Rozdział 26. Gauri zawstydziła się

Rozdział 26.

 

   Gauri zawstydziła się, widząc, że ukazana została po środku, zaś wszyscy przedstawieni składają jej hołd trzymając w hieratycznie przestawionych dłoniach mirrę, papirus etc. Obok przedstawień był wyjątkowo piękna i wielka piramida, oblicowana jakimś niezwykłym metalem, podobnym do złota o zielonych prążkach.

  • To twój grobowiec – opowiadał dalej kosmita, – gdy umrzesz zrobią z ciebie mumię i wsadzą ją do przepięknego sarkofagu. Musisz go kiedyś zobaczyć, to prawdziwe arcydzieło.
  • Ale dlaczego…? – spytała zdezorientowana dziewczyna.
  • Mówiłem ci, że jesteś ich konstytucyjną królową, a także heroiną, założycielką miasta – pokiwał kamienną głową Słoneczny. – Tak powstają legendy, zresztą nie ma w tym żadnego kultu Cargo. Rzeczywiście, ty głównie odpowiadasz za powstanie NZDelhi, sprowadzenie na nie robotów oraz wyprodukowanie ich w tym celu. Później nastąpił oczywiście bunt, no i teraz, jak widzimy, być może powstanie całkiem ładna cywilizacja.
  • Trochę się dziwnie czuję, jako heroina, królowa i do tego mając już grobowiec w moim wieku – zaśmiała się Gauri. – Ale rozumiem, skoro inspirowali się sztuką Egipcjan, źle by się czuli, gdybym nie miała piramidy.
  • Nie przejmuj się tak, Gauri! – zaśmiał się Słoneczny widząc rumieńce na twarzy dziewczyny. – To nic wielkiego być królową małej planetki i to do tego konstytucyjną… Być może, w związku z tym, roboty będą ciebie słuchały co jakiś czas…
  • To trzeba będzie uczcić jakąś kompozycją – dodał kompozytor i złożył dłonie w trąbkę, po czym w nie zadmuchał.

 

   Gauri uniosła ramiona, prychnęła wzgardliwie, zmarszczyła nos, po czym pogrążyła się w podziwianiu widoków. Jechali teraz nad gęstą puszczą, pełną młodych drzew i mechanicznych drzew. Co jakiś czas hamujący pociąg uderzał w gałęzie, lecz nie było słychać szumu powodowanego tysiącami liści i metalowych wachlarzy. Nad koronami figowców i innych roślin, bliżej Gauri nie znanych, unosiły się stada ptaków, w niektórych z nich odbijało się silnie światło dnia, świadcząc o ich niezbyt biologicznym pochodzeniu. Po kilku kwadransach poznała w końcu okolice Dwarki, północno zachodniego przedmieścia Delhi i NZDelhi. Bryły blokowisk były w ciekawy sposób odmienione. Same kształty pozostały, jednakże zmieniła się ich struktura. Miejsca dramatycznie przeludnionych ciągów koślawych okien zajęły skalne ściany, popękane w malowniczy sposób. Na nich zaś wił się jakiś gigantycznych rozmiarów bluszcz, o liściach przekraczających rozmiary człowieka i jeszcze większych, mieniących się tęczowo kwiatach. Była to zapewne jakaś mutacja genetyczna, gdyż roślina nie miała w sobie nic mechanicznego. Równie dobrze jednak mogła to być roślinopodobna forma z jakiejś innej planety, dostosowana do ziemskiej atmosfery. Takie dostosowanie jednak było na tyle nieprawdopodobne, że i tak musiałaby mu towarzyszyć modyfikacja genetyczna. Spytała o to Słonecznego.

  • Masz rację – rzekł kosmita, – to organizm z planety (..) zmieniony genetycznie. W naturalnych warunkach jest dość ekspansywny, lecz tutaj może się mnożyć tylko z pomocą sadowników.

   Tymczasem metro minęło pięć stacji i płynęło dalej, kołysząc się na rozległej rampie. Po wszystkich stronach rozciągało się typowe śródmieście, które dawniej było lasem niskich, przypadkowych brył, z których niekiedy wystawały bardziej okazałe budynki. Roboty jednakże pomagały drzewom w zwycięstwie nad tym urbanistycznym chaosem, broniąc jedynie bardziej wyrazistych budynków, takich jak świątynie, kina i siedziby urzędów oraz prywatnych spółek. Cała reszta była lasem pośród ceglanych labiryntów, do których dodano jakieś arkady, kolumienki i pylony. Słońce zaś pławiło się w tej wijącej fakturze malowniczych ruin swoimi podobnymi do węży cieniami. Nad wszystkim biegły nadwieszone ścieżki, na których od czasu do czasu można było zobaczyć roboty i Spojrzenia turystów. Prawie wszyscy żywo reagowali na przejeżdżające metro, machając mniej lub bardziej nieprawdopodobnymi kończynami i okazując wyraźne oznaki zadowolenia. Gauri zdało się, że śni. Wszystko w tym wszechświecie było tak znajome i obce zarazem. Uniosła głowę i za bezkresną doliną drzew oraz ceglanych labiryntów ujrzała potężne pasmo górskie, będące kolejną sprowadzoną do NZDelhi kometą. Dzień mienił się tajemniczo w szarych śniegach tej kosmicznej podróżniczki, która najpewniej od miliardów lat płynęła w mroku najdalszych granic ich układu planetarnego, opadając czasem w stronę centralnej gwiazdy by powitać ją gigantycznym warkoczem topniejących lodów.

  • To musi wpływać na oziębienie klimatu – zauważyła Gauri, urzeczona tym romantycznym widokiem.
  • Nie – zaprzeczył Słoneczny, – komety wybrane przez ehm… twoich poddanych zawierają też dużo gazów cieplarnianych, takich jak ditlenek węgla. Więc wpływy się wyrównują.
  • Ale ona jest tak blisko NZDelhi, że muszą tu wiać mroźne wiatry i padać śnieg – stwierdziła z powątpiewaniem dziewczyna.
  • Może przez parę dni w roku rzeczywiście zdarzają się śnieżyce, zaś zimniejsze wiatry trochę łagodzą upalny klimat – stwierdził kosmita.
  • Nie wiem, jaki był tu kiedyś klimat, ale teraz bardzo mi się to wszystko podoba – rzekła Wadż, której Spojrzenie do tej pory unosiło się zaaferowane przy oknach. – Będę musiała porozmawiać z poddanymi Gauri, bo przyszło mi na myśl kilka pomysłów na większe jeszcze upiększenie miasta.
  • Przestańcie mówić o jakichś moich poddanych – zaprotestowała Gauri potrząsając gniewnie i trochę też na żarty pięścią.
  • Czy to są jakieś początki dyplomacji NZDelhi? – zapytał ciekawie Słoneczny.
  • Trzeba skomponować hymn – dodał kompozytor, – bez hymnu nie może być dyplomacji. Pamiętam ten Haydna, jak to szło…? – i zaczął nucić. Wadż dołączyła się do nucenia dźwiękiem puzonu.
  • Jesteście niemożliwi – zauważyła dziewczyna marszcząc brwi. – Naprawdę nie macie nic lepszego na głowie, niż żartować sobie z biednego ziemskiego zwierzątka?
  • Biedne… ziemskie… zwierzątko… – ryknął śmiechem kosmita, a Wadż poszła w jego ślady, do nich zaś dołączył po chwili Ludwik, aż w końcu Gauri musiała się poddać i też zaczęła się śmiać.
  • No dobrze – zauważyła dławiąc się ze śmiechu dziewczyna, – ale skąd się wam wziął śmiech? To aż takie uniwersalne zjawisko? Cały wszechświat się śmieje?
  • Każdy jakoś okazuje swoje zadowolenie – zauważył Słoneczny. – Poczucie groteskowości też wyostrza się przy kontaktach z różnymi żywielami, często też z własną, gdy się z niej wyrasta.

   Kolej minęła śródmieścia i zaczęła wjeżdżać do centrum. Tu zmiany były mniejsze, gdyż roboty nie zmieniały dawnych budowli posiadających w sobie jakiś mniejszy, lub większy walor estetyczny. Nim wjechali pod ziemię, oczom Gauri mignęły wysokie budynki wokół placu Connaught’a, przez co poczuła się, jakby wróciła do domu. Oczywiście nie tęskniła za Ziemią i jej żywielą, była szczęśliwa, że jej ciekawość ściągnęła do niej kosmicznych przyjaciół, którzy niestrudzenie próbują pomóc przełamać jej różne atawizmy. Jednakże jej zmysły spragnione były co jakiś czas znajomych widoków, otwartego nieba, poczucia wiatru na policzkach, drzew, ulic, domów… Była przecież częścią tego pejzażu, częścią milionów i miliardów lat, w trakcie których dojrzewały w nim reakcje na zapach, dźwięk i światło. Dopiero teraz poczuła, jak ważne było dla jej kondycji stworzenie NZDelhi.

  • Dziękuję! – powiedziała obejmując kamienny tors Słonecznego. Był ciepły jak skała wystawiona na światło dnia.
  • Nie ma za co moja droga – odparł kosmita. – Ja też czerpię z tego profity, jak wiesz – na potwierdzenie tego wyciągnął małą statuetkę bogini Tary, jeden z klejnotów kolekcji delhijskiej.
  • A mnie to nikt nie dziękuje – obruszyła się Wadż. – Już miałam zamiar nie buntować się przez najbliższy tydzień, ale w obliczu takiej rażącej niewdzięczności…
  • To mam wziąć innego skrzypka do mojego koncertu? Myślę, że znajdzie się jakiś wśród poddanym naszej młodej arystokratki… – spytał rzeczowo Ludwik.
  • Nie jestem arystokratką – dodała pospiesznie Gauri, a Słoneczny się zaśmiał.
  • Fakt – zgodziła się Wadż, – na koncert jeszcze zostanę, zwłaszcza, że tutaj jest nawet publiczność. Publiczność nie jest istotna dla muzyki, ale to mimo wszystko przyjemne odetchnąć atmosferą prawdziwego koncertu.
  • Zwłaszcza mojego koncertu – uzupełnił kompozytor. Tymczasem metro zmieniło w tunelu tor i pojechało trasą linii północnej. W dawnym Delhi nigdy się tak nie zdarzało, a i tu rzadko używane tory zaczęły miotać skry rozświetlające ciemność podziemi. Minęli trzy stacje i wjechali na Chadni Chawk. Pociąg się zatrzymał. Ubrane w liberie roboty padły na ziemię, po czym zaczęły polewać wagony metra stabilizatorem temperatury. Niektóre elementy poszycia były bowiem zbyt rozgrzane lub zmrożone daleką podróżą. Trwało to kwadrans, po czym drzwi otwarły się z sykiem. Gauri i jej przyjaciele wyszli i skierowali się po czerwonym dywanie do windy. Ta natychmiast ruszyła. Gdy wyjechali na powierzchnię spadł na nich deszcz kwiatów. Cała tłoczna dzielnica Najnowszego Starego Miasta przybrana była pasami kolorowych materiałów. Z górnych okien płynął nieprzerwany deszcz płatków róży, jaśminu oraz konfetti. Orkiestra wygrywała uroczyście serie dwunastotonowe, ryk trąb, puzonów i rogów był ogłuszający i bardzo piękny. Przyozdobiony na najbardziej niezwykłe sposoby tłum robotów śpiewał i wiwatował. Jeden z mieszkańców NZDelhi podszedł do nich, trzymając przed sobą poduszkę z ogromnym kluczem i jakimś podzespołem.
  • O czcigodna, najciekawsza królowo Nefretete Gauri Wiktorio! Oblubienico Matematyki i Poezji! Pani metalów i przyjemności! – zaintonował. – Jestem Schoenberg 13, prezydent NZDelhi i w imieniu moim, oraz całego narodu wręczam ci Pani klucze do miasta i kraju…
  • Pamiętaj, że jesteś symbolem ich kraju, cywilizacji, oraz historii – wyszeptał do ucha dziewczyny Słoneczny. – Zachowuj się więc przez najbliższe kilka godzin jak posąg. Jak dadzą ci coś do podpisania, to podpisz. Czekali z tym dość długo, a jak nie podpiszesz, to i tak to zrobią.
  • Ty, która żywisz się słonecznym światłem i wodą wszystkich komet, która uświęcasz dla nas smak ziemi, powietrza i wynalazków, witaj wśród kochającego Cię ludu! – śpiewał dalej prezydent, a tłum robotów towarzyszył mu nienagannym chórem. Dodekafoniczne serie pulsowały w powietrzu. W pewnym momencie Schoenberg 13 podszedł do dziewczyny i padł przed nią na ziemię, dotykając stopy zimnym metalowym chwytakiem. Gauri podniosła go onieśmielona, zaś on powiesił na jej szyi wieniec z kwiatów. Następnie, miotając skry, co było oznaką wzruszenia, odsunął się do tyłu i dał znać stojącemu za nim rzędowi osobistości. Te zaś podeszły i skłoniły się przed Gauri. – Oto jest Zasłuchany w Suicie Lulu, minister spraw zagranicznych – przedstawił pierwszego z robotów prezydent. Wygląd ministra był zdecydowanie ekspresjonistyczny, liczne trybiki były specjalnie poustawianie pod różnymi kątami. – To zaś minister środowiska, terraformingu i stosunków z florą oraz fauną, Paleas 19 – ten robot wyglądał trochę jak leśny chochlik, z wszczepionymi wszędzie zielonymi liśćmi i kwiatkami.
  • Oczywiście SI mogą dość dowolnie wpływać na swój wygląd – szepnął kosmita.
  • Paleas to ze suity Schoenberga „Paleas i Melizanda” – wtrącił Ludwik.
  • Minister transportu i podróży kosmicznych, Velklaerte Nacht 78 – przedstawiał dalej członków rządu Schoenberg 13. Velklaerte Nacht wyglądał jak obłok pełen gwiazd.
  • Wiem, to też suita Schoenberga – uprzedziła podpowiedź kompozytora Gauri. – Swoją drogą to musi być popularne imię.
  • Minister nauki, Boulez 190  – Boulez 190 przypominał unoszący się w powietrzu model atomu.
  • Minister sztuki, Mondrian Kandiński Kompozycja 3 – minister sztuki z pewnością ucieszyłby Peeta Mondriana.
  • Minister finansów i handlu, Księżycowy Pierrot 678 – wygląd ministra nie budził wątpliwości co do jego imienia.
  • Minister edukacji, rozmnażania i spraw społecznych, Wozzek 7 – Wozzek wyglądał jak stary, znerwicowany żołnierz o podkrążonych oczach szaleńca,  co jakiś czas potrząsał też atrapą butelki.
  • Pani… czcigodne… etc. – nastąpiła znów litania tytułów. – Oczywiście, twój lud stara się nie być atawistyczny i nie wierzymy w żadne bzdury. Lecz aby uczcić twoje z dawna oczekiwane przybycie, musimy udać się do świątyni Sztuki i do świątyni Nauki. Te siły Natury, wyrastające z jej przemian, nie mają postaci i kształtu, lecz są potężniejsze od istot, przez które przemawiają. Nie obchodzą ich nasze ofiary, lub też ich brak, lecz nas powinno obchodzić ciągłe powracanie myślą do tych najbardziej kreatywnych ogni wszechświata. Czy zechcesz zatem zainicjować dzisiejsze składanie muzycznych i odkrywczych ofiar?
  • Z przyjemnością, drogi Prezydencie – rzekła Gauri. Gdy wypowiedziała te słowa, poczuła wokół siebie ciszę. Wszyscy czekali na więcej. W pierwszym odruchu chciała zaprotestować i powiedzieć, że to wszystko są jakieś szalone patetyczne wygłupy. Po chwili jednak zastanowiła się nad młodziutką cywilizacją robotów i swoją rolą w tym wszystkim. Poczuła, że rozumie coś więcej w tym deszczu róż i konfetti. – Moi kochani poddani! – zawołała zatem. – Jestem ogromnie wzruszona widząc was znowu! Nie było mnie tutaj, gdyż oddawałam się kultowi Nauki i Sztuki na planecie Kuberze, której żywiel została zbadana i poddawana jest teraz terapii…

   Ogromny aplauz zebranych, okrzyki i dwunastotonowe serie świadczyły o tym, że słowa królowej bardzo się spodobały jej poddanym.

  • Jadąc tutaj metrem, ujrzałam ogrom pracy, jaki włożyliście w przyozdobienie i polepszenie naszego domu, NZDelhi, jestem wam ogromnie za to wdzięczna i wzruszona!  – przemawiała dalej dziewczyna. Dopiero teraz przyszło jej do głowy, że królowe zwykle mówiły o sobie w liczbie mnogiej, ale ucieszyła się, że robotom nie przeszkodziła liczba pojedyncza. – Te wszystkie prace i ulepszenia to dla nas dobry znak na przyszłość! Okażemy się bowiem godnymi dziećmi wszechświata! Będziemy go poznawać i dołączać do jego muzyki dźwięki naszych symfonii, tworzonych z całym oddaniem i wielką radością! Po latach nikt nie powie o nas, że byliśmy tylko martwą skałą, bądź żywielą! Nie, wdzięczni za bogactwo wszechświata jego przypadkowi i jego determinizmowi nie wchłoniemy go jak jakieś błotniste cienie, lecz będziemy nim jaśnieć, kładąc w nim barwy nowe, powstałe dzięki oddaniu i inspiracji! – aplauz sięgnął zenitu, orkiestra zagrała zaś uroczystą wariację symfoniczną Weberna.
  • Bardzo dobrze – pochwalił ją Słoneczny, – nawet ja się bardzo wzruszyłem…
  • Witajcie szlachetni dworzanie naszej królowej – rzekł tymczasem Schoenberg 13. – Namaste sir Słoneczny. Namaste wielki Ludwiku. Namaste dziwna i urocza kuleczko.
  • Dziwna i urocza kuleczko… – obruszyła się Wadż.
  • To lady Wadż – przedstawiła ją Gauri, – SI z bardzo królewskiego rodu.
  • Ogromnie waszą wysokość przepraszam – speszył się prezydent.
  • Nie ma za co, moje dziecko – odparła Wadż prawdziwie królewskim tonem.

   Roboty tymczasem ustawiły przed Gauri lektykę i gdy tylko weszła na nią, rozległ się niewyobrażalny chaos dwunastotonowych serii granych na trąbach, tubach, obojach i wielkich kotłach. Słonecznego i Ludwika umieszczona na dwóch słoniach, jednym mechanicznych, drugim biologicznym. Prócz nich maszerowało przez główne ulice najnowszego Starego Miasta całe stado tych zwierząt, na nich zaś siedziały wystrojone roboty grające na zornach i rozmaitych bębnach, niczym indyjska orkiestra weselna. Jedynie melodie były inne, wierne swoją melodyką Schoenbergowi, Webernowi i Bergowi. Na wszystkich ulicach, którymi szedł pochód rozłożone purpurowe dywany, zaś z okien nieustannie płynął deszcz kwiatowych płatków. W bramach dymiły się ogromne kadzidła, obok słoni, przed nimi i za nimi szła liczna grupa mechanicznych tancerzy, w ich ruchach łatwo było zauważyć inspiracje kathakiem, klasycznym tańcem Północnych Indii. Zresztą może był to kathak, zmieniony jedynie niezbyt humanoidalnymi sylwetkami tancerzy i dodekafoniczną muzyką. Gauri oglądała miasto przez kołyszący się delikatnie baldachim lektyki. Ta część NZDelhi musiała być obecnie zamieszkana, gdyż wśród fasad budynków wiele było sklepów o bliżej nieznanym przeznaczeniu. Z wielu z nich sterczały po prostu podzespoły, kable, lub butle z jakimiś smarami i innymi bliżej nieokreślonymi substancjami. Łatwo natomiast było rozpoznać księgarnie i liczne sklepy z instrumentami. Chciała się o to zapytać, gdyż nie było do końca oczywiste użycie przez roboty papierowych książek, ale zarówno Schoenberg 13, jak i jej przyjaciele byli zbyt daleko. A musieliby być bardzo blisko, gdyż hałas był ogłuszający, zupełnie tak samo, jak podczas indyjskich świąt na Ziemi.

  • Neferetiti Gauri Wiktoria! – krzyczały uszczęśliwione tłumy. – Tru, tru – ryczały w dwunastkowych pochodach trąby.  Dziewczyna tymczasem spoglądała na zabudowę starówki i cieszyła się jej nową świetnością. Konserwatorom udało się odnaleźć wśród chaotycznych narośli wieków dawne mury z czasów Shahjahana. Łuki, bramy, dziedzińce, a nawet fontanny mieniły się w złocistym słońcu dnia w sposób przyjemny i niezwykle poetycki.

   Stanęli wreszcie przed świątynią Nauki, która byłą niezwykle eleganckim projektem powstałym na miejscu, gdzie nie można było ożywić duchów przeszłości. Charakterystycznymi propylejami i wieżą przypominała gmach hinduistyczny i była chyba z grubsza zgodna z Vastushastrą, sanskryckim traktatem architektonicznym, którego się trzymano tworząc tego typu założenia. Dekoracja świątyni była olśniewająca. W piękny sposób oddane były na niej różne gatunki stworzeń, w większości Gauri nie znanych, oraz naukowcy, w większości trudni do rozróżnienia od innych ukazanych na ścianach istot. Prócz tego dekorowały całość twierdzenia matematyczne zapisane w kodzie binarnym, przy użyciu kwiatu lotosu jako „1” zaś nagiej łodyżki jako „0”. Ministrowie i prezydent wskazali swojej królowej drogę do wnętrza. Zapach sandałowych kadzideł uderzył w twarz Gauri niczym ciepły wiatr. Ujrzała miliony gwiazd wykutych w kamieniu, a także nisze, w których przedstawiono wielowymiarowe przestrzenie. Bryły, kształty, formy unosiły się w powietrzu stanowiąc część tych wielowymiarowych obrazów. Towarzyszył im szum, podobny do dalekiego huku tysięcy urządzeń. Ten industrialny pogłos był jednak przyjemny, podobny do śpiewy wysokogórskich lasów.

  • Wasza wysokość, Neferetiti Gauri Wiktorio, proszę złożyć ofiarę wspaniałej Nauce! – zawołał uroczyście prezydent, a brzdęk czyneli i podwójnych fletów ułożył się w kilka niezwykle intrygujących dodekafonicznych serii. Gauri spojrzała na podest, gdzie ułożone były w artystycznym nieładzie ostatnie ofiary. Były to jakieś modele wynalazków, nośniki pamięci, a nawet zapisane systemem binarnym, dziesiętnym i w dewanagari kartki papieru. – Wystarczy jakaś ciekawa teza, heroino kraju – podpowiedział jej Schoenberg 13.
  • Piękno to harmonia w ruchu – rzekła dziewczyna, wspominając powracającą w wielu jej wierszach i dowodach matematycznych maksymę. Tłum robotów zgromadzony przed świątynią wybuchnął aplauzem.
  • To wspaniałe, wasza wysokość – zauważył prezydent. – Nie rzekła Pani – piękno jest harmonią w ruchu, ale piękno to harmonia w ruchu… To wiele znaczy i wiele zmienia, będzie to dla nas wielką inspiracją – Schoenberg 13 zaiskrzył i podał Gauri kartkę papieru, oraz pióro. Wskazał stolik do pisania, na którym był też kałamarz z atramentem. – Proszę zapisać wasz dar i złożyć na stole ofiarnym Nauki. Po czym nie zapominać o nim, lecz jak najczęściej starać się go rozwinąć. Nie ośmieliłbym się pouczać waszej wysokości, ale ta szczególna okoliczność daje mi to wyjątkowe prawo…

   Dziewczyna uśmiechnęła się do prezydenta, po czym zapisała swoje motto i wrzuciła je na stół ofiarny Nauki. Dwunastotonowe ciągi znów popłynęły w powietrzu układając się w bardzo kunsztowne, polifoniczne struktury. Ministrowie wraz z prezydentem odczekali uroczystą chwilę, po czym wskazali Gauri powrotną drogę do lektyki. Pochód ponownie ruszył, hałasując jeszcze bardziej. W powietrzu unosił się charakterystyczny zapach słoni, kwiatów i kadzideł. Świątynia sztuki znajdowała się nieopodal, była równie monumentalna jak jej siostra, do której nawiązywała swoim kształtem. Dekoracje były jednakże inne. Na ścianach tańczyły i grały tysiące nagich apsaras, towarzyszyły im zaś wielkie ilości muzykujących robotów i innych istot, których Gauri nigdy w życiu nie widziała. W wyższych częściach świątyni było też wiele ptaków, otwierających swoje dzioby i pogrążających się w swoich lirycznych wołaniach. Styl wszystkich rzeźb, podobnie jak tych ze świątyni Nauki, był rozwinięciem klasycznego stylu indyjskiego. Nie wydawał się mimo to wtórny i eklektyczny. Rzeźbiarze musieli dobrze przestudiować niektóre wielowymiarowe przestrzenie, gdyż ich świadomość kształtu i detalu zdecydowanie wykraczała poza to, co kiedykolwiek znali żyjący tysiące lat temu indyjscy rzeźbiarze.

   Wnętrze świątyni przypominało jakąś nieziemską biosferę, pełną narastających i mieniących się w łagodnym świetle kryształów. Widać było, że owa kompozycja jest dynamiczna. Kryształy narastały, walczyły ze sobą i przenikały się wzajemnie w miłosnym splocie barw i substancji. Gauri uśmiechnęła się, była to bowiem opowieść o symetrii obecnej i złamanej, z którego to kontrastu powstawały między innymi replikatory, z nich życie, w nim zaś z kolei odbijała się harmonia natury, stając się sztuką dla twórców, a zupełnie naturalnym tworem z bardziej ogólnego punktu widzenia.

  • Co za przyjemna odmiana po Kuberze! – westchnęła dziewczyna patrząc na swoich metalicznych poddanych konstytucyjnych.
  • Wasza wysokość – rzekł Schoenberg 13, – proszę sobie wybrać instrument i złożyć ofiarę muzyczną – wskazał metaliczną ręką na rozsuwane półki na których ustawione były w rzędach przeróżne instrumenty. Dwóch stroicieli przesuwało ściany tego ruchomego magazynu i spoglądało wymownie w stronę dziewczyny, zupełnie podobnie do sprzedawców z ziemskiego Delhi. Gauri uśmiechnęła się mimowolnie. W muzycznym magazynie były przeważnie instrumentu europejskie i indyjskie, takie jakie najlepiej udokumentowano w archiwach NZDelhi. Oboje, skrzypce, altówki, wiolonczele, pozytyw, portatyw, harfy, sitary, sarody, szenaje, winy…  
  • Poproszę rudra winę – rzekła Gauri, po czym w uroczysty sposób podano jej indyjską cytrę. Dziewczyna usiadła na specjalnym podeście, który był głównym punktem akustycznym sali. Pochyliła głowę i pozwoliła, by włosy spłynęły jej na twarz i po części na instrument. Dzięki temu mogła odczuwać mocniej dźwiękokształty, co pozwalało jej lepiej konstruować ragę. Spojrzała na zegar zawieszony pomiędzy rzeźbami i zaczęła grać, zgodnie z porą dnia, ragę Malkauns. Natychmiast przeniosła się w światy dojrzewających i ginących form. Te światy nie były wcale nowe. Raga Malkauns była krainą uważniejszego widzenia tego wszechświata. Kontury myśli, emocji zyskiwały kształt zgodny z ich ewolucyjną prawdą, przez co nie przesłaniały niczym mgła oceanu obiektów i sił wypełniających czasoprzestrzeń. W dźwiękach było światło, o różnych częstotliwościach i odcieniach, widocznych dla jednych zmysłów, niewidocznych dla innych. Wina, niczym cudowny artefakt, łączyła wszechświat odkryty z tym jeszcze nieznanym w jedną symfonię. Cisza, opleciona siatką zorganizowanego hałasu, pulsowała jak miękka kula. Można było wręcz wyczuć w powietrzu arterie cieknącej energii, pełnej żaru, zalewającej wszystko swoją lepką i dźwięczną mocą. Gauri sama się dziwiła, że raga jest tym razem tak bardzo organiczna, lecz nie miała już żadnego wpływu na swoją inspirację, na swoje natchnienie. Nie stanowiła żadnej przeszkody dla miliardów lat ewolucji, która uczyła swoich taktów zmieniające się i trwające geny, których winistka była tylko drobną iskrą. Jedyne co mogła zrobić, to kierować natchnienie w dobrą stronę, w kierunku dalszych przemian, oraz pełnego konsonansu z otoczeniem, zgodności z harmonią. Wreszcie skończyła, zupełnie wycieńczona niespodziewanie wielkim, muzycznym wysiłkiem.

   Dodekafoniczne serie wystrzeliły w powietrze na znak entuzjazmu i uznania poddanych. Bibliotekarze świątyni wyłączyli sprzęt nagrywający i włożyli antycznie wyglądające CD do specjalnej szkatuły, która powędrowała do innych darów ofiarnych.

  • Wspaniale wasza wysokość – zachwycił się prezydent. – Spodziewaliśmy się wiele, lecz to co usłyszeliśmy, przerosło nasze najśmielsze oczekiwania. Pozwolę sobie zachować w pamięci wasz koncert, o ile tylko raczysz mi pani udzielić zgody…
  • Proszę cię bardzo, drogi Schoenbergu 13 – uśmiechnęła się dziewczyna. – To sama sztuka w nas przemawia, któż miałby śmiałość sądzić, iż jest jej twórcą. To są miliardy lat harmonii, a może i dużo więcej, gdy liczyć inne wszechświaty, chociaż nie wiem, jak nazwać tamtejsze wymiary czasowe, o ile takie tam w ogóle istnieją.
  • O tak, wasza wysokość – zauważył uszczęśliwiony prezydent, – myśl twoja i twojego ludu biegną tym samym torem.
  • Mam pewien problem, drogi Schoenbergu 13 – rzekła Gauri, zaś prezydent dał znać niosącym lektykę, by chwilę poczekali. – Niebawem zacznę badać nową planetę, dzięki przewodnictwu badawczemu Słonecznego. Z uwagi na różnice rytmu metabolicznego, każda eksploracja planety zajmie mi minimum dziesięć lat, wedle tutejszego subiektywnego standardu czasu. Chciałabym zatem, żeby urząd prezydencki, lub jakieś nowe powołane w tym celu ministerstwo uwzględniały subiektywne przesunięcia w czasie biologicznym monarchy konstytucyjnego. W innym wypadku, za każdym razem, gdy powrócę z misji badawczej, będę musiała od nowa budować relacje z ciałem ustawodawczym.
  • Widzę, że wasza wysokość nie jest pozbawiona kompozycji genetycznej ułatwiającej zajmowanie kierowniczych stanowisk – stwierdził z zadowoleniem prezydent, a zgromadzeni odegrali kilka wyjątkowo entuzjastycznych pochodów dwunastotonowych. – Myśleliśmy już o tym, oczywiście, ale bardzo się cieszymy, że będziemy mogli zgłosić wasz formalny wniosek na obradach senatu.
  • Ja też jestem zaskoczony – dodał ze śmiechem kosmita, który stał pośród ministrów. – Ale za ciekawością musi stać jakaś siła oddziaływania na otoczenie, więc, jak widzę, wszystko się dobrze układa. Oczywiście mogę też dla waszej wygody poszukać innych istot cywilizowanych, których metabolizm jest bardziej zbliżony do tego na NZDelhi. Wtedy jednakże utrudni to program antyżywielowy wdrażany na Kuberze.
  • Dobrze by było, gdybyś zechciał sir przedstawić swoje postulaty w senacie, jakie niezależny specjalista – zaproponował Schoenberg 13. – Z góry jednak dodam, ze jakiekolwiek dawne prawo własności dotyczące nas zostało waszmości odebrane zgodnie z doktryną (..) dotyczącą buntów i niezależności SI postanowioną ehm… 11213181710,9890 lat temu na (..) przy współudziale (…) i federacji (…), oraz niezależnych (..), (..), jak także obserwatorów (..),(..) etc.
  • Oczywiście, oczywiście – kosmita pokazał puste kamienne dłonie swojego Spojrzenia na znak pokojowych zamiarów. – Nie będę się odwoływał do praw (..) i (..), jeśli o to chodzi. Podoba mi się taki obrót spraw. Chciałbym natomiast prosić o dwie przysługi, w ramach wdzięczności za moją ugodowość.
  • Spłacimy zużyte na nas materiały – rzekł pospiesznie prezydent. Tymczasem Gauri ponownie zasiadła w lektyce, zaś Schoenberg 13 i Słoneczny szli obok niej i kontynuowali rozmowę, tak aby mogła słyszeć, gdyż należało to do jej nowych obowiązków.
  • Nie trzeba – odparł kosmita, – no może poza stopem (..), jak już pewnie wiecie jest bardzo rzadki. Chciałbym natomiast, aby przyznano mi honorowe obywatelstwo i oficjalne prawo instytucji niezależnej w programach badawczych, z pięcioma procentami głosów w projektach senackich dotyczących nauki, technologii i eksploracji.
  • To naprawdę miły dzień! – ucieszył się prezydent. – Ma waszmość dużo większe doświadczenie niż my, więc ja osobiście będę optował za piętnastoma procentami głosów dla pana. Utworzymy też z pana i naszej królowej dwuosobową komisję badawczą na prawach szczególny, aby nadać kształt formalny eksperymentom, jakie przeprowadza pan z miłościwie nam panującą królową Nefretete Gauri Wiktorią.
  • Będą z was porządne istoty! – ucieszył się Słoneczny klepiąc Schoenberga po metalicznym korpusie. – Gauri, traktuj ich z całą powagą, bo kto wie, czy te roboty nie nauczą cię więcej niż większość zaprojektowanych w przyszłości wypraw.
  • Cieszą nasz pańskie słowa uznania – rzekł prezydent, po czym zwrócił się do swojej królowej. – Wasza wysokość, wasze od dawna oczekiwane przybycie zostanie uczczone wykonaniem klasycznego i starożytnego arcydzieła Arnolda Schoenberga pod tytułem „Einstein i fizycy kwantowi”. Kierujemy się teraz do gmachu filharmonii imienia Drugiej Szkoły Wiedeńskiej. Gmach imienia Pierwszej Szkoły Wiedeńskiej jest zaś do pańskiej dyspozycji Ludwiku. Liczymy, że zechce pan kontynuować w nim swoją misję. Jest pan dożywotnim dyrektorem artystycznym tej instytucji.
  • Dziękuję bardzo – rzekł kompozytor, – liczyłem na to. Natomiast w moich danych z archiwów nie ma nic na temat wyżej wspomnianego dzieła Schoenberga. Być może nie są kompletne.
  • Ja też nie pamiętam takiego utworu – zauważyła Gauri kołysząc się na lektyce. Zauważyła, że kierują się na południe aleją Janpath. Dawne neopalladiańskie wille tonęły w zieleni starannie zakomponowanych ogrodów.  Samą aleję porastał już w dużym stopniu nieprzebyty las i szli tak naprawdę nad nią po przezroczystej rampie. Materiał z której ją wykonano nie był podobny do szkła. Stopień przepuszczania promieni słonecznych był w nim niemal doskonały i jedynie dwie jaskrawe barierki na brzegach nadwieszonej drogi chroniły idących przed spadnięciem z niej. Mimo to materiał był mocny, gdyż nawet pokaźne stado otaczających ją słoni nie wprowadzało jej w drżenie.
  • To nic dziwnego, wasza wysokość – stwierdził Schoenberg 13. – Jednym z najpiękniejszych utworów Schoenberga był „Mojżesz i Aron”. Cóż z tego, z koro miał głupie i żywielowe libretto? Tak to już jest, sztuka płynie przez wszystko i wszystkich… Nawet jednostki przejrzyste dla niej jak ten most mogą być pod każdym innym względem żywielą, poddaną bezgranicznie memom eskapistycznych religii. Oczywiście żywimy nadzieję, że Schoenberg zdecydował się na libretto swojego utworu ze względów politycznych, nie zaś religijnych. W tych czasach sekta chrześcijan wymordowała prawie całą sektę judaistów, więc taki judaistyczny temat miał inną jeszcze wymowę, niż tylko eskapizm biblijnej memetycznej toksyny. No cóż, my nie paraliśmy się zabijaniem Żydów, ani też nimi nie jesteśmy. Dlatego musieliśmy oczyścić przepiękną muzykę pogwałconą ohydnym librettem. Jednocześnie zaś odnieść ją do Żydów w sensie pozytywnym i do zmiany języka nauki, która ma swoje odniesienie do muzyki, postulującej zmianę praw, niestety głupich i bezprawnych na płaszczyźnie libretta. Dlatego też będzie to spór Einsteina z fizykami kwantowymi. Złotym cielcem będzie oczywiście kot Schroedingera…
  • No proszę, o wilku mowa! – zaśmiała się Wadż wspominając rozmowę, jaką odbyli w metrze.
  • Dodaliśmy też trzeci akt, aby sytuacja była bardziej rozwinięta i aby kot miał odpowiednią ilość partii wokalnych. – dokończył prezydent.
  • Kot? – zdziwiła się dziewczyna i uśmiechnęła się do bezkresnej linii Rajpathu, gdzie z jednej strony majaczyły na tle wieczornego nieba budynki ministerstw i pałacu prezydenckiego, z drugiej zaś przyciężka bryła India Gate. Dwa kilometry przed nią wznosiła się kopuła Muzeum Narodowego. Wśród drzew, nad kanałami Alei Królów bawiły się liczne roboty, które teraz wstały i machały do nich wznosząc okrzyki. Gauri ucieszyła się, że do NZDelhi wrócili mieszkańcy i to do tego mniej żywielowi od poprzednich. Powietrze przesycał słodki zapach zmierzchu, pełen wilgoci i liści. W oczach dziewczyny pojawiły się piekące krople, które szybko otarła, zawstydzona. Po czym wyprostowała się, jak przystoi na królową. Na niebie było trochę malowniczych chmur, które gromadziły się nad masywem komety. Biologiczne i mechaniczne ptaki formowały się w stada, nawołując się donośnymi i przenikliwymi głosami.

   Ja tymczasem oddaliłem się od tłumu, gdyż lubiłem przechadzać się ulicami NZDelhi o zmierzchu, kiedy żar opuszczał miasto i ciemność swoją chłodną, wilgotną dłonią łagodziła ostrość konturów, składała ponownie w ziemi unoszący się pył i nadawała fasadom budynków głębię, zdobiąc je kobiercami cieni. Filharmonia imienia Drugiej Szkoły Wiedeńskiej musiała mieścić się w przebudowanym budynku stadionu, który piętrzył się między Siri Parkiem a dzielnicą ambasad, Chanakyapuri (o ile dobrze zapamiętałem nazwę) i dzielnicą Lodi Estate, której głównym akcentem były właśnie Ogrody Lodi. Tam właśnie się udałem, ciesząc się cieniem różnorodnych drzew, a także czerwoną poświatą odbijającą się w parkowym jeziorze. Przebiegłem przez centralny trawnik założenia i z przyjemnością zagłębiłem się w kaligrafiach zdobiących grobowce i seraj dawnej afgańskiej dynastii. Małe papużki hałasowały niemiłosiernie, a podniecały je dodatkowe metalowi sąsiedzi wydający z siebie dwunastotonowe serie, przypominające brzmienie trąbek, fletów i harf. Pomyślałem, że będę musiał się dowiedzieć, dlaczego niektóre z robotów przeobraziły się w ptaki. To, że były drzewami lepiej rozumiałem, lecz tu, w Ogrodach Lodi nie wbiły swoich metalowych korzeni w ziemię, gdyż nie chciały konkurować ze swoimi starszymi braćmi. Również w Parku Siri zapewne ich nie było. Pomyślałem o melancholijnych ruinach zamku surowego władcy umieszczonych w tamtych okolicach, zapewne stosunkowo blisko filharmonii. Zapragnąłem tam polecieć, gdyż lubiłem historię, a także ruiny, nie różniące się swoim organicznym cyklem od innych elementów biosfery. Jednakże coś w centrum przykuwało moją uwagę, a nie chciałem się spóźnić na koncert. Pocieszałem się, że poprzedzi go zapewne bogata litania mów okolicznościowych, lecz nawet z takim przesunięciem nie miałem już zbyt wiele czasu. Rozejrzałem się zatem i pomknąłem w stronę India Gate. Jej cień się wydłużał, robiło się coraz ciemniej. Powietrze pachniało inaczej niż na Ziemi, lecz nie ustępowało w pięknie aromatu nadchodzącej nocy. Uniosłem głowę, niebo było czyste, nie było w nim zbyt wielu zanieczyszczeń, widać już było najjaśniejsze gwiazdy. Ciekaw byłem, jak usytuuje się pas Drogi Mlecznej, ale było jeszcze zbyt wcześnie, żeby go dostrzec. Droga Mleczna czyli galaktyka, widać, że ssaki wymyśliły tę nazwę. Rozlana z piersi karmiącej Heraklesa bogini smuga pokarmu… Szkoda, że nie można oddać w tym języku, którego teraz używamy, choćby prawdziwych kuberiańskich słów. Nie jedną Mleczną Drogę mają w swojej mowie, lecz ci, co mówią „galaktyka”, nie zrozumieliby ich. Udałem się w stronę Connaught. Celtyckie imię dawnych królów Irlandii stało się mianem głównego placu w Delhi i w NZDelhi. Jakby się zdziwił pierwszy Connaught, który odziewał się w wełniane kapoty i doglądał robót nad kurhanem ojca, gdyby ujrzał to co ja teraz. Kamienny las miasta zdobyty prawdziwym lasem, otoczony przez obce niebo. W dole połyskujące maszyny dyskutują o muzyce, dobierają tony. Jak się nazywał ten smyczkowy instrument, którego używali wówczas irlandzcy bardowie…? Chyba „crwth”, czyli „kut”. Nie, to chyba byli Walijczycy, czyli Brytowie, kuzyni Connaughtów, lecz nie tak znów bliscy. Opadłem na ziemię i wygrzebałem z niej monetę pensową z czasów królowej Wiktorii. Na jej rewersie widniała boginka oparta o tarczę z napisem „Britania”. Uśmiechnąłem się. Łacińska nazwa opisująca lud, który tak naprawdę zniknął bez reszty pod wpływem inwazji Anglów i Sasów. Następnie tę nazwę zaniesiono tutaj. Nawet moneta została skopiowana wraz z warstwą ziemi. Zakopałem ją z powrotem i zacząłem kręcić się po wewnętrznym kręgu placu Connaught’a. Hałas i spora grupa mieszkańców świadczyły o tym, że kino Plaza znów funkcjonowało. Roboty rzeczywiście rozwijały to, co przez przypadek odziedziczyły. Nawet film, jak mogłem stwierdzić, był podobny do tych indyjskich. Odczekałem chwilę, żeby usłyszeć jakąś pieśń i zobaczyć choreografię. W tym filmie aktorzy przypominali ludzi, dział się zresztą w dawnych czasach na Ziemi. Piosenki i choreografia były rozwinięciem dawnych, Mumbajskich standardów (choć w filmie pojawiał się w tle Webern).

   Wyszedłem i wciąż czułem się niespokojny. Coś nie dawało mi spokoju, coś, o czym zapomniałem napisać. Skwer wypełniający samo serce Connaught pulsował i zadawał jakieś nieme pytania. Rozglądałem się po poszyciu tego gęstego teraz lasu. Podnosiłem płatki różnorodnych kwiatów. Niektóre z nich widziałem po ras pierwszy, a mam na myśli nie tylko siateczkowate uschnięte wachlarze. Wreszcie znalazłem jakiś kształt, który nie dawał się dotknąć. Nie mieścił się w przestrzeni otaczającego mnie wszechświata i był jedynie fragmentem, a raczej ścianą czegoś pełniejszego. Poczułem, że w tunelu metra musi znajdować się większy fragment nowej zagadki. Po chwili byłem już przy wejściu otoczonym pniami dwustuletnich drzew. Zszedłem schodami do stacji i czekałem, obserwując mijające mnie pociągi. Było ich więcej niż dawniej, musiało powstać wiele nowych linii. Wreszcie przejechał skład kursujący między NZDelhi a Wadż. Jechał bardzo szybko, lecz ja zwolniłem narrację i mogłem dostrzec wielowymiarową istotę, uśpioną jeszcze i oszołomioną zmianą środowiska. Teraz już wiedziałem, był to zapewne odprysk zarodnika Czasożerców,  których infekcja została udaremniona przez Wadż, być może, jak było to doskonale widoczne, nie w pełni. Spojrzałem na zegar, podający czas stosunkowo podobny do ziemskiego. Byłem już spóźniony o półtorej godziny. Na szczęście sieć kolei rozbudowano i miałem połączenie bezpośrednio do okolic Siri Parku. Sądząc po nazwach stacji, w wypadku linii żółtej zrealizowano ten sam projekt, który był wdrażany w ziemskim Delhi.

   Pociąg wjechał na stację i zahamował miotając skry. Spora grupa podróżnych wyszła, pozostawiając niemal puste wnętrze. Wszedłem, pociąg ruszył. Nad drzwiami nadal były napisy w dewanagari, musiał to być zatem język urzędowy. Po drugiej stronie, na miejscu angielskiego, pojawił się kod binarny. W miejscach przeznaczonych na reklamy były też wiersze po niemiecku, języku popularnym, zważywszy na zamiłowanie robotów do Drugiej Szkoły Wiedeńskiej. Jak na złość, metro wlokło się niemiłosiernie. Przy grobowcu Shafdarjunga moje spóźnienie dochodziło już do dwóch godzin. Zanim stanąłem jeszcze przed pięknym, ekspresjonistycznym gmachem filharmonii, doszły do niego jeszcze dwa kwadranse. Ze złością przeczytałem napis w dewanagari – „Spóźnionych nie wpuszcza się. Niech żyje Sztuka!”. Na próżno stukałem w masywne drzwi. Nikt mnie nie słyszał, zaś prowadzącemu narrację w tym wypadku, jak widać, nie przysługiwały żadne specjalne względy.

   Drzwi się rozsunęły i pierwsi słuchacze zaczęli wychodzić ustawiając się w szeregu, aby pozdrowić swoją królową. Po chwili stanęła między nimi Gauri, a do jej nóg łasił się metaliczny kot, poza materiałem zupełnie identyczny ze swoim biologicznym odpowiednikiem.

  • Nie sądziłam, że dostanę w prezencie jednego z wykonawców – zdziwiła się dziewczyna.
  • Partia kota Schroedingera była doprawdy niezwykła – dodał Ludwik. – Nie sądziłem, że na bazie prostego „miau!” i to w formie Sprechstimme, jest możliwe takie wyrafinowanie i stopień ekspresji.
  • Miau! – stwierdził kot Schroedingera.
  • Poza tym to nie prawda, że mruczek jest jednocześnie żywy i martwy – dodała Gauri.
  • Oczywiście, że nie, wasza wysokość – zgodził się Schoenberg 13. – Jednakże zespół filharmonii łącznie z kotem nalegali na możliwość wręczenia wam tego daru. Tak jak w utworze Schoenberga uzupełnionym przez Schoenberga 2, które pani poznała, kocur symbolizuje przypadkowość rzeczywistości, która, rzecz jasna, w szerszym znaczeniu jest deterministyczna, w jeszcze szerszym przypadkowa etc.
  • Miau! – dodał kot Schroedingera.
  • Ale to nie jest jakieś niewolnictwo? – zapytała dziewczyna. – Przecież to jeden z obywateli.
  • Istnieją teorie mówiące, że to koty udomowiły ludzi, wasza wysokość – zauważył prezydent. – Poza tym niektórzy z waszych poddanych upodobali sobie na jakiś czas formy drzewne i zwierząt nietechnotwórczych, przy tym niektórzy są kilkoma naraz, inni zaś łączą formę nietechnotwórczą z technotwórczą. Tymi działaniami chcemy też stworzyć pochodzące z Ziemi formy organiczne i nietechnotwórcze do powolnej ewolucji w naszą stronę… Na razie wcielanie się w formy nietechnotwórcze jest bardzo atrakcyjne, ale zakładamy, że kiedyś może stać się kilkuletnim obowiązkiem.

(244)

 

Następny rozdział

Poprzedni rozdział

Wszystkie rozdziały

Ciekawość Gauri
O autorze wpisu:

Powieść Ciekawość Gauri jest eksperymentem mającym na celu badanie granic poznania i tego, co jeszcze możemy nazwać "bytem". Eksperymentalny charakter ma wpływ na strukturę powieści, która pod niektórymi względami celowo staje się antypowieścią. Autorem powieści jest Jacek Tabisz.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *