• poniedziałek, 26 października 2020 r.

Karłowicz i Szczecińscy Filharmonicy

 

 

Nie zacznę od Szczecina, starego grodu Gryfitów, lecz od Tatr. Magia tych gór, działająca na Polaków jak czarodziejskie lasy Galadrieli w sławnej trylogii Tolkiena wpływały na mieszkańców Śródziemia, jest swoistym ewenementem. Uległ jej jeden z największych naszych kompozytorów, Mieczysław Karłowicz.

 

 

Wielki, rozpędzający się dopiero twórca muzycznych poematów, modernista co się zowie, findesieclowo zatopiony w rozważaniach o śmierci, losie fatalnym i buncie egzystencji, 9 lutego 1909 roku znalazł się w okolicach Czarnego Stawu Gąsienicowego. Tam jego karierę przerwała lawina śnieżna, zwykłe zjawisko w zimowych Tatrach.  Karłowicz wyruszając w góry wiedział co robi, był nie tylko kompozytorem, ale jednym z pionierów taternictwa. Wędrując po niepewnych żlebach Karłowicz nie był najpewniej przygnębiony – oto kilkanaście dni temu doczekał się w końcu wielkiego sukcesu. 22 stycznia jego Odwieczne pieśni doczekały się triumfu w Filharmonii Warszawskiej.

 

Kultura polska straciła wybitnego twórcę poematów, zatopionego w kulturze muzycznej Berlina, gdzie studiował i gdzie niemały wpływ miał na niego Ryszard Strauss, będący też u progu swej długiej, matuzalemowej kariery. Można się zastanawiać, czy Strauss sięgnąłby też po formę opery, zafascynowany wielkimi arcydziełami swego duchowego mistrza – Salome i Elektrą. Zostały nam na szczęście poematy i jego młodzieńcze pieśni, należące do najciekawszych skomponowanych przez Polaka.

 

Gdy nasza orkiestra podbija Stany Zjednoczone, wrocławskim melomanom przyniosła brzmienie orkiestry symfonicznej Orkiestra Symfoniczna Filharmonii im. Mieczysława Karłowicza w Szczecinie pod wodzą swojego szefa artystycznego Rune Bergmanna. Przyznam, że obawiałem się trochę tego koncertu, bowiem wrocławianie osiągnęli tak dobry poziom artystyczny, że słabsze orkiestry mogą nadwyrężać cierpliwość nawet bardzo życzliwego krytyka. Moje obawy okazały się jednak niesłuszne. Szczecińscy Filharmonicy pracują bowiem nad muzyką swego patrona od lat i w ich wykonaniach dzieł polskiego modernisty słychać tę cierpliwą i owocną pracę. Czasem tylko chciałoby się jeszcze więcej zróżnicowania dynamicznego, ale natychmiast o tym zapominamy słysząc dopracowanie każdej frazy, oraz przenikające wszystko głębokie zrozumienie dzieł Karłowicza. A muzyka powstała w kręgu Ryszarda Straussa jest gęstym labiryntem i nawet najlepszym orkiestrom wychodzą czasem buńczuczne kłębowiska brzmień zamiast przemyślanych form.

 

Szczecinianie, słusznie przekonani o wartości swej wizji dzieł Karłowicza, wydali już kilka płyt z jego muzyką. Są to jedne z nielicznych w naszym kraju SACD, prawdziwa gradka dla audiofilów, którzy jednak słyszą znaczącą różnicę pomiędzy formatami  Pulse Code Modulation (PCM) a  Direct Stream Digital (DSD). Mam nadzieję, że i we (współ)wydawnictwie NFM, pod każdym względem udanym, dostrzeże się potencjał tego lepszego formatu. Miłośnicy muzyki rozrywkowej, w tym wielu redaktorów czasopism audiofilskich, postawili krzyżyk na SACD, gdyż rzeczywiście w muzyce pop nie słychać wielkich różnic w tych formatach. Gdy w grę wchodzą skrzypce czy fortepian (bez nagłośnienia, jak często w jazzie), DSD natychmiast okazuje swoje zalety. Cieszę się, że już teraz możemy się cieszyć intrygującymi interpretacjami Szczecińskich Filharmoników w tym formacie.

 

 

Koncert 18 stycznia 2020 roku we Wrocławskim NFM był monograficzny. Czyli tylko Karłowicz i bardzo dobrze! Muzyka Karłowicza nadal nie jest zbyt znana, nawet w gronie polskich melomanów i warto mieć okazję całkowitego w niej zanurzenia. Kośćcem koncertu były oczywiście dwa poematy – Epizod na Maskaradzie op. 14 oraz Stanisław i Anna Oświecimowie op.12. Biedny Karłowicz doczekał się tylko 14 opusów, a ten ostatni musiał dokończyć i zorkiestrować po jego tragicznej śmierci wielki dyrygent, członek stronnictwa Szymanowskiego, Grzegorz Fitelberg. Swoją drogą Szymanowski zaczynał swoje muzyczne światy w podobnym punkcie estetycznym, w którym znajdował się Karłowicz…

 

Epizod na Maskaradzie został zagrany z doskonale wybrzmiewającym motywem mroku gęstniejącego wśród szampańskiej zabawy. Filharmonicy Szczecińscy świetnie dozowali napięcie, brzmieli też barwnie i całkiem przejrzyście. Do mrocznej legendy Stanisława i Anny Oświęcimiów mam stosunek szczególny, gdyż już w dzieciństwie mijałem ich kaplicę znajdującą się w Krośnie. Wtedy moi wujkowie i ciocie zniżając głos mówili mi o grzesznej miłości brata do siostry i specjalnej dyspensie papieża na tak kazirodczy związek, do którego jednak nie doszło, gdyż los okazał się surowszym od zadziwiająco liberalnej (i de facto fikcyjnej) decyzji głowy Kościoła. Zamiłowane do niemożliwych i z góry skazanych na zagładę związków damsko – męskich jest oczywiście lejtmotywem fin de siècle. Jednym z prekursorów tematu był romantyk Edgar Allan Poe w swej noweli Zagłada domu Usherów z 1839 roku. Ciężko oczywiście stwierdzić o jakie uczucia w niej chodziło, w każdym bądź razie były one na tyle potężne, że ulegli im nie tylko Usherowie, ich nieszczęsny przyjaciel – świadek, ale również cały ponury wiekowy dwór i jego okolica. Do tego arcydzieła dołączyć można rozwinięcie Straussowskie Salome Oscara Wilde’a, gdzie motorem akcji jest fatalne i niezwykłe uczucie Salome do Jana Chrzciciela, kończące się (między innymi) dekapitacją obiektu pożądania. Nieprawdziwa legenda Oświęcimiów wpisuje się w ten nurt, na swój oczywiście sposób. Filharmonicy Szczecińscy przestawili znakomitą interpretację tego poematu, trzymając nas w napięciu, które narastało, nie szczędząc barw i zachwycając zdyscyplinowaną blachą.

 

 

Niewątpliwą atrakcją wieczoru były pieśni Karłowicza w aranżacji na orkiestrę dokonanej przez Piotra Mossa, polsko – francuskiego kompozytora, którego dzieła goszczą niekiedy na wrocławskich koncertach. Aranżacje okazały się udane, szczególnie Zaczarowana królewna do słów Asnyka. Śpiewała znana mezzosopranistka Małgorzata Walewska, elegancko i jednocześnie ekspresywnie, dekadencko i ze śladami romantycznego buntu, czyli tak jak trzeba. Publiczność zgotowała artystce długą i zasłużoną owację. Orkiestracja pieśni pozwoliła połączyć je na jednym koncercie z poematami i ukazała publiczności ich niewątpliwą wartość artystyczną. Był to bardzo ciekawy koncert i jestem wdzięczny Walewskiej i Szczecińskim Filharmonikom za tę muzyczną podróż. Zachęcam też wszystkich do zdobycia ich SACD. Nie widziałem ich we wrocławskich EMPIKACH, ale tam już chyba coraz bardziej kalendarzyki i kosmetyki wypierają muzykę, zwłaszcza tę poważną.

Jacek TabiszStudiował historię sztuki. Jest poetą i muzykiem. Odbył dwie wielkie podróże do Indii, gdzie badał kulturę, również pod kątem ateizmu, oraz indyjską muzykę klasyczną. Te badania zaowocowały między innymi wykładami na Uniwersytecie Wrocławskim z historii klasycznej muzyki indyjskiej, a także licznymi publikacjami i wystąpieniami. . Jacek Tabisz współpracował z reżyserem Zbigniewem Rybczyńskim przy tworzeniu scenariusza jego nowego filmu. Od grudnia 2011 roku był prezesem Polskiego Stowarzyszenia Racjonalistów, wybranym na trzecią kadencję w latach 2016 - 2018 Jego liczne teksty dostępne są także na portalach Racjonalista.tv, natemat.pl, liberte.pl, Racjonalista.pl i Hanuman.pl. Organizator i uczestnik wielu festiwali i konferencji na tematy świeckości, kultury i sztuki. W 2014 laureat Kryształowego Świecznika publiczności, nagrody wicemarszałek sejmu, Wandy Nowickiej za działania na rzecz świeckiego państwa. W tym samym roku kandydował z list Europa+ Twój Ruch do parlamentu europejskiego. Na videoblogu na kanale YouTube, wzorem anglosaskim, prowadzi pogadanki na temat ateizmu. Twórcze połączenie nauki ze sztuką, promowanie racjonalnego zachwytu nad światem i istnieniem są głównymi celami jego działalności. Jacek Tabisz jest współtwórcą i redaktorem naczelnym Racjonalista.tv. Adres mailowy: jacek.tabisz@psr.org.pl

Podobne materiały

Zostaw komentarz

Wpisz kod antySPAMowy *