• niedziela, 23 lutego 2020 r.

Rozdział 28. Tak było kiedyś i będzie zawsze

Rozdział 28.

 

  • Skąd mamy wiedzieć iż jesteś posłańcem bożym? – zaśpiewali i namalowali rytualnie wszyscy zgromadzeni.
  • Czy nie widzicie błon (obraz) którymi mierzę boską jaskinię? – zapytał aktor.
  • Ach, widzimy, jakże wielkie są cuda boże!
  • Czy nie widzicie, zaprawdę, znaku pana na moim górnym organie (obraz)?
  • Ach, dostrzegamy, jakże wielkie są cuda boże!
  • A rajskich porostów (obraz) których ślad zostawiam, gdy kroczę? – na te słowa i obrazy Lawdolin zaczął skakać tanecznie, zgodnie ze sztuką (obraz).
  • Ach, to rzeczywiście posłaniec, o wielki cudzie boży! – zakrzyknął i zamalował tłum.
  • Tak było kiedyś i będzie zawsze – zaintonował i zakreślił kapłan. – Na pamiątkę świątecznego zdarzenia powtarzajmy prawdę o cudzie. – następnie zwrócił się do boga. – Ach boże, pozwól mi w swojej nieskończonej dobroci podzielić się twoim darem między moimi zwierzętami hodowlanymi (obraz), które są wraz ze mną twoje.

   Nastąpiła szczególnie uroczysta chwila. Kapłan wziął urnę z losami i zaczął krążyć wśród wiernych, którzy zanurzali swoje macki w naczyniu i wyciągali błony. Świętemu mężowi towarzyszyło dwóch rosłych policjantów, na wypadek gdyby ktoś jednak nie chciał cieszyć się z najwyższego daru. Wszyscy pogrążyli się w nabożnej modlitwie, choć ich uniesienie zmniejszało się, gdy okazywało się, że nie wylosowali rajskiego glejtu.

  • Modliliśmy się za to szczęście, lecz bóg nas nie wybrał – oznajmiali swoim sąsiadom, – może następnym razem – dodawali z radością, nie mogąc pozbyć się wrażenia ulgi. Tymczasem urna była już przed Purpurem. Kuberianin zadrżał, przejęty grozą.
  • Ale jestem grzeszny – pomyślał, – wcale się nie cieszę, że mógłbym za moment znaleźć się w raju i to w najlepszym jego sektorze…
  • Na co czekasz, obywatelu? – rzekł i narysował uprzejmie, aczkolwiek stanowczo jeden z policjantów. Było to bardziej stwierdzenie, niż pytanie. Purpur sięgnął drżącą macką do wnętrza urny, czując jednocześnie, że wypływają z niego substancje metaboliczne, co było po prostu obrzydliwe.
  • Woak! Woak! – krzyczały i chlapały jakieś niejadalne zwierzątka unoszące się nad nimi. Jadalnych zwierząt nie było już w ciepłych regionach, zbyt wielki był bowiem głód i przeludnienie. Tymczasem Purpur wyszedł ze śmierdzącej kałuży i powoli otworzył błonę trzymaną w macce. Była pusta.
  • O jaka szkoda! – wyrył i zakrzyknął z żalem.
  • Następnym razem – poklepał go po korpusie policjant nie kryjąc ironii.
  • Poczekaj, aż sam znajdziesz się wśród wybranych – pomyślał Purpur owijając to w najbardziej wymyślne i nieprzetłumaczalne przekleństwa.
  • Mówiłeś i wyobrażałeś coś? – spytał ich adresat, wyczuwając złą atmosferę.
  • Nie, klnę się na moją matkę skałę – zapewnił go Purpur.
  • Którą skałę? – zaciekawił się policjant.
  • (obraz) w (obraz) – wyjaśnił Purpur.
  • Pójdź w moje macki bracie – ucieszył się policjant i uściskał Purpura. – Nawet nie wiedziałem, że ciebie straciłem.
  • Ja też nie – przyznał szczerze wzruszony Purpur.
  • Nie gadajcie i przedstawiajcie w czas tak uroczysty – stwierdził kapłan.
  • Przepraszam, wasza wielebność – padł przed nim na kolana policjant. Dobrze wiedział, że zakłócanie porządku ważnych świąt grozi oskarżeniem o herezję. A był przecież dobry i pobożny, pierwszy do bicia heretyków. Nie zniósłby takiej niesprawiedliwości, jak przykucie niewinnego do ściany męki, a był przecież niewinny. Tymczasem kapłan mógł wreszcie podsunąć urnę kolejnemu członkowi wspólnoty.
  • To… to.. jakaś pomyłka – stwierdził drżącym głosem parafianin. Jednocześnie odrzucił błonę za siebie.
  • Ależ nie pomyliłeś się – ucieszył się Purpur podchodząc do błony z symbolem boga, lecz nie podnosząc jej z ziemi, by ktoś nie pomyślał przez przypadek, że to jego los.
  • Nie poznajesz mnie? – syknął i naszkicował szczęściarz. – Jestem Złocień, brat/siostra twojej/twojego kochanki/kochanka.
  • Siostra mojej kochanki! – podskoczył z radości Purpur. – Mam świętą w rodzinie! – wrzasnął i chlapnął, by wszyscy usłyszeli. – Mam świętą w rodzinie!!!
  • Ale ja nie chcę umierać – rzekła Złocienia.
  • Bóg cię wybrał moja córko – rzekł i narysował pogodnie kapłan. – Ja daję ci moją drogę do raju, dar najcenniejszy. Kto wie, czy na koniec życia zachowam czystość i będę sam mógł tam pójść.
  • Ale ja jestem nieczysta – zapewniła go Złocienia, – nie mogę iść do Ciepła, jestem niegodna. Tylko stąd jest mój strach.
  • To da się uleczyć – zauważył kapłan. Podeszli jego pomocnicy z narzędziami do tortur. – Gniewna stal pana, która oczyszcza heretyków, niech będzie też twoim oczyszczeniem. Pokażcie mojej córce, wybrance rajskich ogrodów, jak działają instrumenty prawdy.

   Kaci posłuszni słowom świątobliwego, zaczęli wymownie pokazywać, jakie części ciała są w jaki sposób rozrywane, wyciąganie i piętnowane. Następnie pokazali reprodukcję końcowego stadium dochodzenia do prawdy przy udziale kilku najwymyślniejszych narzędzi. Ciężko było ze splotów przedstawionych na dźwiękokształcie wydobyć zarys Kuberiańskiej postaci, lecz gdy już się tego dokonało, przykład stawał się bardzo wymowny.

  • Zaczynam odczuwać radość na myśl o spotkaniu z panem – rzekła i ukazała ponuro Złocienia. Cała drżała z przerażenia, zaś wokół niej pływała spora kałuża odchodów. Był to stary atawizm wynikający z tego, że gdy ktoś chciał uciec, starał się być lżejszy. Lecz Złocienia nie miała dokąd uciec.
  • Te nieczystości świadczą chyba o tym, że powinna zaznać oczyszczenia – zauważył z obrzydzeniem któryś ze zgromadzonych.
  • Gdy składamy pierścień przy lawie, również wydostają się z nas różne nieczystości ciała – rzekł i narysował dobrotliwie kapłan. – Ona też rodzi się do nowego życia. A teraz rozsuńcie się, moje zwierzęta hodowlane (obraz) i spójrzcie na drogę, którą bóg ofiarował wam przez swego niegodnego sługę.

   Chodnik wiodący do rampy, która kończyła się w lawie był dobrze podżarzony. Wokół niego było trochę pustej przestrzeni, w której przemieszczały się urządzenia rejestrujące na użytek mediów. Transmisja ze zbawień wybranych osób cieszyła się niesłabnącą popularnością. Nie była jednak nadawana na żywo, gdyż materiał należało poddać obróbce w duchu religii i prawdy.  Złocienia, pchana dyskretnie przez strażników stanęła na Rajskiej Drodze. Kamery włączyły się.

  • Wstaw się za nami, wybranko boga – rzekł jeden z parafian i wręczył jej ozdobioną dewocyjnymi haftami torbę z modlitwami i życzeniami całej wspólnoty, wypisanymi i wyrytymi na eleganckich błonach (obraz).
  • Ta radosna chwila… – zaczął zawodzić chór członków wspólnoty, natomiast Złocienia zaczęła kroczyć drogą dla wybranych.
  • Szybciej moje dziecko, trzymaj się prosto – poradził jej kapłan. – Śmierć to tylko brama do wieczności. Mało kto ma tyle szczęścia co ty. Gdybym tylko mógł być na twoim miejscu – dodał wznosząc macki w górę i prawie uwierzył w to co powiedział i ukazał.
  • Aaa… – zaczęła krzyczeć wybranka, jak znalazła się już zbyt blisko lawy. – Aaa… Boję się, nie zabijajcie mnie proszę, tak bardzo się boję…
  • Idź, pan cię wzywa – syknął i wyobraził kapłan. Część kamer przestała pracować.
  • Nie… nie… proszę… – lamentowała Złocienia. Odbierając zmysłami niezmienną minę kapłana, zaczęła uciekać, przewracając się ze strachu.
  • Mamy ją… tu jest… – zawołało kilku wiernych, którzy pochwycili ją bez trudu. – Trzeba ją oczyścić – zawyrokowali.
  • Czyńcie waszą powinność, na chwałę bożą – rzekł i przedstawił katom kapłan. Ci posłusznie wstali i zacisnęli mocarnymi mackami wyrywającą się Kuberiankę.
  • O siostro… O siostro… Niech twa dusza będzie czysta jak jasny jest płomień… – wierni zaintonowali specjalną pieśń skomponowaną na tę okazję parę pokoleń temu przez wielkiego kompozytora i malarza Struglawa.
  • Auu… Aooo… – wyła w zupełnie niekuberiański sposób wybranka.
  • O siostro, siostro – śpiewali i przedstawiali zgodnym chórem parafianie, starając się zagłuszyć krzyki nieczystej, gdyż to zapewniało pomyślność.
  • Aaaa…!!! – wrzasnęła Złocienia, gdy katowskie kleszcze wyrwały jej mackę, zaś zwisające jeszcze nerwy przejął drugi kat, wyciągając je na specjalnych wałkach. – Aaa…!!!
  • Przyjdziesz do ukochanego czysta, a twa dusza będzie wonna… – kontynuował chór. – Po kąpieli on zobaczy twe rajskie ciało i zakocha się w nim…
  • Spójrz córko – rzekł i narysował kapłan. – Jak szybko przemija doczesna uroda. Byłaś piękna na ziemi, teraz będziesz piękna w niebie… – po czym dał znać, by kaci przyłożyli rozpaloną kratownicę i zniszczyli tę część ciała Złocieni, która była szczególnie atrakcyjna dla szukających partnera/partnerki przedstawicieli jej/jego gatunku.
  • Aarrr… – wrzasnęła na podobieństwo zwierzęcia (obraz) wybranka. Nad łożem tortur uniósł się dym i swąd palonego ciała. Drugi z katów zaczął ponownie nawijać na wałek okaleczone nerwy. Ofiara zemdlała, lecz kaci szybko ocucili ją wodą. Kratownica zagłębiała się coraz bardziej w ciało Złocieni.
  • Dość – powstrzymał tę mękę kapłan. – Pamiętajcie, że musi skakać. Musi wstąpić do groty Ciepła o własnych siłach. Czy chcesz już tam iść córko? – dodał odcinając nerwy z wałka. – Czy jesteś już czysta?
  • Aaa… A… Zrobię… wszystko… tylko… przestańcie… – jęczała wybranka.
  • Czy jesteś już czysta? – spytał kapłan, dając znać jednemu z katów, by przygotował kolejne katowskie narzędzie.
  • Jestem… jestem… czysta… a… proszę… – wyła Złocienia.
  • Zatem wstań i idź siostro – zakrzyknął i chlapnął radośnie kapłan, dając znać katom, by otarli ją z posoki. – A pamiętaj, że zostałaś potraktowana delikatnie. Nie tak, jak czynimy to z heretykami, którzy zgrzeszyli bardziej niż ty, zbłąkane na chwilę zwierzę hodowlane (obraz).
  • Wiem… wiem… i… dziękuję… – rysowała drżącą linią i głosem wybranka. Kapłan pogładził ją przyjaźnie po części ciała nie poddanej jeszcze torturom i zawiesił na niej torbę z modlitwami.
  • Pamiętaj – dodał, – że te instrumenty przynoszą głębszą czystość – ukazał jej narzędzia tortur służące grzebaniu we wnętrznościach żyjącej osoby. – Nikt z grzeszników nie byłby w stanie opisać, czym jest tego rodzaju kąpiel duchowa. Jedynie męczennik i mistyk (obraz) wyraził to, gdy sam zadał sobie męki. Odczytajcie ten piękny poemat, szanowny aktorze.
  • W imię twoje… – zaczął poważnym głosem Lawdolin, który zdołał się w międzyczasie przebrać i nie wyglądał już jak posłaniec boga, lecz doktór nabożnych nauk. Wiersz męczennika okazał się niemożliwy to przetłumaczenia. W każdym bądź razie tryskał nienawiścią do ciała, opisem zadawanych mu najwymyślniejszych tortur. Było oczywiste, że nikt poddany takim zabiegom nie mógłby pisać wierszy. Zresztą autor ohydnego poematu dożył późnej starości, gdyż jak głosi oficjalnie przyjęty pogląd, został wskrzeszony dla niesienia pociechy innym. Tym niemniej opis mąk był ogromnie realistyczny i świadczył o ogromnym doświadczeniu mistyka w oczyszczaniu heretyków.
  • Pamiętaj o tych zbożnych słowach – ukazał i wymalował pogodnie kapłan i wskazał Złocieni, by szła w stronę wrót raju.

   Wybranka posuwała się po rampie z ogromnym trudem. Była już na tyle okaleczona, że każdy skok był ogromną męką. Tym niemniej był też wytchnieniem po torturach, które niedawno przeszła. Jednakże ponownie żar panujący tuż przy samej lawie kazał jej rozpaczliwie i wbrew wszystkiemu uciekać przed zagładą. Przez moment stała nieruchomo. Coś w jej pulsującym od bólu mózgu myślało po raz pierwszy. Zdała sobie sprawę z tego, że równie dobrze to ona mogłaby teraz stać wśród tłumu i pchać jakiegoś wybrańca do kipieli lawy. Po raz pierwszy i ostatni w swoim życiu pomyślała, że jednak wokół niej istnieje świat, zaś to czego oczekuje się po śmierci jest tylko mrzonką i marzeniem wyrosłym ze strachu. Cóż bowiem innego mogłoby pchać innych do takich podłości?

  • Nie, to niemożliwe – wrzasnęła w myślach. – Życie ma sens. Raj z pewnością istnieje. Może po prostu Ciepło nie jest prawdziwym bogiem – przeraziła się swojej herezji. Mimo to pomyślała dalej. – O Smokowiju zbaw mnie! O (obraz) ocal mnie! O bogowie antyku i przyszłości, ocalcie mnie! Na Ciepło, co ja myślę? – przeraziła się i zaczęła uciekać. Wpadła w tłum i poczuła, że nagle napływają do niej siły. – To Smokowij, Smokowij mnie natchnął. Ach, jestem jego wyrocznią… – dzięki panice jej mięśnie dokonywały cudów. Była w stanie przewrócić kilku osobników roślejszych od siebie i, przede wszystkim, nie poddanych torturom. – Niech mnie zabiją, niech zabiją… – wrócił do niej głos rozsądku.
  • Nasza siostra jeszcze nie jest czysta – rzekł z troską kapłan, zabijając jej monolog. Złocienia ponownie znalazła się na stole tortur. Zapowiedziane narzędzia zostały wyjęte z przygotowanej na nie skrzyni. Cuchnęły rozkładającymi się resztkami mięsa. Nie myto ich nigdy, gdyż nikt nie miał najmniejszych szans na przeżycie ich zastosowania. Ciężko opisać krzyki, które nastąpiły już po krótkiej chwili oczyszczających zabiegów. Tłum wiernych podzielił się na dwie grupy. Jedni nie mogli wytrzymać tego przerażającego spektaklu, lecz stali na miejscu, by nie okazać się w oczach sąsiadów heretykami. Drudzy, a było ich dziesięciokrotnie więcej, zaczęli odczuwać jakąś radość i satysfakcję. Poczuli się podnieceni, ich seksualne pobudzenie wzrosło. Narratorowi wydaje się, że w takich momentach atawizm łowców miesza się z silnym zakorzenieniem memetycznym danej religii.
  • Aaaa… – wrzeszczała wybranka.
  • Oto walka ze złem – stwierdził patetycznym głosem kapłan. – Brudny cielesny świat leży tu, przed nami – dodał wskazując zmasakrowaną postać Złocieni. – Lecz we wszystkim tkwi transcendentalny majestat stwórcy. On mieszka w naszych duszach i nawet w tej duszy – dodał wskazując wijącą się miazgę, którą nazywano kiedyś Złocienią. – Śpiewajmy o triumfie dobra nad złem! – zakrzyknął pasterz w uniesieniu.
  • Gdy Ciepło rodzi się na Kuberze w Kuberiańskiej postaci, wszelki chłód niknie i płonie od grzechu… – śpiewali i wyobrażali parafianie.  

   Wreszcie Złocienia, a raczej resztki z tego, kim kiedyś była, stanęła znów na rampie. Torbę postanowiono wrzucić do lawy za nią, gdyż nie była w stanie jej już nieść, poza tym jej posoka mogłaby zanieczyścić świątobliwe dźwiękokształty modlitw.  Jednak nawet i tym razem wybranka nie mogła wskoczyć do lawy. Ceremonię oczyszczenia musiano ponownie powtórzyć, zaś kaci dokonywali cudów, by mimo ich zabiegów Złocienia mogła chodzić. Gdy akt duchowej ablucji musiano powtórzyć jeszcze raz, kapłan zwrócił się do wiernych.

  • Moje dzieci – rzekł, – niekiedy zdarzają się grzesznicy, których nie oczyści żadna woda. Wydaje mi się, że trzeba dobić tę heretyczkę, która skrywała swój śmiertelny grzech przed nami, i zakończyć jej drogę większym oczyszczeniem, które jednak nie pozwala już wstać z duchowej kąpieli. Należy zatem wybrać ponownie kogoś z naszego grona i jestem przekonany, że tym razem będzie on godny, by zasiąść w cieniu najwyższego.
  • Losowanie jeszcze raz? – przeraził się Purpur obudzony zimnym prysznicem z błogiego podniecenia. Nie tylko on, lecz także cały tłum zaczął mruczeć gniewnie i lękliwie. Rzadko się zdarzało, żeby po tylu oczyszczających kąpielach wybrany nie chciał radować się swoim losem. W tej parafii nie zdarzyło się to nigdy, jak także w sąsiednich.
  • Proszę kapłana, proszę kapłana – rzekł i wyobraził jeden z parafian podbiegając do pasterza wspólnoty. – Arcykapłan z (obraz) wydał encyklikę miłosierdzia, która głosi, że wybrany grzesznik, gdy wszelkie cnotliwe metody zawiodą, może zostać uraczony narkotykiem (obraz). Wedle encykliki naszego świątobliwego arcykapłana, sługi Ciepła, chłodne diabły dokończą zaczętego przez nas dzieła oczyszczenia i wybrany zasiądzie szczęśliwy w cieniu łaskawego stwórcy.
  • To prawda? – zdziwił się zdezorientowany kapłan.
  • Połączyłem się z rzecznikiem stolicy arcykapłańskiej – oznajmił i zarysował jeden z dziennikarzy pracujących dla mediów. – To prawda. Byleby wybrany mógł chodzić.
  • Co za szczęście – rozluźnił się Purpur.
  • Nie sądzę – zauważył główny kat patrząc na to, co leżało na stole tortur.
  • Narkotyk pobudza zdolności motoryczne – dodał dziennikarz. – Jeśli nie przecięliście ścięgien (obraz) powinno się udać. Utrata płynów organicznych nie ma znaczenia. To silna substancja, w dłuższym działaniu śmiertelnie trująca. Powoduje oszołomienie i poczucie lęku każące biec prosto przed siebie.
  • Arcykapłan nie chciałby niepotrzebnie nadużywać cierpliwości naszych zwierząt hodowlanych (obraz) – przez urządzenia nagłaśniające popłynął charyzmatyczny głos i obraz rzecznika. – Kiedy nasz pan kogoś wybiera, winniśmy usilnie respektować jego wybór, nie rezygnując przy tym z uświęconych przez tradycję metod.
  • Nie zrezygnowaliśmy – zapewnił go kat, który dawno nie był tak zmęczony i podniecony. Jak wielu wybitnych przedstawicieli tej profesji prowadził też dom publiczny. Jako właściciel mógł do woli korzystać z usług pracowników/pracownic i o niczym innym teraz nie marzył. Kolejne zlecenie mogłoby w nim zabić ten przyjemny, liryczny nastrój. Myślał zwłaszcza o pracownicy/pracowniku Grubopierściennej, która godziła się na lekkie tortury przy stosunku płciowym. Spojrzał na resztki Złocieni i niemal zemdlał z rozkoszy. Po chwili ktoś przyniósł narkotyk, który nalano przez rurkę, gdyż zakrzepy posoki zakleiły całkowicie otwór pokarmowy wybranki. Kaci ustawili Złocienię na początku rampy. Torbę owinięto w nieprzemakalny materiał i przywiązano do wybranki.
  • Jeszcze chwilę – stwierdził rzecznik. – Pomódlmy się za nas i za naszą siostrę – wszyscy pogrążyli się w modlitwie. Główny kat doznał nagle religijnej ekstazy i przekazał część zarobionych pieniędzy na potrzeby parafii.
  • Jestem taki szczęśliwy – powtarzał i dorysowywał, gdy skończyła się modlitwa. – Taki szczęśliwy…
  • Teraz – zawyrokował rzecznik i pomocnicy kata wypuścili Złocienię, która w zupełnie niekuberiańskich susach, zostawiając po sobie ślady posoki, wyrwała naprzód. Nie minęła nawet chwila, gdy wszyscy dostrzegli jej postać zamieniającą się w węgiel i kwarc na powierzchni lawy. Krzyk w końcu ucichł, choć trwał nieoczekiwanie długo.
  • Wreszcie – stwierdził z ulgą Purpur i poszedł poszukać brata. Jednak to policjant pierwszy go znalazł.
  • To jak kochany bracie, pójdziemy odwiedzić matkę? – spytał klepiąc go przyjaźnie macką.
  • Może póki co poszlibyśmy napić się substancji (obraz)? Nie mam teraz czasu, aby jechać do (obraz), gdzie znajduje się matka, to daleko. Za kilka korzeni z miłą chęcią, ale nie teraz.
  • Ejże, bracie… – obruszył się policjant. – Przecież od tak dawna się nie widzieliśmy, w zasadzie nigdy…
  • Matka ma tylu synów/córek – przytaknął Purpur.
  • Ano właśnie – rzekł i narysował policjant. – A przecież jeszcze przez kilka korzeni jest święto, było przecież losowanie. Sam przyszedłeś, innej prócz mnie rodziny tu nie masz. Co zatem nam szkodzi, by pojechać do matki. Pieniędzy nie masz? Policja może darmo jeździć z osobą towarzyszącą.
  • Właśnie, właśnie pieniądze… – rzekł i ukazał Purpur. – Muszę oddać dług, który zaciągnąłem u kata. Sam widziałeś bracie, że wyzbył się zarobku. Na pewno jest w potrzebie.
  • Rodzina to rodzina – zaprotestował policjant i skupił na Purpurze mocniej swoją percepcję. – A, już wiem. Kat ma zamtuz, a tyś się niezdrowo podniecił. Nie wiem, czy to grzech, ale w każdym bądź razie bardzo to nie ładne – nagle zniżył głos do szeptu i niewyraźnej akwareli. – Ja tam nie lubię tego całego okrucieństwa. Nawet heretyków mi żal. Niech chłód pogrąży tych, którzy mieszają w to policję.
  • Tak, to rzeczywiście nie w porządku – zawstydził się Purpur. Był też zły na siebie, całe jego podniecenie rozwiało się jak wonny dym. Z zazdrością spojrzał na kapłana sunącego w podskokach ramię w ramię z katem. – Choć mistyk (obraz) pisze i przedstawia, że oczyszczanie duszy przepełnia miłosnym zapałem…
  • To idź go wyraź wobec swej rodzicielki.
  • Nie o taki zapał chodzi mistykowi.
  • Idziesz, czy nie? – policjant przeklął dosadnie i niby dla zabawy sięgnął po pejcz.
  • Dobrze – stwierdził zrezygnowany Purpur, który nie należał do odważnych Kuberian.

   Podróż okazała się jeszcze dłuższa niż ostatnim razem. Purpur nie miał pojęcia, dlaczego jego matka/ojciec jest skałą. Jednakże doskonale pamiętał jak uczyła go skakać i jeść. Do dziś znał wiele dźwiękokształtów, które mruczała mu, aby go uspokoić. Dziwne było to, że nie przypominał sobie żadnych innych rodziców. Kilkanaście korzeni temu naszli go wprawdzie jacyś obcy Kuberianie, twierdząc iż jest ich synem, lecz on ich wyśmiał. Następnie odbyła rozprawa, na której jeden z jego braci poświadczył prawdę o matce. Jak się zresztą później okazało, nawet sam sędzia był jego bratem/siostrą. Brat policjant nie był rozmowny, jak zresztą większość policjantów. Błyskotliwi Kuberianie zazwyczaj znajdowali sobie bardziej ambitne posady. Dlatego Purpur niemalże osunął się w letarg swoich myśli i ocknął się z niego dopiero, gdy stanął przed matką/ojcem.

  • Jak zwykle nic nie mówi – zauważył policjant.
  • Na starość wszyscy robimy się milczkami – wtrącił się inny brat, którego Purpur znał dobrze, choć nie wiedział skąd.
  • Ja lubię twoje milczenie matko – zapewnił skałę policjant przytulając się do skały.
  • Ja też! – wzruszył się nagle Purpur i również przylgnął do matki.
  • Słuchajcie! – zawołała i chlapnęła nagle kolejna siostra/brat, która/który był/była znanym/znaną politykiem. Dlatego inni nie byli pewni, czy znają ją od dzieciństwa, czy tylko z mediów.  – Słuchajcie! A może to nie tylko skała jest naszą matką, lecz cała planeta? Czy nie rodzimy się z jej materii i w nią opadamy?
  • Herezja atomistyczna – zmartwił się policjant.
  • Herezja atomistyczna!!! – wrzasnął i wyrył Purpur, który był już niemal w połowie drogi do objęcia posady w biurze (obraz).
  • Bądź cicho, to nasza siostra – upomniał go policjant.
  • To nie wiesz, że religia ważniejsza jest od rodziny!! – kontynuował Purpur nie zniżając głosu. Na szczęście wokół było więcej rodzeństwa, a nie wszyscy mieli heretyckie zapędy.
  • Dobrze, dobrze – policjant rozłożył przed sobą macki w ugodowym geście. – W takim razie zaprowadzę siostrę do najbliższej komisji świątynnej. Jestem przekonany, że to tylko przelotne opętanie.
  • O tym zadecydują kapłani – zauważył Purpur, wzbudzając podziw większości rodzeństwa.

 

   Czandra przemierzał puste korytarze stacji Wadż. Od kiedy dowiedział się, że gdzieś znajduje się pulpit ręcznego zarządzania, każdego niemal dnia go poszukiwał. Jeśli chodzi o Wadż, to wciąż milczała. Nie narzekał jednak na nudę. Nawet w trakcie swoich spacerów po niższych pokładach stacji lubił mieć przy sobie chociaż jedną z nimf. Gdy wędrówka się przedłużała, przystawali i oddawali się namiętnością.

  • Kim jesteś? – dziwiła się Jasnowłosa, jako że był poranek i jak zwykle o tej porze nimfa traciła pamięć poprzedniego dnia. Czandra już od dawna nie marnował czasu na odpowiedzi na takie pytania, które musiałyby się powtarzać każdego dnia. Uniesione erotyczną rozkoszą nimfy natychmiast przestawały się dziwić i zdawały się przyjmować wszystko bez najmniejszego zdziwienia. Tego dnia Czandra upodobał sobie szczególnie brzuch jasnoskórej piękności. Skóra na nim była najpiękniejszą materią, jaką znał. Gdy tylko jej dotknął, nie mógł oderwać od niej rąk. I choć spróbował już wszystkich możliwych erotycznych fantazji i choć żadna z nich go nie znudziła, to jednak pewna myśl stanowczo nie dawała mu spokoju. Wyobrażał sobie, coraz częściej i częściej, że jego nimfy są w ciąży. Że ich brzuchy stają się wielkie, napięte jak dynie. Natomiast głosy stają się bardziej aksamitne, mleczne. Piersi rosną, zmienia się zapach, na jeszcze słodszy, bardziej niesamowity. I zza tej zasłony nowych rozkoszy wyłania się wreszcie dziecięcy krzyk.
  • Chcę mieć synów! – stwierdził, gdy napełnił już nasieniem łono nimfy. Sama myśl od tym, że chce mieć synów napełniała go większym jeszcze pożądaniem. Spojrzał na spowity w półmroku korytarz. Egzotyczne otwory wejściowe majaczyły bladą poświatą. Dotknął brzucha jasnowłosej i ponownie zagłębił się w niej swoim lingamem. Jasnowłosa jęczała rytmicznie.
  • Ale co to są synowie? – spytała urywanym i omdlewającym głosem. Czandra na myśl o matce, która nie wie czym są synowie zaczął wręcz płonąć. Miał ochotę, żeby ta chwila nigdy nie miała końca. Był przecież w tej kobiecie, która była tak niewinna, nie wiedziała czym są dzieci. Zaczął płakać ze szczęścia i wzruszenia.
  • Chcę mieć synów! – oznajmił jakiś czas później, gdy mógł już nabrać oddechu. Złotowłosa posłusznie pomogła mu wstać. Jej zapach napełnił go nowym pożądaniem, ale nie miał chwilowo możliwości, by je spełnić. – Muszę iść – mówił do siebie, gdyż był nieco osłabiony nieustającą aktywnością seksualną. Jego serce waliło jak oszalałe, na szczęście mógł zawsze liczyć na automatyczny moduł medyczny. Nagle ujrzał przez małe okienko ciemną noc kosmosu rozświetloną gwiazdami. – Ale dlaczego ich chcę mieć? – spytał się w myślach ściskając odruchowo pierś nimfy. Nagle wyobraził sobie, że pije z niej mleko wraz z synami i zrobiło mu się bardzo dobrze. – Jak młode tygryski – zaśmiał się, zgadując jak może smakować kobiece mleko. Niekiedy, gdy był z nimfami w ekstazie, miał wrażenie, że coś płynie z ich sutków i natychmiast zaczynał je ssać. Nie był pewien, czy to co wypijał było kobiecym mlekiem, czy tylko grą jego wyobraźni. Tym nie mniej chciał tego więcej. – Chcę mieć synów!!! – zakrzyknął do siebie, by dodać siły swoim krokom. Nimfa tymczasem z troską gładziła go po klatce piersiowej i wspierała, nachylona. Była z pewnością mniej wyczerpana rozkoszą niż on. Może to przez ten brak pamięci. Być może to ona męczy. – Ale dlaczego ich chcę mieć? – spytał się znów Czandra wciąż widząc kosmos. Bogactwo jego języka przez ostatni rok, lub dwa zdecydowanie uległo inflacji. Jego relacje z nimfami ciężko byłoby nazwać sztuką konwersacji i bynajmniej tego nie żałował. Chciałby nawet, żeby w ogóle się do siebie nie odzywali, tylko śpiewali tę swoistą, miłosną pieśń, która wydobywa z wnętrza dźwięki niezwykłe, nieoczekiwane i podniecające. – Coś jakby las pełen dzikich stworzeń… – rzekł do siebie Czandra. Każda z nimf była innym zwierzątkiem i on zresztą też. Pomyślał nagle o słonicy liżącej swoje młode i poczuł zazdrość. – Chcę mieć dzieci. To nie ważne dlaczego. Jestem jaki jestem. Nie muszę na nic odpowiadać.

   W tym momencie, jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, rozsunęły się drzwi po jego prawej stronie. Spojrzał w nie i dostrzegł kilka monitorów, zaś nad nimi napis w hindi „Ręczne zarządzanie stacją Wadż na wypadek awarii SI”. Rozradowany podbiegł tam, trzymając Złotowłosą za rękę, która roześmiała się słodko.

  • A może one lubią, żebym biegał? – zastanowił się Czandra, po czym machnął rękę i usiadł przed monitorami. Ze ściany wysunęła się klawiatura, zupełnie taka sama, jak do zwykłych PC w Indiach. Była nawet z plastiku. Zapewne zadbano tu o to, by poszukujący pomocy człowiek czuł się swojsko.
  • Tematy pomocy – głosiły napisy podobne do tych z Windows.
  • Mam tylko nadzieję, że nie działa to jak Windows – przeraził się młodzieniec. Wpisał słowo „nimfa” w opcji wyszukiwania. Wyświetliło się mnóstwo skrótów.
  • Zarządzanie nimfami – zauważył natychmiast podkreślony napis, który nacisnął zintegrowaną z klawiaturą myszką. Pojawiło się wiele opcji. Można było zmienić wygląd każdej z nimf, wydłużyć ją, skrócić, zmienić kolor skóry, oczy etc. Do tego dochodził zapach, barwa głosu, ustawienia organów wewnętrznych względem siebie. Czandrę kusiło, by coś pozmieniać, lecz nie wiedział co. Nimfy były idealne, zaś opcje na tyle skomplikowane, że więcej mógł popsuć, niż ulepszyć.
  • Pamięć nimf – przeczytał z radością i natychmiast kliknął na ten dział. Niestety, okazało się, że pamięć można skrócić do sześciu godzin, jednej godziny, natomiast dzień był najdłuższą jej wartością. Czandra przeklął siarczyście. Wziął w usta dłoń Złotowłosej, tak jak lubił i delektował się smakiem jej skóry. Podniecenie powoli wracało. Niedługo będzie mógł znowu być w niej. Poczuł się znużony. Nie chciał już grzebać w tych dziwnych programach, chciał czegoś innego… – Chcę mieć synów – pomyślał twardo i pomyślał o wielkich brzuchach i kobiecym mleku. Samo słowo „synowie” miało zresztą w sobie coś magicznego. Może jednak hinduizm miał rację co do tego, że trzeba mieć synów by składali ofiary za dusze swoich przodków. Lecz to nawet nie to. Wszystkimi mięśniami swojego ciała, wszystkimi kośćmi czuł, że musi mieć synów. Tak po prostu. Chce mieć synów, bo jest Czandrą. – I już! – skwitował zagryzając dłoń Złotowłosej, która pisnęła rozkosznie. Poświęcenie przyniosło rezultaty. W opcjach pamięci zauważył napis – „pamięć macierzyńska, bez ograniczeń”. Kliknął na słowo „macierzyństwo” i przeniósł się do innego działu.
  • Macierzyństwo nimf – zablokowane – przeczytał natychmiast i przełknął słodką kropelkę krwi Jasnowłosej, która wyrywała się bez przekonania. Nacisnął „zablokowane” i natychmiast pojawił się napis „odblokowane”.
  • Ha! Zwycięstwo! – krzyknął z dumą i opadł z ze Złotowłosą na podłogę.

 

  • Hm… – zauważyła którymś z nieznanych jej zmysłów Gauri. Nie miała pojęcia gdzie jest. Nie odbierała żadnych zapachów, dźwięków ani obrazów. Być może jedynie jej nowy dźwiękokształtowy zmysł lekko pulsował, przynosząc jej wołanie z jakichś bliżej niepojętych głębi. Nie było jasno ani ciemno. Głośno ani cicho. Nic na nią nie naciskało, a jednak czuła na sobie lekki nacisk.
  • Co to jest? – zapytała się w myślach. – Atmosfera, ciecz, czy co jeszcze innego? Jestem w głębinach jakiegoś nieziemskiego oceanu, czy unoszę się wśród nieziemskich chmur?

   Nagle jakieś melodyjne akordy przeniknęły jej dźwiękokształtowy zmysł, po czym ucichły. Gauri starała się zorientować, jak teraz wygląda, lecz nie wiedziała jak to zrobić. Zaczęła szukać swoich towarzyszy, o ile mogła szukać.

  • Ludwiku, Gauri? – spytała w myślach. Nastąpiło falujące zgrzytnięcie, zapewne aparatura pracująca w piramidzie musiała nastawić się na pierwszy przejaw komunikacji między uśpionymi w niej badaczami.
  • Cieszę się, że się odezwałaś panienko – usłyszała łagodny głos kompozytora. – Czuję się chwilowo zupełnie zagubiony i, prawdę mówiąc, sam miałem ochotę sprawdzić, czy jesteście tu ze mną.
  • To będzie dla was trudne – zauważyła Wadż. – Słoneczny musi ogromnie cenić wasze zdolności percepcyjne.
  • A ty coś widzisz? – zapytała zaciekawiona dziewczyna. Dziwny akord znów przeszył jakąś nibyprzestrzeń wokół niej. Bo nie był to przestrzeń prawdziwa. Gauri nie posiadała chwilowo żadnego ciała, zaś co do otoczenia, to było ono zupełnie białą kartką. Taką, której nikt jeszcze nie zapisał znakami stron świata. – Ofu… –  rzekła nieco zdegustowana samą sobą.
  • Widzę, że my jesteśmy z uwagą oglądani – zaśmiała się Wadż. – Tłum tutejszych mieszkańców zgromadził się wokół was i zastanawia się, jak wam pójdzie za pierwszym razem. Też raczej nie mają złudzeń. Jak chcecie ich nazwać?
  • Ostatnio strasznie lubisz żartować Wadż – obruszyła się Gauri. – Będziemy ich nazywać wtedy, gdy jakoś odbierzemy ich zmysłami Spojrzeń. A oni nas już jakoś nazwali?
  • Też czekają, aż się poczujecie pewniej. Wtedy zobaczą (czyli odczują zmysłowo) jaka jest wasza ekspresja i na jej bazie nadadzą wam jakiś identyfikator gatunkowy.
  • Acia – zadumała się dziewczyna, – czyli tak jak my. Tym niemniej czuję się kompletnie zagubiona. Docierają do mnie jakieś bodźce o bardzo słabym natężeniu, których mój mózg nie jest w stanie zidentyfikować.
  • Może jednak Słoneczny powinien nam był wcześniej powiedzieć, jak wygląda to miejsce, oraz co o nim wiadomo – rzekł Ludwik wsłuchując się w tajemnicze akordy.
  • Gdybyście usłyszeli coś o tej planecie, usłyszelibyście to w mowie dostosowanej do waszych zmysłów – rzekła Wadż. – Wasze umysły miałyby przez to problem w przystosowaniu się do tego otoczenia…
  • Czyżby? – spytał z pewnym odcieniem powątpiewania kompozytor wsłuchując się usilnie w otaczającą go zapełnioną nicość.
  • Czuję się jakbyśmy byli fragmentami jakiegoś fresku – rzekła nagle Gauri. – Coś się unosi i opada. Jesteśmy powierzchnią czegoś, co jest w ruchu, ale ten ruch jest stały.
  • Wadż – nie dawał za wygraną Ludwik, – dlaczego uważasz, że wskazówki zaszkodziłyby naszej percepcji.
  • Bo chciałyby ją dostosować do wyobrażeń adresowanych do waszych zwykłych zmysłów i przyzwyczajeń spoza tej planety – tłumaczyła dalej Wadż. – Nie odczuwalibyście tego co was tu otacza, lecz to co byłoby wygodniej wam odczuwać i co, z uwagi na to, chcielibyście odczuwać. Wasze mózgi szukają rozwiązań przy jak najmniejszym wysiłku, służą nie tyle do myślenia, co do osiągania optymalnie niskiej różnicy w bilansie zysków i strat. Mózgi nie myślą, lecz grają na energetycznej giełdzie. Im mniej energii służy zapewnieniu optymalnych warunków dla trwania i przede wszystkim rozmnożenia się waszych organizmów, tym lepiej.
  • Tak samo dzieje się na Ziemi, jak tutaj – dodała Gauri wskazując niczym otaczającą ją przepełnioną nicość, w której od czasu do czasu rozbrzmiewały podejrzanie harmonijne akordy dźwiękokształtów.
  • Tak, żywiel zazwyczaj widzi z otoczenia mniej więcej to, co wy teraz – zaśmiała się Wadż. – W takiej pustce pojawiają się jedynie obiekty zapewniające przetrwanie i partnerzy seksualni. A raczej skróty, symbole tych obiektów. Cała reszta jest tłem. Jest pustką, której się nie zauważa. Czasem, może jako jakąś tapetę na ścianach jadalni lub sypialni.
  • Aż strach pomyśleć, co się dzieje teraz na Kuberze – westchnęła Gauri i ponownie skupiła się na otoczeniu. Falowanie było coraz silniejsze i przy tym coraz bardziej stałe. Połączenie tych dwóch przeciwieństwa sprawiło, że poczuła się bardzo słabo. Jej mózg wyrzucił z siebie jakieś informacje o zawrotach głowy, omdlewaniu i opadaniu na ziemię, lecz nie było tu oczywiście ani żadnych głów, ani też ziem na które można by opadać.
  • Spokojnie – pouczyła ją Wadż. – To nasza pierwsza tutaj wizyta. Wasze mózgi muszą po prostu chłonąć przystosowany przez Spojrzenia przekaz i powoli budować połączenia neuronowe pozwalające coś z tym zrobić. Macie w sobie nanoroboty, które przyspieszają ten proces i dodają doń nowe rozwiązania. Lecz to i tak musi potrwać. Te przemiany odbywają się w czasie tutejszym, nie zaś czasie NZDelhi. Wasz metabolizm jest spowolniony i nanoroboty muszą z grubsza stosować się do tego tempa.
  • To Ludwik też ma mózg – zainteresowała się Gauri.
  • W bardziej ogólnym sensie tak, tak samo jak ja – oznajmiła Wadż.

   Gauri znowu skupiła swoją uwagę na otaczającej ją nieokreśloności. Miała wrażenie, że z bieli, a może czerni wyodrębniają się jakieś ledwo uchwytne odcienie szarości. A może były to barwy na tle innej, nierzeczywistej barwy.

  • Nierzeczywistej – zaśmiała się z siebie dziewczyna. – Raczej nieznanej mojemu gatunkowi, lecz jak najbardziej realnej. O ile to jest rzeczywiście kolor. O ile to ma cokolwiek wspólnego z odbieraniem fal elektromagnetycznych. Czy moje nowe zmysły są czułe na ten tak powszechny głos wszechświata. Na światło, na fale radiowe, na promienie rentgenowskie.

   Gauri pomyślała o swoim maleńkim mózgu zamrożonym teraz i podłączonym do urządzeń w megalitycznej piramidzie. Teraz jej mózg była bardziej tu, niż tam. To znaczy mózg był tam, zaś emitowany przez niego model umysłu tutaj. W lodowej, albo płonącej ciszy. W zamarłym krzyku. Model umysłu. Czy wszystko inne, czyli ruchy ręki, obrazy wyświetlane przez oczy nie było podłączone, poddane syntezie i dalekie od właściwych bodźców?

  • Jakże ciężko to wyrazić… – zamyśliła się dziewczyna.  – Lecz nie ma większej różnicy pomiędzy połączeniami liczonymi w centymetrach i metrach, a w latach świetlnych. Nie ma różnicy między na pozór znanym pejzażem Ziemi, a tym tutaj. Model umysłu nie służy temu, by widzieć, by słyszeć. Wadż ma rację, mózg to stabilizator, zaś model umysłu to odczyt stabilizacji – Gauri wiedziała, że słowa Wadż są prawdziwe. Od dawna sama również tak definiowała mózg i model umysłu. Ale teraz poczuła to mocniej, w pełni. – Być może odczucie z zewnętrznych obszarów mózgu, czyli z odpowiedzialnej za myślenie i model umysłu kory mózgowej powędrowało do bardziej prymitywnych jego obszarów odpowiedzialnych za emocje. To dobrze, gdyż myśl jest tylko ulotnym wzorem na monolicie emocji, który z kolei spoczywa na granitowym jądrze atawizmów.

   W ciszy zaczęły pojawiać się podobne do wirów spirale. Gauri przestraszyła się na moment, gdyż pomyślała, że Słoneczny uczynił ją jakimś tytanicznie wielkim stworzeniem. Czy to możliwe, żeby wszechświat zamieszkiwały istoty niemal równe wielkością galaktykom?

  • Może to możliwe – zaśmiała się ze swojej głupoty, – lecz wtedy ich godzina nie trwałaby moich 20 lat, lecz raczej miliardy. Zresztą, czy mogłyby wyewoluować w liczącym sobie 14 miliardów lat wszechświecie? Od biedy, zakładając błyskawiczny rozwój jakichś sztucznych inteligencji, albo podróże w czasie, czy kolonizację z innych wszechświatów, mogłoby to być jakoś możliwe. Ale nie jest prawdopodobne, żeby przez czas mojego pobytu tutaj piramida na NZDelhi nie obróciła się w proch wraz z całą planetą. Podobnie atomy pierwiastków mojego ciała uległy by w dużej mierze rozpadowi. Tego się nie da zamrozić, choć może można by było dokonywać ciągłej rekonstrukcji dzięki nanorobotom, które też musiałyby się rekonstruować. Byłabym wtedy jak wzór narysowany na piasku, zalewanym przez morze i rozwiewanym przez wiatr. Jednakże przez cały czas, przez miliony i miliardy lat ktoś w kółko odnawiałby jego rowki, w tej samej postaci, bo wzór byłby zamarły.
  • Masz interesującą wyobraźnię! – pochwaliła ją Wadż.
  • No tak, ale wobec ciągłego wzrostu entropii wszechświata taki wciąż odnawiany rysunek wchłaniałby więcej energii niż niejedna czarna dziura – zauważyła dziewczyna. – A z czarnej dziury jest przynajmniej pożytek, gdyż można wykorzystać jej gigantyczną energię grawitacyjną.
  • Tym niemniej niektórzy spędzają swój czas w taki właśnie sposób – rzekła Wadż. – W świetle wielu znanych mi praw jest to poważne przestępstwo, lecz ten wszechświat jest jeszcze zbyt młody, aby mieć jakieś zunifikowane prawa… społeczne. Nie wiem, czy „społeczne” to dobre słowo, ale nie przychodzi mi na myśl inne.
  • Rozumiem – stwierdziła Gauri, – i cieszę się, że nie zostałam przestępczynią… W sumie niektóre mity mojego kraju mówią o tym samym, zwłaszcza popularna wśród moich… poddanych Ramajana. Jednym z głównych bohaterów jest demon Rawana, skądinąd całkiem sympatyczny, który za wszelką cenę sprzeciwia się entropii. Dlatego musi zostać zgładzony podstępem i o tym mówi ów epos.
  • Wiem, wiem, też czytałam – zaśmiała się Wadż. – A teraz skup się na otoczeniu i patrz w nie jak najusilniej. Niedługo powinniśmy bowiem wrócić.

 

   Ogniopal posuwał się przez ulice miasta. Cieszył się, że jego skoki są sprężyste i mocne. Nikt nie mógł po nich zauważyć, że umiera z głodu. Ogniopal był dumny i wykształcony. Zaliczał się do wysokich kręgów moralnych społeczeństwa. Od dawna bronił postawy etycznej, niestrudzenie tworząc dźwiękokształty dla mediów. Niestety, było zbyt wielu chętnych do pracy w znanych krajowych informatorach i opublikowanie dźwiękokształtów graniczyło z cudem. Literat oglądał z litością i pewną wyższością tłumy żebraków. W zasadzie każda ściana kamienicy wyciągała przed siebie liczne macki w nadziei na drobną finansową kroplę, mogącą przedłużyć trwanie którejś z jej zgłodniałych komórek o parę korzeni. Jednak, nawet gdy komórki obumierały, zawsze pojawiały się na ich miejsce nowe, bardziej jeszcze liczne. Ogniopal był zły, że nie może położyć muszelki na wyciągniętej macce nędzarza. Ogarnął sferą zmysłów swoje ubranie. Oddał do lombardu wszystko, co przestawiało jakąkolwiek wartość.

  • Może podstawki? – pomyślał skupiając się na dolnej części ciała. Jednakże podstawki były całkowicie zniszczone od ciągłego skakania, a ziemia była chłodna. Do ciepłych dzielnic wpuszczano jedynie za okazaniem dowodu zamieszkania, lub za uiszczeniem opłaty turystycznej. Ona zaś była warta cztery posiłki, lub osiem skromnych. Ogniopalowi starczyłoby na szesnaście. – Jak bardzo się stoczyłem – pomyślał. W myślach powróciła mu scena sprzed wielu korzeni, gdy po raz ostatni zdobył jakieś pieniądze. Nie zarobił ich jednak, lecz ukradł. Pomyślał o sobie z obrzydzeniem. Musiał wyglądać jak zmora. – Dlaczego bóg mi nie pomaga? – spytał się w myślach. Był przecież moralistą, zawsze troszczył się o sprawy boga. – Zresztą troszczyłbym się i bez ciebie – wykonał gniewny gest macką. – I bez ciebie – jakieś głodne dziecko przyczepiło się do niego na moment. Odruchowo sięgnął do kieszeni jedynego okrycia, którego nie dało się zastawić, lecz nic nie wymacał. – Dam ci coś niedługo, niedługo – stwierdził ze wstydem. Aż tak nisko upadł. Musi tu wrócić i zostawić coś temu małemu. Może jednak jakiś lombard przyjmie jego podstawki. Nie były z materii organicznej, choć próbował je zjeść i tak. Ślady tych prób nadal były na nich widoczne. – Jak nisko upadłem – pomyślał z żalem. – Ale będę moralny i bez boga, nawet jeśli on na to nie zwraca uwagi, to ja będę zwracał. Ja będę bogiem dla boga – poczuł się wielki, zaś głód rozpalał jego wizje. Wszystko wirowało się, skrzyło. Jakieś ponętne seksualnie istoty sprzedawały się na ulicy. Nie mógł się od nich opędzić. – Nie mam muszelek – wołał, lecz niektóre z nich chciały się choćby ogrzać, wtulając się w klienta. Głód jednakże nie pozwalał mu myśleć o takich rzeczach. Był już zimny, był na wpół trupem. Przez niektóre dzielnice miasta nie można było w ogóle się przedostać. Tłumy zbyt licznych mieszkańców blokowały drogę. – Biedne dziecko – pomyślał ponownie o napotkanym chłopcu/dziewczynce. – Z pewnością muszę tam wrócić i dać mu jakieś pieniądze – za rogiem ulicy kłębił się jeszcze gęstszy niż gdzie indziej tłum. Jakiś pobożny bogacz szukał najemników do wznoszenia posągów Smokowija na powierzchni. Dawniej używano w tym celu niewolników. Nawet Ogniopal w swoich dobrych czasach wystawił wraz ze znajomymi jeden mały posąg. Niewolnicy wtedy byli tańsi. Można ich było wypożyczyć lub kupić. Lepiej było kupić, gdyż niewolnicy uciekali niekiedy, a spółki ich wynajmujące żądały niesamowitych odszkodowań. Wielu przypuszczało, że wynajmowani są ci najbardziej krnąbrni, a pieniądze z odszkodowań były dla wynajmujących ważniejszym źródłem zysku, niż te płynące z samego wynajmu. – Tak, niektórzy są podli. Ale ja jestem moralny, choć ukradłem te kilka muszli. Ale na pewno je zwrócę, a resztę dam chłopcowi/dziewczynce. Tak, tak – był zadowolony, że oderwał się na chwilę od jałowości i rozmyślał o rzeczach ważnych. Tę swobodę i niezależność rodziła w nim wrodzona etyczność.
Ciekawość GauriPowieść Ciekawość Gauri jest eksperymentem mającym na celu badanie granic poznania i tego, co jeszcze możemy nazwać "bytem". Eksperymentalny charakter ma wpływ na strukturę powieści, która pod niektórymi względami celowo staje się antypowieścią. Autorem powieści jest Jacek Tabisz.

Podobne materiały

Zostaw komentarz

Wpisz kod antySPAMowy *