Dwa pejzaże pustki i Eroica

25 marca we wrocławskim NFM mieliśmy bardzo ciekawego gościa. Był nim japońsko – szwedzki dyrygent, skrzypek i kompozytor Joseph Swensen. Obok Adagia Barbera i III Symfonii Ludwiga van Beethovena zaprezentował on również swoje dzieło, Shizue – fantanzję na shakuhachi i orkiestrę smyczkową. Grała NFM Leopoldinum – Orkiestra Kameralna.

 

 

Koncert zaczął się od Barbera. Jego Adagio pierwotnie było drugą częścią Kwartetu smyczkowego op. 11, skomponowanego w 1936 r. w trakcie pobytu kompozytora w Rzymie. Barber zastosował w tym dziele bardzo proste środki, jednakże dzięki specyficznej melodii i niezwykłym współbrzmieniom Adagio stało się jednym z najpiękniejszych pejzaży pustki w dziejach muzyki. Sam kompozytor stworzył jego formę orkiestrową, a także chóralną, do słów Agnus Dei. Podobnie jak w przypadku Ravelowskiego Bolero ta trwająca mniej niż 10 minut kompozycja znokautowała swoją sławą inne, czasem bardzo ciekawe, kompozycje Samuela Barbera,  takie jak choćby świetny Koncert skrzypcowy, czy poemat muzyczny na sopran i orkiestrę  Knoxville: Summer of 1915, oraz opera Vanessa. Partnerem życiowym Barbera był Gian Carlo Menotti, kompozytor i librecista.

Barberowi, który umarł w roku 1981, zarzucano bardzo późny romantyzm, podobnie jak Sibeliusowi. Dziś te zarzuty wydają się nieco chybione, jako że w muzyce współczesnej znów pojawiła się muzyka neo – postromantyczna, zaś rewolucyjny nurt znacznie osłabł w stosunku do lat 50ych i 60ych XX wieku. Jednak nawet w czasach triumfów estetyki Bouleza, Stockhausena czy Dallapiccoli niektórzy chwalili Barbera za ukazywanie neurotycznej pustki, w jakiej pogrążona była po wojnach światowych nowoczesność. A idealnym portretem tej pustki było oczywiście Adagio, napisane jeszcze przed drugą z tych wojen. Rzeczywiście, Barber nawet w swoich dziełach fortepianowych, które często najdalej odchodzą od jego neoromantycznej  wrażliwości, umieszcza spore pokłady pustki, w postaci niezwykle chłodnych i jakby oderwanych współbrzmień i interwałów. W dziełach fortepianowych Barbera nie jest to tylko pustka tragiczna (słuchacze BBC uznali Adagio z najsmutniejszy utwór w repertuarze muzyki klasycznej), ale także pustka gry, pustka zabawy, pustka codzienności.

 

 

Jak tym razem zabrzmiało sławne Adagio? Joseph Swensen obrał drogę ukazania tego utworu w sposób pozbawiony mocnych romantycznych napięć, skupiając się na ukazaniu samej konstrukcji i jedwabistych współbrzmień smyczków, które to współbrzmienia NFM Leopoldinum zrealizowała świetnie. Co ciekawe, dość mocno zostały podkreślone dysonanse, których w wielu wykonaniach zupełnie nie słychać.

 

 

Następnym zaprezentowanym utworem była Shizue – fantanzja na shakuhachi i orkiestrę smyczkową. Do gry na japońskim bambusowym flecie prostym zaproszono Gunnara Jinmei Lindera, zanurzonego w kulturze japońskiej szwedzkiego artystę, który za swoje dokonania na tym polu otrzymał w 2016 roku odznaczenie od japońskiego Ministra Spraw Zagranicznych. Gunnar Jinmei Linder jest obecnie profesorem Studiów Azjatyckich w Sztokholmie, a także uczy gry na szakuchaczi. Właśnie – zauważyliście, że spolszczyłem szakuchaczi. Otóż trzeba tak robić – to jeden z najważniejszych japońskich instrumentów. Oczywiście spolszczenia „na kocią łapę” mogą się mścić, gdyż niektóre spółgłoski w językach orientalnych wymagają poważnych narad w tym zakresie. Na przykład Hindusi mają w swoich językach indoeuropejskich zgłoski między dź a dż, między ś a sz, czy między ć a cz. Ja lubię ten twardszy ich aspekt, więc mówię Sziwa a nie Śiwa, Adżmer a nie Adźmer. Lecz orientaliści mają „miękki słuch”, więc kto wie, czy nie wylądujemy z śakuhaći a nie szakuhaczi.

Czym jest szakuhaczi? To jeden z tych fantastycznych bambusowych instrumentów, którego bogactwo dodatkowych brzmień przypomina całą paletę malarza. Można na nim tworzyć kaligraficzne, dźwiękowe haiku, gdzie z łatwością rozpoznajemy trzciny, morze, krew, wiatr, wzlatujące żurawie, czy opadające płatki kwiatów wiśni. Szakuhaczi jest związane z japońskim buddyzmem, w tym z jego minimalistyczną wersją zen. Często zatem mamy w kompozycjach na szakuhaczi wrażenie pustki i bardzo ekspresyjnego „rwania się” rzeczywistości.

 

 

W kompozycji Josepha Swensena więcej było spokojnej pustki,  niż tej skrajnej, rwącej się i kontrastowej (na zasadzie zen „klaśnij jedną dłonią”). Orkiestra musiała prawie milczeć, gdy grało szakuhaczi, z natury swej ciche (a i tak tym razem delikatnie zgłośnione znakomitym nfm-owskim sprzętem), zaś gdy grała orkiestra milkło z kolei szakuchaczi poza ostatnią kulminacją, po zenowsku nagle urwaną. Szakuhaczi ma swoją estetykę wpisaną w swoje brzmienie do granic, zatem partia tego instrumentu wydawała się bardzo klasycznie japońska i trzeba by znawcy muzyki Japonii, aby poznać, że jest to nowa kompozycja na tym instrumencie. Natomiast orkiestra bardzo ciekawie przejmowała dalej ekspresję fletu, dopiero na koniec przeciwstawiając się jej do pewnego stopnia i idąc w stronę bardziej czysto europejską. Swensen, aby powiązać w całość tak odległe zazwyczaj od siebie żywioły, w dwóch czy trzech mikro – częściach utworu posłużył się stosunkowo prostym rytmem, jak ten wystukiwany na małych bębenkach przez tancerzy kabuki i to chyba była jedyna wada tego całkiem udanego dzieła. Orkiestra NFM Leopoldinum grała rewelacyjnie, a tym razem musiała grać także bardzo precyzyjnie i barwnie w głębokich pianach. Kompozytor bardzo gorąco dziękował muzykom i koncertmistrzowi za uważny i twórczy współudział w tym wydarzeniu muzycznym.

Inspiracją do tego utworu była historia krótkiego życia ciotki kompozytora, która zginęła w Hiroszimie na skutek eksplozji bomby atomowej, oraz smutne perypetie pozostałych członków japońskiej części rodziny.

Ostatnim utworem zaprezentowanych tego wieczoru była III Symfonia Beethovena Eroica. Symfonia  z 1803 roku, która stanowi wrota do muzyki romantycznej i do estetyki muzycznej XIX wieku, którą w przypadku takich twórców jak Barber można przesunąć jeszcze o sto lat – do 1981 roku. Co ciekawe, początkową inspiracją dla Beethovena był Napoleon, którego kompozytor wykreślił z dedykacji za pogrzebanie Republiki. Co jeszcze ciekawsze, okres Wojen Napoleońskich nie przygnębił Europejczyków do tego stopnia, aby zapomnieli o arcydziele związanych z nim bardzo mocno, jakim jest Eroica.

Pod dwóch pejzażach pustki w części pierwszej koncertu bałem się, że Jospeh Swensen poprowadzi Eroicę jednak zbyt chłodno, zbyt mało romantycznie i zbyt neutralnie. Na szczęście nie było powodu do obaw – było to znakomite wykonanie, również dzięki znakomitej muzycznej kondycji NFM Leopoldinum, która grała na najwyższym światowym poziomie. Przed trębaczami, waltornistami i perkusistą Swensen postawił dodatkowe wyzwanie, wręczając im instrumenty z epoki, co zwłaszcza w przypadku waltorni oznacza stałą i heroiczną walkę z utrzymaniem poprawnego tonu. Ta walka w rękach takich profesjonalistów udała się znakomicie, a oczywiście już Harnoncourt miał rację w tym, że jeśli chcemy odtworzyć oryginalne brzmienie utworów z czasów Eroici, wystarczy wymienić blachę i perkusję, zaś smyczki można zostawić w nowoczesnej postaci.

Pierwsza część symfonii została zagrana w sposób barwny, ekspresyjny, pełen kontrastów. Nie było bardzo szybko, ale dzięki znakomitej agogice i płynnej narracji muzycznej mieliśmy wrażenie pędu przez niewyobrażalnie bogatą krainę wyobraźni Beethovena. Część druga, ze sławnym Marcia funebre zaczęła się wyjątkowo pogodnie, dzięki czemu uderzenie tragizmu było tym wyrazistsze. Chorałowa melodia wchodząca w momencie „pogrzebowym” aż przyprawiała o dreszcze!

Najbardziej oryginalne rozwiązania Swensen przedstawił w trzeciej i czwartej częściach symfonii, które zazwyczaj są gonitwą bez tchu mającą zabić słuchaczy wirtuozerią. Tymczasem każdą z tych części Swensen rozpoczął piano. Nie zdecydował się na superszybkie tempa, za to pokazał ogromne bogactwo muzycznej myśli, które umyka w zbyt szybkich wykonaniach. Był to nowy głos jeśli chodzi o wykonania Eroici i to głos ciekawy, a nie udziwniony na siłę.

Nie dziwię się, że na początku drugiej części koncertu Swensen wychwalał NFM Leopoldinum, stwierdzając iż „kocham tę orkiestrę”. Mieliśmy do czynienia ze znakomitym świadectwem współpracy ciekawego dyrygenta ze znakomitą orkiestrą.

O autorze wpisu:

Studiował historię sztuki. Jest poetą i muzykiem. Odbył dwie wielkie podróże do Indii, gdzie badał kulturę, również pod kątem ateizmu, oraz indyjską muzykę klasyczną. Te badania zaowocowały między innymi wykładami na Uniwersytecie Wrocławskim z historii klasycznej muzyki indyjskiej, a także licznymi publikacjami i wystąpieniami. . Jacek Tabisz współpracował z reżyserem Zbigniewem Rybczyńskim przy tworzeniu scenariusza jego nowego filmu. Od grudnia 2011 roku był prezesem Polskiego Stowarzyszenia Racjonalistów, wybranym na trzecią kadencję w latach 2016 - 2018 Jego liczne teksty dostępne są także na portalach Racjonalista.tv, natemat.pl, liberte.pl, Racjonalista.pl i Hanuman.pl. Organizator i uczestnik wielu festiwali i konferencji na tematy świeckości, kultury i sztuki. W 2014 laureat Kryształowego Świecznika publiczności, nagrody wicemarszałek sejmu, Wandy Nowickiej za działania na rzecz świeckiego państwa. W tym samym roku kandydował z list Europa+ Twój Ruch do parlamentu europejskiego. Na videoblogu na kanale YouTube, wzorem anglosaskim, prowadzi pogadanki na temat ateizmu. Twórcze połączenie nauki ze sztuką, promowanie racjonalnego zachwytu nad światem i istnieniem są głównymi celami jego działalności. Jacek Tabisz jest współtwórcą i redaktorem naczelnym Racjonalista.tv. Adres mailowy: jacek.tabisz@psr.org.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.