tancerz, którego należy pomalować w sfery erogenne, które winny działać poprzez ich rytmiczne zasłanianie i odsłanianie. Więc widz powinien mieć nie tylko atawistyczny receptor samego barwnika, lecz także miernik rytmu. Barwnik bez rytmu powinien działać łagodnie, sprawiać lekką przyjemność. Pod wpływem umiejętnego rytmu winien prowadzić do ekstazy i tą drogą winna wkraczać sztuka, oraz jej katharsis. Później malowane atawizmy zostaną zastąpione czymś bardziej złożonych, lecz podobnie wynikającym z mocy obliczeniowej przypadkowych przemian Natury. Może będzie to swoisty koktajl rozmaitych, występujących na różnych gwiazdach i planetach atawizmów, jakaś ich twórcza esencja, sama w sobie rozszerzająca horyzonty patrzącego.
  • Sam podkład będzie sztuką – zauważyła w myślach Gauri. – Zupełnie jak tureckie ebru, czyli tworzone wodną techniką wzory pod kaligrafię. Trzeba artysty, by ebru było arcydziełem. Na tym zaś pisana jest ręką artysty kaligrafia. Zatem taniec, film, dramat będą jak kaligrafia, zaś dobór atawistycznej esencji będzie jak ebru.

   Dziewczyna wyciągnęła komunikator i zreferowała swój pomysł ministrowi sztuki. Musiała to uczynić natychmiast, gdyż bała się, że zapomni. Idea została przyjęta bardzo przychylnie. Już następnego dnia miało się odbyć głosowanie nad nią, oraz nad powołaniem Biura Tworzenia Atawistycznej Esencji. BTAE miałoby powstać w celu poszukiwania atawizmów, studiowania ich, katalogowania i używania ich w artystyczny sposób. Pomysł był doskonały, zatem głosowanie nad tą ustawą było li tylko czystą formalnością. Telefon Gauri, podobny do ołówka, wyłączył się. Mody na te urządzenia ciągle się zmieniały i niemal co tydzień wszyscy zmieniali je na nowe. Oczywiście mieszkańcy NZDelhi mieli również komunikatory wszczepione, lub wbudowane w siebie, lecz nie było w dobrym tonie częste ich użycie. Decydowała o tym zasada podobna do tej, jaka zwiększała sprzedaż papierowych książek. Telefon będący odrębnym przedmiotem symbolizował rozmowę i rozmówcę, pozwalał też swobodniej ustalać relacje między prowadzony dialogiem, a otoczeniem. Użytkownik mógł się dzięki temu łatwiej zdekoncentrować, uciec myślami w zawiłe harmonie otoczenia. Telefon zewnętrzny pozwalał na mniej doskonałe, lecz bardziej twórcze rozmowy.

   Oczywiście każdy miał też swoje bliskie numery, które nieodmiennie rozlegały się w myślach. W przypadku Gauri byli to Wadź i Ludwik, oraz na nieco innej zasadzie, Słoneczny. Ci pierwsi byli po prostu przyjaciółmi, natomiast kosmita był też nauczycielem i w pewnym stopniu „pracodawcą”. Gauri spojrzała na otoczoną wysoką zabudową Chadni Chawk. Nawet w pierwotnym chaosie przeludnionego bazaru owa aleja miała swój trudny, aczkolwiek nieodparty urok. Teraz, po przeróbkach NZDelhijskich architektów, ulica po prostu zapierała dech w piersiach. Wiał przyjemny, rześki wiatr. Stare kamienice i świątynie piętrzyły się po obu stronach. Z jednej strony widać było megalityczną bramę Czerwonego Fortu, z drugiej zgrabny, niewielki meczet zaprojektowany przez jedną z córek Shahjahana. Na ulicy, tak jak dawniej kwitł handel. Było tu wiele książek, instrumentów i obrazów. Pojawiały się rzeczy przywiezione z innych układów gwiezdnych. Obok Spojrzenia turysty coraz częściej pojawiały się Spojrzenia kupcy. Wiele pozanzdelhijskich towarów zamkniętych było w utrzymujących oryginalną temperaturę, ciśnienie i skład chemiczny atmosfery skrzyniach. Jedynie przedmioty wykonane z prostych substancji chemicznych spoczywały bez żadnej ochrony, mniej lub bardziej fantazyjnie porozrzucane na kupieckich kramach. Gauri uśmiechnęła się na myśl o tym, jak bardzo niedoświadczonym dzieckiem jest na tle swoich poddanych. Ona dopiero uczyła się poznawać planety obce jej atawizmom, zaś niektóre roboty spędzały większość swojego czasu w zupełnie dla niej abstrakcyjnych światach poszukując odpowiednich partii towaru, lub zajmując się projektami badawczymi i dyplomatycznymi.

   Mimo to nie była chyba tylko kulą u nogi młodej nzdelhijskiej cywilizacji (o ile tylko można mówić o „nogach” cywilizacji). Rozkręcenie SNA, a także jej współpraca z Ludwikiem przyciągały do miasta i planety nowych turystów, zaś waluta nzdelhijska stała się dla wielu z nich atrakcyjna, gdyż można było tu nabyć interesujące usługi i przedmioty. Z tych samych względów na NZDelhi przybywali kupcy, chcąc pozyskać tutejszy pieniądz i wydać go na zakupach. Dziewczyna nie miała pojęcia dla ilu istot jest to jedynie hobby, zabawą, dla ilu zaś poważnym zajęciem. Najwartościowsze koncerty i kolekcje były na NZDelhi otwarte za darmo, również wielu sąsiadów dzieliło się skarbami swoich kultur bez chęci zysku. Dojrzałe cywilizacje były samowystarczalne, rzadko rządziła nimi chęć zysku lub podboju. Największym dobrem były świeże pomysły na dzieła sztuki i projekty badawcze, lecz tym nie trzeba było handlować. Cywilizowani sąsiedzi cieszyli się wzajemnie ze swoich dokonań, z chęcią też włączali się w interesujące przedsięwzięcia.

   Gauri nadłożyła trochę drogi, aby spojrzeć na pięknie odrestaurowany dworzec „Stare Delhi”. Dawniej to miejsce ją przerażało, gdyż na krętych przydworcowych uliczkach, skądinąd bardzo pięknych, roiło się od okaleczonych żebraków. Wszyscy wiedzieli, że ci nieszczęśni inwalidzi pracują dla swoich mafijnych właścicieli, którzy przygarnęli ich w dzieciństwie, ratując być może od pewnej śmierci z głodu. Mafia karmiła dzieci, oferowała im nocleg w swojej bazie, zaś maluchy żebrały dla niej cały dzień, przez co inwestycja szybko się zwracała. Gdy maluchy dorastały, łamano im nogi, oślepiano, polewano wrzątkiem skórę, by mogły budzić współczucie kalectwem, gdy kończyła się wzbudzająca życzliwe uczucia altruistów młodość. Dziewczyna wzdrygnęła się i pomyślała o Kuberze. Tam działy się obecnie jeszcze bardziej tragiczne rzeczy, choć przeludnienie powinno maleć, więc może niebawem ilość okrucieństw popełnianych na odległym księżycu również zmaleje.

  • Swoją drogą takie rzeczy zawsze pokazywały, jak niewiele wart jest altruizm – pomyślała Gauri. –  Darczyńca czuje się lepiej dając grosik w rękę zdeformowanego, śpiącego w swym kale kaleki. Lecz dobrodziej nawet nie pomyśli, że gdyby nie takie dowartościowywanie się tanim kosztem, nie byłoby być może wcale tego cierpiącego automatu na pieniądze. Oczywiście, zawsze w jakimś pojedynczym przypadku ów altruizm może okazać się cudownym ratunkiem. Lecz czy jeden szczęśliwy traf usprawiedliwia miliony nieszczęść? Co ciekawe, gdy w grę wchodzi zbrodnia, rządzący się atawizmami tłum patrzy na to w drugą stronę. Pojedynczego zbrodniarza należy natychmiast ukarać, zaś tego, kto zabija po trochu miliony, ogłupiając je, lub okradając i wykorzystując, pozostawia się często bezkarnie. Zatem tak samo jak łaskawość działa na przygodną jednostkę, tak i surowa, okrutna kara działa też na pojedynczy czyn pojedynczego zbrodniarza. Te dwa zjawiska są doskonałym dowodem na kompletną atawistyczność takich zachowań. Altruizm jest w nich równie mechaniczny jak osąd zbrodni, służy zaś własnej satysfakcji.

   Za pięknym, XIX wiecznym gmachem dworca stały na szynach liczne pociągi. Wszystkie były napędzane przez lokomotywy parowe wzięte z muzeum kolejnictwa na południu Delhi, a także sporządzone wedle zachowanych w archiwach zdjęć i ilustracji. W NZDelhi nastąpiło odwrócenie ról pomiędzy metrem a koleją. To pierwsze kursowało do daleko wysuniętych poza metropolię miast satelickich, a także do tak odległych i egzotycznych miejsc jak Wadż, natomiast ta druga nie wykraczała poza właściwe granice miasta, jechała powolnie, zatrzymując się na licznych stacjach, położonych blisko obok siebie, co kilkaset metrów. Jak zauważyła Gauri, archaiczna technologia maszyny parowej fascynowała jej poddanych i z zabytkowych wagonów widać było roziskrzone korpusy robotów. Zachęcona tym entuzjazmem dziewczyna wsiadła do składu przejeżdżającego przez stację Nowe Delhi. Obydwa dworce były położone blisko siebie, lecz przemieszczanie się po między nimi ulicami miasta wydłużało ten dystans wielokrotnie. Przejażdżka parowym składem okazała się niezwykłą przyjemnością. Gauri opierała się od drewniane ramy okienne i uśmiechała się do wiatru targającego jej włosy. Położone obok torów krzewy i budowle przesuwały się leniwie. Nie było tu już cuchnących slumsów, choć nadal podróż utrudniały rozleniwione krowy, kozy i inne zwierzęta. Tory zgrzytały melodyjnie, lokomotywa wyła co jakiś czas pogodnym, melodyjnym dźwiękiem. Para z jej kotłów zapełniała cały pociąg, nieco drażniącą, lecz w sumie przyjemną wonią. Pomiędzy wielkimi dworcami udało się zmieścić ziemskich konstruktorom tej trasy aż cztery małe stacyjki, noszące nazwy ulic i bazarów. Słońce przeświecało przez kłęby dymu przypominając o młodości dnia i świeżości wszystkiego, co działo się na tej młodej planecie.

   Stacja Nowe Delhi zmieniła się nie do poznania. Nigdy nie była ładna, ani szczególnie stara, zatem roboty architekci mogli się popisać swoją inwencją. Nawiązali zaś do najstarszych europejskich dworców, klasycystycznych jeszcze, oraz do żelaznych konstrukcji Eiffla. Stalowe dźwigary i nity łączyły się poetycko z doryckimi kolumnadami, rzeźby antycznych i hinduistycznych bóstw wyglądały zza metalowych ram, ornamentów i zdobień. Usunięto biegnące ponad torami ponure, betonowe pomosty. Przejście pod torami wiodło pod ziemię, przypominając pierwsze stacje paryskiego, albo londyńskiego metra.

   Gauri wyszła przed gmach stylowego dworca, na którego fasadzie odkryła swoją własną podobiznę, wykonaną w fantazyjnym, secesyjnym stylu. Linie jej marmurowej podobizny przechodziły swobodnie w kwiaty i skrzydła fantazyjnych ważek, w pewnym zaś miejscu stawały się geometryczne, by znów przejść w geometrie wielowymiarowe, czego nie umieli dokonać oczywiście ziemscy rzeźbiarze. Dziewczyna przyglądała się samej sobie całkowicie oczarowana, zaś na jej policzkach wykwitły rumieńce, było bowiem coś narcystycznego w tym co robiła. Nie mogła jednakże na to nic poradzić. Posąg był autentycznie piękny, a i ona musiała w sobie coś mieć, skoro aż do tego stopnia zafascynowała znanego kuberiańskiego rzeźbiarza. Poczuła się wręcz zakochana w twórcy tego dzieła, choć wiedziała oczywiście, że jest on robotem i to do tego zwolennikiem ekspresjonistycznej mody. Ostatnio, gdy go widziała, wyglądał jak rozbity witraż zmieszany z zombim z tanich horrorów klasy „B”. Jakkolwiek by nie było, Gauri postanowiła go odwiedzić. A raczej zawezwać do pałacu, była wszakże królową. Cały dzień miała już rozplanowany, lecz wieczorem powinna mieć trochę czasu na zrealizowanie tego pomysłu.

   Droga z dworca na Plac Connaught’a nie była długa. Istniały z zasadzie dwie drogi. Jedna ulicą biegnącą równolegle do torów, która zawsze była tłoczną i pełną riksz i autobusów arterią. Druga zaś biegła wąskim Main Bazarem, następnie zaś rozpływała się w swoich bocznych odnogach, gdzie łatwo było zabłądzić i gdzie wszystko wyglądało inaczej. Z takiej perspektywy można było oglądać znane nzdelhijskie budowle niejako od pleców, czuć się nimi zaskoczonym, doceniać w nich nowe, nieoczekiwanie zbiegi linii i płaszczyzn. U wejścia na Main Bazar stała zawsze dziwaczna konstrukcja. Ni to słup, ni to drzewo, ni to wreszcie rzeźba. Roboty szanowały tę tradycję i starały się co roku ustawić w tym miejscu najbardziej dziwaczną rzecz jaka przyszła do metalicznych głów artystom rzeźbiarzom. Efekty były każdorazowo oszałamiające i w zasadzie nie nadające się do opisu przez pisarza.

  • Witaj, jak się masz? – zapytała w każdym bądź razie ta rzecz, gdy ujrzała królową.
  • Wcale nieźle – odparła Gauri, zaś kot Schroedingera miauknął przenikliwie, co z pewnością miało jakieś znaczenie. – A ty?
  • Chmury są moimi myślami i rozpiera mnie eter – stwierdziła rzecz.
  • Czy to skarga na zły nastrój, czy raczej objaw dobrego humoru? – spytała dziewczyna poprawiając zsuwające się z jej łokcia sari.
  • Żadna z tych rzeczy – powiedziała rzecz. – Gdybyś zamknęła w sobie pejzaż i była też w nim ptakiem, to co wtedy byś czuła?
Ciekawość GauriPowieść Ciekawość Gauri jest eksperymentem mającym na celu badanie granic poznania i tego, co jeszcze możemy nazwać "bytem". Eksperymentalny charakter ma wpływ na strukturę powieści, która pod niektórymi względami celowo staje się antypowieścią. Autorem powieści jest Jacek Tabisz.

Podobne materiały

Zostaw komentarz

Wpisz kod antySPAMowy *