• poniedziałek, 27 marca 2017 r.

Płaszczyzny konfliktów kulturowych [2]

Dramatopisarz Izaak Zangwill w roku 1909 zaproponował na określenie zmieszania różnych kultur, doświadczeń i tradycji termin melting pot. Odnosiło się ono do terytorium Stanów Zjednoczonych AP, gdzie przybywali emigranci przywożąc ze sobą subiektywne i zbiorowe, a nade wszystko różnorodne, doświadczenia kulturowo-cywilizacyjne. Podstawowa koncepcja Zangwilla sprowadzała się do wiary w możliwość całkowitej adaptacji wszystkich jednostek do tych samych zasad kulturowych z zachowaniem podstawowych odrębności. Jak zauważa socjolog prof. Andrzej Wójtowicz w praktyce owa koncepcja się nie przyjęła. Jej miejsce zajęła asymilacja, będąca delikatną formą nawrócenia, rezerwująca priorytet dla dominującego wzoru kulturowo-cywilizacyjnego przynależnego WASP (White Anglo-Saxon Protestant), zakładająca realizację określonego jednoznacznie modelu wartości religijnych, kulturowych, społecznych i politycznych.

Przewartościowanie jakie miało miejsce w Ameryce w latach 60-tych XX stulecia (a następnie w całej kulturze Zachodu) doprowadziło do kohabitacji między modelami: asymilacji i melting pot. Pojawił się ruch oraz teoria na rzecz uznania i równoprawności odmienności kulturowej, społecznej, religijnej, nazwana multi-kulturalizmem. Stąd ukuto kolejne pojęcie opisujące rzeczywistość końca XX wieku – multilateralizm. Postuluje ono potrzebę radykalnej równości bez względu na różnice. Domaga się tedy krytycznego obywatelstwa, trudu zrozumienia własnego dziedzictwa w nieustannym dialogu z dziedzictwem odmiennym.

Czy jednak ta zbitka tez, wniosków i kompilacja różnorakich – często przeciwstawnych i antynomicznych – wzorców mogła się udać bez wyzbycia się misyjności, ducha krucjaty i paternalizmu przypisanego sobie przez ludzi Zachodu (z którego mimo dekolonizacji i załamania się imperiów kolonialnych nie do końca się on wyzwolił) ? Jak widać – nie.

Czyś nagle potracił kolana

Czyś snem pomiażdżył swe nogi

Po coś mnie brał na barana

By zgubić drogę w-pół drogi

Bolesław  LEŚMIAN („Garbus”)

Od czasów badań Georga H.Meada znany jest problem Innego. Zwracało na ten problem wielu myślicieli, pisarzy czy intelektualistów (m.in. Dietrich Bonhöffer, Martin Buber,  Emanuel Levinas, Jean Paul Sartre, Hannah Arendt, Czesław Miłosz czy Józef Tischner). Warto zauważyć, że pojęcie multi-kulturalizmu wyklucza jakąkolwiek inwazję ideologiczno-religijną, redystrybucję władzy, uprawnień czy zasobów bądź aksjologiczną indoktrynację (w przeciwieństwie do multilateralizmu). Jest ono również egzemplifikacją demokracji, najszerzej pojętych praw człowieka i wolności od opresji i przymusu. Akceptacja równych praw dla wszystkich i poszanowanie różnorodnych doświadczeń czy interpretacji to wyższy stopień jednoczenia i rozwoju ludzkości. Jednocześnie jest to w znacznym stopniu sposób na redukcję  problemu Innego. Na tej bazie toczy się właśnie opisywany tu spór, mający przyśpieszyć bądź anulować wspomnianą redukcję.

Wojna kulturowa, bo tak można nazwać opisywany konflikt, jest w zasadzie walką dwóch różnych gabarytowo i gatunkowo społecznych zbiorowości. Oprócz różnorodnych podziałów narodowych, religijnych, ideologiczno-politycznych, materialnych czy mentalnych ta stratyfikacja (postępująca wedle możliwości dostępu do najszerzej pojętej kultury) przy narastającej globalizacji będzie w najbliższej przyszłości najważniejszą przyczyną różnorodnych konfliktów rozgrywanych w skali całej Ziemi oraz lokalnie.

Niebezpieczeństwem jest to co Christopher Lasch nazywa buntem elit. Jego zdaniem „oświecone”, „kulturalne” elity Zachodu i wzorująca się na nich socjeta w innych regionach świata (jest to kwestia auto-przekonania i samoświadomości) próbują mniej więcej od ćwierć wieku nie tyle narzucić w sposób pokojowy, oświecić, przekonać większość populacji traktowanej jako ksenofobiczna, seksistowska, rasistowska, nacjonalistyczna do swoich racji i wizji cywilizacji przyszłości, co działają na rzecz stworzenia alternatywnych czy równoległych instytucji form życia społecznego lub enklaw egzystencji  zbiorowej. Celem tych przedsięwzięć jest odseparowanie się od „nieoświeconych” , gorzej urodzonych i biedniejszych mas. Zasób portfela, wykształcenie, wysokie kwalifikacje zawodowe, zadowolenie z życia, miejsce zamieszkania odgrodzone od reszty świata murem, kamerami, prywatnymi agencjami ochrony, sposób i określona filozofia życia, kult ciała i możliwość obecności „wszędzie” i „nigdzie” w sposób zasadniczy alienują takich światowych ludzi od reszty. Tylko pieniądze i pozycja społeczna są uważane w tej klasie za jedyną miarodajną ocenę rzeczywistości, a ktoś kto czuje się od nich wolny (obojętnie jak do tej wolności doszedł) i nie zabiega o nie zostaje postrzegany jako dziwak, odmieniec, ekscentryk bądź cudak .

Dialog między klasami cichnie, zanika, umiera. Słychać tylko wzajemny wilczy skowyt i pohukiwania sów lub wzniosłą i narcystyczną ciszę, przerywaną od czasu do czasu megalomańskimi pouczeniami, radami „nie z tego świata”, interpretacjami przebiegających zjawisk i procesów w sposób „jedynie słuszny”. Elita wie najlepiej, co dobre „dla wszystkich”. Ale to nie jest dialog szanujących się podmiotów, prowadzony z atencją dla partnera dyskursu.

Dlatego warto jest wspomnieć w tym miejscu o roli papieża Jana Pawła II we współczesnym sprzeciwie wobec tak postępującego procesu dehumanizacji i redukcji stosunków międzyludzkich do jednego wymiaru. Jego popularność wynikała m.in. z tego, że jak niewielu spośród „możnych tego świata” umiał się pochylić nad słabym, chorym i opuszczonym. Widział w nim człowieka, partnera, osobę ludzką której należy się godność, szacunek i miłość bez względu na proweniencję, poglądy polityczne, rasę, wyznanie czy pozycję materialną. Ten teolog, myśliciel, filozof i intelektualista zrozumiał co w dotychczasowej praktyce katolicyzmu i Kościoła rzymskiego dzieliło hierarchię od ludu bożego (i ten sam mechanizm działa w konsumpcyjnym społeczeństwie współczesnego świata stratyfikując globalną populację nie tylko w krajach ubogich, ale i w bogatych): wyniosłość, hieratyczność, „pańskość”, poczucie predestynacji „do wyższych celów”, elitarność, hermetyzm grupowy, pogarda dla słabych, zapatrzenie w siebie. Drugorzędną sprawą jest czy proponowane przez niego środki i metody były (i są) skuteczną formą pokonania tych trudności i patologii współczesnego życia. Ważne jest, iż ci do których adresował swe przesłanie, swą naukę, do których kierował swój głos otrzymywali wsparcie duchowe w swojej mizerii, w swym zapomnieniu, w swym upokorzeniu. Im się wydawało – a to w końcu jest najważniejsze jak osoba ludzka odbiera świat zewnętrzny i takim on dla niej się jawi –  że jest to głos i autorytet dający wizję naprawy ich nieszczęśliwego losu.

W takim wymiarze, kiedy ci co mieli nieść kaganek oświecenia w lud, cywilizować barbarię i przekonywać (nie nawracać) odgradzają się od motłochu lub traktują go z nieukrywaną wyższością musi wyschnąć źródło nowoczesnego uniwersalizmu, a „wczorajsze bajoro parafiańszczyzny znów połyskuje zachęcająco” ([za]; Z.Bauman, Ponowoczesność jako źródło cierpień, s. 127). Rodzą się ponownie demony autorytaryzmu, ale nie tego instytucjonalnego, ale ludowego, oddolnego, „zdrowego”. Ochlokracja jest tak samo niebezpieczna jak nazizm, bolszewizm czy jakobinizm. Ona bowiem generuje totalitarne instytucje i ostateczne rozwiązania.

Postępujący izolacjonizm „nowej elity” powoduje również zanik dotychczasowego sporu ideologicznego pomiędzy lewicą, a prawicą. Dyskurs publiczny stał się konwentem zamkniętym, gdzie odmienności w spojrzeniu na podstawowe pojęcia różnicujące do tej pory scenę polityczną zanikają. Chodzi o taktykę, a nie pryncypia. Panuje terror wąsko rozumianej kompetencyjności, zyskowności i elitarności wobec niezależnego i samodzielnego myślenia, tolerancji (praktykowanej tylko w wymiarze political correctnes) oraz rzeczywistego, a nie werbalnego, indywidualizmu. Dlatego obserwujemy zamieranie demokracji na co zwracał uwagę u zarania XXI wieku m.in. sędziwy lord Ralf Dahrendorf. Demokracja bowiem to coś więcej niż własny interes czy zysk. To świadomość uczestnictwa i obywatelstwa, a jak „odrzucony” może być przekonanym i aktywnym obywatelem ?

Merytokracja to rządy osób najbardziej utalentowanych, najinteligentniejszych i stojących najwyżej w drabinie społecznej, którzy awansują na swoje stanowiska zgodnie z systemem obowiązujących zasług. Mimo górnolotnych i afektywnych uzasadnień jest ona zaprzeczeniem demokracji. Oferuje ona teoretycznie szanse awansu wszystkim posiadającym odpowiedni intelekt, doświadczenie i wiedzę. Trzeba tylko „uchwycić szansę”. Jednak tak preferowana mobilność społeczeństwa nie ogranicza preferowanej władzy elit i ich alienacji (właśnie m.in. poprzez sprawowanie władzy oraz swą hermetyczność).

Demokracja jak powszechnie wiadomo to wg określenia Abrahama Lincolna (mowa getysburska) władza ludu dla ludu sprawowana przez lud.  Absolutne zwycięstwo kapitalizmu w starciu z blokiem komunistycznym nie jest równoznaczne z triumfem demokracji (choć takie wrażenie można odnieść analizując czas mierzony od jesieni ludów A.D. ’91). Stawką w kapitalizmie jest dobrobyt (nie ogółu, a pracodawców i właścicieli kapitału), w demokracji – polityczny autorytet. Różne są także kryteria miary – w kapitalizmie tą jednostką pozostaje zawsze pieniądz, w demokracji  – głos wyborczy obywatela. Nie kompatybilne są także interesy zaspokajane przez oba opozycyjne względem siebie pojęcia – w kapitalizmie jest to interes prywatny, jednostkowy, w demokracji – dobro ogółu, interes publiczny ([za]: G.Soros, Kryzys światowego kapitalizmu, s 150). Uwiąd i demontaż państwa socjalnego w ostatnich dziesięcioleciach jest niepodważalnym i powszechnie widocznym faktem, a to ono stygmatyzowało i gwarantowało swoimi instytucjami porządek demokratyczny.

Władza merytokracji jest teorią emanującą bezpośrednio z systemu wolnego rynku. Potwierdza też postępującą elitaryzację przestrzeni publicznej we  współczesnym świecie i jest chęcią uzasadnienia alienacji dzisiejszej socjety. Demokracja natomiast wymaga ciągłego uczestnictwa, dyfuzji między wspólnotami, ruchu (nie tylko myśli, ale także i przedstawicieli); świadomy obywatel, który jest najbardziej pożądanym członkiem społeczeństwa otwartego, demokratycznego i wolnego to taki który może mieć nie tylko nadzieję, ale i realne perspektywy awansu, przeszeregowania, rozwoju indywidualnego i swego najbliższego otoczenia. Społeczeństwo otwarte musi tworzyć instytucje, wspólnoty czy zbiorowości wchodzące w jego skład i budujące jego tożsamość na zasadach odrzucających wszelką elitarność, predestynację, jakiekolwiek uzasadnienia dla wybrania poparte sztywną regułą majątku, urodzenia, zasług religijno-moralnych czy dynastycznego pojmowania przymiotów intelektu, rasy bądź przynależności partyjnej. Jak bezrobotny od 20 lat popegeerowski pracownik rolny w północnej Polsce może znać demokrację, wolność, swobodę obiegu myśli i idei współczesnego świata, dostąpić efektów wzrostu gospodarczego o którym mówią autorytety w TV kiedy pojęcia te go w ogóle nie dotykają na co dzień. Nie korzysta z nich w jakikolwiek sposób i nie dotyczą one jego jednostkowego życia. Łatwo nam mówić, że demokracja przynosi automatycznie rozwój i postęp, stwarza szanse, otwiera na świat i ludzi. A co ma powiedzieć boliwijski Indianin lub biedny fellach z Egiptu znający jedynie system (mieniący się demokratycznym) charakteryzujący się gwałtami, nadużyciami, nepotyzmem i korupcją ? To tak – na podstawie przytoczonych przykładów – jakby oglądać Wersal jedynie przez pryzmat tamtejszych wychodków i śmietników oraz wymagać od takiego obserwatora obiektywnej i prawdziwej oceny całego pałacu.

Doświadczenia polskie i światowe pokazują iż przedstawiona sytuacja staje się dziedziczną, strukturalną, poszerzającą społeczny zakres wykluczenia.

John F. Kennedy, prezydent USA (1960-63), uważał, że przypływ morza podnosi wszystkie łodzie. Powszechna interpretacja tego schlagwortu oznacza, iż wzrost poziomu dobrobytu społecznego – zarówno w wymiarze duchowym jak i materialnym – w klasie najwyższej, wśród elity, pociąga za sobą ogólnospołeczną progresję poziomu życia i jego świadomości. Dziś tak powiedzieć nie można bo jest to truizm, humbug, manipulacja, jawna nie prawda.

Jak zauważa wspomniany już Lasch współczesny, przyśpieszony bieg historii „…nie sprzyja już wyrównywaniu społecznych różnic: coraz częściej kieruje się natomiast w stronę społeczeństwa dwuklasowego, w którym uprzywilejowana garstka monopolizuje korzyści płynące z pieniędzy, wykształcenia i władzy” ([w]: Ch.Lasch, Bunt elit, s. 37). Rozpowszechnianie dobrobytu, wyrównywanie poziomów życia, wykształcenia, humanizacja stosunków międzyludzkich, poszerzanie zakresu wolności osobistych i swobody obyczajowej, a tym samym deniwelacja różnic cywilizacyjno-kulturowych w skali całego globu jest wyraźnie w defensywie. Podniesienie poziomu kultury i cywilizacji – jak chciał i prorokował w latach 30-tych XX wieku Jose Ortega y Gaset (na podstawie subiektywnych fascynacji oraz obiektywnych doświadczeń kultury Zachodu nowym podziałem pracy i przeistoczeniem się dotychczasowych luksusów w dobra powszechnego użytku) – ostatecznie się załamało wraz z upadkiem światowego systemu komunistycznego (z braku konkurencji systemowej). Oświeceniowy kult postępu i rozwoju jako emanacji rozumu zaatakowano i zdekonstruowano poprzez sceptycyzm i ironię postmodernizmu (z jednej strony), masowy atak z pozycji sił konserwatywnych ze strony drugiej oraz kibicowaniu tym procesom z pozycji liberałów. Tak więc mamy do czynienia z teoretycznym i praktycznym bankructwem określonej wizji świata zdefiniowanej wiadomą ideologią i opartej na określonych wartościach.

Jeżeli walka toczyć ma się o pogłębienie i poszerzenie pojęcia społeczeństwa  otwartego, dalszy postęp demokracji i wolności oraz zbliżenie wszystkich ludzi na Ziemi (we wszystkich wymiarach) to ogólnoludzka solidarność nie może być traktowana na zasadzie jałmużny. Nie może być subiektywnym widzimisię. Dlatego w procesie wyrównywania szans i różnic w poziomie życia chodzi o instytucjonalizację i pozytywnie pojmowaną (jako zgodną z określonymi procedurami) biurokratyzację tego trendu w skali świata. Ujmowanie go w zręby prawa. Wraz z nimi pogłębiona zostanie demokracja i wolność, a za nimi narodzą się elementy społeczeństwa otwartego. To właśnie model państwa socjalnego, jaki funkcjonuje jeszcze w miarę  w Skandynawii (choć i tu już w okrojonej formie), sprzyja tworzeniu świadomego obywatela, otwartego człowieka, przyjazną Innemu osobę ludzką bardziej niż system wzajemnej konkurencji, bezwzględnego wyścigu szczurów, który jest realizowany przez egoistyczne, egotyczne, narcystyczne i samotne jednostki. Przypadkowość, spontaniczność oraz działanie wedle zasady ad hoc nigdy nie przynoszą wymiernych efektów w dłuższej perspektywie. Zaspokajają jedynie potrzeby doraźne. A przecież chodzi o to, aby zmieniać świat trwale i sensownie, racjonalnie i pragmatycznie, a nie przypadkowo, chaotycznie i z poczuciem potrzeby dawania jałmużny. I zmieniać go siłą argumentów, nie argumentami nagiej siły czy cywilizacyjno-kulturowego paternalizmu.

 

 

 

 

 

 

Radosław CzarneckiDoktor religioznawstwa. Publikował m.in. w "Przeglądzie Religioznawczym", "Res Humanie", "Dziś", "Racjonalista.pl". Na na koncie ponad 300 publikacji. Wykształcenie - przyroda/geografia, filozofia/religioznawstwo, studium podyplomowe z etyki i religioznawstwa. Wieloletni członek Polskiego Towarzystwa Religioznawczego i Towarzystwa Kultury Świeckiej. Sympatyk i stały współpracownik Polskiego Stowarzyszenia Racjonalistów. Mieszka we Wrocławiu.

Podobne wpisy

3 komentarze

  1. Radosław S. Czarnecki
    Radosław S. Czarnecki
    26 kwietnia 2015 at 07:46 - odpowiedz

    I teraz dopiero będę pisał replikę wobec krytyki Piotra Napierały jaka znalazła się w komentarzach zarówno pod I częścią tego materiału jak i wobec tez postawionych przez niego w specjalnym tekście polemicznym poświęcownym zagadnieniom oraz tezom zawartym w całym tekście („Prawa człowieka są uniwersalne. Polemika z Radosławem Czarneckim i Johnem Grayem”).

    • Piotr Napierała
      Piotr Napierała
      26 kwietnia 2015 at 21:47 - odpowiedz

      Ok nie wnikam w kolejność jestem ciekaw polemiki. Pewnie się okaże że USA wymyśliły holocaust albo inne fantazje hahaha ale może się pozytywnie zdziwię

  2. Piotr Napierała
    Piotr Napierała
    26 kwietnia 2015 at 21:54 - odpowiedz

    Cold war doprowadziła do ureligiozawania Ameryki teraz jej wrogiem jest isis i sceptycyzm zwycięża. Pesymizm autora jest niuzasadniony choćby Hitchens pisał o rosnącym sceptycyzmie rel w USA. Co do kultur to owszem niektóre są zacofane i barbarzyńskie i dobrze że onz je pouczają. Bzdurny artykuł again.

Zostaw komentarz

Wpisz kod antySPAMowy *