Christopha Eschenbacha poznałem z płyt jako pianistę. Urzekł mnie jego Beethoven. Dziś niemiecki artysta jest jednym z najciekawszych dyrygentów na globalnej scenie muzyki klasycznej. Dlaczego globalnej? Otóż byłem niedawno w Kioto, po raz drugi w życiu. Kupienie tam muzyki klasycznej europejskiej jest proste i ceny są bardzo atrakcyjne. Jednak jeśli chcemy zakupić tradycyjną, klasyczną muzykę japońską, zaczynają się schody. Myślę, że łatwiej ją znaleźć w Paryżu czy Londynie. Tym razem jednak jakimś cudem znalazłem kilka wspaniałych LP za grosze z muzyką na cytrę koto, wydanych przez Toshiba EMI w ramach serii ratującej tradycję. Jednak wszystko wskazuje na to, że Japończycy podobnie jak wielu wrocławian krzywi się słysząc dysonanse japońskiej septatonicznej muzyki.
Nic zatem dziwnego, że w japońskie płyty i wtedy wplątała mi się nasza, europejska klasyka. Tym razem była to mozartowska płyta Deutsche Grammophone z młodziutkim jeszcze Eschenbachem, jako pianistą oczywiście. Co ciekawe, DG ma w Japonii swoją własną wytwórnię i politykę wydawniczą. Niedawno wydali na przykład 100 płyt w historycznej serii DG, a wszystkie one są zrealizowane w stosowanej jedynie w Japonii i głównie na japoński rynek audiofilskiej technice SHM CD. Nie słuchałem jeszcze tego Mozarta, zaraz go wrzucę na talerz gramofonu, aby towarzyszył mi przy pisaniu tej recenzji.


Oto wspomniana płyta. Swoją drogą, to chyba jakiś genius loci, ale na rozkładówce long playa niemiecki artysta ma w sobie coś japońskiego…
IX Symfonia Beethovena to jeden z największych monumentów europejskiej i światowej muzyki, bo jak widać, również na przykład Japończycy żyją w mieście dźwięków skonstruowanym przez Beethovena a nie swoich dawnych mistrzów. Wiem, wiem, jest J-pop, ale on też, podobnie jak i nasz pop, zawdzięcza wiele Beethovenowi. Jednak bezpośrednie echa Dziewiątki odnajdziemy u Liszta, a jeszcze bardziej u Wagnera czy Brucknera. Mahlera można zaś tu śmiało określić niezwykle zdolnym epigonem Dziewiątki. Cała jego twórczość to w jakimś sensie studiowanie ostatniej ukończonej symfonii wielkiego Ludwiga. I tylko czasem, zazwyczaj w wolnych częściach, Mahler dościga ten niebotyczny wzór.
Zatem wykonanie Dziewiątki zawsze jest świętem, podobnie jak wykonanie Pasji Bacha. A my, wrocławianie, jesteśmy w tej konfortowej sytuacji, że nasz chór i orkiestra są już światowej klasy zespołami, a na ich czele stoi znany, ceniony i nagradzany dyrygent, który jako pianista jeszcze często określany był mianem „Beethovenisty”.
Jak zatem było? Symfoniczne stworzenie świata, czyli część pierwsza symfonii Allegro ma non troppo, e un poco maestoso było maestoso na całego. Bardzo mnie to ucieszyło, gdyż prześladuje nas tendencja grania Beethovena szybko i lekko. Sprowadził to nieszczęście na nas sam kompozytor, bawiąc się pierwszymi w dziejach metronomami. Ja myślę, że miał on po prostu dziwny humor i dlatego wymyślił sobie, w przypływie chwilowej emocji, szybkie i sportowe granie. Tymczasem muzyka Beethovena najczęściej zyskuje dzięki umiarkowanym, a nawet ekstrawagancko wolnym tempom. Wpływa też to na monumentalizm, który w Dziewiątce jak najbardziej jest na miejscu. I Eschenbach, choć nie zwolnił na miarę Celibidache, czy nawet wielu legendarnych wykonań z czasów Karajana (i jego również, są świetne, zwłaszcza te dla EMI), zagrał owo muzyczne tworzenie świata w umiarkowanym tempie i monumentalnie. Urzekły mnie też smyczki, tnące mocne i wysmakowane linie w przepastnych przestrzeniach. Nieco ekscentryczne były kotły, wybijające się mocnym forte ponad brzmienie całej orkiestry. Było w tym coś rewolucyjnego i dobrze, bo Beethoven był jedynym rewolucjonistą – humanistą, a nie rzeźnikiem. Ale rewolucjonistą z pewnością był. Więc dzikie kotły były na miejscu, zaś ich szaleństwo było kontynuowane przez całą symfonię. Swoją drogą znów mi się przypomniał Herbert von Karajan i jego mroczny konflikt z kotlistą, który zdaniem biografów wpłynął na zmęczenie wielkiego dyrygenta pod koniec życia.
Druga część, Molte vivace – Presto, była oczywiście świetna. Znów bardziej monumentalna niż szybka, jednak wycięte mocną linią smyczki i dzikie kotły nadawały tej części kształt gmachu zebrań Rady Rewolucyjnej, oraz Medytacji nad Wszechświatem. Czyli znów nie trzeba było z tego robić jakiegoś straszliwego zagonionego remiksu. Odpowiednia artykulacja i nadanie odpowiedniego kształtu poszczególnym sekcjom orkiestry pozwalało osiągnąć podobny efekt co w gonitwach Gardinera na przykład, a jednocześnie nie zatracić owej tak wspaniałej u Beethovena architektonicznej przestrzeni.
Część trzecia Dziewiątki, czyli kraina w której urodził się Mahler i w której pozostał, zaczęła się nieziemsko pięknym zmieszaniem współbrzmień. Dawno nie słyszałem takiej subtelności w barwach orkiestry i to nawet u zespołów z symfonicznej TOP10, które regularnie odwiedzają NFM. Właśnie czekamy na legendarną Chicago Symphony Orchestra, dadzą dwa koncerty z Mahlerem. Jednak w Adagio molto e cantabile – Andante moderato są też momenty wspaniałych kulminacji, z których czerpał pełnymi garściami na przykład Debussy w La Mer, czy ogólnie Wagner. I tu zorientowałem się, że w sekcji drewna brakuje kilku liderów, zatem flety zwłaszcza grały poniżej poziomu, do którego przyzwyczaiły mnie inne wykonania Eschenbacha.
Ostatnia część, a tak naprawdę dwie części, wstęp i część chorałowa, wymagają moim zdaniem jeszcze trochę pracy. Było świetnie, ale jednak w porównaniu z dwoma pierwszymi częściami Dziewiątki Eschenbacha znacznie słabiej. Chór NFM pokazał jak świetnie radzi sobie z tym zadaniem na doskonałej płycie nagranej dla Sony przez Giovanniego Antoninego, naszego wieloletniego szefa Wratislavii Cantans i jednego z największych barokowców. Na tym nagraniu gra współczesna orkiestra, jednak nie NFM Filharmonia Wrocławska, a Kammerorchester Basel. Pod batutą Eschenbacha forsowne wysokie tony chóru były jakby zbyt forsowne, prócz tego wejście chóru było zbyt chaotyczne. Orkiestra grała świetnie, jednak znów brak doskonałego już zazwyczaj drewna (chodzi głównie o flety) robił swoje. To nadal było znakomite wykonanie, ale jednak nie poderwałem się do owacji stojącej, która zresztą w wydaniu moich rodaków – wrocławian bywa niekiedy dziwna. Najpierw wszyscy siedzą, później stopniowo niektórzy zaczynają wstawać. To bez sensu – albo zachwyt i wstajemy od razu, albo siedzimy.

Christoph Eschenbach/fot. Manu Teobald/ze stron NFM
Reasumując. Dwie pierwsze części symfonii genialne i godne płyty, która z pewnością odniesie sukces i nie zostanie stłamszona przez liczne przecież nagrania Dziewiątej. Trzecia część momentami najwspanialsza ze wszystkiego, ale brakowało największych flecistów orkiestry. I ogólnie cała sekcja dęta grała dobrze, ale tak na 80% swoich obecnych możliwości. A w Dziewiątej (wiadomo – rewolucja!) ma być 120%. I wreszcie chorałowy finał, czyli najsłabsze ogniwo tej interpretacji, co nie znaczy, że jakieś złe i fatalne. Po prostu chciałbym, aby wszystko brzmiało równie dobrze jak dwie pierwsze części. Wychodząc powiedziałem znajomym, że Eschenbach pracuje jeszcze nad tą interpretacją. Było to zasadne, gdyż wady części chorałowej nie polegały na słabej grze muzyków orkiestry, ale raczej na odczuwalnym momentami braku zdecydowania dyrygenta. Tym niemniej wyszedłem zadowolony, bo jednak w tej interpretacji wiele było niezagonionego piękna. Chciałbym po prostu, aby całość tak samo zachwycała.