• wtorek, 27 października 2020 r.

Wesele i zaczarowany teatr. Dziennik indyjski 30

Tytuł jest nawiązaniem do „Zaczarowanego Ogrodu”, czyli (w moim odczuciu) pewnego archetypu malowniczego, tajemniczego miejsca, które wyłania się nagle zza zardzewiałej furtki w jakimś popękanym murze i tym bardziej zachwyca swoją nieoczekiwaną obecnością. Takie miejsce znalazłem w Colombo, które ma w sobie coś z Lizbony, Amsterdamu i Londynu. Architektura tego miasta pochodzi z czasów brytyjskich i późniejszych, jednakże na Sri Lance trwał długo idiom barokowych kościołów, czy też specyficznych, holenderskich kamienic. Stolica przesiąkła nim mocno.

 

 

   Zanim jednak odkryłem owo miejsce, czekał mnie stopniowy powrót do zdrowia. Lekarz założył, iż jeśli zapisze mi naprawdę drogie lekarstwa, powinno to podziałać. Jak się okazało miał rację. Wielkie pastylki antybiotyku o kozim smaku, produkowane na licencji europejskiej firmy w Pakistanie, zaczęły w końcu mordować zawarte w moim ciele mikroby. Swoją drogą z zaciekawieniem obserwuję lankijski rynek. Nigdzie indziej nie widziałem tyle produktów z Pakistanu, co oznacza, iż ów biedny kraj ma mimo wszystko pewne sukcesy w handlu zagranicznym. Obok tego, dużo bardziej nieokiełznaną falę dóbr wszelakich stanowią te wyprodukowane w Indiach. Nie brak też wyrobów japońskich, głównie maszyn, tak samo jak w Indiach. Co jakiś czas można też ujrzeć chiński i zupełnie po chińsku opisany autobus. Obecnie ekonomia Sri Lanki boryka się z licznymi problemami. W 2009 skończyła się najnowsza wojna z lankijskimi Tamilami. Jak mówią mi moi przyjaciele, Tamilowie osiadli (w przeciwieństwie do plantacyjnych) zawsze byli najbardziej rzutkimi w kraju przedsiębiorcami. Po kolejnych wojnach ci co mogą emigrują do pobliskich krajów anglosaskich – Australii, Nowej Zelandii…

   Pomimo słabego jeszcze samopoczucia wdawałem się w dyskusje o Tamilach z Tushitą.  Zdziwiło mnie jego stanowisko, gdyż choć był Syngalezem bardzo bronił największej lankijskiej mniejszości. Zwrócił uwagę na początek całej tragedii. Nie była nim – jego zdaniem – przymusowa deportacja wielu Drawidów do Indii zaraz po uzyskaniu przez wyspę niepodległości, lecz chęć uczynienia jedynym językiem państwowym syngaleskiego. Jak zauważył Tushita, dla Tamilów język jest święty i odebranie im go wzbudza w nich silne emocje. Tushita uważał też, iż to Drawidowie, wbrew oficjalnej wykładni historii, byli pierwszymi mieszkańcami tych ziem, jeśli nie liczyć żyjących w epoce kamienia łupanego Veddha, których zdaje się nikt nie bierze na serio, gdyż zawsze łatwo i bezboleśnie się asymilowali. Z ludźmi żyjącymi na poziomie precywilizacji wiąże się zresztą ważny problem. Z jednej strony wiele osób na świecie chce bronić tożsamości takich plemion, z drugiej nie ma w tym nic dziwnego, iż osoby, których przodkowie nie osiągnęli wyższego cywilizacyjnego postępu pragną go jednak. Piszę „wyższy” co nie wpisuje się w nasze postmodernistyczne czasy, ale zostawmy głos w tej sprawie ludziom, których problem bezpośrednio dotyczy. Czy Veddha rzeczywiście woli polować z włócznią i pielęgnować legendy przodków, czy raczej chciałby czytać książki, prowadzić samochód, jeździć do dalekich krajów, być lekarzem, sportowcem, żeglarzem? Oczywiście często zmiana kończy się źle. Człowiek wyrwany ze swej archaicznej tradycji staje się żebrakiem w nowoczesnym mieście. Ale z tego co wiem, dzięki wielowiekowym tradycjom asymilacji, Veddha adoptują się lepiej niż indyjscy Adiwasi, nie wspominając nieszczęsnych Aborygenów, których „adoptowano” w iście nazistowski sposób. Wróćmy jednak do Tamilów i Tushity. Rozważając jego niezwykłe, jak na Syngaleza poglądy, zauważyłem, iż może byłoby lepiej podzielić Sri Lankę na dwa kraje, tak aby Tamilowie mogli czuć się u siebie. Wydaje mi się, że przejście z kwestii abstrakcyjnych do bardziej konkretnych nieco zastopowało mojego przyjaciela. Dodałem zatem, iż kwestia Tamilów na Sri Lance ma swoje przedłużenie w polityce indyjskiej. Gdyby na Sri Lance pojawiło się niezależne państwo tamilskie, jak zachowaliby się niektórzy bardziej radykalni indyjscy Tamilowie? A gdyby im się udało, to co z Kaszmirem i Manipurem, w których też spore grupy zdecydowanych na wszystko osób dążą do niepodległości? Indie rozsypałyby się jak domek z kart. Dlatego – jak zauważyłem – rząd Indii wspiera Syngalezów przeciwko Tamilom, choć w normalnych warunkach powinien chyba raczej bronić wywodzącej się z Indii mniejszości… Oczywiście rząd wspiera, lecz wielu mieszkańców Indii ma mieszane uczucia. Widać to nawet w moim przewodniku po Sri Lance napisanym w Indiach, gdzie obok krytyki Tamilskich Tygrysów pojawia się określenie „Bojownik o Niepodległość”. Na koniec Tushita zauważył, iż nie może o takich kwestiach rozmawiać z większością swoich znajomych, gdyż wywołuje to natychmiastowy atak. Ciężko się dziwić. Temat jest wysoce kontrowersyjny, zwłaszcza dla samych Syngalezów.

 

 

   Jak tylko poczułem się trochę lepiej, moi przyjaciele postanowili wyciągnąć mnie z domu. Nadarzającą się okazją okazało się… wesele. Pobierało się dwoje ludzi związanych z Uniwersytetem Kelaniya i aktorstwem. Urządzili dwa przyjęcia weselne – jedno ze strony panny młodej w miejscowości Matara, położonej na południowym wybrzeżu wyspy i odległej od Colombo o 161 kilometrów (czyli daleko jak na Sri Lankę i jej możliwości transportowe). Matara znajdowała się 50 kilometrów za miejscowością Galle, której zniszczenia stały się symbolem tragicznego tsunami, stanowiącego ważny rozdział w historii położonej na oceanie Lanki. Sądząc po usytuowaniu w terenie, Matara musiała być jeszcze bardziej zniszczona. Niestety, tam nie dotarłem, gdyż byłem jeszcze wówczas bardzo chory. Rodzina panny młodej wyznawała buddyzm, zatem owo przyjęcie weselne miało charakter buddyjski. Drugie miało mieć klimat chrześcijański z uwagi na wyznanie pana młodego i jego rodziny. Wstaliśmy rano. Dojechała do nas Prasadini, przyjaciółka Kowshalyi. Poznałem jej narzeczonego, który był twórcą (ale nie prezenterem) programu telewizyjnego poświęconego motoryzacji. Gdy sobie z nim gawędziłem (on nie jechał na wesele), Kowshalya, Tushita i Prasadini wdziali na siebie skrajnie markowe ubrania, dobrane do siebie deseniem, kolorem i nawet kształtem jakichś bardzo modnych portfeli. Nie dziwiłem się temu, w końcu byli ludźmi, którzy pracują za pomocą swojego wizerunku, aktorami teatralnymi i filmowymi. Ja miałem na sobie kurtę z Lakshmi Nagar, bardzo nie markową, wartą zapewne guzika z ich strojów. Byli tym troszkę przerażeni, lecz pocieszyli się myślą o tym, iż państwo młodzi ubrani będą w stylu północnoindyjskim. Moda na Północne Indie jest bardzo silna wśród Syngalezów. Zarówno Kowshalya, jak i jej dwie siostry otrzymały od rodziców imiona indyjskie. Wszędzie na Sri Lance patrzą z reklam i wystawionych na sprzedaż obrazków bollywoodzkie gwiazdy filmowe. Większość z nich pije na nich Coca Colę w bardzo zabawny, fanatyczny sposób, nie spotykany nawet w Indiach (Hindusi nie piją napojów dotykając ustami szyjki butelki, lecz wlewają sobie zawartość do otwartych ust, co – zdaniem speców od marketingu – nie pobudza do zakupu tak bardzo, jak bezpośredni kontakt ze zmysłową amerykańską butelką). Co ciekawe, bollywoodzka muzyka filmowa dociera do Sri Lanki w wersjach tamilskich, tracąc przy tym całkiem sporo, gdyż od czasu MS Subbulakshmi tamilscy śpiewacy do pięt nie dorastają marackim wokalistom. W związku z tym moje nagrania ze stacji radia hindi zrobiły w domu Kowshalyi prawdziwą furorę.

   Koniec końców okazało się, iż nie pojedziemy uniwersyteckim autobusem, lecz prywatnym transportem. Gdy więc podjechało nieco spóźnione auto, wpakowaliśmy się pospiesznie do niego i ruszyliśmy z zapierającą dech w piersiach prędkością 60 km/h i mniej. Samochód miał klimatyzację, włączoną z umiarem, co bardzo mnie ucieszyło, gdyż czułem się w nim lepiej niż w domu moich gospodarzy. Dość długo wyjeżdżaliśmy z labiryntów podmiejskiego Kotikawatta. Po drodze minęliśmy wiele mostków nad bagnami i krętych jak wodorosty ulic. Wszędzie widać było nowe i stare domy. Te ostatnie miały niekiedy ganki, co nadawało im nieco polski akcent. Co jakiś czas na wzgórku widać było małą świątynię buddyjską, złożoną z kilku pawilonów, o spadzistych, kojarzących się z Japonią i Chinami dachach. Owym pawilonom najczęściej towarzyszyła mała stupa z charakterystyczną, niemal sięgającą ziemi kopułą zwieńczoną wysmuklą, masywną iglicą. Jeszcze więcej było kapliczek z Buddami. Obecne w nich posągi zdawały się wieść własne życie, niektóre z nich miały nawet firanki dla ochrony przed słońcem. Prócz tego mijaliśmy oczywiście wiele sklepików i sklepów. Sieć małych supermarketów Food City, bardzo podobna do indyjskiej sieci Food Bazaar, otwierała się w wielu miejscach. Obok tego widać było sklepy „ogólnospożywcze” pochodzące z bardziej wiejskich czasów. Wszędzie reklamowały się sieci komórkowe, punkty z możliwością doładowania telefonu, lub zakupu karty sim były równie częste, jak sklepy spożywcze.

 

 

   W pewnym momencie naszym oczom ukazał się potężny mur. Była to wielka świątynia w Kelaniya, jedna ze sławniejszych w Colombo. Tak jak w Indiach, wszędzie porozstawiane były sklepiki z artykułami ofiarnymi, zaś do samej świątyni wiódł przypominający port lotniczy system bramek, opłat, zegarów. Jak się dowiedziałem, w przeciwieństwie do wielu świątyń hinduistycznych, ta świątynia buddyjska była otwarta cały czas. Zdziwiłem się nieco, słysząc, iż Kowshalya (która polecała mi to miejsce bardzo gorąco) była w niej tylko trzy razy. Wprawdzie w swoim nowym domu mieszkali z Tushitą od niedawna, lecz obydwoje mieli swoje rodzinne domy niezbyt daleko od ulicy Koratuwa. Minęliśmy świątynię i po jakimś czasie przecięliśmy jedną z głównych dróg Sri Lanki, łączącą Colombo z Kandy, siedzibą ostatniego niepodległego królestwa Lankijczyków, wciąż pełną historii, no i posiadającą najświętszą relikwię wyspy, czyli ząb Buddy. Wokół owego zęba powstała imponująca drewniana świątynia, którą brytyjscy najeźdźcy zniszczyli i którą, jako symbol syngaleskiej niepodległości, odbudowano. Przy tej świątyni skupiają się najstarsze buddyjskie tradycje artystyczne Sri Lanki, o czym pewnie nieraz będę wspominał. Nasza podróż tym razem wiodła w inne miejsce, czyli do miejscowości Chilaw położonej tak jak Colombo na zachodnim wybrzeżu i odległej od niego o 70 kilometrów (co najmniej 2 godziny, jakby nie było). Pojawiła się nadzieja na to, iż zobaczę tam ocean, niestety, nie zrealizowana. Póki co próbowałem zobaczyć błękitną część naszej planety z drogi, lecz okazało się, iż ani razu nie zjechała ona dostatecznie blisko brzegów wyspy. Tylko raz, gdzieś nad dachami domów, czuć było już urywającą się ziemię, jednak ani jednej fali moje oko nie widziało. Nic dziwnego. Trasa łącząca Colombo z Negombo, miejscowością gdzie znajdują się ponoć wspaniałe plaże, rybacy i lotnisko, należy do szczególnie mocno zurbanizowanych obszarów Sri Lanki. Tak jak niekiedy w okolicach Warszawy, czy innych europejskich stolic, cała ta droga jest jednym wielkim placem budowy, nie myśli się jedynie o samej trasie, na której ruch z każdym nowym domem staje się coraz bardziej niebezpieczny. Pomiędzy stolicą a jej lotniskiem powstaje głównie zabudowa jednorodzinna i różnego typu siedziby firm, małe biurowce, galerie handlowe etc. Czasem z tego wszystkiego wynurza się fragment jakiegoś wciąż jeszcze zakonserwowanego, biednego miasteczka. Piękna roślinność wyspy, inaczej niż gdzie indziej, przegrywa tutaj walkę z zapałem inwestycyjnym, mam zatem nadzieję, iż kiedyś ktoś pomyśli, aby wydzielić jakieś zielone przestrzenie w tym wszystkim. Po drodze zresztą widziałem poniekąd symboliczną scenę. Tuż przy ruchliwej, przeciążonej drodze Colombo – Negombo jacyś pozbawieni piątej klepki w głowie nauczyciele urządzali właśnie maraton dla swoich młodych uczniów. Dzieci biegły poboczem ciemnej od spalin i pyłu drogi, zaś ich opiekuni eskortowali je na rowerach. Odniosłem wrażenie, iż postęp wkroczył na mityczną wyspę Rawany dużo później niż w Indiach i choć w małym kraju łatwiej się bogacić, to jednak Lankijczycy nadal uważają wszystko co nowe za pomyślne. Czyli zarówno McDonaldsy, jak i wyziewy z rur hołubionych samochodów. Nie sądzę, aby na Lance mówiono wiele o ekologii…

   Za Negombo pejzaże niewiele się zmieniły. Dopiero tuż przed miejscowością Chilaw otwarły się na moment nieco większe przestrzenie pól ryżowych i, ogólnie, mniej obciążony zabudową wiejski krajobraz. Było tego jednakże zadziwiająco mało. Obok willi i obiektów biznesowych na całej drodze, którą przebyliśmy, dominowały kościoły i kapliczki. Zniknął gdzieś Budda, jego miejsce zajęli Jezus i Maria. Obok kościołów w różnych miejscach rozkwitały angielskojęzyczne college pod wezwaniem świętych. Architektura niektórych świątyń chrześcijańskich była całkiem ciekawa, wiele z nich nawiązywało wciąż do portugalskiego baroku. Nasycenie miejsc publicznych symboliką chrześcijańską była tutaj niekiedy znacznie wyższe, niż w najbardziej kapliczkowatych miejscach Hiszpanii i Włoch. Aż ciężko było uwierzyć, iż na wyspie jest jedynie 3 – 4% chrześcijan. Jak mi jednak tłumaczyli moi przyjaciele, ta część Sri Lanki, czyli wybrzeże w okolicach Colombo, jest szczególnie chrześcijańska. Ilość symboliki  tłumaczyła oczywiście konkurencja z innymi religiami, dawniej rozwiązywana drogą przemocy, obecnie zaś objawiająca się w bardziej pokojowy sposób.

 

 

 Chilaw okazało się całkiem dużym, jak na Sri Lankę, ośrodkiem miejskim. Wpierw zatrzymaliśmy się w centrum, po czym ruszyliśmy do pałacu ślubów. Oceanu nie było ani na lekarstwo! Sala, gdzie odbywało się wesele, okazała się miła. Położona na podwyższeniu, ze wszystkich stron posiadała okna wychodzące na zielone ogrody. Do wesela przygrywał didżej wykorzystujący muzykę indyjską i trochę lokalnej, oraz europejskiej. Autobus z resztą młodych aktorów i ich wykładowcami nieco się spóźnił. Gdy przyszli, urządzili uroczyste powitanie młodożeńców. Byli oni rzeczywiście ubrani w ładne indyjskie stroje, choć jak się dowiedziałem, konik i baldachim nie zostały wykorzystane przy tych uroczystościach. Jeśli chodzi o gości, wiele kobiet miało na sobie śliczne sari, natomiast mężczyźni byli poubierani po europejsku. Poza Tushitą, wyglądającym jak wzięty model, uwagę przyciągał Nalin, który wdział na siebie iście musicalowy, barwny frak. Do tego miał kapelusz. Podano pierwsze przystawki i zaczęły się tańce. Młodzi Lankijczycy tańczyli świetnie, a wśród wielu innych melodii pojawiały się również  tradycyjne lankijskie i wtedy wszyscy goście całkiem sprawnie wykonywali tańce z Kandy, cechujące się dostojnym, kołyszącym się ruchem ciała, przywodzącym na myśl jakieś baśniowe łabędzie.

   Ja nie mogłem tańczyć, gdyż nogę miałem w bandażach. Siedziałem natomiast z młodymi wykładowcami Uniwersytetu Kelaniya, oraz z rektorem. Rektor okazał się nieco molierowskim jegomościem. Odniosłem wrażenie, iż główną atrakcję w całości wydarzeń stanowiła dla niego kuchnia. A było to wreszcie coś smacznego, choć poza alkoholem i mięsem ciężko było znaleźć inne rzeczy do włożenia do ust. Po drodze Tushita straszył mnie tym, iż kuchnia tego regionu jest bardzo ostra. Wcale nie była, jedynie ziemniaki okazały się rekordowe w tym względzie, cała reszta praktycznie była na polskim poziome pikantości. Dominowały różne ryby i owoce morza w panierce. Były przepyszne, choć niestety, wiele osób, które to jadły, miały później ogromne problemy z żołądkiem. Tushita przypuszczał, iż zawiniła zła woda tych okolic, gdzie jest ocean, ale nie ma żadnych większych rzek i jezior.

   Wykładowcy rozmawiali ze mną o swoim kraju. Polecali mi różne miejsca do zwiedzenia, oraz opowiadali mi o lokalnych tradycjach. Niektórzy z nich przedstawiali mi swoje projekty teatralne. Jeden z nich, o bardzo hinduskiej urodzie i najbardziej zwariowany, wpadł w uniesienie patriotyczne i głośno wychwalał buddyjską, syngaleską Lankę. Zjawiła się też nauczycielka od tamilskiego, który to, niezależnie od poglądów, potrzebny jest do zrozumienia miejscowej kultury. Była Tamilką i trzymała się na dystans od innych zgromadzonych, dlatego i ja niewiele z nią porozmawiałem.

 

 

   Po pięciu godzinach, jeszcze w środku dnia, przyjęcie się skończyło i tym razem zasiadłem w uniwersyteckim autobusie. Był to pojazd japoński, z lat osiemdziesiątych, cechujący się modernistycznym urokiem często wykorzystywanym przez co ambitniejszych twórców mangi. Żelazne, wyprofilowane uchwyty, obłe, a jednocześnie szkatułkowate linie wnętrza, unoszący się spokojnie nad tym wszystkim skromny, a jednak widoczny zegar. Wnętrze pojazdu narzucało sobą tak lubianą przez Japończyków, zamyśloną ciszę, jednakże Lankijczycy zachowywali się w nim podobnie jak Hindusi. Wpierw śpiewali piosenki, później zaś zaczęli rywalizować na żartobliwe przyśpiewki. Melodie tych przyśpiewek pochodziły chyba z lankijskiej wsi, co dodawało im jeszcze uroku. Ze wszystkich, nieco zblazowanych członków elitarnej wszechnicy wyjrzało nagle coś bardzo tutejszego. Spodobało mi się to, bo przecież mówiony teatr bynajmniej nie był w zamierzeniu zabawą snujących szalone teorie elit. Zarówno Szekspir, jak i Calderon kierowali swoje słowa do wszystkich. To co wzruszało, szokowało, zastanawiało, wymagało wrażliwości, a nie starannego obycia się z modnymi nurtami. Zresztą, może przesadzam. Jeszcze na przyjęciu alkohol zaczął szybko uderzać do głów Lankijczyków i bynajmniej nie zachowywali się jak wiec intelektualistów. No może poza Tushitą, który ostatnio cały czas jest zamyślony i większą część każdego dnia spędza chyba na teatralnych dyskusjach. Nie do pokonania w piosenkach prześmiewczych był młody aktor, który szkolił się na komika. Jedynym godnym jego adwersarzem okazał się Nalin, który w swej rybackiej osadzie niejednego się nasłuchał. Niestety, w Negombo Nalin musiał wysiąść, gdyż czekały go kolejne śluby w jego rodzinie i to przez trzy kolejne dni! Zaczął się lankijski miesiąc ślubny. Swoją drogą patrzyłem na Nalina z pewną troską. Choć przestał być prezydentem Akademic Players, nadal czuł się odpowiedzialny za wszystkich zgromadzonych w autobusie. Prawie nie siedział na swoim miejscu, co rusz wyskakiwał z pojazdu i załatwiał jakieś drobne, niekonieczne sprawy. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, iż zdrowie Nalina wcale nie należało do najlepszych. Zastanawiałem się, na ile trudne zadanie ostatecznego wydobycia się z rybackiej wioski do świata teatralnych i filmowych zleceń podświadomie kieruje tą nadaktywnością mojego przyjaciela…

   Droga powrotna zajęła nam jakieś 3, może 4 godziny. Tuż przed samym Colombo pojawiły się oczywiście korki. W końcu wysiedliśmy na przedmieściu Kelaniya, skąd wzięliśmy za zdecydowanie zbyt wysoką kwotę rykszę. Niestety, podobnie jak Hindusi, Syngalezi należący do warstw średnich kompletnie nie potrafią się targować, a na pieniądzach bynajmniej im nie zbywa… Tym niemniej miło było czuć się trochę lepiej i patrzeć na mijane ulice, Buddów, mostki nad mokradłami. Z rykszy świat wygląda bardzo atrakcyjnie, gdyż jest ona zupełnie otwartym pojazdem. Nie dzielą nas zatem od otoczenia żadne drzwi, ani szyby. Możemy też siedzieć wyprostowani, nie zaś skuleni jak w samochodzie. Ryksza to zadziwiająco wygodny środek komunikacji.

   Następnego dnia postanowiłem przejść się o własnych siłach po okolicy. Szybko okazało się, że trzech czwartych planów muszę zrezygnować, lecz udało mi się kupić w supermarkecie do jedzenia coś, co nie jest ryżem na ostro, oraz zobaczyć najbliższą buddyjską świątynię. Składała się ona z kilku pawilonów. Między nimi rósł obowiązkowy figowiec z posągiem medytującego Buddy pod nim. Okalający całość mur pełen był posążków Buddy. Na jednym z pawilonów miejscowy malarz namalował ładnie muzyków i tancerzy. Była tam też mała stupa. Podobało mi się to miejsce. Sprawiało wrażenie ogrodu z pawilonami. W owym ogrodzie, poza figowcem, nie było wcale wiele roślinności, lecz rozmieszczenie wszystkiego względem siebie nadawało przestrzeni cienisty, migotliwy wymiar.

 

 

   Kolejnego dnia miałem mieć wreszcie okazję zobaczyć Tushitę w akcji. Udaliśmy się więc autobusem do dzielnicy Borella, aby później przesiąść się na autobus jadący do dzielnicy Maredana. Dzielnica Borella otwierała się za przejazdem przez jedną, zarośniętą linię torów. Po przedmiejskich pejzażach, czyli niskiej, porozrzucanej zabudowie nad mokradłami, następowało nagle coraz bardziej zwarte śródmieście. Architektura kamienic była tu czasem bardzo ciekawa, w oczy rzucał się stosunkowo nowy teatr wybudowany w stylu ostatnich, najbardziej organicznych prac Gaudiego. Poza tym kamienice piętrzyły się nad drogą w całkiem europejski sposób, bardziej niż to ma miejsce w Indiach.

 Po drodze panował oczywiście chaos komunikacyjny. Drogi Lanki są wąskie, na skrzyżowaniach Colombo stali nieszczęśni, wychudzeni szeregowi policjanci w uniformach i białych rękawiczkach. Już z daleka było słychać gwizdki tych nieszczęśników, starających się okiełznać jakoś chaos wzrastającej motoryzacji.

   W kolejnym autobusie spotkaliśmy Prasadini, która też udawała się do teatru. Kowshalya miała pełnić tym razem funkcję menadżera produkcji. Co miała robić Prasadini, tego się nie dowiedziałem, gdyż naszą rozmowę zdominował mój turban na głowie, z pietyzmem przeze mnie zawiązany z uwagi na ochronę przeciwko nadmiernemu nasłonecznieniu równikowych obszarów Ziemi. Śródmieście tymczasem narastało, pięło się w górę. W pewnym momencie moje przyjaciółki pokazały mi księgarnię, którą powinienem odwiedzić z uwagi na jej bliskość wobec teatru. Chciałem, lecz tym razem siły mi jeszcze nie pozwoliły. Wysiedliśmy tuż przy dworcu Maredana, największym chyba w Colombo. Pojedyncze, zarośnięte tory zbiegały się tutaj w wiele peronów zapraszających do wielodniowych niekiedy podróży po wyspie.

   Szybko jednak oderwałem wzrok od dworca, gdyż oto moim oczom ukazał się na poły neoklasycystyczny, a na poły secesyjny budynek. Białe kolumnady rozpływały się malowniczo w kipiącym powietrzu Colombo. Jońskie kapitele były popękane, ale dzięki temu tym bardziej malownicze. Weszliśmy do środka, gdzie zachował się po części drewniany, pełen płynnych linii i kolejnych kolumnad wystrój. Pomiędzy wszystkimi dekoracjami można było znaleźć portrety różnych zasłużonych dla lankijskiego teatru, które odbijały się w pięknych, choć przybrudzonych lustrach. Owe zwierciadła również pełne były roślinnych, secesyjnych syntez. Weszliśmy z Kowshalyą do głównej sali, gdzie kręte balkony również sporo zawdzięczały wspominającym Sofoklesa portykom. Kowshalya zajęła się natychmiast organizacją wszystkiego. Musiała się spieszyć, gdyż oczywiście autobus i lankijskie drogi pożarły nam całkiem sporą ilość czasu. Na zamszowych, stylowych fotelach siedzieli aktorzy i inni specjaliści zaangażowani w spektakl. Przywitali się ze mną bardzo życzliwie, ja im odpowiedziałem i zajęliśmy się swoimi obowiązkami. Oni dalszym przygotowywaniem sztuki kontrowersyjnego noblisty Dario Fo, ja zaś chłonięciem atmosfery zaczarowanego teatru, również przy pomocy mojego szalonego telefonu, który rzekomo robi zdjęcia.

 Wyszedłem na korytarz i odkryłem tam pięknie stylizowane kwiaty podobne do chabrów Wyspiańskiego. Zdobiły one wąskie i kręte schodki pnące się do lóż. Później wyszedłem na wewnętrzny dziedziniec, gdzie z kolumn wyrastały prawdziwe kwiaty. Tu można było zapalić konspiracyjnego papierosa, nie przerywając robienia zdjęć. Później straszyli mnie tam aktorzy przebrani za policjantów. Jak małe dziecko unikałem ich, dopóki nie zorientowałem się, że sami palą. Ale szedłem dalej, gdzie czekała mnie kolejna niespodzianka. Na sadzawce, pełnej złotych rybek i okolonej neopalladiańskimi kolumnadami wznosił się przepiękny posąg bogini Saraswati nakryty daszkiem – parasolem. To, co w młodopolskim Krakowie byłoby szczytem fantazji, w Colombo było całkiem szczere. Bogini sztuki wpierw była niezbędna Anglikom, później zaś nie mogli się bez niej obyć rodzimi buddyści. Zresztą, kto wie, może u zarania teatru Elphinstone obecni byli jacyś Tamilowie? Za piękną, białą Saraswati, którą ująłem o różnych porach dniach, znajdował się nastrojowy, teatralny barek, przypominający nieco kawiarnie Empików sprzed uzyskania przez nie niepodległości wraz z krajem. Stare, na swój sposób eleganckie i zakurzone miejsce, pełne tanich jak barszcz napojów i przekąsek, przy których można się zamyślić. Ja wypiłem tam niejedną herbatę, gdyż nie miałem siły opuszczać za bardzo tego teatru, w związku z czym byłem aż na dwóch przedstawieniach, na które przemyciła mnie Kowshalya, gdyż okazało się, iż bilety na tę sztukę są całkiem drogie.

 Co jakiś czas wychodził do mnie zaaferowany Tushita, który porywał ode mnie drogie lankijskie papierosy. Dowiadywałem się od niego różnych ciekawych rzeczy, choć nie wszystkim dawałem wiarę. Podobno zaczarowany teatr był kiedyś kinem, lecz jakoś nie mogłem sobie tego wyobrazić. Jednym i drugim – zgoda. Ale tylko kinem? Po co by była w takim razie tak głęboka scena? Z drugiej strony w sięgających po modernizm liniach Elphinstone było coś z pierwotnego zauroczenia srebrnym ekranem…

   W sztuce grali główne role jedni z najwybitniejszych lankijskich aktorów. Jayalath Manorathne grał podwójną rolę Antoniego i Anellego. Jayane Senanayake grała żonę Antoniego Rosę. W trzecią istotną rolę wcieliła się przyjaciółka Kowshalyi i Tushity, Sulochana Weerasinghe. Nie wiem, kim była Luciya, którą zagrała, lecz zagrała świetnie. Reżyserem był znany lankijski filmowiec, Prasanna Vithanage. Sześć jego filmów zostało już nagrodzonych na międzynarodowych festiwalach. Co ciekawe, polubił on bardzo mój profil na Facebooku, o czym nie omieszkał mi powiedzieć. Być może wpłynęły na to zdjęcia, które zrobiłem w zaczarowanym teatrze?

 

 

 Sztuka, którą widziałem tego dnia dwukrotnie, wyglądała jak klasyczna komedia omyłek. Jednakże Tushita i inni aktorzy bronili głęboko politycznego wymiaru tekstu Dario Fo, który w związku z tym jest niezwykle wręcz popularny na Sri Lance. Tushita grał w tej sztuce pomocnicze role. Najpierw był pielęgniarzem, który wraz z trzema kolegami uprawiał specyficzną, zabawną choreografię wokół chorego Anellego, podejrzanego i wpływowego biznesmena, który w skutek omyłki zyskał twarz zacnego robotnika Antoniego.  Później był… oknem, które przysuwało się, gdy koło pokoju coraz bardziej wprowadzanej w błąd Rosie przyjeżdżała policja. W końcu zaś był agentem wywiadu, który odtańczył w rytmie walca zabawną pantominę na temat zakładania podsłuchów, później zaś udawał… blond perukę.

   Cała sztuka mieszała w sobie włoski klimat z realiami syngaleskimi. Kluczową postacią była Rosie, typowa, rozgadana prosta kobieta, torująca sobie drogę przez życie pewnością siebie. Ów typ kobiety na Lance bardzo podobny jest do indyjskiego. Do tego włoskość wyrażona przez niespotykany na Subkontynencie stosunek do mężczyzn, oraz różne szczegóły – palenie papierosa, specyficzne odbieranie telefonów etc. Jeśli chodzi o Antoniego, to był on typowym włoskim robotnikiem działaczem, nie stroniącym od zadumy. Bezbarwny był biznesmen, w czym winę ponosi raczej Dario Fo. Lucia nie wiem kim była. Chyba po prostu córką. W każdym bądź razie Sulochana nieźle wcieliła się w rolę nadmiernie świadomej chaosu otaczającego ją świata nastolatki.

 W przerwach i między występami chłonąłem oczywiście teatr i piłem herbatę w teatralnej kawiarni. Kowshalya zrobiła mi oczywiście ryż i curry, który miałem bezczelnie jeść przy stoliku, ale mój nieszczęsny żołądek zgodził się tylko na odrobinę porcji. Poza tym zjadłem jakąś przezacną, czekającą w zapaćkanej ladzie magdalenkę. Swoją drogą ciekawie tu podawano herbatę. Zostawiano ją na zalanej nieco innymi herbatami tacce. Obok stała stylowa cukiernica. Łyżkę należało wyjąć z ogólnego naczynia z wodą, posłodzić nią, po czym odłożyć do tegoż naczynia. Prócz tego istniało też osobne naczynie, do którego odkładało się zużytą saszetkę. Miło było wykonywać te wszystkie niezwykłe czynności pod czujnym okiem znajdującej się nieopodal Saraswati.

   Wreszcie przedstawienia się skończyły. Tushita i Kowshalya otrzymali przyzwoitą zapłatę w kopercie, czym byli bardzo ucieszeni. Później czekaliśmy na zakończenie prac Kowshalyi przed zanurzoną w mroku klasycystyczną fasadą teatru. Dołączyła do nas Sulochana. Wreszcie ruszyliśmy wraz z naszym innym znajomym przez usypiające ulice Colombo. Po drodze otrzymaliśmy smutne wieści. Jeden z przyjaciół moich gospodarzy miał wypadek, w którym szczególnie ucierpiał jego ojciec. Lekarze nie dawali wielkich nadziei na to, że przeżyje następny dzień. Zatrzymaliśmy się zatem przed domem owego przyjaciela i Tushita wraz z Kowshalyą udali się do niego na chwilę, aby go pocieszyć. Sulochana, która nie znała za dobrze ofiary wypadku została i zaczęła ze mną rozmawiać bardzo rzeczowym tonem. Była zmęczona, gdyż grała dwa razy pod rząd główną rolę przy boku bardzo doświadczonych aktorów. Nasza rozmowa była zabawna, choć najpierw trochę się przestraszyłem jej krytycznych uwag dotyczących mojego angielskiego, który bynajmniej nie jest oksfordzki. Gdy jednak poznałem rzeczowy styl młodej aktorki, zorientowałem się, iż bardzo mnie lubi i pamięta zarówno moją Kaję (o której usłyszała może raz), jak i mój koncert, który dałem im na samym początku mojego pobytu na Lance i o którym sam zapomniałem.

   Następnym przystankiem był dom Sulochany i jej chłopaka, też aktora, i przyjaciela wszystkich. Ów domek był tradycyjną, nakrytą pniami bambusa chatą na bagnach. Nie było w nim wielu mebli, tylko pomalowana niezręcznie kilka razy podłoga. Tym niemniej panowała w tym miejscu wspaniała atmosfera. Bardzo polubiłem Sulochanę i jej towarzysza. Oni natomiast przygotowali mi dobrą kawę, która wreszcie uspokoiła mój nieszczęsny żołądek, oraz wyciągnęli specjalne zagraniczne (angielskie chyba) ciastka przeznaczone na specjalną okazję. Padły one łupem zamyślonego jak zwykle Tushity. Rozmawialiśmy o sztuce, a także o Lance i jej mieszkańcach. Powiedziałem o wszystkich moich wrażeniach, czyli o ciszy wynikającej z buddyzmu, która cechuje wielu mieszkańców wyspy, o urodzie tutejszych kobiet i mężczyzn, o nieufności względem białych przybyszów, a jednocześnie wielkiej gościnności i serdeczności. Te dwie cechy splatały się ze sobą w zupełnie niewytłumaczalny węzeł. Byliśmy już zmęczeni, więc po miłej rozmowie nie pozostało nam nic innego, jak udać się kolejnymi mostkami i krętymi uliczkami do domu.

 

Zobacz inne rozdziały Dziennika indyjskiego

Dziennik IndyjskiDziennik Indyjski to opowieść z rocznego pobytu w Indiach i na Sri Lance poświęcona badaniom kultury i codziennego życia. Nie znajdziecie w tej historii idealizacji Indii ani "turystyki slumsowej". Zobaczycie natomiast sceny z życia artystów i normalnych ludzi. Jacek Tabisz pisał ten cykl indyjskich obrazów w trakcie badań muzyki indyjskiej w latach 2010-11. Od tego czasu zmienił poglądy na różne sprawy, więc nie pod wszystkimi poglądami wyrażonymi w tekście podpisuje się obecnie. Ciekawość wobec Indii i zamiłowanie do indyjskiej sztuki mają się jednak nadal dobrze.

Podobne materiały

Zostaw komentarz

Wpisz kod antySPAMowy *