• czwartek, 5 grudnia 2019 r.

Czwarty Beethovena z Leonskają

 

 

Dlaczego tak lubię IV koncert fortepianowy Beethovena? Obok Piątego i Skrzypcowego jest on moim ukochanym koncertem w całej literaturze muzycznej. Wielu miłośników pianistyki wybiera z Beethovena Trzeci Koncert, gdyż dokonuje się w nim literalna i formalna rewolucja. Ja jednak dostrzegam w Czwartym Kompozytora Architekta, zjawisko jedyne w swoim rodzaju. Mahler i Ryszard Strauss dzięki bogatym orkiestrom dokonywali głębokich podbojów królestwa przestrzeni, lecz czynili to w bardziej dosłownym sensie. Beethoven czyni to poprzez silną synestezję. Nasza psychika ulega jego sugestiom i poprzez konstrukcję sztuki czasu, jaką jest muzyka przenosi nas do domeny sztuki przestrzeni, jaką jest architektura. Stąd w Czwartym i Piątym te wszystkie niezwykłe pasaże, czasem zadziwiające swoją nagłą prostotą. Są one jak kolumny. Z kolei rytm kolumn czy ryzalitów w architekturze największych mistrzów przenosi nas do dziedzin sztuki czasu. Ot, taki paradoks.

Elisabeth Leonskaja / fot. Julia Wesely

 

 

Jelizawieta Leonska to znana pianistka, którą spotkać możemy nie tylko na koncertach, ale i na dziesiątkach (setkach?) płyt, którymi postanowiłem przyozdobić tę recenzję. Swoją drogą zmartwiłem się, że coraz częściej rosyjskie nazwiska i imiona funkcjonują u nas w formie angielskiej – na przykład Elisabeth Leonskaja.  Tu mamy do czynienia z, posłużę się pismem opracowanym dla czasów nowoczesnych przez Piotra Wielkiego, z Елизаветой Леонской.

 

 

Artystka urodziła się w rosyjskiej rodzinie w stolicy Gruzji Tbilisi w roku 1945. Związek Radziecki opuściła w 1978 roku aby zamieszkać we Wiedniu. W 1964 roku rozpoczęła studia w Konserwatorium Moskiewskim, gdzie spotykało się podówczas największych wirtuozów fortepianu. Nad przebiegiem jej kariery muzycznej czuwał Światosław Richter, jeden z największych znanych fonografii artystów. Artyści przyjaźnili się i współpracowali ze sobą, o czym świadczą również ich wspólne nagrania. Leonskaja odniosła wielkie sukcesy na konkursach w Bukareszcie, Paryżu i Brukseli, stała się zaś powszechnie znana dzięki debiutowi w 1979 na Festiwalu w Salzburgu.

 

 

Interpretacja Czwartego, jaką Leonskaja zaproponowała nam w październikowy, słoneczny piątek w NFM (25.10.2019)była jedyna w swoim rodzaju. Prawie każdy szanujący się pianista musi mieć w swoim repertuarze koncerty Beethovena. Dlatego też łatwo pomylić ze sobą różnych znakomitych pianistów. Nad każdą frazą dumały przecież tysiące poetów i techników białych i czarnych klawiszy. Tymczasem wizja Leonskej była odmienna, momentami nawet ekscentryczna. Wrocławscy Filharmonicy znakomicie radzili sobie z falującą agogiką części pierwszej. Inne od mainstreamowego podejście pianistki najłatwiej było zauważyć w niezwykłym zwolnieniu tematu otwierającego część ostatnią koncertu Rondo: vivace. Zaskakujące też były pasaże malujące przestrzeń w tym koncercie, był to nieco secesyjny tym razem Beethoven.

U straży tej oryginalności stała znakomita technika artystki, jej lekkość, ale też gdy trzeba, zwłaszcza w lewej ręce, tak charakterystyczne dla szkoły rosyjskiej potężne uderzenie. Mieliśmy zatem od strony pejzażu dźwiękowego mocny, niski fundament, nad którym wznosiły się dekoracyjnie wykrzywione łuki Beethovenowskiej pracy tematycznej. To była bardzo cenna interpretacja, przykuwająca uwagę do każdego niemal dźwięku. Ale wciąż się nad nią zastanawiam. Co pomyślałby Beethoven o architekturze Gaudiego? Czy usiadłby do stolika z Henrim de Toulouse-Lautrec?

 

Ale ta wypatrzona przez ze mnie subiektywnym okiem secesyjność jeszcze nie wszystko mnie samemu tłumaczy. Czuję, że jeszcze o czymś ważnym nie opowiedziałem, chcąc postawić kropkę nad i. Z pewnością artystka miała własną, oryginalną i bezkompromisową wizję tego dzieła, a na obronę swojej postbeethovenowskiej filozofii świetną technikę. Dumał o tym będę z uśmiechem, jaki wywołało we mnie nad wyraz skoczne dzięki zaskakującym akcentom i wygięciom frazy rondo.

 

Wrocławscy Filharmonicy grali pod batutą młodego węgierskiego dyrygenta Róberta Farkasa. Zarówno orkiestra jak i jej szef dowiedli znakomitej formy w całym koncercie, Arcydzieło Beethovena poprzedzało dzieło Jörga Widmanna (*1973) Con brio – uwertura koncertowa na orkiestrę, wykonane w ramach międzynarodowego cyklu koncertów Family of Halls Composer Series. Był to utwór dość dekonstruktywistyczny, przywołujący frazy z ostatnich symfonii Beethovena. Na pierwszym planie znajdowała się konstrukcja dźwiękowa mająca oddawać w nietradycyjny sposób dynamikę tradycyjnej uwertury, co owocowało stuknięciami w pudła instrumentów smyczkowych i dmuchaniem w instrumenty dęte bez dobycia pierwotnie przypisanych im dźwięków. Co jakiś czas splot starego z nowym rozcinał dźwięczny akord, w którym Wrocławscy Filharmonicy mogli ukazać piękno swojego obecnego brzmienia. Dzieło było ciekawe, dobrze korespondowało z Beethovenem, którego rok 2020 będziemy obchodzić w tym sezonie. Trochę się tym martwię, bo moim zdaniem od czasu przeprowadzki Beethovena do Wiednia każdy rok jest jego rokiem, jeśli chodzi o muzykę, zaś rocznice artystów owocują zazwyczaj kompletami płytowymi ich dzieł. Na rok Liszta czy Debussego mogłem zatem nabyć opera omnia z niedostępnymi uprzednio kompozycjami. Rok Beethovenowski nie przyniesie takiego bonusu, bo ciężko być melomanem i nie mieć większości dzieł Geniusza z Bonn na płytach w domu. Przydałyby się lata twórców świetnych a nie docenianych, taki jak John Field czy Cherubini. Choć jeśli chodzi o Beethovena, to z pewnością brakuje u nas obszernej prezentacji sonat fortepianowych.  A i cykl kwartetowy by się bardzo przydał.

 

 

Na koniec koncertu usłyszeliśmy świetne wykonanie Koncertu na orkiestrę Béli Bartóka. Wrocławscy Filharmonicy pod wodzą Róberta Farkasa stanęli na wysokości zadania i cała ta bogata muzyka po prostu zalśniła, tak jak to czynić powinna. Pamiętam koncert sprzed kilku lat, kiedy zaskoczony byłem pewną bezradnością wrocławskiej orkiestry w zderzeniu z Bartokiem. Teraz to minęło i przed naszymi uszami rozpostarła się znakomita interpretacja. Wyważona, skupiona na tym, aby nadmiarem dynamiki czy ekspresji nie burzyć wewnętrznej równowagi tego wyjątkowego koncertu. Smyczki były wyborna, zaś blacha orkiestry ocierała się o zbiorową wirtuozerię.

 

Na koniec mogę tylko zakrzyknąć: Oby więcej takich koncertów! A teraz oddam się rozmyślaniom nad interpretacją Leonskiej, która ustawiła twórczą myśl Beethovena przed relatywizmem estetycznego czasu. A może przed estetycznym relatywizmem czasu? Sam już nie wiem…

 

 

 

 

Jacek TabiszStudiował historię sztuki. Jest poetą i muzykiem. Odbył dwie wielkie podróże do Indii, gdzie badał kulturę, również pod kątem ateizmu, oraz indyjską muzykę klasyczną. Te badania zaowocowały między innymi wykładami na Uniwersytecie Wrocławskim z historii klasycznej muzyki indyjskiej, a także licznymi publikacjami i wystąpieniami. . Jacek Tabisz współpracował z reżyserem Zbigniewem Rybczyńskim przy tworzeniu scenariusza jego nowego filmu. Od grudnia 2011 roku był prezesem Polskiego Stowarzyszenia Racjonalistów, wybranym na trzecią kadencję w latach 2016 - 2018 Jego liczne teksty dostępne są także na portalach Racjonalista.tv, natemat.pl, liberte.pl, Racjonalista.pl i Hanuman.pl. Organizator i uczestnik wielu festiwali i konferencji na tematy świeckości, kultury i sztuki. W 2014 laureat Kryształowego Świecznika publiczności, nagrody wicemarszałek sejmu, Wandy Nowickiej za działania na rzecz świeckiego państwa. W tym samym roku kandydował z list Europa+ Twój Ruch do parlamentu europejskiego. Na videoblogu na kanale YouTube, wzorem anglosaskim, prowadzi pogadanki na temat ateizmu. Twórcze połączenie nauki ze sztuką, promowanie racjonalnego zachwytu nad światem i istnieniem są głównymi celami jego działalności. Jacek Tabisz jest współtwórcą i redaktorem naczelnym Racjonalista.tv. Adres mailowy: jacek.tabisz@psr.org.pl

Podobne materiały

Zostaw komentarz

Wpisz kod antySPAMowy *