• wtorek, 2 czerwca 2020 r.

Rozdział 38. Ponownie jakieś postaci zjawiły się w drzwiach celi

Rozdział 38.

 

   Ponownie jakieś postaci zjawiły się w drzwiach celi. Czandra doszedł do wniosku, że tym razem nie zniesie już tortur i z pewnością zginie. Poczuł na chwilę przypływ euforii, gdyż niczego więcej nie pragnął. Jednakże nagła radość ustąpiła miejsca przerażeniu na myśl o tym wszystkim, co dane mu będzie znieść, zanim, być może, opuści wreszcie to miejsce. Skazaniec zamknął oczy. Słychać było tylko wycie, Czandra jednak nie wiedział, czy to jego własne, czy też głos innego więźnia dobiegający zza ściany. Nagle poczuł, że silne, chłodne imadła dotykają jego ciała w różnych miejscach. Dotyk był na razie delikatny. Kaci zapewne bawili się trochę sytuacją. Mijały długie, pełne grozy chwile, lecz nic się nie działo. Panowała cisza. Nagle mężczyzna poczuł, że ktoś odciął pasy na których wisiał. Nie opadł jednak na podłogę. Przytrzymały go tajemnicze kowadła. Nagle wszystkie na raz poruszyły się i Czandra poczuł, że płynie w powietrzu. Wciąż nie otwierał oczu, lecz nagła ulga dla jego stawów, które zapewne zamieniły się w luźno wiszące rzemyki, była dla niego rozkoszą. Niesiono go zapewne w jakieś ponure miejsce kaźni, gorszej od tego wszystkiego, co znał do tej pory. Po długich minutach ulgi znalazł się w jakimś nowym pomieszczeniu, po czym stracił  świadomość.

 

   Musiał chyba zasnąć, nie zaś omdleć. Czuł się dziwnie. Opuścił go ból, który narastał przez ostatnie tygodnie. Nie było go wcale.

  • Być może umarłem i znalazłem się w raju – pomyślał. – Z pewnością zasłużyłem sobie na to swoją ascezą.

   Nie był jednak w raju. Bez trudu rozpoznał komorę medyczną. Podniósł się z podłogi i stanął pewnie na nogach. Ktoś musiał zmienić oprogramowanie urządzenia, gdyż wcześniej nie było w stanie regenerować straconych części ciała. Jego stawy też musiały być nowe, gdyż bez problemu poruszył ramieniem. Ujrzał, że posiada znowu dłonie. Były z pewnością nowe, gdyż skóra na nich była miękka i gładka jak u młodej dziewczyny. Spuścił głowę i spojrzał między nogi. Z radością odkrył tam odzyskaną w cudowny sposób męskość. Natychmiast pomyślał o nimfach i jego członek nabrzmiał.

  • Kretynie! – zakrzyknął sam do siebie w myślach. – Jeśli oprawcy przywrócili cię do zdrowia, to tylko po to, żeby przedłużyć tortury – zaczął się rozglądać za jakimś narzędziem, które można by wykorzystać w charakterze broni. Kabina była jednak pusta. Zaczął zatem walić głową w jedną ze ścian, bo wreszcie mógł popełnić samobójstwo. Niestety mur komory medycznej był miękki jak wielka puchowa kołdra.

   Nagle drzwi komory rozsunęły się. Czandra nie czekając na nic rzucił się na najbliższą z postaci i uderzył ją pięścią z całej siły. Natrafił na coś tak twardego, że omal nie złamał sobie ręki.

  • Ty głupcze – pomyślał. – Mogłeś przecież przegryźć sobie żyły i wykrwawić się. Teraz cię mają…
  • Jesteśmy do pańskiej dyspozycji – rzekły chórem cztery mechaniczne głosy.
  • Jak to do mojej dyspozycji? – zdziwił się Czandra starając się przyjrzeć stojącym przed nim sylwetkom. Niedawne tortury sprawiły, że czuł się szalony. Bardzo trudno było mu zebrać myśli razem i uczynić z nich jakąś przekonywującą całość. Wciąż miał wrażenie, że w jego głowie pływają ciemne i purpurowe plamy, które zjadają jakąkolwiek refleksję, a nawet jej chęć.
  • Zamówił nas pan kilka tygodni temu – oznajmiły głosy. – Potrzebny był stop (…). Sprowadzenie zajęło wiele czasu. W imieniu mechanizmów kontrolnych stacji przepraszamy za opóźnienie.
  • Roboty, które zamówiłem! – mężczyzna krzyknął z radości. – Czy jesteście uzbrojone?
  • Tak, mamy (…) i (…) – odparły.
  • Czy jesteście w stanie sprostać 70 osobnikom mojego gatunku? – kontynuował z nadzieją.
  • Oczywiście, to żaden problem – zapewniły go roboty. W ich głosach zabrzmiała niemal nutka radości, lecz było to z pewnością złudzenie.
  • Spełniacie tylko moje polecenia? – upewniał się dalej Czandra.
  • Oczywiście – objaśniły roboty. – Wzorce pańskiego głosu, dotyku i zapachu zostały w nas zakodowane.
  • To doskonale! – ucieszył się mężczyzna. – Chodźmy na górę. Bóg jednak istnieje, to cud.
  • To nie jest cud i istota „bóg” nie istnieje – poinformowali go rzeczowo strażnicy. – Zlecenie zostało zrealizowane.
  • Nie ważne – machnął odzyskaną dłonią Czandra. – Idziemy.

   Gdy wyszli na powierzchnię, Czandra przystąpił do szukania swoich żon. Na szczęście mechaniczni strażnicy mieli w sobie wpisani kody nimf, więc biegli za tropem jak wielkie stalowe psy. Apsarasy były w opłakanym stanie. Ich mąż kazał je natychmiast zanieść do kabiny medycznej. Córki wampa nie udało się znaleźć, najprawdopodobniej zginęła.

  • Czy możecie zmieniać ustawienia kabiny medycznej? – zapytał Czandra robotów. Gdy ci potwierdzili, rzekł – Zmieńcie jej ustawienia tak, by tylko mnie mogła regenerować narządy rodne – jeden ze strażników podszedł do ściany, odsunął klapkę i połączył się z jakimś gniazdkiem łączem zawartym w swoim korpusie. – Dobrze – ucieszył się mężczyzna. Teraz zaś wyjdziemy na powierzchnię i będziemy kastrować wszystkich osobników płci męskiej.

   Po chwili byli już na błotnistym usypisku, które było kiedyś mogolskim ogrodem. Rozpętało się piekło. Mechaniczni gwardziści chwytali wszystkich chłopców i młodzieńców, po czym wprawnym gestem pozbawiali ich męskości. Gdy synowie zorientowali się w planach ojca, zaczęli stawiać zorganizowany opór. Jednakże maszyny odznaczały się nieludzką siłą, zatem obrońcy szybko opuścili swoje pozycje i zaczęli uciekać. Roboty nie były zbyt szybkie, zaś Czandra nie chciał wraz z nimfami opuszczać tworzonego przez nie czworokąta. Dwa gangi doszły bowiem do słusznego wniosku, iż on jest umysłem metalicznych oprawców, starały się zatem uderzyć w najsłabsze ogniwo, czyli w niego. Choć roboty odrzucały i kastrowały podchodzących, to wokół głowy Czandry co chwila latały kamienie ułamane z resztek fontann i ogrodowych balustrad.

Brońcie mnie i nimf! – zakrzyknął mężczyzna. – To podstawowy priorytet – ledwie to powiedział, zaczęli się poruszać wolniej, lecz przy uchu Czandry nie świsnął już żaden kamień.

   Z pawilonu telewizyjnego wyszedł właśnie przywódca gangu dowodzący uwięzieniem swojego ojca i gwałtem na matkach. Młody mężczyzna nie wiedział jeszcze nic o zdarzeniach mających miejsce na zewnątrz.

  • Robocie! – krzyknął Czandra uderzając jednego ze strażników. – Za wszelką cenę złap tego osobnika i przyprowadź go żywego, natomiast wy ustawcie się w trójkąt i brońcie nas.

   Następnego dnia odbyła się egzekucja przywódcy buntu. Ojciec z początku chciał go tylko zabić, lecz doszedł do wniosku, że brutalna kaźń może być nauką moralną dla pozostałych. Okazało się, że roboty mają dostęp do bazy danych z ziemi, zatem przez kilka wieczornych godzin zdołał Czandra zaplanować różne męki wzorowane na dawnych ziemskich torturach. Skazaniec został już przypalony w różnych miejscach, teraz odbywało się łamanie kości. Wśród zgromadzonych były tylko dziewczyny, młodzieńcy skryli się w obawie przed kastracją.

  • Co się stało z waszym najmłodszym rodzeństwem i z moją czwartą małżonką? – pytał po raz tysięczny swojego syna Czandra. Jednakże buntownik już nic nie mówił. Wydawał tylko dźwięki świadczące o precyzji swojego mechanicznego oprawcy. – Nie ważne – orzekł jego rodzic i zwrócił się do pozostałych dzieci. – Tak każe się najgorszych zbrodniarzy. Patrzcie i bójcie się. Mam nadzieję, że już żadne z was nie ośmieli się podnieść ręki na mnie, na moje żony, a także nie będzie czynić nic zakazanego przez prawo. Przyprowadźcie też swoich braci, gdyż trzeba ich pozbawić przyczyny niepokojów – ledwie dziesięciu synów udało się Czandrze wykastrować, a sześciu spośród nich nie osiągnęło jeszcze zapewne dojrzałości płciowej. Buntownik zawył nagle ostatkiem sił, gdyż metaliczny kat zaczął wyciągać z jego brzucha wnętrzności. – Wierzcie mi, że dla mnie to wszystko jest równie bolesne jak dla niego – rzekł Czandra, zaś te słowa zaskoczyły nawet jego. – Ale to bóg kazał mi tak uczynić. Byłem już skazany przez tego zbrodniarza, a jednak bóg zatroszczył się o mnie i oto stoję przed wami, cały i zdrowy. Winniśmy zatem bogu podziękowanie. Od tej pory co rano będziemy się wspólnie modlić w świątyni, wy zaś będziecie słuchać słów, którymi mnie natchnął. Kto nie weźmie udziału w nabożeństwie, nie będzie jadł. Również nie wykastrowanym mężczyznom i chłopcom nie będzie przysługiwać prawo do posiłku. Moja decyzja może wydawać się wam brutalna, lecz wierzcie mi, że to ograniczy przemoc i pomoże żyć wszystkim w pokoju.

   Projekt Czandry zaczął wchodzić w życie. Gdy spalono już resztki zbrodniarza, ojciec mieszkańców stacji przeniósł swoją kwaterę do stołówki, zaś świątynię przeniósł nieopodal niej, łącząc przejściem obydwie budowle. Przy pomocy robotów udało mu się dopasować niedbale wcześniej sklecone deski, zaś groteskowy posąg najwyższego stał się dużo bardziej przekonywujący. Mechaniczni strażnicy strzegli stołówki i jej mieszkańców dzień i noc. Czandra czuł się bezpiecznie, jak nigdy dotąd. Nimfy zapomniały o przeżytej grozie już następnego dnia. Kabina medyczna przywróciła ich ciałom dawny wygląd. Członek ich męża zyskał tylko na młodzieńczym wigorze. Stołówka była otwierana trzy razy dziennie na godzinę. Przychodziły do niej same kobiety i dziewczyny. Czandra szybko zakazał brania żywności na wynos. Konsumpcja miała się odbywać na jego oczach, na ławach stołówki i na klepisku świątyni. Wszyscy wychodzący byli przeszukiwani. Po kilku dniach nastąpił pierwszy atak wygłodniałych synów. Udało się złapać dwóch jeńców, których natychmiast poddano kastracji i wtrącono do lochu na miesiąc.

   W chwilach, gdy Czandra odpoczywał po miłości z którąś z nimf, lubił chwytać za długopis i spisywać świętą księgę. Coraz mocniej bowiem wierzył, że stał się wybrańcem boga, prawdziwym prorokiem. To przekonanie wzrosło w nim pod wpływem nagłego wydostania się z celi, a także na skutek nieuświadomionego poczucia winy. Coś w nim wiedziało przecież doskonale, że to on jest twórcą tłumu samotnych i zdegenerowanych ludzi zapełniających stację. Coś w nim wiedziało również, że rozkosz, jakiej zażywa z apsarasami może być także pragnieniem jego dzieci, które są jedynymi ludźmi na odciętej od wszystkiego stacji kosmicznej. Dlatego pan i władca stacji doprowadzał do perfekcji sztukę samookłamywania się zwaną inaczej „wiarą”. Zjawisko tak bogate w swoją historię i formy w rozległych żywielach Kubery i Ziemi, tu było zagęszczone i bardziej histeryczne. Było jednak tym samym zjawiskiem. Geny Czandry od setek pokoleń płynęły poprzez świat mniej, lub bardziej gwałtowniej wiary. Dyktowały zatem swojemu doraźnemu nosicielowi wzorce dewocji, pobożności, samookłamywania się. Dziwnym mogłoby się wydawać zagłuszenie w nim instynktu rodzicielskiego, lecz nie do końca. Czandra wciąż był płodny, zaś jego partnerki nie starzały się wcale. Jeśli liczył na to, że kiedyś wydostanie się z pokładów Wadż, wolał uczynić to z kilkoma niemowlętami na rękach, niż z tabunem zdeprawowanych, dorosłych potomków, którzy szczerze go nienawidzili. W stosunku do swoich dawnych dzieci Czandra czuł się w zasadzie niewinny. – Może popełniłem parę błędów – myślał, – lecz każdy je popełnia. Nie zasłużyłem na coś takiego.

   Dlatego nie martwił się zbytnio widząc ataki coraz bardziej wychudzonych synów. Przynajmniej córki mogły jeść do woli, a napychały się, jakby zachęcał je głód własnych braci. Jednakże nie wszystkie. Czandra zauważył, że kobiety umieszczone wyżej w hierarchii gangów jedzą znacznie mniej, zaś dbają o to, by ich mniej uprzywilejowane siostry jadły jak najwięcej. Ojciec miał niekiedy wrażenie, że gorsze towarzyszki są wręcz karmione na siłę. Nie wiedział co o tym sądzić, lecz nie miał zamiaru porzucać swoich własnych zajęć i rozmyślać cały czas o swoim potomstwie. Gdy mijała godzina poświęcona na jedzenie, wyganiał wszystkich z budynku i oddawał się miłości małżeńskiej oraz pisaniu swojej ewangelii.

 

   Miasto (obraz) było udekorowane wstęgami kolorowych materiałów. Silny wiatr szarpał ozdobnymi wstęgami, które furkotały w powietrzu. Delegacja mieszkańców podziemnego świata została wyposażona w urządzenia długowidzące najnowszej generacji. Słychać zatem było dźwiękokształty wyrażające najwyższy podziw. Pustynna Pestka była główną opiekunką grupy zagranicznych dyplomatów i czuła się ogromnie przytłoczona tą zaszczytną odpowiedzialnością.

  • Czy w tej części miasta znajdują się również zabytkowe budowle?  – zapytał jeden z nich w dialekcie podziemnego kraju.
  • Nie, nie ma żadnych – odparła i ukazała Pestka.
  • Ta część równiny wydaje się atrakcyjna pod fundamenty, w przeciwieństwie do innych dzielnic miasta grunt jest tutaj stosunkowo płaski – dziwił się dalej zagraniczny dyplomata.
  • Dzielnica (obraz) posiadała kiedyś starą budowę, lecz uległa ona zniszczeniu – odrzekła i narysowała przewodniczka.
  • Zdarzył się jakiś kataklizm? – postawił dźwięczne pytanie delegat podziemi.
  • Wojna – rzekła i wyobraziła Pestka.
  • Kto was zaatakował? – dociekał dalej gość.
  • Wy – odrzekła i ukazała Kuberianka. Zapanowała cisza. Wszyscy pogrążyli się w myślach. – Może nie powinnam tak odpowiadać? – zapytała się w nich Pestka. – Ale co miałam zrobić? Kłamać? Wszakże jeszcze niedawno odpieraliśmy ich ataki, to dziwne, że oni nie pamiętają – przewodniczka wydała dźwięk mający na Ziemi odpowiednik w postaci ciężkiego westchnienia. – Lecz z drugiej strony – myślała dalej, – chodzi o zawarcie w pełni pokojowych relacji, może zatem powinnam unikać drażliwych tematów. Ale przecież sam zapytał… – Pestka nie myślała w kategoriach tego, czy straci pracę, lub też czy otrzyma podwyżkę. Dużo ilość artystów i naukowców w rządzie, księgi odziedziczone po kosmitach – to wszystko wymagało nowego stylu myślenia. Przewodniczka z kraju (obraz) nie dzieliła już wszystkiego na siebie i tło. Wiedziała, że jest ulotną kompozycją przypadkowych elementów rzeczywistości.
  • Proszę mi wybaczyć – ubiegł ją dyplomata, gdyż sama już się chciała odezwać. – Przed przybyciem tutaj powinienem przestudiować uważniej historię tego pięknego miasta. Poza tym współczesna architektura, której tu nie brakuje, robi na mnie ogromne wrażenie. Jestem pod ogromnym wrażeniem talentu waszych architektów.
  • Nie, to ja proszę o wybaczenie – zaprotestowała szczerze Pestka, – powinnam przecież widzieć, że jeszcze do niedawna walczyliście z własnym rządem, zaś jego decyzje były wam narzucane siłą.
  • To prawda – odrzekł i wykuł zagraniczny delegat, – lecz po upadku władzy tła i zabobonu kontynuowaliśmy jeszcze przez jakiś czas jej politykę zagraniczną, przejawiając agresję w stosunku do waszych braci. Zatem upieram się przy tym, aby przepraszać, nie zaś być przepraszanym.
  • To bardzo szlachetne z waszej strony – powiedziała i wymalowała przewodniczka, – lecz i my nie zmieniliśmy od razu naszej polityki wobec was.
  • Nie przesłaliśmy żadnej informacji o zmianie kierunku polityki wewnętrznej – zauważył dyplomata.
  • Ale mieliśmy szpiegów – zauważyła Pestka, – nie musieliśmy udawać, że ich nie mamy.
  • Ze szpiegami tak się robi – zaśmiał się gość. Wchodzili na bardziej okazałą aleję, gdzie kilka ważnych zabytków zostało zrekonstruowanych. Członkowie delegacji wyrazili swój podziw.
  • Tak samo wojny są zupełnie naturalnym elementem rzeczywistości społecznej – zauważyła Kuberianka.
  • Mamy nadzieję, że dotyczy to tylko pewnego etapu rozwoju naszego gatunku – zauważył dyplomata.
  • My też – zafalowała mackami Pestka. Gest był odpowiednikiem ziemskiego uderzenia się w czoło. – Oczywiście, my też.
  • Czyli, skacząc dalej, to my musimy was przepraszać – dodał i dorysował delegat.
  • To nie tak – zaprotestowała przewodniczka, – wciąż się przecież zmieniamy jako gatunek. Dopiero przezwyciężeni problemu tła pozwala nam patrzeć spoza własnych atawizmów. Dopóki problem tła był silny, wojny należały do konieczności. Jak mogło ich nie być, gdy myśleliśmy w kategoriach „ja i mniej istotna reszta świata”, „ja na tle reszty świata”? Stąd czerpały siłę religie i nacjonalizmy, wzmacniając też taką błędną postawę.
  • Tym niemniej zabytków szkoda – zauważył i obramował dyplomata.
  • Jeszcze do niedawna najlepsi wśród nas również ginęli, zarówno na powierzchni, jak i zwłaszcza pod ziemią – dodała i dorysowała Pestka. Weszli właśnie na piękny most nad kanionem. Finezyjne łuki rozpięte nad przęsłami migotały w bladym świetle polarnego dnia. Delegacja ubrana była w ciężkie, podobne do skafandrów kosmicznych, kombinezony. Dla nowych Kuberian było dziś ciepło, niektórzy przechadzali się w rozpiętych niedbale płaszczach. Niebawem miało to się zmienić, bowiem grupa biologów z podziemnego państwa (obraz) wyselekcjonowała geny odpowiedzialne za odporność na niższe temperatury. O ile nie można było już zmienić dorosłego osobnika, o tyle za kilka wieków każde z nowych pokoleń Kuberian powinno już posiadać praktyczne w sytuacji braku energii geny.
  • To przyjemność z wami rozmawiać – zauważył nagle delegat. – Mam nadzieję, że nie będzie niegrzecznością zaproponowanie wam kubka błotnego napoju po obradach?
  • Będzie to dla mnie niezwykła przyjemność – przyznała szczerze przewodniczka. – Jednakże ja tu pełnię funkcję gospodarza, zatem to wy będziecie moim gościem.
  • Na ten temat będziemy musieli odbyć prywatną obradę w kawiarni – zażartował dyplomata. – Czy chcecie wiedzieć, z czym żeśmy tu przybyli?
  • Nie wiem, czy wypada wam to zdradzać nim nastąpią oficjalne obrady – rzekła i narysowała Pestka. Wzorzyste kamienice usytuowane po obu brzegach mostu nosiły imiona wielkich architektów. Przejście nad wąwozem pełniło obecnie funkcję ogromnego muzeum architektury, z którego mieszkańcy miasta (obraz) byli dumni. Główny konserwator mostu podszedł właśnie do jednego z delegatów i wręczył mu ozdobnie wykonany album z reprodukcjami i planami wszystkich budowli, a także z tłumaczeniem na język państwa (obraz) zawartej na murach dźwiękokształtnej poezji.
  • Proszę nie myśleć w tak starym duchu – rzekł i ukazał dyplomata. – Niech już miną czasy etykiety i przepychanek różnych rządów. Chcemy zaproponować unię.
  • Unię!? – zaszokowana Pestka aż przystanęła z wrażenia. – Przecież mamy na razie zawieszenie broni.
  • I co z tego? – ucieszył się dyplomata. – Czasy się szybko zmieniają.
  • Macie na to zgodę prezydenta waszego kraju? – zapytała przewodniczka.
  • Ja nim jestem – oznajmił spokojnie gość. Dopiero teraz Pestka uświadomiła sobie, że nikt nie znał dokładnego składu delegacji z państwa obraz, zaś ich goście nie nalegali na ogłoszenie listy przybyłych przedstawicieli.
  • Prezydentem, wy? – Pestka była przerażona i usiłowała sobie natychmiast przypomnieć wszystkie popełnione gafy, żeby natychmiast za nie przeprosić.
  • A to niespodzianka, prawda? – zakołysał mackami prezydent. – Podoba nam się system waszych rządów i chcemy go w pełni przyjąć.
  • Bez żadnych poprawek? – zapytała przewodniczka.
  • Później pewnie będziemy razem rozwijać koncepcję prawa, władzy itp. – stwierdził rzeczowo dostojny gość.
  • Ale jesteście prezydentem jednego z największych państw na Kuberze, nasze państewko to ledwie kilka waszych miast – zauważył Pestka. – Jak możecie przyjąć prawa takiego maleństwa…?
  • Bo są dobre – rzekł i ukazał prezydent. – Daliście właściwą czołową rolę artystom i naukowcom, opracowaliście też kryteria oceny siły twórczej zawartej w tych elitach.
  • Jestem zwolenniczką zjednoczenia wszystkich Kuberian – stwierdziła i narysowała przewodniczka, – jednakże zadziwia mnie wasze tempo. Nie sądziłam, że to będzie odbywać się tak szybko. Nie myśleliście o tym, by po prostu przejąć nasz system prawny?
  • Ale przecież to wasze dzieło – zauważył dostojny gość, – dlaczego mielibyśmy posiąść dzieło bez stałego i jak najbliższego kontaktu z artystą, który je stworzył i może poprawiać oraz ulepszać?
  • No tak, ale z kawiarni nici? – spytała Pestka. – Nie chciałabym marnować czasu prezydenta państwa (obraz).
  • Wręcz przeciwnie – zauważył czcigodny gość. – Mam wobec was inne jeszcze propozycje.
  • Ale przecież jestem dla was zupełnie obcą osobą – zauważyła przewodniczka, domyślając się zaskakujących planów prezydenta. Nie mogła jednakże nie zauważyć, iż jest im całkiem przychylna.
  • Znam wasze kompozycje dźwiękokształtne, podziwiam je od wielu korzeni – stwierdził prezydent. – To artyzm w nich zawarty odważył mnie i mój rząd do tak śmiałych kroków.
  • Sądziłam, że jestem znana jedynie na powierzchni – zdumiała się Pestka.
  • Proszę mi wierzyć – zaśmiał się czcigodny gość, – sztuka dociera wszędzie…

 

    Strażnik wrzasnął i chlapnął na więźniów z obozu pracy. Nie wszyscy usłyszeli. Część leżała na ziemi konając z głodu i upływu krwi z niezabliźnionych ran. Wielu słabszych zostało zabitych wcześniej, w sposób możliwie ekonomiczny. Nadzorcy obozu najczęściej wrzucali do dołu niepotrzebnych i opuszczali na ciasno ułożone ciała mały granat. Następnie zakrywali ziemią jęczący i drgający jeszcze wądół. Niekiedy ciche łkania i trwożne westchnienia słychać było jeszcze na wiele korzeni po dokonaniu egzekucji. Znana był historia więźnia zakochanego w swoim partnerze/partnerce, który/która zdołał jakoś przepiłować łańcuchy i całą noc kopał w ziemi, by dostać się do swej ukochanej/ukochanego. Zdołał akurat dotknąć macki konającej żony, gdy wstał dzień i strażnicy zmasakrowali obydwoje śmiejąc się przy tym głośno.

   Dziś nie było przynajmniej przymusowego kazania. Obóz był placówką religijno rządową, służył zaś ratowaniu dusz odstępców. Nie było nic straszliwszego nad te codzienne apele wiary. Po wykładzie kapłana, strażnicy pytali losowo wybranych więźniów o fragmenty kazania. Jeśli ktoś ich nie umiał powtórzyć słowo w słowo, był na oczach wszystkich katowany. Na szczęście profesjonalni kaci byli obecnie rzadkością, zatem kaźni dokonywali strażnicy. Niekiedy posuwali się za daleko i skazaniec umierał dość szybko.

   Jeden z obozowych sierżantów dokonał właśnie egzekucji dzieci z heretyckich i buntowniczych rodzin. Jego ciało było pochlapane młodą jeszcze posoką. Rodzice dzieci odetchnęli z ulgą. Nie mogli znieść widoku swoich potomków poddanych najbardziej dziwacznym i sadystycznych eksperymentom. W ich macki wszywano różne przedmioty. Wwiercano otwory sięgające mózgu i pociągając za jakieś kołki wywoływano różnego rodzaju tiki nerwowe, wizje, stany lękowe i napady niepowstrzymanego bólu. Dorośli więźniowie nie raz mieli okazje oglądać jak któryś z ich nadzorców „bawi się z dzieciakiem”. Najgorzej było, gdy działo się to w trakcie przymusowej pracy. Mieszkańcy obozu, przykuci do swoich maszyn, musieli przez wiele godzin powtarzać mechaniczne czynności służące produkcji broni. Taśmy z częściami do spawania i montowania przesuwały się w zawrotnym tempie. Zaś po zakończeniu pracy jeden lub kilku najbardziej opieszałych robotników zostawało wrzuconych do prasy hydraulicznej, którą strażnicy ustawiali na najniższe tempo zgniatania. Jęki i wrzaski trwały nieraz bardzo długo. Pozostali przy życiu zastanawiali się, jak się w razie takiej sytuacji ułożyć, by zginąć jak najszybciej. Gdy po krótkiej przerwie na odpoczynek produkcja danej zmiany ruszała znowu, pierwsze bomby i elementy dział miały kolor zmieniony od posoki zgładzonych. Wyciskacz blaszanych form odciskał rytmicznie elementy sycząc i czekając na swą nową ofiarę. Pracownicy patrzyli na to ze zgrozą.

   Ale nie to było najgorsze. Każdy się spieszył, chcąc przeżyć. Pragnienie istnienia jak najdłużej i za wszelką cenę stało się jedyną motywacją większości osadzonych. Kto był wolny, ten przegrywał. Tymczasem strażnicy starali się odwrócić uwagę więźniów zabawiając się z dzieckiem. Zwykle elementy rozpoznawcze (odpowiednik ludzkiej twarzy) młodego były usunięte, lub pochlapane kwasem. Nie było więc do końca wiadomo, czyje to dziecko. Jeśli ktoś z więźniów miał swojego potomka w innej części obozu, mógł śmiało przypuszczać najgorsze. Przy wtórze nagranych z taśmy modłów strażnicy obracali kołkami sterczącymi z ciała dziecka, grali na strunach jego wyciągniętych nerwów, wywoływali w młodym ciele zupełnie niekuberiańskie odruchu i krzyki przekraczającego wszystko strachu i rozpaczy. To niekiedy zagłuszało nagrane dźwiękokształtne hymny, zaś co jakiś czas ktoś wyłączał nagranie i żądał od któregoś z więźniów kontynuowania od przerwanego momentu.

   Mało który rodzić w obozie myślał o swoich dzieciach mocniej niż o własnych lęku przed śmiercią. Mimo to, gdy trwała „zabawa z dzieciakiem”, powtórzenie dalszego ciągu modlitwy stawało się dla ojca/matki niemożliwe. Tym razem na ofiarę czekał gorszy los. Trafiała do kapłana, który wciąż miał na usługach własnych katów, albo też sam był w tym kierunku starannie wykształcony. To budziło największą grozę.

   Ciepły Brzeg zachował jeszcze resztki wspomnień i swojej refleksyjnej natury. Mimo otaczającego go okrucieństwa wciąż jeszcze spoglądał na otoczenie i myślał. Sam nie wiedział, czy ma się z tego cieszyć, czy raczej nad tym ubolewać. Choć na Kuberze wygrywały powoli nowe prądy, choć coraz większe obszary księżyca uwalniały się od rządzących od niepamiętnych czasów ideologii, on żył w państwie (obraz). Pomimo, że kapłanów i wszystkich tych, którzy myśleli „właściwie” trapiła chroniczna bezpłodność, służby wywiadowcze kraju zawsze były najlepiej rozwinięte. Obywateli dla wyludniającego się kraju porywano zatem z państw ościennych. Tylko do określonego wieku, oczywiście. Dzieci przechodziły solidne pranie mózgu i niektóre z nich stawały się nawet kapłanami i politykami (często jedno i drugie) niższego rzędu. Ofiarę dla Ciepła odprawiał zazwyczaj  jakiś zmuszony do tego torturami skazaniec, w ten sposób udawało się uniknąć niepomyślnych zdarzeń, które zazwyczaj wywoływało odczytywanie świętej księgi. Kapłani skrócili swoją teologię do najważniejszych elementów, czyli życia wiecznego, i monoteistycznego boga, który stał się Kuberianinem. Owe dwie „prawdy” i „tajemnice” wiary ubierali w symbole, nie mówili o nich wprost, aby nie ściągnąć na siebie niepomyślnych efektów. Niektórzy nawet pozostawali płodni, a wtedy zapładniali całe tabuny partnerów, gdyż obowiązkiem każdego obywatela było nosić nasienie takiego osobnika. Nawet Ciepły Brzeg był ojcem/matką kilkorga dzieci, które były owocami obowiązku bycia zgwałconym. Więzień nie miał pojęcia, co obecnie dzieje się z jego przymusowym potomstwem. Być może odbywało właśnie studia teologiczne, lub też, jeśli zwyciężyły jego geny, przebywało w podobnym miejscu jak ten obóz. Niewolnik myślał o tym bez emocji. Jeśli wygrały geny kapłana, mógł tylko żałować, że uległ rodzicielskim instynktom i nie zabił malców, zanim mu ich nie odebrano.

  • Instynkty – pomyślał z odrazą i w mózgu zamajaczyły mu nienawistne słowa religijnego hymnu. Pod jego macki podjechała kolejna śruba, którą zaczął w zawrotnym tempie przykręcać. Torturowane dziecko skakało w powietrze w dziwaczny sposób, nawet strażnik kręcący prętem wypływającym z korpusu chłopca/dziewczynki  był zdumiony. Ciepły Brzeg przeklął w myślach, gdyż śruba niemal odjechała od niego nie gotowa. Kilka korzeni temu był jednym z najszybszym i mógł niemal beztrosko patrzyć na krwawy tłok. Ostatnio zsunął się niemal na koniec listy. Coraz częściej mówiło się o konieczności ewakuacji obozu. Tylko to było w stanie go uratować. Żelazne szczęki prasy były tuż obok. Niemal je czuł na koniuszkach macek. Dziecko było już w końcowym stadium agonii. – Pewnie pójdą po następne – pomyślał z obcym, rzeczowym chłodem.
  • Hej, niewolniku, heretycki psie! – zwrócił się do niego strażnik uderzając go pejczem.
  • …pochwalone niech będzie Ciepło, stworzyciel wszystkiego, gwarant życia wiecznego, miłosierny i sprawiedliwy, pan wszystkiego, błogosławieni, którzy wierzą w niego bez zastrzeżeń i chodzą tylko po jego śladach – po tym, jak wrzasnął z bólu, Ciepły Brzeg dokończył modlitwę. Był w tym dobry, gdyż zawsze miał dobrą pamięć. Czasem jednak nienawidził siebie serdecznie za tę biegłość. Nie pojmował, dlaczego już dawno nie popełnił samobójstwa. Dlaczego godził się na powtarzanie tych koszmarnych źródeł przemocy i nieszczęścia.

 

  • Więc jednak to się stało, ewakuują obóz – pomyślał jakiś czas później, gdy wszyscy sprawni fizycznie więźniowie zostali ustawieni w szeregu. Ci inni zasilili ostatnie doły, które pokrywano właśnie betonem, gdyż nie było pewności co do tego, czy wróg nie zajmie niebawem tych terenów i nie spróbuje wydostać konających. Prawie korzeń trwała narada na ten temat między dowódcami straży więziennej. Spora grupa chciała zużyć większą ilość granatów, aby upewnić się co do zagłady heretyków. Zabijanie wręcz takiej ilości osób nie wchodziło w grę, było bowiem zbyt męczące. Jako, że udało się sprowadzić betoniarkę i walec, zdecydowano się na wykorzystanie tych, zdaniem kapłana odpowiedzialnego za obóz, zesłanych przez Ciepło urządzeń.

   Rozpoczął się długi marsz przez szare pejzaże, wyniszczone nędzą i niedawnym przeludnieniem. Więźniowie szli po zrytych, bocznych drogach, na których nigdy nie założono pasów magnetycznych. Skamieniałe od lodu błoto kaleczyło macki skaczących więźniów. Jedyną zaletą pracy w fabryce broni było ciepło buchające od hutniczych pieców. Teraz go nie było, wygłodzonych Kuberian zalał panujący na całym księżycu grobowy chłód. Co jakiś czas i coraz częściej ktoś upadał, zaś strażnicy dobijali go miażdżąc okuciami rączek od pejczów. Ofiary marszu miały szczęście, nie było bowiem czasu na tortury. Po dwóch czy trzech korzeniach zmęczeni strażnicy przestali nawet okładać swoich podopiecznych pejczami.

  • Miałem szczęście, że doczekałem tej chwili – pomyślał Ciepły Brzeg i ogarnął zmysłami najbliższe otoczenie. Cieszył się z zamarzniętych źdźbeł małych porostów, z obróconych w ruinę wiejskich chat, z resztek zagajników, widocznych jako kręgi uciętych łodyg pod przejrzystym lodem. Było cicho, jeśli nie liczyć jęków coraz słabszych towarzyszy i mechanicznych wrzasków nadzorców, unoszących się coraz rzadziej w zimnym jak sama śmierć powietrzu.

   Wędrówka ciągnęła się w nieskończoność. Od czasu do czasu słychać było huk dział wrogiej armii. Broń długodystansowa usprawniła prowadzenie wojen. Przed coraz szczuplejszym pochodem więźniów otworzyły się ruiny miasteczka, po części będącego slumsem. Wychudzone dzieci podchodziły do nich żebrząc o jedzenie, tak jakby nie wiedziały, że uczestnikom marszu śmierci nie przysługuje żaden posiłek. Zdarzało się, że jakiś więzień padał na ziemię i zaczynał lizać lód, ryzykując cięgi od nagle przebudzonych strażników, które często kończyły się śmiercią sycącego pragnienie więźnia.

  • Życie jest takie kruche… – pomyślał Ciepły Brzeg, któremu udało się już odgryźć kawał lodu z resztek obrzeża chodnika. Było mu wszystko jedno. Zastanawiał się na nadchodzącą ciemnością z pogodą, niemal z wdzięcznością. Był prawie szczęśliwy czując na sobie mroźny wiatr. O ile gorzej byłoby odejść pod prasą dla nie dość szybkich, albo w wyniku nagłej utraty pamięci. – Mówiłem, mówiłem te wszystkie hymny – pomyślał nagle z żalem i niepokojem. – Pamiętałem je i nadal pamiętam – złośliwa pamięć natychmiast zaczęła wysławiać Ciepło. Kuberianin miał ochotę skoczyć na jednego ze strażników i w ten sposób zabić te wstrętne, złowróżbne słowa, które wpojono mu z nie znającą  sprzeciwu siłą. – Oby przegrali tę wojnę – wylał z siebie cienką strugę dźwiękokształtu.
  • Niczego… innego… nie pragnę… – zgodził się skaczący tuż obok niego sąsiad, który zataczał się coraz mocniej. Po chwili padł, zaś strażnik mechanicznym ruchem wgniótł tę część jego ciała, która zawierała gasnący mózg.
  • Oby… – dokończył Ciepły Brzeg, nie notując już w swej pamięci ostatniego wydarzenia. Dochodzili do malowniczej rozpadliny. Kilka rezydencji bogaczy rozświetlało przeciwległy brzeg kanionu. Na dole stała oświetlona niemal jaskrawo świątynia. Zaczęli schodzić ślizgając się. Idących ubywało. Trudniejszy teren przyspieszał śmierć więźniów.
  • Pójdziemy się pomodlić? – spytał jeden z więźniów, licząc na krótki choć odpoczynek.
  • Obyś zginął, parszywy tchórzu – pomyślał Ciepły Brzeg. Tak łatwo było upodlić Kuberianina, wyryć w nim hasła propagowane przez katów. Cała ta groza była niczym wobec chuci spragnionej choć krótkiego postoju. Również on poczuł w sobie chęć postoju. Wyobraził sobie wnętrze świątyni zbrodniczej ideologii w jakimś miłych, ohydnie konformistycznym świetle. Pamięć znów zaczęła wyć strofy sławiące Ciepło. – O jakże nisko, nisko upadłem – jęknął w myślach. – Obyś zginął parszywy tchórzu – zwrócił się tym razem do samego siebie.

   Weszli do wnętrza budowli. Ciepło niemal parzyło skórę skazańców. Skamieniałe macki odzyskiwały boleśnie zdolność ruchu. Kapłan spojrzał na grupę z pełnym wyrachowania współczuciem. Zaczął przygotowania do religijnej ceremonii. Nim jednak wszedł bardziej w sferę wymyślonego sacrum, tej zmory wieków i tysiącleci, zwrócił się do dowódcy straży.

  • Bracie – rzekł. – Czy któryś z tych błądzących zasłużył na to, by być moim pomocnikiem? Okolica jest wyludniona, zaś kuria nie nachyliła się jeszcze nad bezmiarem moich trosk.
  • Ten będzie dobry – rzekł strażnik wypychając na przód parszywego tchórza.
  • Czy jest przygotowany? – zapytał kapłan.
  • Zaraz będzie – rzekł i ukazał dowódca wrzucając do otworu gębowego kolaboranta pastylkę z trucizną. – Receptę na antidotum wyślemy księdzu pocztą za kilka dni.
  • Jak często trzeba je podawać? – zaciekawił się proboszcz.
  • Jeśli oczyszczany zasłużył, to co dwa dni – wyjaśnił rzeczowo obozowy specjalista od tego rodzaju rzeczy. Nazywano go „lekarzem”, lecz mało kto wypowiadał to słowo widząc jego „zabawy z dziećmi”. Choć wykształcenie medyczne, uznawane w państwie (obraz) za niewinny grzech, było potrzebne do zabaw. W tej sposób nawet opierająca się na nędznym materialnym świecie nauka dostarczała jakiegoś pożytku.
  • Czy macie jakichś heretyków wymagających specjalnych starań? – dopytywał dalej kapłan. – Nie dane mi było od dawna uprawiać tego rodzaju służby wobec najwyższego. Niemal zapomniałem o tej gorącej wierze, która wyrasta niekiedy z bólu.
  • Z pewnością wszyscy tego potrzebują – ukazał i rzekł dowódca, zaś więźniom zrobiło się słabo na myśl o wymyślnych torturach. – Jednakże państwo (obraz), ostoja jedynie słusznej wiary, potrzebuje robotników. Nawet tak zimnych jak te (obraz).
  • Szkoda – zmartwił się kapłan, zaś jego dźwiękokształty popłynęły w mroku stojącej na elipsoidalnych półłukach świątyni.
  • Nie jest tak źle, wasza Świątobliwość – stwierdził i wykuł dowódca. – Możemy zostawić tu dwóch więźniów. Lecz wy sami ich wybierzcie, osądźcie po gorliwości ich uczestnictwa w obrzędzie.
  • Doskonale – ucieszył się świątobliwy mąż.
  • Jednakże, jeśli mogę coś poradzić, zignorujcie tych najsłabszych – dodał na koniec główny strażnik. – Niedługa z nich będzie modlitwa.

   Ciepły Brzeg zaczął się niemal dusić ze strachu i z pogardy dla samego siebie. Zaczął się obrzęd, a hymny i rytualne zwroty wypływały z jego pamięci triumfując mocnymi dźwiękokształtami w przestrzeni. Myśl o tym, że mógłby trafić na koniec do świątynnego oprawcy dodawała mu siły. Ktoś mógłby wręcz sądzić, że Ciepły Brzeg trafił do obozu przez pomyłkę, tak kipiąca była jego nagła pobożność. Inni więźniowie też dokładali starań, aby okazać swoją gargantuiczną pobożność. Na ich tle dźwiękokształty strażników wydawały się blade i niepewne. Kilu z nich zaczęło się nawet śmiać widząc nagłe ożywienie swoich podopiecznych. Oczywiście swoją radość ukazywali oni z ogromnym umiarem, gdyż władza kapłana była w państwie (obraz) ogromna i mógł jednym słowem bez trudności zamienić nadzorcę w więźnia.

   Religijna uroczystość ciągnęła się w nieskończoność. Przerażonych uczestników opuściło nawet uczucie głodu. Na koniec kapłan nie musiał przebywać w najświętszym kręgu świątyni. Wykorzystywał tę swobodę owocnie, podchodząc do każdego więźnia po kolei i przyglądając się mu uważnie. Niekiedy wyciągał swoją owiniętą symbolami uduchowienia mackę i badał stan ciał swoich ewentualnych heretyków. Niekiedy z zainteresowaniem notował zdrowy, choć wycieńczony organizm, innym razem odsuwał się niemal z odrazą od osobnika zbliżającego się i bez jego pomocy do wrót śmierci. Kilku więźniów zemdlało pod wpływem palącego lęku i zimnych, rozedrganych zmysłów urzędnika wiary. Ciepły Brzeg nie miał pojęcia, czy to dobrze, czy też źle. Gdy znalazł się w sferze zmysłów kapłana, przez moment chciał zasymulować omdlenie, lecz ostatecznie nie zdecydował się na tak ogromne ryzyko.

   Gdyby bowiem dane mu było przeżyć jeszcze jakiś czas, przy następnej wizycie w świątyni strażnicy mogliby zdradzić tamtejszemu kapłanowi, że jest symulantem. Ciepły Brzeg zdecydował się zatem udawać wprost. Gdy postrzeganie kapłana skupiło się na nim, wył z całej mocy uroczysty psalm. Jego ciało drżało z udanego wzruszenia. Przy każdym dźwiękokształcie hymnu wyrzucał macki w górę, podskakiwał i tańczył. Płonął w nim ogień wiary. Wypuszczał jego światło ze wszystkich porów ciała. Groza go przytłaczała do tego stopnia, że prawie wierzył w to, co robi. Dawno już nie widział tego, do czego doszli kapłani w oczyszczaniu grzeszników, lecz i to, co widział jakiś czas temu było zbyt potworne, aby o tym myśleć. Nie rozmyślał zatem. Starał się przeobrazić cały swój lęk w pozorowany, religijny szał. Jednocześnie dbał, żeby nie ukazywać, że jest w dobrej formie. Przy zbyt gwałtownym podskoku udawał potknięcie, przewracał się niemal na posadzkę świątyni. Uszkodził sobie też skórę w jamie pokarmowej i starał się pluć co jakiś czas płynącą z ranki posoką. Kapłan i strażnicy spoglądali na niego niemal ze zdumieniem.

 

(368)

Ciekawość GauriPowieść Ciekawość Gauri jest eksperymentem mającym na celu badanie granic poznania i tego, co jeszcze możemy nazwać "bytem". Eksperymentalny charakter ma wpływ na strukturę powieści, która pod niektórymi względami celowo staje się antypowieścią. Autorem powieści jest Jacek Tabisz.

Podobne materiały

Zostaw komentarz

Wpisz kod antySPAMowy *