Curtis Symphony Orchestra we Wrocławiu

 

Tak się akurat złożyło, że na Dzień Dziecka piszę recenzję dotyczącą młodych muzyków z Filadelfii, którzy zagrali dla nas wczoraj we Wrocławiu. Ale jak zagrali! Ile barw, co za brzmienie, jak wspaniałe piana całej orkiestry. Było to wykonanie na najwyższym światowym poziomie, nie za wiele orkiestr na świecie zagrałoby równie wspaniale.

Amerykańskie orkiestry należą do najlepszych na świecie już od stu lat. USA była przez jakiś czas widziane w Europie jako Dziki Zachód. Obecnie ten kraj jest źródłem większości trendów w muzyce popularnej i bardzo wielu zjawisk w sztuce. Kiedyś jednak Amerykanin jawił się Europejczykom jako sympatyczny dzikus, wystarczy wziąć pod uwagę amerykańskie wątki w opowieściach o Sherlocku Holmesie Conana Doyle’a.  Wydaje się, że zbudowanie od zera wybitnych orkiestr (na najwięcej szaleństwa pozwolono w tym względzie legendarnemu Toscaniniemu) było ważnym krokiem Amerykanów na drodze do pokazania światu swojego ważnego miejsca w światowej kulturze.

 

 

No dobrze, ale jak to możliwe, że obok Bostończyków, Clevelandczyków czy Nowojorczyków pojawili się Curtisowcy z Filadelfii i zagrali na miarę swoich starszych kolegów z innych znanych orkiestr?  Po pierwsze dyrygentami tej młodzieżowej orkiestry są takie gwiazdy jak Rattle, Vänskä, czy Nézet-Séguin.  Po drugie, Curtis Institute of Music istnieje już od dziewięćdziesięciu lat i kształci najbardziej utalentowanych młodych muzyków, rzucając ich szybko na głęboką wodę, typu „zagrać coś jak jedna z najlepszych orkiestr na  świecie”. Curtis stawa na wykonywanie muzyki. Mało jest tam gadania, liczy się konkret, tak po amerykańsku. Każdego roku studenci Curtis Institute dają w związku z tym ponad 200 koncertów w swojej ojczystej Filadelfii, jak też i na całym świecie w ramach programu Curtis on Tour.

31 maja koncert w NFM we Wrocławiu poprowadził dyrygent Osmo Vänskä. Od ponad dziesięciu lat jest dyrektorem muzycznym jednego z amerykańskich muzycznych liniowców, czyli Minnesota Orchestra Za nagrania symfonii Sibeliusa ze swoją orkiestrą dostał on Grammy za najlepszą muzykę orkiestrową. Studował w Helsinkach, zatem zamiłowanie do późnego fińskiego romantyka ma niejako we krwi.  Vänskä nie prowadził Curtis Symphony Orchestra typowo po amerykańsku. Nie było to granie potężne, zniewalające uderzaniami blachy i mięsistym brzmieniem smyczków. Jego wizja muzycznego piękna była bardziej eteryczna i kaligraficzna, stąd wiele subtelnych i różnorodnych pian, ale z drugiej strony Vänskä nie „zeskandynawił” swoich muzyków z Filadelfii – brzmienie orkiestry było ciepłe, choć subtelne, nie miało typowego dla wielu wielkich skandynawskich dyrygentów poczucia chłodu i dystansu.

CSO gromadzi muzyków w Filadelfii, ale wielu z występujących przed nami na scenie miało chińskie, koreańskie i japońskie korzenie. Część z nich być może nie była Amerykanami, lecz po prostu przybyła na studia do tej renomowanej uczelni. Wśród młodych muzyków widać było ogromną powagę i skupienie. Sądzę, że nie brakuje w tej orkiestrze rywalizacji o bycie solistą w swojej sekcji instrumentów. No cóż, wszystkie solówki były znakomite – co za rogi, wiolonczele, klarnety i flety!

Na pierwszy ogień poszedł Maurice Ravel (1875–1937) i jego II Suita symfoniczna z baletu Dafnis i Chloe. Ravel należał do największych mistrzów instrumentacji w dziejach muzyki, zatem wybór był zdecydowanie nieprzypadkowy. Zarówno utwór, jak i wykonanie były rewelacyjne, ja sam dodatkowo lubię, gdy Ravel i Debussy chwytają się w swej muzyce tematyki mitologicznej. Poza pięknem można wtedy doszukać się złożonej, panteistycznej symboliki oraz zachwytu naturą. Wtedy cała orkiestrowa barwność zyskuje dodatkowe, głębsze znaczenie.

Następnie był polski akcent, czyli Krzysztofa Pendereckiego (*1933) Koncert podwójny na skrzypce i altówkę. Utwór należący już do XXI wieku pokazuje po części neoromantyczną stronę naszego kompozytora. Tym razem jednak obok niej pojawiły się też bardziej nowoczesne pomysły na narrację muzyczną. Wielu wyrafinowanych melomanów psioczy czasem na Pendereckiego, ja zaś uważam, że na drodze powrotu muzyki klasycznej do większej prostoty jest on jednym z liderów, pozbawionym manieryzmu (jak na przykład Part) czy niepotrzebnej, płynącej z estetycznych kompleksów, ironii. Niektóre dzieła późnego Pendereckiego są zbyt dosłowne i po części kiczowate, ale te udane są udane. Kto wie, kto będzie z naszych kompozytorów bardziej znany za dajmy na to 50 lat – Lutosławski czy Penderecki? Oczywiście nie wolno też zapominać o wcześniejszej, bardziej awangardowej muzyce Pendereckiego – ona w swoim nurcie jest znakomita bez żadnych zastrzeżeń.

W koncercie Pendereckiego do znakomitej orkiestry dołączyli bardzo dobrzy soliści, o pięknym, nasyconym brzmieniu swoich instrumentów. Penderecki zwierzał się a propos tego koncertu, iż zależało mu na równorzędnym dialogu skrzypiec i altówki, ale altowioliście pozostawił chyba jeszcze trochę więcej pracy do wykonania. Tym razem wykonawcą dzieła był altowiolista Roberto Díaz. To znany solista, nie stroniący od muzyki współczesnej i współpracujący już  wcześniej z  samym Pendereckim.  Gra też muzykę kameralną w Díaz Trio, zaś kameralistyczne doświadczenia pomagają w koncertach gdzie jest paru lub kilku solistów. Nie byle jakie są też związki Diaza z Curtis Institute of Music –  jest jego prezesem i dyrektorem generalnym. Muzyk piastował także stanowisko pierwszego altowiolisty Philadelphia Orchestra. Jego instrument jest zaś dziedzictwem po jednym z największych altowiolistów w dziejach fonografii i nazywa się ex-Primrose Amati.

Na skrzypcach grał bardzo znany skrzypek, Benjamin Schmid, mający już na swoim koncie 40 płyt i występujący często z Berlińczykami. Też ma on wyjątkowe doświadczenia z wybitnymi studentami gdyż jest między innymi profesorem Mozarteum w Salzburgu. Skoro instrument jego partnera w koncercie Pendereckiego pochodził od samego Primrose’a, można by pomyśleć, że tym razem będą skrzypce ex – Heifetz Stradivari. Cóż, tym razem mieliśmy do czynienia z instrumentem „Guyot” z 1705, który wprawdzie nie należał do Heifetza, ale rzeczywiście został stworzony przez Stradivariego.

W drugiej połowie koncertu czekał nas ocean muzyki, a może kosmos muzyki jakim jest I Koncert fortepianowy d-moll op. 15 Johannesa Brahmsa (1833–1897). Brahms zostawił tu dużo miejsa dla orkiestry, dlatego nazywa się jego koncerty symfoniami na fortepian i orkiestrę. CSO zagrała ten utwór niezwykle – tempa były wolne, całkiem sporo fraz zagranych było piano pianissimo, nie było w tym typowej dla wykonań muzyki Brahmsa zawiesistej ciężkości, masywności, wolumenu. To był inny, nietypowy Brahms, wymagający bardzo wiele od muzyków z orkiestry. Sprostali oni temu zadaniu mistrzowsko i ukazali nam nowe, bardzo ciekawe spojrzenie na ten utwór.

 

 

Brahms był okrutny dla pianistów, jego dzieła roją się od pianistycznych trudności. Tematy są niezwykłe, nieintuicyjne, mogę się wydawać wręcz egzotyczne (w pierwszym temacie I Koncertu Brahmsa jest moim zdaniem coś niezwykle orientalnego, choć nie umiem wskazać kultury, z którą by mi się to kojarzyło). Wiemy, że Brahms był bardzo zafascynowany folklorem, ale nie był to folklor chiński czy indyjski, tylko raczej niemiecki. Cóż – możliwe, że umiał on wydobyć z muzyki otaczającego go ludu te najgłębsze, najstarsze warstwy, które brzmią zazwyczaj bardzo egzotycznie, tak jak choćby nasze pieśni kurpiowskie. Są tu bowiem pozostałości innych, archaicznych skal, innego pojmowania słowa, innego znaczenia pieśni. Oczywiście Brahms nie uczynił ze swojego koncertu utworu folkowego – po prostu w jego muzyce słychać niemal zawsze to zainteresowanie muzyką ludową, nawet jeśli nie cytuje on żadnej konkretnej melodii.

Zadania wykonania partii fortepianowej koncertu podjął się pianista bardzo już wiekowy, co mogło skończyć się katastrofą, gdyż Brahms wymagał od pianistów bardzo wiele. Zadania tego podjął się Peter Serkin, obecny na scenie koncertowej już od 1959 roku I słynący (jak się okazało nie bez racji) ze swojej oryginalności. Peter Serkin jest także zapalonym kameralistą, co zdecydowanie pomaga w muzyce Brahmsa, który też był zapalonym kameralistą. W symfonicznych utworach Brahmsa zjawiają się licznie solówki i dialogi poszczególnych instrumentów wyodrębnionych z orkiestry, w koncertach fortepianowych pianiści muszą oczywiście wchodzić w dialog z tymi wyłaniającymi się z całości solistami.

Peter Serkin już na wstępie zaskoczył mnie brzmieniem. Jego dźwięk był delikatny i pełen powietrza, co jest odważne, gdy trzeba podejmować złożone wątki muzycznych myśli Brahmsa.  Początkowo byłem tym trochę rozczarowany, miałem wrażenie, że przebieg muzyczny utworu jest nie dość dobrze zarysowany w partii fortepianu, ale stopniowo zrozumiałem, że jest to po prostu inne spojrzenie na Brahmsa, co zresztą znalazło odzwierciedlenie w tempach, w jakich grała orkiestra i w stosunkowo licznych pianach. Serkinowi zdarzyło się trochę nietrafionych dźwięków, ale ogólnie przedstawił nam oryginalną i nie pozbawioną urody interpretację tej muzyki. Dodam na koniec, że zatapiając się bez reszty w tym Brahmsowskim uniwersum  przypomniałem sobie niesprawiedliwe słowa Anderszewskiego o muzyce Brahmsa, które wypowiedział on w dokumencie jemu poświęconym. Anderszewski stwierdził, że Brahms to nie muzyka, ale opowiadanie o muzyce, że Brahms jest bardziej wykonawcą, piastunem Beethovenowskiej przeszłości niż twórcą pełną gębą.  No cóż – ciężko o równie oryginalną muzykę, jak koncerty fortepianowe Brahmsa. Te nagłe zmiany narracji przy jednoczesnej ścisłej logice całości. Tego nie znajdziemy u innych wielkich kompozytorów. Swoją drogą te zmiany CSO zagrała rewelacyjnie. Umiejętność szybkiej, ale wciąż płynnej zmiany dynamiki była u tych młodych muzyków czymś naprawdę unikalnym.

O autorze wpisu:

Studiował historię sztuki. Jest poetą i muzykiem. Odbył dwie wielkie podróże do Indii, gdzie badał kulturę, również pod kątem ateizmu, oraz indyjską muzykę klasyczną. Te badania zaowocowały między innymi wykładami na Uniwersytecie Wrocławskim z historii klasycznej muzyki indyjskiej, a także licznymi publikacjami i wystąpieniami. . Jacek Tabisz współpracował z reżyserem Zbigniewem Rybczyńskim przy tworzeniu scenariusza jego nowego filmu. Od grudnia 2011 roku był prezesem Polskiego Stowarzyszenia Racjonalistów, wybranym na trzecią kadencję w latach 2016 - 2018 Jego liczne teksty dostępne są także na portalach Racjonalista.tv, natemat.pl, liberte.pl, Racjonalista.pl i Hanuman.pl. Organizator i uczestnik wielu festiwali i konferencji na tematy świeckości, kultury i sztuki. W 2014 laureat Kryształowego Świecznika publiczności, nagrody wicemarszałek sejmu, Wandy Nowickiej za działania na rzecz świeckiego państwa. W tym samym roku kandydował z list Europa+ Twój Ruch do parlamentu europejskiego. Na videoblogu na kanale YouTube, wzorem anglosaskim, prowadzi pogadanki na temat ateizmu. Twórcze połączenie nauki ze sztuką, promowanie racjonalnego zachwytu nad światem i istnieniem są głównymi celami jego działalności. Jacek Tabisz jest współtwórcą i redaktorem naczelnym Racjonalista.tv. Adres mailowy: jacek.tabisz@psr.org.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.