Mniej znani Bachowie, nieznany Haydn i znany Reinhard Goebel

11 marca zawitał w nasze wrocławskie progi dyrygent Reinhard Goebel. Jest na świecie tylko kilka osób równie zasłużonych dla wykonawstwa muzyki dawnej co sławny założyciel Musica Antiqua Köln, który Goebel prowadził przez 33 lata. Zawsze z wielką przyjemnością sięgałem do jego interpretacji muzyki baroku, mając gwarancję, że zetknę się ze starannie dopracowanym wykonaniem. O płyty nie było trudno, gdyż Musica Antiqua Köln nagrała ich pięćdziesiąt, albo i więcej.

W roku 2010 Reinhard Goebel został profesorem Mozarteum w Salzburgu, gdzie objął klasę po Nicolausie Harnoncourcie. Dlaczego wspominam Harnoncourta, zwłaszcza, że Goebel jest dla mnie jeszcze sławniejszym artystą od austriackiego mistrza. Otóż Harnoncourt w samym apogeum pietystycznych wykonań historycznych zbuntował się i stwierdził, że gra na instrumentach dawnych jest znacznie mniej istotna od wiedzy o filozofii i estetyce muzyki dawnej. Cały muzyczny świat obiegły jego znakomite refleksje na temat barokowej retoryki. Dziś mieliśmy okazję usłyszeć Goebla w sytuacji Harnoncourtowskiej, gdyż wykonał on dzieła przełomu baroku i klasycyzmu z NFM Leopoldinum – Orkiestrą Kameralną, zespołem grającym na współczesnych instrumentach. Jedynie klawesyn, na którym grała Aleksandra Rupocińska był kopią instrumentu z epoki.

Cała zatem rzecz dotyczyła tego, jak Goebel przeleje stylistykę osiemnastego wieku na współczesną maszynerię rasowej orkiestry kameralnej. Wyszło mu to świetnie i jestem oczywiście pod ogromnym wrażeniem muzyków z NFM Leopoldinum, którzy grali świetnie. Wszystkie zaprezentowane utwory wymagały bardzo starannego frazowania i nadawania tymże frazom wyrazistości, malowniczego charakteru. To całe dźwiękowe malarstwo, uzyskiwane wyłącznie za pomocą smyczków, było na tym koncercie rewelacyjne i odróżniało od siebie stosunkowo bliskie stylistycznie dzieła różnych kompozytorów XVIII wieku. Mieliśmy zatem Sturm und Drang, jak i uczuciowość muzyki wczesnego neoklasycyzmu.

Pierwszym zagranym utworem była Sinfonia D-dur na smyczki i b.c. Wilhelma Friedemann Bacha (1710–1784) najstarszego syna J.S. Bacha, o którym stale powtarzane hasło głosi, iż był tak nieznośny, że zmarnował swój największy wśród synów Bacha talent. Pech chce, że jak od zawsze najwyżej cenię wśród Bachowych potomków Carla Philippa Emanuela Bacha i jeszcze nikt mnie nie przekonał, że C.P.E. Bach jest mniej zdolny od W.F. Bacha. Co oczywiście nie oznacza, że dzieło Wilhelma Friedemanna nie było piękne. Było i to do tego jak zagrane! Goebel dyrygował bardzo elegancko, nie nadużywając ruchów, widać po nim było gigantyczne doświadczenie nie tylko w prowadzeniu orkiestr, ale i w tworzeniu zespołów muzycznych. Zwłaszcza w tym dziele urzekło mnie bardzo zróżnicowane traktowanie pasaży muzycznych, akcentów, cieniowanie poszczególnych tematów. W Symfonii D-dur szczególnie mnie oczarował zawarty w niej oddech i przestrzeń oznaczająca odchodzenie od nieco klaustrofobicznego późnego baroku, z jego obecnym w wielu sztukach i dziełach horror vacui. Wilhelm Friedemann odchodził od owego tłocznego baroku stanowczo, inspirując tym między innymi Wolfganga Amadeusza Mozarta, zaś Haendel na przykład odchodząc starał się wziąć z dawniejszej epoki muzycznej niemal wszystko co cenne, też zresztą inspirując Mozarta i Beethovena.

Po W.F. Bachu nadszedł czas na Carla Philippa Emanuela Bacha (1714–1788) i jego wspaniałą Symfonię e-moll na smyczki i b.c. To dzieło „przedromantycznego romantyzmu”, utrzymane w stylu pełnym mocnych, żarzących się emocji, które są już zupełnie inne od barokowych afektów. Jak zwykle u C.P.E. Bacha zafascynowały mnie niezwykłe, asymetryczne tematy, zdające się nieco wyginać czas. Aby zagrać dobrze ten świetny utwór trzeba naprawdę dobrego zespołu i NFM Leopoldinum przedstawiło nam znakomitą interpretację. Tacy twórcy jak C.P. E. Bach uzasadniają ciekawą tezę, że nie można mówić o oświeceniu i romantyzmie, ale raczej o jednej epoce, w której raz jeden żywioł a raz drugi brały górę. Ten melanż jest bardzo mocno widoczny w niektórych dziełach C.P.E. Bacha, zaś w wykonawstwie najlepiej oddaje moim zdaniem tę zmienną pogodę Trevor Pinnock i jako dyrygent i jako klawesynista. Ale określanie tego, kto całościowo jest lepszy jako mistrz muzyki dawnej – Goebel czy Pinnock nie ma sensu. Obaj są najlepsi, choć czekam oczywiście na koncert Pinnocka z NFM Leopoldinum, abym mógł porównać, kto z nich czuje się lepiej we Wrocławiu z naszymi wykonawcami.

Trzecim Bachem tego wieczoru był Johann Christoph Friedrich Bacha, brat przyrodni autorów poprzednich dzieł. Jego Sinfonia d-moll na smyczki i b.c. miała najbardziej włoski charakter, tonacja mollowa pozwalała też na inną plastykę dźwiękową, co pozwoliło J.C.F. Bachowi zarysować nieco mniej napięty pejzaż muzycznych emocji, ale nie pozbawiony niepokoju.

Reinhard Goebel w każdej części koncertu opowiedział nam kilka zdań o muzyce, ze swobodą i swadą charakterystyczną dla oksfordzkich popularyzatorów nauki. Oczywiście zwrócił uwagę na to, że najpopularniejszy z synów J.S. Bacha, czyli Carl Philippe Emanuel, był nadwornym kompozytorem Fryderyka Wielkiego, skądinąd też całkiem niezłego kompozytora i flecisty wirtuoza (stąd wspaniałe koncerty fletowe C.P.E. Bacha będące jednymi z pereł repertuaru fletowego). We Wrocławiu pruscy Hohenzollernowie zdobyli środki do tego, aby stać się założycielami jednego ze światowych mocarstw, czyli – ostatecznie – zjednoczonych Niemiec. Bez brawurowego zdobycia Śląska od Austrii nie miałyby Prusy siły, aby dokonać rozbiorów Polski i stać się potęgą militarną i ekonomiczną. Wyobraźmy sobie zatem, że dokonywało się to wszystko między innymi przy muzyce C.P.E. Bacha… Sam J.S. Bach był z kolei kompozytorem nadwornym Króla Saksonii i Polski, więc przynajmniej muzycznej sprawiedliwości stało się zadość.

Ostatnia część pierwszej połowy koncertu dedykowana była właśnie muzycznej sprawiedliwości. Goebel, wyraźnie tym zaaferowany, przedstawił nam Concerto C-dur na altówkę, smyczki i basso continuo Augusta Heinricha Gehry, kompozytora zapomnianego, o którym wiadomo niewiele. Utwór musiał powstać przed 1767 rokiem. Wiemy tyle, że Gehra był organistą w mieście Gera w Turyngii. Utwór wymagał zrekonstruowania części głosów orkiestry i oto ukazał się on naszym uszom, zaś za altówkę chwycił jeden z jej największych wirtuozów – Hartmut Rohde, będący też dyrektorem artystycznym NFM Leopoldinum. Po kilkunastu taktach kompozycji Gehry z Gery, zdałem sobie sprawę, że wszyscy muzycy grają tak wspaniale, że nawet największy gniot musiałby mi się spodobać. Ale Koncert C-dur był dobry, też miał już w sobie elementy burzy i naporu, choć nie zawierał tak ekstrawaganckich kontrastów, jakie cechują muzykę Bachów Juniorów. Za to tematy muzyczne były bardzo urokliwymi melodiami, można było też usłyszeć nowoczesne zastosowanie kadencji koncertowej, choć była nieco rachityczna. Utwór z pewnością wart przypominania, zwłaszcza, że brakuje wciąż repertuaru dla altowiolistów.

W drugiej połowie koncertu przenieśliśmy się do Austrii i do estetyki jeszcze bliższej klasykom wiedeńskim. Najpierw usłyszeliśmy utwór Leopolda Mozarta, ojca Amadeusza, który był zbliżony stylistycznie do dziecięcych dzieł twórcy Don Giovanniego. Sinfonia G-dur na smyczki i b.c. G 17 zagrana była świetnie, ale moim zdaniem nie było to dzieło na miarę Bachów Juniorów, czy następnego bohatera koncertu.

Ostatnim dziełem wieczoru był Michaela Haydna (1737–1806) Koncert C-dur na klawesyn, altówkę i smyczki. Michael był bratem Józefa, zaś sam Józef Haydn twierdził, że dzieła sakralne jego młodszego brata są lepsze od jego dzieł. Mówił to Józef Haydn, twórca genialnej Mszy Nelsońskiej! I może miał rację, bo miałem okazję słyszeć mszę Michaela i była rzeczywiście genialna. W muzyce Michaela mamy język muzyczny podobny do Józefa, ale dzieje się w niej coś niezwykłego, pojawiają się bardzo ekstrawaganckie tematy muzyczne, zwłaszcza w niskich głosach. O ile nie broniłbym jakoś szczególnie Leopolda Mozarta, to Michaela trzeba grać jak najwięcej!

 

Większość znanych utworów Michaela powstała w Grosswardein (rumuńska Oradea, zwana kiedyś po polsku Wielkim Waradynem). Jednym z nich był koncert podwójny na organy lub klawesyn, altówkę i smyczki. To bardzo rozbudowany koncert, o dojrzałym, klasycystycznym języku, nie wolny od Michaelowej specyfiki, od owych zupełnie innych niż u klasyków wiedeńskich motywów stosowania głosów „pedałowych” orkiestry, co wynikać może z tego, że być może Michael był też miłośnikiem organów. Do Rohde i reszty zespołu dołączyła w roli solowej klawesynistka Aleksandra Rupocińska, będąca absolwentką Akademii Muzycznej we Wrocławiu i w Brukseli, współpracująca często z Wrocławską Orkiestrą Barokową, nie stroniąca też od muzyki współczesnej, gdzie klawesyn również zagrzewa sobie miejsce.

Wykonanie było rewelacyjne, choć bez doświadczenia Goebela i bez dobrych muzyków NFM Leopoldinum byłoby ciężko. Rupocińska grała na klawesynie o pięknej palecie barw, ale też o bardzo cichym brzmieniu, nawet jak na klawesyn (bo siłą rzeczy musi być znacznie ciszej niż w przypadku fortepianu). Wszyscy, łącznie z altowiolistą Rohde, musieli grać momentami piano pianissimo, aby klawesyn mógł podejmować równorzędny dialog z resztą zespołu Rupocińska grała bardzo dobrze trudną partię klawiszową tego koncertu, opartą jak u Józefa Haydna, na szybkich przebiegach dźwiękowych, oraz na nagłych i zaskakujących zwrotach muzycznej akcji. Kompozycja Michaela nie odbiegała moim zdaniem od świetnych koncertów Józefa Haydna i to skandal, że tak trudną ją usłyszeć na koncercie. Goebel też uważa, że nie jest to w porządku, dlatego na bis powtórzył wolną część tego koncertu.

Po koncercie wracałem do domu pełen podziwu dla umiejętności muzyków z NFM Leopoldinum i mając nadzieję na więcej Michaela Haydna w przyszłości. Przypomniałem sobie też jego miasto, Oradea. Kiedyś podróżowałem zimą do rumuńskich Białych Karpat i musiałem przejść granicę węgiersko – rumuńską. Było to związane z cenami pociągów międzynarodowych. Gdy wreszcie, po przejściu kilkunastu kilometrów w zaspach stanąłem w Oradea, wiedziałem, że miasto to posiada wcale niezłą orkiestrę, ale nie wiedziałem, że było też głównym miejscem pracy utalentowanego Michaela Haydna. Moja Oradea był to rok 91, było ponuro, śnieżnie i szaro, pamiętam nawet tramwaje bez okien, z deskami po prostu i brak prądu w takim tramwaju, czyli całkowitą ciemność. Mam nadzieję, że teraz Rumunia wygląda zupełnie inaczej i że gdzie jak gdzie, ale w Oradea pamiętają o młodszym bracie Józefa Haydna obdarzonym wielkim talentem.

O autorze wpisu:

Studiował historię sztuki. Jest poetą i muzykiem. Odbył dwie wielkie podróże do Indii, gdzie badał kulturę, również pod kątem ateizmu, oraz indyjską muzykę klasyczną. Te badania zaowocowały między innymi wykładami na Uniwersytecie Wrocławskim z historii klasycznej muzyki indyjskiej, a także licznymi publikacjami i wystąpieniami. . Jacek Tabisz współpracował z reżyserem Zbigniewem Rybczyńskim przy tworzeniu scenariusza jego nowego filmu. Od grudnia 2011 roku był prezesem Polskiego Stowarzyszenia Racjonalistów, wybranym na trzecią kadencję w latach 2016 - 2018 Jego liczne teksty dostępne są także na portalach Racjonalista.tv, natemat.pl, liberte.pl, Racjonalista.pl i Hanuman.pl. Organizator i uczestnik wielu festiwali i konferencji na tematy świeckości, kultury i sztuki. W 2014 laureat Kryształowego Świecznika publiczności, nagrody wicemarszałek sejmu, Wandy Nowickiej za działania na rzecz świeckiego państwa. W tym samym roku kandydował z list Europa+ Twój Ruch do parlamentu europejskiego. Na videoblogu na kanale YouTube, wzorem anglosaskim, prowadzi pogadanki na temat ateizmu. Twórcze połączenie nauki ze sztuką, promowanie racjonalnego zachwytu nad światem i istnieniem są głównymi celami jego działalności. Jacek Tabisz jest współtwórcą i redaktorem naczelnym Racjonalista.tv. Adres mailowy: jacek.tabisz@psr.org.pl

2 Odpowiedzi na “Mniej znani Bachowie, nieznany Haydn i znany Reinhard Goebel”

    1. Zastanawiałem sie nad tym, ale nazwa jest tak mało znana, że postanowiłem jej nie odmieniać. Może niesłusznie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.