Organy i smyczki

Dobre koncerty często powodują u słuchającego przypływ myśli i wrażeń. Tak też było w przypadku koncertu Orkiestry Leopoldinum we wrocławskim NFM (12.03.23). W związku z tym ta recenzja będzie wyjątkowo dygresyjna. Muszę więc zacząć od końca. Covid wciąż kładzie się cieniem na wielu muzykach. Wymuszona przerwa spowodowała spadek formy wielu zespołów. Jeśli chodzi o NFM, odniosłem wrażenie, że ceniona przeze mnie NFM Orkiestra Leopoldinum ucierpiała z uwagi na wymuszoną przerwę mocniej, niż choćby nasi barokowcy. Dlatego niedzielny koncert w Sali Głównej NFM, gdzie muzycy wykonali utwory Poulenca, Bartoka i Takemitsu był dla mnie szczególnie ważny. Było to bowiem odwrócenie złej passy. Wrocławscy kameraliści grali znakomicie, z dużą precyzją, z wielką wrażliwością na dźwięk. Interpretacje zaproponowane publiczności przez szefa artystycznego Leopoldinum Josepha Swensena były żywe, intrygujące, wnikające w głąb dzieł o ogromnym znaczeniu artystycznym. Znakomicie się  prezentowała gęstość fakturalna Muzyki na instrumenty strunowe, perkusję i czelestę Beli Bartóka oraz Requiem for Strings Tōru Takemitsu. W Koncercie g-moll na organy, smyczki i kotły FP 93 Francisa Poulenca udało się natomiast orkiestrze wytworzyć pożądany kontrast dla majestatycznego dźwięku organów. Ten kontrast wprowadzał pożądaną (i czasem nieznośną) we francuskim neoklasycyzmie lekkość, esprit. Na szczęście koncert organowy należy do bardzo udanych dzieł Poulenca i owa lekkość, poza kilkoma może momentami, znakomicie pasuje do neobarokowej partii organów. Zdarzają się w tym koncercie też miejsca autentycznie magiczne, w artystyczny sposób zaczarowane, o które zwykle nie podejrzewam pragmatycznych i celowo utylitarnych dzieł francuskich neoklasyków. Z uwagi na te momenty zawieszenia czasu i przestrzeni koncert zdaniem niektórych krytyków jest stawiany na piedestale jeśli chodzi o koncerty na organy i orkiestrę minionego wieku (po prawdzie nie było wielu znanych…).

   Na organach grała Mari Fukumoto będąca w ostatnich latach artystką – rezydentką wrocławskiego NFM. Piękny to ukłon w stronę naszych wspaniałych organów! Na rynku pojawiają się w związku z tym znakomite płyty z japońską artystką i naszymi zespołami, jak choćby monograficzna płyta z twórczością Elżbiety Sikory, której koncert organowy mieliśmy zresztą okazję słyszeć z Mari Fukumoto na żywo. Artystka, tak jak wtedy, urzekła mnie bardzo ekspresyjną a jednocześnie precyzyjną grą. Organy, podobnie jak klawesyn i w przeciwieństwie do fortepianu czy klawikordu, nie mają możliwości dynamicznego cieniowania poszczególnych dźwięków. Albo też mają te możliwości znacznie ograniczone. Bo są przecież efekty dynamiczne w XIX wiecznych i wielu nowoczesnych organach (w tym we wrocławskich). Jednakże te efekty nie dają tak dużej swobody w tym względzie co młoteczki w trzewiach fortepianu. Dlatego też umiejętności organistów i klawesynistów opierają się mocniej jeszcze niż u wielu innych instrumentalistów na wyczuciu czasu, agogicznym i rytmicznym. Moim zdaniem Mari Fukumoto posiada tę umiejętność na bardzo wysokim poziomie, co sprawia, że każda fraza wychodząca spod jej rąk (i nóg) przyciąga uwagę, jest doskonale zarysowana, stanowi swego rodzaju rzeźbę w przestrzeni.

Najważniejszym utworem tego koncertu była jednak Muzyka na instrumenty strunowe, perkusję i czelestę Beli Bartóka. Zwykle ten utwór grają filharmonicy, ucieszyłem się zatem mogąc śledzić bogatą i gęstą wyobraźnię kompozytora w nieco bardziej odchudzonym kontekście. Towarzyszyła temu obawa związana z covidowymi spadkami formy, ale jak już pisałem na wstępie, Orkiestra Leopoldinum zagrała to arcydzieło na bardzo wysokim poziomie i mogłem delektować się nową możliwością wniknięcia w jego strukturę. Nie wiem, czy każdy meloman tak ma, ale ja mam swoje utwory i swoich kompozytorów, do których wracam w momentach, kiedy nie wiem, czego posłuchać. Te nagrania to takie punkty na muzycznej mapie, może swego rodzaju estetyczne siedlisko. Dla mnie taką bezpieczną przystanią są utwory Ferenza Liszta i piękny komplet dzieł fortepianowych Beli Bartóka z Zoltanem Koscisem. Ten komplet wydał Philips, koncern, któremu wciąż nie mogę wybaczyć odejścia od muzyki. A przecież to Philips wraz z Sony opracowały płytę CD, która wbrew dogmatycznej niemal modzie naprawdę jest lepszym nośnikiem muzyki niż sympatyczny i może nawet romantyczny winyl. Dowiedziałem się właśnie, że w USA w roku 2020 płyty LP prześcignęły w sprzedaży CD, choć i tak rządzi oczywiście streaming (mało praktyczny dla miłośników muzyki klasycznej, większości nagrań bowiem w sieci nie ma i raczej nie będzie). To zwycięstwo pasuje mi do obrazu hipsterów mających w swoim domu winyle, ale nie posiadających nawet gramofonu. Choć korzystam z tej mody. Można teraz nabyć gramofon, brzmiący tak, że nikt kto dorastał na Unitrach i Fonicach nawet w najbardziej śmiałych wizjach nie mógł sobie wyobrazić, że czarny plastikowy placek może tak brzmieć. Choć i tak CD niemal pod każdym względem brzmią lepiej, chyba, że są źle nagrane. Zbuntowani albo zwolnieni inżynierowie Philipsa bywają nadal wierni muzyce, tworząc jedne z najlepszych (i niestety najdroższych) odtwarzaczy CD w ramach marki dCS. Odtwarzacze te zwą się od muzyków, jest Vivaldi i jest też Bartók…

Wracając jednak do oryginalnego Bartóka. O ile jego dzieła fortepianowe są mi bliskie w codziennym życiu, o tyle utwory orkiestrowe stawiają przede mną podobne wymagania jak muzyka nowa. Trzeba się przestawić na inny tor wrażliwości, aby docenić te wszystkie gęste faktury, szmerowe eksperymenty, odwróconą tektonikę dzieła (w czym Bartókowi pomogły studia nad bardzo w swej istocie egzotyczną muzyką ludową Węgrów). Dzięki dobremu wykonaniu Muzyki na instrumenty strunowe, perkusję i czelestę w kameralnej odsłonie zyskałem cenny klucz do łatwiejszego przestawiania swojej wyobraźni na świat wielowymiarowego Bartóka. Również Takemitsu stał się dla mnie jeszcze bardziej przystępny, lepiej ujrzałem zarówno jego oryginalność, jak i powiązanie stylistyczne z innymi twórcami. To był bardzo udany koncert, z przyjemnością wróciłem po nim do licznych i ciekawych płyt Orkiestry Leopoldinum z muzyką modernistyczną.

O autorze wpisu:

Studiował historię sztuki. Jest poetą i muzykiem. Odbył dwie wielkie podróże do Indii, gdzie badał kulturę, również pod kątem ateizmu, oraz indyjską muzykę klasyczną. Te badania zaowocowały między innymi wykładami na Uniwersytecie Wrocławskim z historii klasycznej muzyki indyjskiej, a także licznymi publikacjami i wystąpieniami. . Jacek Tabisz współpracował z reżyserem Zbigniewem Rybczyńskim przy tworzeniu scenariusza jego nowego filmu. Od grudnia 2011 roku był prezesem Polskiego Stowarzyszenia Racjonalistów, wybranym na trzecią kadencję w latach 2016 - 2018 Jego liczne teksty dostępne są także na portalach Racjonalista.tv, natemat.pl, liberte.pl, Racjonalista.pl i Hanuman.pl. Organizator i uczestnik wielu festiwali i konferencji na tematy świeckości, kultury i sztuki. W 2014 laureat Kryształowego Świecznika publiczności, nagrody wicemarszałek sejmu, Wandy Nowickiej za działania na rzecz świeckiego państwa. W tym samym roku kandydował z list Europa+ Twój Ruch do parlamentu europejskiego. Na videoblogu na kanale YouTube, wzorem anglosaskim, prowadzi pogadanki na temat ateizmu. Twórcze połączenie nauki ze sztuką, promowanie racjonalnego zachwytu nad światem i istnieniem są głównymi celami jego działalności. Jacek Tabisz jest współtwórcą i redaktorem naczelnym Racjonalista.tv. Adres mailowy: jacek.tabisz@psr.org.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

dwadzieścia − siedemnaście =