Ktoś naprawdę dobrze programuje te programy w NFM! Albo układa, jak się dawniej mawiało i jak w sumie wolę napisać! W środę mieliśmy wspaniałą organową podróż z Andrzejem Szadejko, gdzie mieliśmy okazję odkryć wiele nieznanej muzyki i tej z Pomorza i tej jego własnej (także zresztą z Pomorza), zaś w czwartek (3.04.2025) sporą dawkę muzyki nowej, nieznanej i po prostu dobrej przedstawił nam w znakomity sposób pianista Ignacy Lisiecki. Nie powinno nas to dziwić, bowiem Ignacy Lisiecki często grywa muzykę powstającą tu i teraz, a nie tę sprzed 200 lat.

Ignacy Lisiecki/fot. Katarzyna Dorocińska/ żródło strony NFM
Ignacy Lisiecki jest pianistą, ale też dyrygentem oraz kompozytorem. Niestety w programie koncertu nie było jego kompozycji, ale czekam na następny raz. Lisiecki urodził się 28 kwietnia 1981 roku w Poznaniu, pięknym mieście przez które uporczywie ostatnio przejeżdżam nie mając czasu w nim wysiąść i nacieszyć się jego pięknymi zabytkami i miłą atmosferą. Pierwsze młodzieńcze sukcesy pianista odnosił kształcąc się pod kierunkiem Teresy Pisarskiej-Wietrzyńskiej. Doskonalił swoje umiejętności pod kierunkiem Haliny Czerny Stefańskiej, Reginy Smendzianki, Wiktora Mierżanowa. Studiował fortepian w Akademii Muzycznej w Warszawie (w klasie prof. Piotra Palecznego), Hochschule fur Musik und Theater w Hanowerze oraz dyrygenturę na Państwowym Uniwersytecie Tokijskim Geidai. Wydaje mi się, że ten japoński wątek nie jest przypadkowy – prowadzą do niego wielkie polskie pianistki u których Lisiecki studiował i które mają w swoich muzycznych biografiach pokaźne japońskie karty. Przełomowym momentem w edukacji muzycznej Ignacego Lisieckiego było jednak spotkanie z wybitnym amerykańskim pianistą rosyjskiego pochodzenia Lwem Natochennym, który wywarł istotny wpływ dalszy rozwój pianisty. Od 2010 roku artysta mieszka na stałe w Japonii, dzieląc aktywność zawodową oraz życie prywatne pomiędzy Tokio i Warszawę. I w związku z tym mogę popaść w solipsyzm. Jak już mówiłem, ledwo co byłem w Japonii i później w Sopocie. A tu najpierw Andrzej Szadejko z Sopotu, a później mieszkający od kilkunastu lat w Japonii Ignacy Lisiecki.
Pozwolę sobie zacytować stronę Polskiego Centrum Informacji Muzycznej:
„Lisiecki specjalizuje się jako pianista w interpretacji muzyki współczesnej. Wykonywał w Polsce utwory reprezentujące najnowsze współczesne trendy kompozytorskie, m.in. Dichotomie Esa-Pekka Salonena. Przedstawia też publiczności dzieła rzadko wykonywane, na przykład Preludia Pawła Kleckiego, I Sonatę fortepianową Romana Palestra, bądź nie grywaną wcześniej w Polsce Sonatę fortepianową Leonarda Bernsteina (prawykonania tych dzieł miały miejsce w Filharmonii Narodowej w Warszawie). Dokonał także prawykonań dedykowanych mu utworów fortepianowych, wśród nich Gliptopalinomia wrocławskiego kompozytora Pawła Hendricha. Obok muzyki współczesnej główny trzon repertuaru pianisty stanowią utwory z epoki romantyzmu (wykonuje m.in. komplet dzieł fortepianowych Roberta Schumanna).”
Sonatę Bernsteina usłyszeliśmy na czwartkowym koncercie w NFM. Bardzo się ucieszyłem, gdyż Leonard Bernstein to dla mnie ważny, choć nieoczywisty punkt odniesienia zarówno w kwestii sztuki dyrygenckiej jak i kompozytorskiej. Otaczają mnie znajomi podważający raczej kompetencje amerykańskiego twórcy. Ja sam przy niektórych (całkiem licznych) utworach mam stosunek do Bernsteina dość ambiwalentny. Jednocześnie przyjmuję tezy, że Mahler to jednak Bruno Walter czy Rafał Kubelik, a nawet Eliahu Inbal. A jednak, co jakiś czas, muszę się zachwycić piękną harmonią w kompozycji Bernsteina, lub prawdziwie racjonalistycznym wyłożeniem rzeczywistości. Czuję, że mimo betonowej neoklasycystycznej cierpkości Bernstein to jednak bratnia dusza. I co zrobić? To samo dotyczy dyrygentury. Niby, zdaniem największych gwiazd polskiej muzykologii i krytyki muzycznej Bernstein z batutą to jednak nie gwiazda pierwszej klasy. A jednak plastycyzm jego Mahlera czy Beethovena jest niezrównany. A jednak we wszystkich interpretacjach mamy skrzącą się, wielowymiarową fakturę. Uzyskaną, jak w sumie skarżył się jeden z jego znakomitych uczniów Seiji Ozawa, poprzez fanatyczny wręcz demokratyzm Lenniego wobec muzyków orkiestry, którzy wręcz wchodzili Bernsteinowi na głowę i nie pozwalali nic osiągnąć. A jednak, paradoksalnie, osiągał całkiem wiele. Zresztą – lubię demokrację i boleję nad jej obecnym głębokim kryzysem. Ale skoro już mowa o Sonacie Bernsteina, to muszę już teraz wspomnieć, że wykonanie Lisieckiego było doskonałe. Ukazał on siłę tego utworu, w którym młodziutki jeszcze Amerykanin był bardziej ekspresjonistą i niezrzeszonym modernistą niż napiętnowanym przez Nadię Boulanger neoklasycystą. Zresztą, szkoła Nadii Boulanger dotarła do Bernsteina nie bezpośrednio, ale za sprawą Aarona Coplanda, którego, jak już wiecie, ogromnie cenię i stawiam jako wzór udanego neoklasycyzmu (co nieczęste, moim zdaniem). Jednak paradoksalnie Copland, przyjaciel i mentor Bernsteina, uwolnił się od wpływów Boulanger na znacznie większą skalę niż jego uczeń, który poznawał te kastrujące inwencję pomysły w sposób przecież pośredni… Jakkolwiek by nie było, Sonata Bernsteina to przykład świeżości w dziełach Amerykanina i Ignacy Lisiecki świetnie to wszystko wydobył dokonując świetnej interpretacji tego znakomitego utworu.
Wróćmy do biografii pianisty.
„W listopadzie 2012 zadebiutował w Tokyo Opera City, jednym z najważniejszych centrów muzycznych świata. Od tego czasu bywa regularnie zapraszany do występów w Japonii z czołowymi orkiestrami japońskimi, takimi jak Tokyo Philharmonic Orchestra, Kyushu Symphony Orchestra, dając również recitale w takich salach, jak Tokyo Bunka Kaikan, Sumida Triphony Hall oraz występując m.in. na prestiżowym tokijskim festiwalu muzycznym „Tomino Festival”. Pianista wziął udział w oficjalnych obchodach roku chopinowskiego w Japonii i Izraelu. W 2017 roku Lisiecki wystąpił w nadawanym nieprzerwanie od 1969 roku ogólnokrajowym japońskim programie telewizyjnym dot. muzyki klasycznej „Daimei no nai Ongakukai” wraz z japońskim skrzypkiem Kazuki Sawa, wykonując Sonatę skrzypcową op. 9 Karola Szymanowskiego. Program oglądany przez 5 milionów odbiorców był pierwszą tak obszerną prezentacją sylwetki Szymanowskiego w japońskich mediach. Z inicjatywy pianisty we wrześniu 2017 roku we współpracy z PWM oraz z tokijskim Uniwersytetem Sztuk Pięknych „Geidai” odbył się pierwszy w Japonii wykład i koncert monograficzny poświęcony twórczości Szymanowskiego w związku z obchodami 80. rocznicy śmierci kompozytora.”
Ignacy Lisiecki nagrał już trochę świetnych płyt, takich jak Homage to Brahms, jego debiut fonograficzny z 2013 roku czy Swan Song wydany przez Sony i zawierający łabędzi śpiew romantyków, Schumanna i Chopina, Brahmsa oraz Wagnera. PWM zaprosiło go także do nagrania 7 Preludiów fortepianowych Aleksandra Tansmana i one są w dużym zbiorczym wydaniu 100 na 100, mającym na celu dokumentację ostatnich 100 lat polskiej muzyki. To miłe, że Ignacy Lisiecki reprezentuje w tym zbiorze znakomitego i wciąż zbyt mało u nas wykonywanego Aleksandra Tansmana.

Z pewnością powstało trochę płyt w Japonii, ale wyszukanie ich jest praktycznie niemożliwe, gdyż jest jeszcze pianista Jan Lisiecki zajmujący się Chopinem (i nie tylko) dla Deustche Grammophone (też silnie obecnego w kraju Kwitnącej Wiśni, mającego tam własne, zupełnie niezależne od reszty świata edycje). No i bądź tu mądry. Ale szperam i grzebię, bo recital Ignacego Lisieckiego to były dwie godziny wspaniałej pianistyki i intrygujących, mało znanych, często nowych utworów. Ignacy Lisiecki emanował wytrawną, niemal demoniczną wirtuozerią, oraz przemyślaną mapą środków wyrazowych, mającą ukazać w prezentowanych dziełach to, co najważniejsze. Siedząc i słuchając miałem wrażenie, że mógłbym tak siedzieć co najmniej dobę i poznawać rzeczy nowe, zachwycać się nimi, i uczyć się muzyki, świata, wrażliwości… To był wspaniały koncert.
Ale zaraz? Czy była tylko Sonata Bernsteina? Oczywiście, że nie. Ona tylko wyłamywała się z reszty utworów. Nad resztą utworów dominował bowiem opis przyrody, czasem otoczenia. Istotny był także wątek japoński.
Usłyszeliśmy, w innej kolejności, następujące utwory:
J. Widmann Waldszene; Lied in Träume; Intermezzo; Mit Humor und Feinsinn; Zerrinnendes Bild; Fast zu ernst; Anfangs lebhaft ze zbioru Elf Humoresken
O. Knussen Prayer Bell Sketch op. 29
D. Fujikura Spring and Asura
L. Bernstein Sonata
M. Chyrzyński Karatachi no Hana (polskie prawykonanie)
P. Eötvös Dances of the Brush-footed Butterfly
H. Abrahamsen Ti studier
Najmniej w sumie podobał mi się Eötvös, choć liczyłem na wiele, gdyż lubię tego kompozytora. Ale wobec tak mocnej konkurencji jego motyl przepadł, sprowadzając się do dość prostych pomysłów wyrazowych. Z kolei najbardziej spodobał mi się utwór krakowskiego kompozytora Chyrzyńskiego, wyraźnie nawiązujący do japońskiej muzyki z okresu Edo i to nawiązujący jakby wręcz dosłownie, a jednocześnie w sposób pełen świeżej inwencji. Ignacy Lisiecki znakomicie oddał ekspresję i malowniczość tego zainspirowanego japońskim wierszem utworu.
Wspaniały był też Knussen, który w swoich świątynnych dzwonach zrealizował pomysł swojego przyjaciela, kompozytora Toru Takemitsu (nie muszę wam mówić, że z Japonii przywiozłem wiele płyt Takemitsu). Więc mamy u Knussena, wbrew pozorom Brytyjczyka, wspaniałe napięcie między ciszą i dźwiękiem, znów wybitnie japońską, jakby asymetryczną ekspresję i obsesję medytacji na pięknem i nicością, tak żywo obecną w skalnych ogrodach zen. Ignacy Lisiecki opowiedział nam kilka słów o poszczególnych utworach. Nie mówił tam wciągająco i przemyślanie, także z nutką humoru, jak Andrzej Szadejko (organista z dnia poprzedniego w NFM), ale z jego słów wynikało prawdziwe i autentyczne doświadczenie ciszy w japońską noworoczną noc i brzmienia w tej ciszy dzwonów z buddyjskich świątyń. Ja z kolei miałem szczęście/nieszczęście znaleźć się tuż obok wielkiego dzwonu w jednej z największych i najstarszych świątyń w Kioto i zapewniam was, że ten skalisty dźwięk przeszywający ciszę z bliska jest rykiem odrzutowca. I tak też było u Knussena. Piękny, mocny, ekspresyjny utwór, zaś wykonanie niezrównane…
Fujikura poszedł tą samą drogą, ale w inny sposób. Mogłem usłyszeć, że Japończyk odczuwa muzyczne pejzaże jeszcze inaczej niż bardzo zbliżający się do estetyki japońskiej Chyrzyński i Knussen. Takich rzeczy nie da się nauczyć, niekoniecznie też są lepsze od zbliżeń z innych perspektyw. Ale nie są też gorsze. Straszna szkoda, że Japończycy strasznie zaniedbują swoją tradycyjną muzykę na rzecz J-popu, Debussiego i oczywiście Chopina. Kto by pomyślał, że Fryderyk wespół z Claudem i panienkami w szkolnych sukienkach będą zabójcami muzyki japońskiej z okresu Edo i wcześniejszych. Ale tak właśnie jest. Takemitsu próbował to zmienić dołączając nawet do wielu swoich utworów tradycyjne instrumenty japońskie, shimisem, biwę, shakuhachi, koto etc. Jednak Fujikura odniósł się do tradycji bardziej wprost i było to niezwykle ciekawe, co Ignacy Lisiecki zaprezentował ze zrozumieniem, jakie nie cechuje już bardzo wielu Japończyków.
Widmann na początku nieco mnie zmęczył, szatkując niemiłosiernie i bardzo postmodernistycznie Schumanna. Już myślałem, że to jakieś szaleństwo ukazywać jego pretensjonalne strzępki podartego postschumanna wśród tak pięknych utworów. Ale później Widmann się rozkręcił i po przecierpieniu pierwszych ogniw jego cyklu zrobiło się bardzo ciekawie.
Ti studier Abrahamsena też było postmodernistyczne i polistylistyczne. Kreowało rozmaite obrazy poprzez stylizacje i pasowało do koncertu, choć nie było jego najmocniejszym punktem. Ale chciałbym mieć płytę z tym wszystkim, czuję, że słuchałbym jej bez przerwy. Mam nadzieję, że wkrótce powstanie, jeśli już nie powstała.
Wyszła długa recenzja. Ale cóż poradzić? Do teraz zalewają mnie myśli i wrażenia.