• niedziela, 25 października 2020 r.

Rozdział 60. Hindusi trąbią cały czas

Rozdział 60

 

 

   Gauri w końcu pożegnała się z wujem, nie wiedząc, na jak długo to czyni. Wsiadła do taksówki i ruszyła w stronę swojego mieszkania na kampusie. Po drodze gwizdała wesoło prostą ragę Bhairavi i rozglądała się uważnie. Jechała dość wolno, zatem za nią rozlegały się intensywniejsze niż zwykle klaksony. Hindusi trąbią cały czas, zatem trąbienie wyjątkowe, mające jakąś przyczynę, wymaga sporego wysiłku i inwencji. Dzięki temu stanowiło ono paradoksalnie dobry podkład do nucenia Gauri.

 

–   W sumie to nie ważne, czy jestem w symulacji, czy otacza mnie realny świat – pomyślała Gauri gwiżdżąc jednocześnie wykwintny gamak. Klakson niewyobrażalnie obładowanej ciężarówki pomalowanej jak tęcza wkomponował się w gamak idealnie. – Moje reakcje i tak będą prawdziwe. Zatem doświadczenia z nich wypływające będą miały ten sam walor, co w rzeczywistym świecie.

  Gdy dojechała do Północnego Kampusu zanurzyła się w uniwersyteckim ogrodzie. Choć był skromny i żałosny przy artystycznych parkach NZDelhi, Gauri z lubością wdychała powietrze wypełnione zapachem przesuszonych liści, pyłu i wypluwanego przez źle opłacanych ogrodników betelu. W sumie tego wypluwanego betelu najbardziej brakowało jej w NZDelhi. Wprawdzie był dostępny w sklepikach i stanowił dość popularną pamiątkę turystyczną, jednak roboty ani awatary gości z pewnością nie żuły go tak intensywnie jak wielu Ziemian z Indii. Sam zapach nie był przyjemny, ale nie był też odrażający. Teraz jego słodkawa, drażniąca woń kojarzyła się Gauri z domem dzieciństwa, podobnie jak komuś innemu mógłby się z nim kojarzyć zapach świeżo wypieczonego roti czy europejskiego rosołu.

–   O, jesteś! – usłyszała Gauri znajomy głos, gdy weszła do swojego pokoju w akademiku.

–   Czandra, to ty? – spytała zdziwiona.

–   Jeszcze przed chwilą byłem w NZDelhi, a teraz jestem tutaj – rzekł Czandra. – Słoneczny powiedział mi tylko, że mam na ciebie czekać. Wrzucił mnie w jakiś portal, albo uśpił. Sam już nie jestem pewien. Pewnie też myślisz, że to jakaś symulacja?

–    Tak, zastanawiam się nad tym – przyznała Gauri, która ucieszyła się widząc zdrowe zachowanie Czandry. Najpewniej wyleczono go już z żywielowego okrucieństwa.

–   Gdyby nie te symulacje, niewiele by ze mnie zostało – przyznał Czandra, a bolesny grymas przemknął szybko po jego twarzy. – Mimo to nie wiem, dlaczego ty miałabyś być w wirtualnej pułapce?

–   Istnieje hipoteza, zwariowana, lecz i trudna do obalenia, że wszystko musi być symulacją – uśmiechnęła się Gauri. – Opiera się ona na przekonaniu, że bardzo wyrafinowanym cywilizacjom pozostaje w końcu jedna ze szlachetniejszych i bardziej niezwykłych cech świadomych istot. Jest nią zabawa. Mając nieskończone możliwości techniczne robią symulacje tak doskonałe, że będąc ich częścią, dekoracją, tłem – istniejemy.

–   No to mnie pocieszyłaś – Czandra pokręcił głową niejednoznacznie.

–   Gdy patrzymy na eony które mogły upłynąć od ewolucji pierwszego ze wszechświatów, o ile odnoszenie naszego wymiaru czasowego do wieloświata ma jakikolwiek szerszy sens, ciężko wykluczyć rzeczywiste istnienie cywilizacji tworzących świadome boty, takie jak my, czy nawet Słoneczny.

–   Ale przy takim poziomie zaawansowania te istoty tworzyłyby po prostu zaprojektowane zgodnie z ich pomysłem wszechświaty. Zatem byłaby to bardziej kreacja niż symulacja.

–    Podoba mi się – uśmiechnęła się z dumą Gauri. – W trakcie kuracji twój umysł stał się bardziej wyzwolony i lśni dobrym światłem.

–     Dziękuję! – ucieszył się niemal naiwnie Czandra. –  Słoneczny kazał mi przekazać tobie to pudełko. Jest w nim niespodzianka, którą ci obiecał.

   Czandra wyjął pięknie zdobione pudło. Była to raczej szkatuła z jakiegoś skrajnie lekkiego materiału, który niemal unosił się w powietrzu. Gauri otworzyła je i znalazła w nim kolejne, podobne pudło, a w nim jeszcze kolejne.

–   Mam nadzieję, że nie dojdziemy w ten sposób do wielkości Plancka – zaśmiała się, coraz bardziej niecierpliwie próbując dostać się do zawartości.

   Wreszcie po szesnastu pudełkach Gauri odnalazła w najmniejszym z nich złożoną w kostkę kartkę. Otworzyła ją i zobaczyła krótki napis w hindi.

–   „Wydostań się sama” – przeczytała. Gdy tylko skończyła zdanie, jej skafander kosmiczny zwinął się w kostkę, opadł do jej stóp i anihilował z cichym sykiem. W pudle musiało być hasło trwałej dezaktywacji skafandra.

–    Cały Słoneczny – mruknął Czandra wpatrując się w smużkę dymu pozostałą po skafandrze.

–   Hmm… – zasępiła się Gauri. – Bez skafandra to może potrwać.

–   Niesamowite – zaśmiał się Czandra. – Myślisz, że uda ci się wrócić w dalekie obszary kosmosu bez niczyjej pomocy?

–  A co, wątpisz we mnie? – prychnęła dziewczyna i zaczęła się przyglądać książkom umieszczonym na regale.

–   W tym woluminach raczej nie znajdziesz praktycznego poradnika budowania napędów nad i pod przestrzennych – zauważył chłopak.

–   Nie znajdę też dobrych map nawigacyjnych – westchnęła Gauri.

–   Żadnych map w zasadzie – dopowiedział Czandra, – chyba, że nazwiesz mapą to coś, co malowali Europejczycy w średniowieczu. Jerozolima jako kilka wzorków i świat wokół niej jako barwne fale z potworkami.

–   Nie jesteś dzisiaj zbyt pomocny Czandro – dziewczyna zrobiła zblazowaną minę brytyjskiej arystokratki rodem z bollywoodzkich filmów historycznych.

–    Jestem tylko realistą, panienko Cathy – odparł w równie zblazowany sposób młodzieniec.

–   Wichrowe wzgórza znowu wracają – kosmitka uśmiechnęła się melancholijnie. –  Swoją drogą końcowe losy wycofanego Headcliffa i straszącej jako duch Cathy dobrze oddają pułapkę Ziemi, w którą nieoczekiwanie wpadłam, dzięki przekornej inwencji sir Słonecznego.

–   Szlak by go trafił! – zaklął Czandra. – A już się dobrze poczułem po moim szaleństwie. I cieszyłem się wygodą i pięknem życia w NZDelhi.

–   Tu masz miliony innych ludzi – próbowała go pocieszyć Gauri. – Pamiętam, że tęskniłeś za nimi w NZDelhi.

–   Sądziłem, że jak już zapuścimy korzenie w NZDelhi zjawią się jacyś ciekawscy, tacy jak ty – rzekł Czandra. – Albo, że Kuberianie uleczą ziemską żywiel i nawet będziemy zobowiązani wpadać na naszą macierzystą planetę.

–   Przyznam, że to dziwne – zgodziła się z nim kosmitka. – Nie sądziłam, że wpadniesz razem ze mną w tę pułapkę – niespodziankę.

–    Jak sama z niej wyjdziesz, nie będziesz nikomu nic winna – Czandra uśmiechnął się do niej. – Pamiętam, że trochę cię to dręczyło.

–   Być może o to chodzi – zgodziła się z nim dziewczyna. – Choć nie wiem. Po drodze tutaj, też dość pułapkowej, spotkałam trochę bliższych i dalszych znajomych Słonecznego. Wygląda na to, że słynie z dziwnych zachowań, nieprzemyślanych eksperymentów i drobnych złośliwości.

–   Ale jest też dobrym strategiem – wtrącił Czandra, który czuł do Słonecznego ogromną wdzięczność za wyleczenie z szaleństwa. – Jeśli spotkałaś istoty mu nieprzychylne, najwyraźniej chciał, abyś je spotkała. Może chciał ci dać pełną wolność. Nie tylko od zobowiązania związanego z wyzwoleniem z ziemskiej żywieli, ale także wolność od niego, od Słonecznego.

–   No, no – pokiwała głową dziewczyna. – Kuracja dobrze ci poukładała w głowie. Myślisz jasno i rzeczowo, zauważasz ciekawe detale.

–   Nie chciałbym być jednak stronniczy – dodał pospiesznie połechtany komplementem Czandra. –  Być może obie wersje Słonecznego są prawdziwe – życzliwy mentor i złośliwy troll mogą być mieszkańcami tego samego bytu. To trochę tak jak z archetypicznym guru, no wiesz, jak z naszym indyjskim mitem o nauczycielu.

–   Tak, tak – zaśmiała się Gauri. – Wszystko jest lekcją. Guru nie chce cię uczyć, musisz go podglądać – znaczy tak cię uczy. Guru nie chce cię wpuścić do domu, choć pada deszcz. Widać uczy cię cierpliwości i wytrwałości. Guru wysyła cię po papierosy, które pali ukradkiem przed mniej zaufanymi uczniami? Widać guru uczy cię pokory.

–   Ale czemu kosmita z tak dalekich miejsc i czasów miałby zachowywać się jak pospolity mędrek z indyjskich mitów? – zamyślił się młodzieniec. – Może dalej nie możemy rozmawiać z nim samym, ale jedynie z drobną cząstką awataru programu tłumaczącego z dużej złożoności na naszą prostotę?

–   To możliwe, a nawet pewne – zgodziła się Gauri. – Lecz po drodze odbyłam ciekawą rozmowę, w której doszłam do wniosku, że gdy trawimy bezczas i bezkres różnica między złożonością a prostotą się zaciera, a może nawet przestaje istnieć.

–   Tak, wiem, o co ci chodzi – Czandra wziął z półki album przedstawiający malarstwo ragowe i wertował go mimochodem. – Dla istot żyjących twórczo miliony lat te, które owocnie rozwijają się tylko przez tysiąclecia też mogą zdawać się w pewien sposób żywielą. A z kolei po milionach lat zaczyna się dostrzegać, że schematyczna prostota nie jest pułapką, ale swego rodzaju kształtem rzeczywistości, jedną z jej ważnych barier, od których można się twórczo odbijać do przodu, a nie tylko pogrążać jak w bagnie.

–   Kuracja była bardzo udana, bardzo udana Czandro – Gauri zmrużyła z rozkoszą oczy i pocałowała Czandrę w policzek. W Czandrze nie było już nic z bohatera koszmaru na stacji. Pozostało w nim to, co twórcze i dobre. – Znaczy, że Słoneczny nie jest tylko złośliwcem – dodała po chwili, zaś Czandra skinął głową. – Wygląda na to, że będę miała okazję sprawdzić, co się wydaje po milionach lat świadomym istotom – dodała dziewczyna po dłuższej chwili zamyślenia.

–  Tak? – zdziwił się Czandra.

–   Po drodze zostałam przeklęta lub obdarowana – rzekła kosmitka z uśmiechem i opowiedziała historię spotkania z niezwykłym nieznajomym w Domu Pogranicza.

–   To w sumie nie ma z tym żadnego problemu – rzekł Czandra wskazując na kartkę z niespodzianką Słonecznego. – Nie musisz nic robić. I tak w końcu znajdziesz się w otwartym kosmosie. Wystarczy, że poczekasz, aż Ziemia się rozpadnie.

   Zaśmiali się oboje, lecz po chwili umilkli. Wizja Gauri unoszącej się przez tysiące wieków w próżni, wśród odłamków rozstrzaskanej Ziemi nie była tylko zabawna.

–   Ciekawa jestem, czy jak się znajdę w takiej sytuacji, to zapadnę w hibernację, czy będę dalej świadoma? – rzekła Gauri.

–   Na razie nie ma żadnych sposobów, aby to sprawdzić – zauważył Czandra. – Hindusi nie wysłali jeszcze w kosmos ani jednej osoby, a Rosjanie czy Amerykanie mogą cię posłać co najwyżej na Międzynarodową Stację Kosmiczną, jak zapłacisz i przejdziesz badania.

–   Mogłabym zaprezentować moje „moce” – Gauri zrobiła akademicki cudzysłów rękoma, – wtedy może zainwestują w eksperymenty nade mną.

–   Ale raczej na Ziemi – zauważył Czandra. – Może też sprawdzi się teoria spiskowa o służbach wywiadowczych, które pomijają kwestię praw jednostki i jej wolności gdy zetkną się z kimś naprawdę niezwykłym. Tak jak na filmach. Wylądujesz w jakimś tajnym więzieniu dla superbohaterów.

–  Każda istota pochodząca z bardziej rozwiniętej cywilizacji jest superbohaterem, albo nawet bogiem w oczach ludów pierwotnych – zgodziła się z nim kosmitka.

–   Można poczekać, aż przylecą tu Kuberianie, aby leczyć żywiel zgodnie z umową – zauważył Czandra. – Więc nie jest tak źle, nastąpi to znacznie szybciej niż rozpad Ziemi. Ciekawe swoją drogą, ile ja pożyję?

–   Na pewno dłużej niż inni – rzekła Gauri. – Zostałeś poddany licznym modyfikacjom. Wyobraź sobie szpital. Trafiasz tam chory na zapalenie płuc. Gdy lekarze zobaczą, że zagraża ci także wyrostek robaczkowy, też coś z tym zrobią.

–   Więc może doczekam Kuberian – słowa młodzieńca były pogodne i nie niosły w sobie cienia zniecierpliwienia.

–   Słoneczny przeniósł nas w czasie do dnia, gdy zasnęliśmy, zatem może minąć wiele dekad, albo nawet wieków zanim zobaczymy tu Kuberian.

–  Zawsze to lepsze, niż…

–  Wiem, wiem – przerwała mu Gauri. – Niż czekanie na rozpad Ziemi. Gdybym zresztą zapadała w hibernację w próżni, nie mogłam bym nawet nadać swojemu ciału powolnego ruchu w stronę jakiegoś celu.

–   To znaczy, że znasz mapy wszechświata? – spytał Czandra.

–   Tak, na szczęście – uśmiechnęła się dziewczyna. – W trakcie licznych podróży, w licznych awatarach zdarzały się momenty, gdy sprzęt zawodził i trzeba było ręcznie wpisywać koordynaty. Wprawdzie nie skupiałam się na lokalizacji Ziemi, ale znam kilka cywilizowanych miejsc położonych względnie niedaleko tej planety. Oczywiście przebycie kilku lat świetlnych po wystrzale z jakiejś gaśnicy czy innego spreju rzeczywiście wymaga nieśmiertelności.

–  No to chyba lepiej, żeby te twoje supermocarne albo boskie nanoboty zapewniały ci hibernację lub spowolnienie metabolizmu – zauważył chłopak.

–   Jeśli ich twórca nie był skrajnie złośliwy, pewnie to robią – rzekła Gauri. – Lecz nie wiem, czy działają w ten sposób automatycznie, czy też potrzebują jakiejś czynności aktywizacyjnej. W sumie zupełnej automatyki też bym nie chciała, pozbawiałoby mnie to bowiem możliwości działania w ekstremalnych sytuacjach.

–  To wiemy, co musisz zrobić – zaśmiał się Czandra.

–  Popełnić samobójstwo – Gauri pokiwała palcem, a szeroki uśmiech rozbłysnął na jej twarzy.

Ciekawość GauriPowieść Ciekawość Gauri jest eksperymentem mającym na celu badanie granic poznania i tego, co jeszcze możemy nazwać "bytem". Eksperymentalny charakter ma wpływ na strukturę powieści, która pod niektórymi względami celowo staje się antypowieścią. Autorem powieści jest Jacek Tabisz.

Podobne materiały

Zostaw komentarz

Wpisz kod antySPAMowy *